Showing posts with label wizyty/visits. Show all posts
Showing posts with label wizyty/visits. Show all posts

Tuesday, 20 December 2011

Marzenia sie spelniaja…/ Dreams come true

Wysoko na liście moich marzeń są podróże. Dalsze i bliższe, ale te dalsze oczywiście częściej pozostają w strefie marzeń z rożnych powodów, a te bliższe łatwiej zrealizować.
Rok 2011 to podróże po Katalonii, do Wenecji, na Sardenię, do Polski. I Brazylia, czyli nasza pierwsza daleka podróż, pierwszy lot za ocean…. Wróciliśmy zachwyceni (i spłukani, bo Brazylia okazała się droższa niż Europa, a my na to nie byliśmy do końca przygotowani), pełni wrażeń, wspomnień, nowych smaków, zapachów, widoków.

I jak to z podróżami bywa, uzależniają, więc najchętniej już byśmy planowali następne i to jak najdłuższe i najdalsze…. W najbliższych tygodniach zamierzamy wykorzystać łagodną zimę (odpukać, żeby nagle się pogoda nie zmieniła) i wybrać się gdzieś autem w okolice Barcelony, a w marcu jedziemy na Fallas do Walencji (tym razem z dużym wyprzedzeniem zabookowaliśmy hotel). A reszta kalendarza otwarta.


Moje uzależnienie od podróży miedzy podróżami objawia się przeglądaniem blogów związanych z podróżami i czytaniem książek (ostatnio same o Azji). No i lubimy z Nuno poznawać różne kuchnie, a restauracji serwujących “egzotyczne” jedzenie nie brakuje na szczęście w Barcelonie.
I oczywiście pozostają mi spacery po Barcelonie…



Everybody has their own wish list, on top of mine are travels. Short trips, long ones, to another continent or just in the region, of course travelling far far away is more likely to remain a dream, and travelling to closer destinations is easier to turn into a real trip.

In 2011 we travelled quite a lot, we visited many places in Catalonia, we went to Venice, Sardinia, Poland. And our big trip to Brazil, the first exotic destination, the first flight across the ocean .... We came back in love with the country (and broke, as we didn’t expect Brazil to be so expensive, and it was more than Europe), full of memories, new tastes, new smells, new sceneries.


I admit, I am a travel addict, after coming back home I am ready to start planning another trip, the longer and farther, the better. I am already planning some car trips, as the winter is really mild (let’s hope it stays that way, cause I am really not a winter fan). In March we are going to Valencia to see Fallas, as we booked hotel few months in advance this time. And the rest of the calendar is open.

If I don’t travel, I addictively read travel blogs and all books related to other countries and cultures (most recently about Asia). And we really like trying new restaurants and getting to know world cuisines, and there are many “exotic” restaurants here.
And there are still plenty of things to see in Barcelona...

Monday, 14 November 2011

Weekend listopadowy/ November weekend

Coś zaniedbuję ostatnio bloga, ale jest proste wytłumaczenie: zmęczenie, lenistwo i jesienna pogoda. Zmęczenie związane jest z faktem, że mój kolega przeszedł do innego działu i pracuję od kilku tygodni sama na 2 pozycje, po pracy włącza mi się syndrom na kanapie siedzi leń i oglądam filmy i seriale, czytam też gazetki, które mi rodzice zostawili. A pogodę w Barcelonie przez ostatnie tygodnia najlepiej opisują piosenki : Ciągle pada, Raindrops keep falling on my head, No ha parado de llover, Chuva.

Był jednak jeden ładny weekend, pogoda ponad 20, słoneczko i akurat na taką bardziej wiosenną niż jesienną pogodę trafili moi rodzice. Przyjechali na długi weekend listopadowy, ale piątek musieli spędzić sami. Ale poradzili sobie lepiej niż się spodziewałam, po spacerze na plaży poszli do El Xampanyet i dali radę zamówić tapas i winko musujące. Wieczorem na portugalskie zielone wino i przekąski, potem mojito w kubańskim barze. Ogólnie cały weekend był zdominowany przez jedzenie i picie :)


W sobotę przyszła kolej na Quimet, bo tata jeszcze nie miał okazji spróbować ich pysznych montaditos i wermutu, a na kolację Nuno przyrządził, jakże by inaczej, dorsza :) A potem jeszcze na piwko skoczyliśmy do pobliskiej Ovella Negra. Niedziela niestety deszczowa, więc po krótkim spacerze po Bornie, gdzie złapał nas deszcz i po lunchu w brazylijskiej knajpie resztę dnia spędziliśmy w domu.


Jako że moi rodzice byli już 3 raz w Barcelonie (mama aż 4) nie mieliśmy presji zwiedzania zabytków i spędziliśmy przyjemnie czas na degustacji tapas, portugalskich smakołyków i zapoznania rodziców z brazylijską kuchnią. Do tego rodzice pierwszy raz zjedli kasztany oraz owoc granatu. Weekend należał więc do bardzo udanych. Ponowne odwiedziny pewnie na wiosnę, bo na przerwę zimową planują jechać do Włoch odwiedzić moją siostrę.


I admit, my blog has been neglected in the last few weeks. But there is a simple explanation: tiredness, laziness and autumn weather. Last weeks have been hectic at work as my colleague moved to another department so my responsibilities doubled. I am so tired that by the time I get home all I can think about is a couch and watching movies and TV series, or to read some magazines that my parents left while drinking my favourite green tea. And when thinking about the weather, the following songs keep playing in my head: Polish classis Ciągle pada, Raindrops keep falling on my head, No ha parado de llover, Chuva.

But there was a really nice weekend, sun and 20 degrees, and it was the weekend when my parents come to visit, as there was a 3days weekend in Poland. They had to spend Friday alone as I was at work, but I was surprised how well they spent it: after a walk on the beach, they went alone to Barcelona’s classic El Xampanyet to have some tapas and sparkling wine. In the evening I waited for them in a Portuguese bar, where we had some green wine and Portuguese snacks. Later on a mojito in a Cuban bar. Basically, all the weekend was about having a nice meal, enjoying food in a nice company.


On Saturday we went to Quimet, because my dad hadn’t had the chance to taste their delicious montaditos and vermouth, and for dinner Nuno prepared, not surprising given his origins, cod. Unfortunately, on Sunday good weather was just a nice memory, as the rain caught us in the middle of our walk on Born, and after lunch in a Brasilian restaurant we spent the rest of the day at home.

Since it was my parents’ 3rd time in Barcelona, we didn’t feel the pressure to do any sightseeing. We just spent a pleasant time eating tapas, Portuguese delicacies and getting my parents familiar with Brazilian cuisine. And they tasted for the first time castañas, vinho verde and pomegranate. It was a really nice weekend.


Tuesday, 16 August 2011

Puente na Costa Brava / Puente on Costa Brava

Długi weekend to doskonała okazja na małą eskapadę poza miasto. A jeśli można to połączyć ze spotkaniem z dawno niewidzianymi znajomymi, to jest to zapowiedź weekend idealnego. Plaża, morze, 3 dni wolne, a do tego spotkanie z Weroniką, moją dobrą koleżanką ze studiów, która od trzech lat mieszka w Madrycie ze swoim chłopakiem. Weronika i Greg już kilka tygodni temu poinformowali nas, że spędzają tydzień na Costa Brava i zaproponowali, żebyśmy chociaż na puente przyjechali. Jak to z nami ostatnio bywa, na rezerwacje noclegów zostawiliśmy na ostatnią chwilę a że do wyboru mieliśmy tylko miejscowość l’Estartit, jedyną dostępną opcją był camping. Pożyczyliśmy namiot i dzięki temu nie musieliśmy zmieniać planów. Jakoś tak się składa, że w ostatnie 3 wakacje spędziliśmy zawsze kilka nocy na campingu- na Helu, w Algarve i teraz na Costa Brava.

L'Estartit to typowa miejscowość wypoczynkowa na Costa Brava, latem tętni życiem i przyciąga międzynarodowych turystów, głównie Holendrów i Francuzów. Plaża nie wyróżnia się niczym szczególnym, ale jest duża i piaszczysta, woda dość płytka. Atrakcją są wyspy Medes, położone około 1 km od brzegu. Islas Medes są objęte ochroną, bo są rezerwatem fauny I flory. Na wyspy organizowane są rejsy statkiem z przezroczystym dnem, żeby można było podziwiać dno morskie i obserwować żyjące tam ryby i inne żyjątka. Wyspy są podobno idealne do nurkowania i podobno w przeszłości były schroniskiem dla piratów i przemytników.



W sezonie schronieniem nie są, bo schronić przed turystami się nie da. Ręcznik przy ręczniku, slalom aby dostać się do wody, to niestety rzeczywistość na większości plaż w regionie w sezonie. Z nostalgią wspominam wakacje nad Bałtykiem, gdzie po 10 minutowym spacerze mijamy wszystkich plażowiczów i możemy rozkoszować się ciszą, spokojem i samotnością. Ach, jeszcze sobie przypominam smak jagodzianek albo gofrów, które rekompensowały niepewność co do pogody. Z plaży lubię relaks z gazetką albo opalanie, woda jest nie do pływania a raczej do pluskania (jestem więc zupełnym przeciwieństwem Nuno, który w wodzie może spędzić cał godziny). Aby jednak nie ograniczyć się do leżenia plackiem, wynajęliśmy rowerek ze zjeżdżalnią, kupiliśmy paletki, a Werona materace dmuchane.




Wracając na słoneczną Costa Brava, pogoda w końcu osiągnęła hiszpańskie temperatury latem, ale jedno popołudnie padało, więc proszę nie zazdrościć aż tak bardzo. Nasz plan dnia był przewidywalny: plażowanie, prysznic, kolacja i drinkowanie z Weroniką i Gregiem.

Jednego dnia wybraliśmy się na Cala (cala to po prostu mała zatoczka z plażą) Montjoi, gdzie znajduje się jedna z najlepszych i najsłynniejszych restauracji na świecie, El Bulli. Nie wybraliśmy się tam jednak na posiłek, który trzeba rezerwować z rocznym wyprzedzeniem. Według wikipedii; Restauracja jest otwarta wyłącznie w sezonie od kwietnia do września. Rezerwacje są przyjmowane tylko w jednym dniu w roku, w październiku roku poprzedzającego rezerwację. Liczba ta jest ograniczona do 8000 posiłków w sezonie, przy 800 000 chętnych do rezerwacji ok. 400 chętnych na stolik. Średnia cena posiłku to 250 euro. Przy okazji researchu odkryłam, że restauracja została zamknięta, ale słynny kucharz Ferran Adrià nie wyklucza, że w przyszłości zamieni to kultowe miejsce w fundację.




Sama Cala – 310 metrów długości na 25 metrów szerokości, na zdjęciach (wydaje się, że z dodatkiem photoshopu) prezentuje się o niebo lepiej niż w rzeczywistości. Ale może z jednej z łódek perspektywa by nam się zmieniła :)

Na smaczek zostawiam wam reklamę piwa, która kręcona była właśnie na Cala Montjoi , w El Bulli, na przylądku Cap de Creus, w domu muzeum Salvador Dalí w Cadaqués (gdzie byliśmy wiosną) i w klasztorze Sant Pere de Rodes. (wideo pod wersją angielską)



Every long weekend is a great opportunity to make an escapade outside the city. And if at the same you can be with some friends you haven’t seen for ages, you have a perfect combination. Beach, sea, 3 days off, and on top of that meeting with Weronika, my good friend from the Uni, who has been living in Madrid for 3 years now with her French bf. Veronica and Greg informed us a long time ago about their summer plans of spending a whole week on Costa Brava and suggested we visited them during the puente. Recently we are really bad planners, so again we left reservations for the very last moment and then the only available option (as we were limited to find something in l'Estartit) was camping. We borrowed a tent, and thanks to that I could catch up with Veronica after long three years limited to facebook and mail only. I just realized that during the last 3 summers we always spent some night camping : Hel, Algarve and now Costa Brava.
L'Estartit is a typical holiday resort on Costa Brava, in the summer is vibrant small town that attracts international tourists, mainly Dutch and French. Beach is not outstanding or particularly attractive, but is quite large and sandy and water is shallow for many meters. Just opposite the beach, situated about 1 km from the shore, you can find Medes Islands. The small archipelago is a protected area, nature reserve, with interesting examples of flora and fauna. You can get there by boat that has transparent floor so you can admire the fish and other creatures. The islands are ideal for diving (at least it is what I read) and it is said that in the past they served as a refuge for pirates and smugglers who treated is as their safe place.


During the high season you can find all but refuge of refuge, as you cannot escape tourists. Towel next to a towel, slalom between people frying in the sun, is unfortunately the reality of most of beaches in the region. I recall with nostalgia summer holidays that I used to spent with my family on the Baltic seaside, where after a 10 minute walk, you passed all the sunbathers and could enjoy the tranquility, peace and solitude. Oh, I still remember the taste of small berry pies and waffles, that made up for the bad weather. Beach for me is a synonym of relaxing with a book or magazine and sunbathing, and water is just to refresh from time to time, so rather splash than swim- in this I am the opposite of Nuno who can spend whole hours in the water. We rented a water bike with a slide so not to spend the whole day just lying flat, and we bought small wooden paddle to play, and Weronika water mattresses :)





During the weekend we could finally enjoy some sun, and the temperature reach the level of summer temperatures that we should normally enjoy during the summer in Spain. Still, one afternoon it rained, so please do not envy me so much :P Our plan for the day was predictable: beach, shower, dinner and drinks with Weronika and Greg.
One day we went to Cala Montjoi (cala is just a small bay with a beach), where there one of the best and most famous restaurants in the world, El Bulli, is situated. We didn’t go to eat as you need to book a year in advance. According to Wikipedia: the restaurant is open only in season from April to September. Reservations are accepted only on one day a year, in October the year preceding the reservation. This number is limited to 8,000 meals in the season, with 800 000 people willing to book, 400 per the table. Average price of the meal is 250 euros. However, when I was doing some research I discovered that the restaurant was closed at the end of this July, but its famous Ferran Adrià affirmed that in few years it would be re-opened as a cultural center or foundation.


Cala itself- 310 meters long and 25 wide, looks much better on pictures we googled (some with touch of photoshop) than in reality. Perhaps the perspective changes if you are on one of the boats :)
For the end I leave you a beer commercial that was shot on Cala Montjoi, in El Bulli, on the Cap de Creus peninsula, the house-museum of Salvador Dalí in Cadaqués (where we went few months ago) and in the monastery of Sant Pere de Rodes. Hope you enjoy the summer music and views.

Monday, 8 August 2011

Wodne szaleństwo/ Aquatic madness

Nie zdążyliśmy odpocząć po jednej wizycie, a już hostel u Nuno i Agi otworzył swoje podwoje dla kolejnych gości i to na całe 6 dni. Tym razem oprócz spaceru po Ravalu, Gracii i Góticu, pojechaliśmy do Aquaparku. Illa Fantasia to podobno najnowszy i największy aquapark na Costa Brava (powierzchniowo faktycznie duży, ale połowa terenu to miejsce na piknik czy obiekty dla małych dzieci, więc byliśmy rozczarowani). Minusem, jak to w weekend w sezonie, są także kolejki do wszystkich obiektów.



Mimo wszystko, jako że z Nuno uwielbiamy tego typu rozrywki (bez przesady, to była moja trzecia wyprawa w życiu na tego typu obiekt), nie żałowaliśmy, że zamiast plaży wybraliśmy zjeżdżalnie, rury czy basen ze sztucznymi falami. Jedną z atrakcji było też siedlisko piratów, z różnymi zjeżdżalniami oraz gigantycznym kubłem wody, który napełnia się, by potem potężnym chlustem oblać czekających na to śmiałków. Niestety żaden z obiektów nie budził większych emocji i nawet kamikaze w porównaniu z kamikaze w Etnaland na Sycylii przyprawiał tylko o lekki dreszczyk emocji. Atrakcji mrożących krew w żyłach nie oświadczyliśmy, czego nam brakowało.





We didn´t have time to regain energy after one visit, and already the Nuno and Aga´s hostel hosted another guests, this time for the whole 6 days. We accompanied our visitors to Raval, Gracia, Gotic, and decided to have some fun on Saturday and instead of going to the beach we went to an aquapark. Illa Fantasia is claimed to be the newest and largest water park on the Costa Brava (actually it may be preety big, but half of its surface is a picnic area or attractions for small children, so we were bit disappointed.) The other inconvenience, though totally understandable in high season, were big queues to every object.




We really enjoy this way of spending summer day (well, to be honest it was only my third time in aquapark) and every summer we chose aqua park over a beach for a whole-day amusement that involves water slides, tunnels, pool with artificial waves. One of the attractions was also the pirates`nest, with smaller and bigger water slides and a giant bucket of water, which after being filled up, water the daredevil with strong splash of water. Unfortunately, none of the objects causes strong emotions, in comparison to kamikaze in Etnaland on Sicily none object was really scary and thrilling. We misses some more exciting attractions.


Thursday, 28 July 2011

Zatłoczona Costa Brava/ Crowded Costa Brava

Ostatnio pogoda w Barcelonie nie dopisuje. Ostatnio to nie od kilku dni, ale raczej od kilku tygodniu. Wiem, że w Polsce ciągle pada i wszyscy narzekają ( w Portugalii dla odmiany upały), więc jeśli ktoś mi zazdrości, to muszę wydać sprostowanie. Hiszpania, nawet jeśli słowa jakie pierwsze się nasuwają przeciętnemu osobnikowi to plaża, słońce i sangría, to z tych trzech rzeczy mógł się cieszyć jedynie sangríą i to pitą nie na tarasie. Na plaży w tym roku byliśmy z trzy razy, pod koniec lipca chodzę w długich spodniach, jednym słowem jesteśmy rozczarowani pogodą podczas naszego pierwszego lata w Hiszpanii.

Każdy słoneczny dzień jest okazją do plażowania, albo chociaż jakiegoś pikniku w parku. W sobotni ranek obudziliśmy się i z niepokojem otworzyliśmy rolety. Ku naszemu zaskoczeniu, wbrew prognozom meteorologów, dzień zapowiadał się ciepły , na niebie nieliczne chmurki. Po szybkim śniadaniu i przygotowaniu popisowych bocadillos Nuno (z tortillą, chorizo, pomidorem, serem i szynką) wybraliśmy się z gośćmi na plaże Costa Brava.

Nie tylko my chcieliśmy wykorzystać dobrą pogodę, wyglądało, jakby wszyscy mieszkańcy Barcelony wpadli na ten sam pomysł. Gigantyczny korek przy wjeździe na autostradę, poruszanie się ślimaczym tempem, skłonilo nas do zmiany planów i zatrzymania się na najbliższej plaży, padło na Pineda de Mar. Taki typowy kurort, z hotelami przy plaży, plaża przy torach kolejowych. Plaża bez rewelacji, ludzi tłum, znalezienie miejsca parkingowego była prawdziwym wyzwaniem. W samym morzu nie było zbyt tłocznie, bo woda dość zimna była, Nuno i Danowi zajęło dobrych kilka minut zanurzenie się.



Latem znalezienie pustej i ładnej plaży na Costa Brava też nie należy do zadań łatwych. Nie poddaliśmy się jednak i udaliśmy się na krótką chwilę do Blanes, gdzie plaża jest o kilka punktów atrakcyjniejsza niż w Pineda. Blanes, Lloret de Mar czy Tossa de Mar to popularne miejsca, gdzie pełno turystów, między innymi z Polski. O ile Lloret to typowa imprezowania pełna dyskotek i szalejącej młodzieży, Tossa jest spokojnym i urokliwym miastem. Spacer po wzgórzu z murami obronnymi, z którego rozciąga się widok na malowniczą zatokę i po starówce był najmilszym punktem dnia spędzonego albo w korku albo na zatłoczonej plaży.



Recently the weather in Barcelona is disappointing. And by saying recently I mean not days but rather weeks. I know that in Poland it has been raining a lot (in Portugal, for a change, it is hot and sunny) , but if anyone feels envious about me living in Spain, I have to explain few things. When one thinks of Spain the first words that comes to mind are sun, beach and sangria, then from those lately you could only enjoy sangria, and drunk inside not on the terrace. This year we have been on a beach only three times, I wear long trousers at the end of July. In a word, we are more than disappointed with the weather during our first summer in Spain.

Every sunny day we try to spend outside, on a beach or in a park. On Saturday morning we woke up and anxiously opened the blinds. To our surprise, contrary to the predictions of meteorologists, the day promised to be warm, there were few clouds, but we decided to go to Costa Brava with our guests. After a quick breakfast and preparing Nuno’s special bocadillos (with tortilla, chorizo, tomato, cheese and ham), we went to discover some new beaches.

It seems as all Barcelonians had exactly the same idea of spending this sunny Saturday. The giant traffic jam at the entrance to the highway, moving at 20 km/h, made us change a bit the plans and stop at the nearest beach, which happened to be Pineda de Mar. This typical holiday resort, with hotels almost on the beach, the beach is just next to railway tracks. Beach is average that we probably will not come back, but was so crowded that finding a parking space was a real challenge. On the contrary to the crowd on the sand, in the sea there were only few people, as the water was quite cold, it took quite a long while for Nuno and Dan to dive.


During the summer finding a nice and empty beach on the Costa Brava, is definitely not easy. After spending some time in Pineda, we went to Blanes, where beach was bit better. Blanes, Lloret de Mar and Tossa de Mar are popular destination for low cost holidays. While Lloret is a typical place to party and get drunk and is full of discos and young people who want to have fun, Tossa is a quiet and charming town. So we passed Lloret and went directly to Tossa. We climbed the hill with a castle, we walked on the walls, and admired a nice view with picturesque bay and the old town. It was definitely the nicest part of the day spent mostly in the traffic or a crowded beach.
Showing posts with label wizyty/visits. Show all posts
Showing posts with label wizyty/visits. Show all posts

Tuesday, 20 December 2011

Marzenia sie spelniaja…/ Dreams come true

Wysoko na liście moich marzeń są podróże. Dalsze i bliższe, ale te dalsze oczywiście częściej pozostają w strefie marzeń z rożnych powodów, a te bliższe łatwiej zrealizować.
Rok 2011 to podróże po Katalonii, do Wenecji, na Sardenię, do Polski. I Brazylia, czyli nasza pierwsza daleka podróż, pierwszy lot za ocean…. Wróciliśmy zachwyceni (i spłukani, bo Brazylia okazała się droższa niż Europa, a my na to nie byliśmy do końca przygotowani), pełni wrażeń, wspomnień, nowych smaków, zapachów, widoków.

I jak to z podróżami bywa, uzależniają, więc najchętniej już byśmy planowali następne i to jak najdłuższe i najdalsze…. W najbliższych tygodniach zamierzamy wykorzystać łagodną zimę (odpukać, żeby nagle się pogoda nie zmieniła) i wybrać się gdzieś autem w okolice Barcelony, a w marcu jedziemy na Fallas do Walencji (tym razem z dużym wyprzedzeniem zabookowaliśmy hotel). A reszta kalendarza otwarta.


Moje uzależnienie od podróży miedzy podróżami objawia się przeglądaniem blogów związanych z podróżami i czytaniem książek (ostatnio same o Azji). No i lubimy z Nuno poznawać różne kuchnie, a restauracji serwujących “egzotyczne” jedzenie nie brakuje na szczęście w Barcelonie.
I oczywiście pozostają mi spacery po Barcelonie…



Everybody has their own wish list, on top of mine are travels. Short trips, long ones, to another continent or just in the region, of course travelling far far away is more likely to remain a dream, and travelling to closer destinations is easier to turn into a real trip.

In 2011 we travelled quite a lot, we visited many places in Catalonia, we went to Venice, Sardinia, Poland. And our big trip to Brazil, the first exotic destination, the first flight across the ocean .... We came back in love with the country (and broke, as we didn’t expect Brazil to be so expensive, and it was more than Europe), full of memories, new tastes, new smells, new sceneries.


I admit, I am a travel addict, after coming back home I am ready to start planning another trip, the longer and farther, the better. I am already planning some car trips, as the winter is really mild (let’s hope it stays that way, cause I am really not a winter fan). In March we are going to Valencia to see Fallas, as we booked hotel few months in advance this time. And the rest of the calendar is open.

If I don’t travel, I addictively read travel blogs and all books related to other countries and cultures (most recently about Asia). And we really like trying new restaurants and getting to know world cuisines, and there are many “exotic” restaurants here.
And there are still plenty of things to see in Barcelona...

Monday, 14 November 2011

Weekend listopadowy/ November weekend

Coś zaniedbuję ostatnio bloga, ale jest proste wytłumaczenie: zmęczenie, lenistwo i jesienna pogoda. Zmęczenie związane jest z faktem, że mój kolega przeszedł do innego działu i pracuję od kilku tygodni sama na 2 pozycje, po pracy włącza mi się syndrom na kanapie siedzi leń i oglądam filmy i seriale, czytam też gazetki, które mi rodzice zostawili. A pogodę w Barcelonie przez ostatnie tygodnia najlepiej opisują piosenki : Ciągle pada, Raindrops keep falling on my head, No ha parado de llover, Chuva.

Był jednak jeden ładny weekend, pogoda ponad 20, słoneczko i akurat na taką bardziej wiosenną niż jesienną pogodę trafili moi rodzice. Przyjechali na długi weekend listopadowy, ale piątek musieli spędzić sami. Ale poradzili sobie lepiej niż się spodziewałam, po spacerze na plaży poszli do El Xampanyet i dali radę zamówić tapas i winko musujące. Wieczorem na portugalskie zielone wino i przekąski, potem mojito w kubańskim barze. Ogólnie cały weekend był zdominowany przez jedzenie i picie :)


W sobotę przyszła kolej na Quimet, bo tata jeszcze nie miał okazji spróbować ich pysznych montaditos i wermutu, a na kolację Nuno przyrządził, jakże by inaczej, dorsza :) A potem jeszcze na piwko skoczyliśmy do pobliskiej Ovella Negra. Niedziela niestety deszczowa, więc po krótkim spacerze po Bornie, gdzie złapał nas deszcz i po lunchu w brazylijskiej knajpie resztę dnia spędziliśmy w domu.


Jako że moi rodzice byli już 3 raz w Barcelonie (mama aż 4) nie mieliśmy presji zwiedzania zabytków i spędziliśmy przyjemnie czas na degustacji tapas, portugalskich smakołyków i zapoznania rodziców z brazylijską kuchnią. Do tego rodzice pierwszy raz zjedli kasztany oraz owoc granatu. Weekend należał więc do bardzo udanych. Ponowne odwiedziny pewnie na wiosnę, bo na przerwę zimową planują jechać do Włoch odwiedzić moją siostrę.


I admit, my blog has been neglected in the last few weeks. But there is a simple explanation: tiredness, laziness and autumn weather. Last weeks have been hectic at work as my colleague moved to another department so my responsibilities doubled. I am so tired that by the time I get home all I can think about is a couch and watching movies and TV series, or to read some magazines that my parents left while drinking my favourite green tea. And when thinking about the weather, the following songs keep playing in my head: Polish classis Ciągle pada, Raindrops keep falling on my head, No ha parado de llover, Chuva.

But there was a really nice weekend, sun and 20 degrees, and it was the weekend when my parents come to visit, as there was a 3days weekend in Poland. They had to spend Friday alone as I was at work, but I was surprised how well they spent it: after a walk on the beach, they went alone to Barcelona’s classic El Xampanyet to have some tapas and sparkling wine. In the evening I waited for them in a Portuguese bar, where we had some green wine and Portuguese snacks. Later on a mojito in a Cuban bar. Basically, all the weekend was about having a nice meal, enjoying food in a nice company.


On Saturday we went to Quimet, because my dad hadn’t had the chance to taste their delicious montaditos and vermouth, and for dinner Nuno prepared, not surprising given his origins, cod. Unfortunately, on Sunday good weather was just a nice memory, as the rain caught us in the middle of our walk on Born, and after lunch in a Brasilian restaurant we spent the rest of the day at home.

Since it was my parents’ 3rd time in Barcelona, we didn’t feel the pressure to do any sightseeing. We just spent a pleasant time eating tapas, Portuguese delicacies and getting my parents familiar with Brazilian cuisine. And they tasted for the first time castañas, vinho verde and pomegranate. It was a really nice weekend.


Tuesday, 16 August 2011

Puente na Costa Brava / Puente on Costa Brava

Długi weekend to doskonała okazja na małą eskapadę poza miasto. A jeśli można to połączyć ze spotkaniem z dawno niewidzianymi znajomymi, to jest to zapowiedź weekend idealnego. Plaża, morze, 3 dni wolne, a do tego spotkanie z Weroniką, moją dobrą koleżanką ze studiów, która od trzech lat mieszka w Madrycie ze swoim chłopakiem. Weronika i Greg już kilka tygodni temu poinformowali nas, że spędzają tydzień na Costa Brava i zaproponowali, żebyśmy chociaż na puente przyjechali. Jak to z nami ostatnio bywa, na rezerwacje noclegów zostawiliśmy na ostatnią chwilę a że do wyboru mieliśmy tylko miejscowość l’Estartit, jedyną dostępną opcją był camping. Pożyczyliśmy namiot i dzięki temu nie musieliśmy zmieniać planów. Jakoś tak się składa, że w ostatnie 3 wakacje spędziliśmy zawsze kilka nocy na campingu- na Helu, w Algarve i teraz na Costa Brava.

L'Estartit to typowa miejscowość wypoczynkowa na Costa Brava, latem tętni życiem i przyciąga międzynarodowych turystów, głównie Holendrów i Francuzów. Plaża nie wyróżnia się niczym szczególnym, ale jest duża i piaszczysta, woda dość płytka. Atrakcją są wyspy Medes, położone około 1 km od brzegu. Islas Medes są objęte ochroną, bo są rezerwatem fauny I flory. Na wyspy organizowane są rejsy statkiem z przezroczystym dnem, żeby można było podziwiać dno morskie i obserwować żyjące tam ryby i inne żyjątka. Wyspy są podobno idealne do nurkowania i podobno w przeszłości były schroniskiem dla piratów i przemytników.



W sezonie schronieniem nie są, bo schronić przed turystami się nie da. Ręcznik przy ręczniku, slalom aby dostać się do wody, to niestety rzeczywistość na większości plaż w regionie w sezonie. Z nostalgią wspominam wakacje nad Bałtykiem, gdzie po 10 minutowym spacerze mijamy wszystkich plażowiczów i możemy rozkoszować się ciszą, spokojem i samotnością. Ach, jeszcze sobie przypominam smak jagodzianek albo gofrów, które rekompensowały niepewność co do pogody. Z plaży lubię relaks z gazetką albo opalanie, woda jest nie do pływania a raczej do pluskania (jestem więc zupełnym przeciwieństwem Nuno, który w wodzie może spędzić cał godziny). Aby jednak nie ograniczyć się do leżenia plackiem, wynajęliśmy rowerek ze zjeżdżalnią, kupiliśmy paletki, a Werona materace dmuchane.




Wracając na słoneczną Costa Brava, pogoda w końcu osiągnęła hiszpańskie temperatury latem, ale jedno popołudnie padało, więc proszę nie zazdrościć aż tak bardzo. Nasz plan dnia był przewidywalny: plażowanie, prysznic, kolacja i drinkowanie z Weroniką i Gregiem.

Jednego dnia wybraliśmy się na Cala (cala to po prostu mała zatoczka z plażą) Montjoi, gdzie znajduje się jedna z najlepszych i najsłynniejszych restauracji na świecie, El Bulli. Nie wybraliśmy się tam jednak na posiłek, który trzeba rezerwować z rocznym wyprzedzeniem. Według wikipedii; Restauracja jest otwarta wyłącznie w sezonie od kwietnia do września. Rezerwacje są przyjmowane tylko w jednym dniu w roku, w październiku roku poprzedzającego rezerwację. Liczba ta jest ograniczona do 8000 posiłków w sezonie, przy 800 000 chętnych do rezerwacji ok. 400 chętnych na stolik. Średnia cena posiłku to 250 euro. Przy okazji researchu odkryłam, że restauracja została zamknięta, ale słynny kucharz Ferran Adrià nie wyklucza, że w przyszłości zamieni to kultowe miejsce w fundację.




Sama Cala – 310 metrów długości na 25 metrów szerokości, na zdjęciach (wydaje się, że z dodatkiem photoshopu) prezentuje się o niebo lepiej niż w rzeczywistości. Ale może z jednej z łódek perspektywa by nam się zmieniła :)

Na smaczek zostawiam wam reklamę piwa, która kręcona była właśnie na Cala Montjoi , w El Bulli, na przylądku Cap de Creus, w domu muzeum Salvador Dalí w Cadaqués (gdzie byliśmy wiosną) i w klasztorze Sant Pere de Rodes. (wideo pod wersją angielską)



Every long weekend is a great opportunity to make an escapade outside the city. And if at the same you can be with some friends you haven’t seen for ages, you have a perfect combination. Beach, sea, 3 days off, and on top of that meeting with Weronika, my good friend from the Uni, who has been living in Madrid for 3 years now with her French bf. Veronica and Greg informed us a long time ago about their summer plans of spending a whole week on Costa Brava and suggested we visited them during the puente. Recently we are really bad planners, so again we left reservations for the very last moment and then the only available option (as we were limited to find something in l'Estartit) was camping. We borrowed a tent, and thanks to that I could catch up with Veronica after long three years limited to facebook and mail only. I just realized that during the last 3 summers we always spent some night camping : Hel, Algarve and now Costa Brava.
L'Estartit is a typical holiday resort on Costa Brava, in the summer is vibrant small town that attracts international tourists, mainly Dutch and French. Beach is not outstanding or particularly attractive, but is quite large and sandy and water is shallow for many meters. Just opposite the beach, situated about 1 km from the shore, you can find Medes Islands. The small archipelago is a protected area, nature reserve, with interesting examples of flora and fauna. You can get there by boat that has transparent floor so you can admire the fish and other creatures. The islands are ideal for diving (at least it is what I read) and it is said that in the past they served as a refuge for pirates and smugglers who treated is as their safe place.


During the high season you can find all but refuge of refuge, as you cannot escape tourists. Towel next to a towel, slalom between people frying in the sun, is unfortunately the reality of most of beaches in the region. I recall with nostalgia summer holidays that I used to spent with my family on the Baltic seaside, where after a 10 minute walk, you passed all the sunbathers and could enjoy the tranquility, peace and solitude. Oh, I still remember the taste of small berry pies and waffles, that made up for the bad weather. Beach for me is a synonym of relaxing with a book or magazine and sunbathing, and water is just to refresh from time to time, so rather splash than swim- in this I am the opposite of Nuno who can spend whole hours in the water. We rented a water bike with a slide so not to spend the whole day just lying flat, and we bought small wooden paddle to play, and Weronika water mattresses :)





During the weekend we could finally enjoy some sun, and the temperature reach the level of summer temperatures that we should normally enjoy during the summer in Spain. Still, one afternoon it rained, so please do not envy me so much :P Our plan for the day was predictable: beach, shower, dinner and drinks with Weronika and Greg.
One day we went to Cala Montjoi (cala is just a small bay with a beach), where there one of the best and most famous restaurants in the world, El Bulli, is situated. We didn’t go to eat as you need to book a year in advance. According to Wikipedia: the restaurant is open only in season from April to September. Reservations are accepted only on one day a year, in October the year preceding the reservation. This number is limited to 8,000 meals in the season, with 800 000 people willing to book, 400 per the table. Average price of the meal is 250 euros. However, when I was doing some research I discovered that the restaurant was closed at the end of this July, but its famous Ferran Adrià affirmed that in few years it would be re-opened as a cultural center or foundation.


Cala itself- 310 meters long and 25 wide, looks much better on pictures we googled (some with touch of photoshop) than in reality. Perhaps the perspective changes if you are on one of the boats :)
For the end I leave you a beer commercial that was shot on Cala Montjoi, in El Bulli, on the Cap de Creus peninsula, the house-museum of Salvador Dalí in Cadaqués (where we went few months ago) and in the monastery of Sant Pere de Rodes. Hope you enjoy the summer music and views.

Monday, 8 August 2011

Wodne szaleństwo/ Aquatic madness

Nie zdążyliśmy odpocząć po jednej wizycie, a już hostel u Nuno i Agi otworzył swoje podwoje dla kolejnych gości i to na całe 6 dni. Tym razem oprócz spaceru po Ravalu, Gracii i Góticu, pojechaliśmy do Aquaparku. Illa Fantasia to podobno najnowszy i największy aquapark na Costa Brava (powierzchniowo faktycznie duży, ale połowa terenu to miejsce na piknik czy obiekty dla małych dzieci, więc byliśmy rozczarowani). Minusem, jak to w weekend w sezonie, są także kolejki do wszystkich obiektów.



Mimo wszystko, jako że z Nuno uwielbiamy tego typu rozrywki (bez przesady, to była moja trzecia wyprawa w życiu na tego typu obiekt), nie żałowaliśmy, że zamiast plaży wybraliśmy zjeżdżalnie, rury czy basen ze sztucznymi falami. Jedną z atrakcji było też siedlisko piratów, z różnymi zjeżdżalniami oraz gigantycznym kubłem wody, który napełnia się, by potem potężnym chlustem oblać czekających na to śmiałków. Niestety żaden z obiektów nie budził większych emocji i nawet kamikaze w porównaniu z kamikaze w Etnaland na Sycylii przyprawiał tylko o lekki dreszczyk emocji. Atrakcji mrożących krew w żyłach nie oświadczyliśmy, czego nam brakowało.





We didn´t have time to regain energy after one visit, and already the Nuno and Aga´s hostel hosted another guests, this time for the whole 6 days. We accompanied our visitors to Raval, Gracia, Gotic, and decided to have some fun on Saturday and instead of going to the beach we went to an aquapark. Illa Fantasia is claimed to be the newest and largest water park on the Costa Brava (actually it may be preety big, but half of its surface is a picnic area or attractions for small children, so we were bit disappointed.) The other inconvenience, though totally understandable in high season, were big queues to every object.




We really enjoy this way of spending summer day (well, to be honest it was only my third time in aquapark) and every summer we chose aqua park over a beach for a whole-day amusement that involves water slides, tunnels, pool with artificial waves. One of the attractions was also the pirates`nest, with smaller and bigger water slides and a giant bucket of water, which after being filled up, water the daredevil with strong splash of water. Unfortunately, none of the objects causes strong emotions, in comparison to kamikaze in Etnaland on Sicily none object was really scary and thrilling. We misses some more exciting attractions.


Thursday, 28 July 2011

Zatłoczona Costa Brava/ Crowded Costa Brava

Ostatnio pogoda w Barcelonie nie dopisuje. Ostatnio to nie od kilku dni, ale raczej od kilku tygodniu. Wiem, że w Polsce ciągle pada i wszyscy narzekają ( w Portugalii dla odmiany upały), więc jeśli ktoś mi zazdrości, to muszę wydać sprostowanie. Hiszpania, nawet jeśli słowa jakie pierwsze się nasuwają przeciętnemu osobnikowi to plaża, słońce i sangría, to z tych trzech rzeczy mógł się cieszyć jedynie sangríą i to pitą nie na tarasie. Na plaży w tym roku byliśmy z trzy razy, pod koniec lipca chodzę w długich spodniach, jednym słowem jesteśmy rozczarowani pogodą podczas naszego pierwszego lata w Hiszpanii.

Każdy słoneczny dzień jest okazją do plażowania, albo chociaż jakiegoś pikniku w parku. W sobotni ranek obudziliśmy się i z niepokojem otworzyliśmy rolety. Ku naszemu zaskoczeniu, wbrew prognozom meteorologów, dzień zapowiadał się ciepły , na niebie nieliczne chmurki. Po szybkim śniadaniu i przygotowaniu popisowych bocadillos Nuno (z tortillą, chorizo, pomidorem, serem i szynką) wybraliśmy się z gośćmi na plaże Costa Brava.

Nie tylko my chcieliśmy wykorzystać dobrą pogodę, wyglądało, jakby wszyscy mieszkańcy Barcelony wpadli na ten sam pomysł. Gigantyczny korek przy wjeździe na autostradę, poruszanie się ślimaczym tempem, skłonilo nas do zmiany planów i zatrzymania się na najbliższej plaży, padło na Pineda de Mar. Taki typowy kurort, z hotelami przy plaży, plaża przy torach kolejowych. Plaża bez rewelacji, ludzi tłum, znalezienie miejsca parkingowego była prawdziwym wyzwaniem. W samym morzu nie było zbyt tłocznie, bo woda dość zimna była, Nuno i Danowi zajęło dobrych kilka minut zanurzenie się.



Latem znalezienie pustej i ładnej plaży na Costa Brava też nie należy do zadań łatwych. Nie poddaliśmy się jednak i udaliśmy się na krótką chwilę do Blanes, gdzie plaża jest o kilka punktów atrakcyjniejsza niż w Pineda. Blanes, Lloret de Mar czy Tossa de Mar to popularne miejsca, gdzie pełno turystów, między innymi z Polski. O ile Lloret to typowa imprezowania pełna dyskotek i szalejącej młodzieży, Tossa jest spokojnym i urokliwym miastem. Spacer po wzgórzu z murami obronnymi, z którego rozciąga się widok na malowniczą zatokę i po starówce był najmilszym punktem dnia spędzonego albo w korku albo na zatłoczonej plaży.



Recently the weather in Barcelona is disappointing. And by saying recently I mean not days but rather weeks. I know that in Poland it has been raining a lot (in Portugal, for a change, it is hot and sunny) , but if anyone feels envious about me living in Spain, I have to explain few things. When one thinks of Spain the first words that comes to mind are sun, beach and sangria, then from those lately you could only enjoy sangria, and drunk inside not on the terrace. This year we have been on a beach only three times, I wear long trousers at the end of July. In a word, we are more than disappointed with the weather during our first summer in Spain.

Every sunny day we try to spend outside, on a beach or in a park. On Saturday morning we woke up and anxiously opened the blinds. To our surprise, contrary to the predictions of meteorologists, the day promised to be warm, there were few clouds, but we decided to go to Costa Brava with our guests. After a quick breakfast and preparing Nuno’s special bocadillos (with tortilla, chorizo, tomato, cheese and ham), we went to discover some new beaches.

It seems as all Barcelonians had exactly the same idea of spending this sunny Saturday. The giant traffic jam at the entrance to the highway, moving at 20 km/h, made us change a bit the plans and stop at the nearest beach, which happened to be Pineda de Mar. This typical holiday resort, with hotels almost on the beach, the beach is just next to railway tracks. Beach is average that we probably will not come back, but was so crowded that finding a parking space was a real challenge. On the contrary to the crowd on the sand, in the sea there were only few people, as the water was quite cold, it took quite a long while for Nuno and Dan to dive.


During the summer finding a nice and empty beach on the Costa Brava, is definitely not easy. After spending some time in Pineda, we went to Blanes, where beach was bit better. Blanes, Lloret de Mar and Tossa de Mar are popular destination for low cost holidays. While Lloret is a typical place to party and get drunk and is full of discos and young people who want to have fun, Tossa is a quiet and charming town. So we passed Lloret and went directly to Tossa. We climbed the hill with a castle, we walked on the walls, and admired a nice view with picturesque bay and the old town. It was definitely the nicest part of the day spent mostly in the traffic or a crowded beach.