Showing posts with label Włochy/Italy. Show all posts
Showing posts with label Włochy/Italy. Show all posts

Saturday, 16 November 2013

Bello Bellagio


Podczas podróży (bo mieszkanie w takim to już zupełnie inna bajka) uwielbiam małe miasteczka. Jest ich pełno w krajach południowych, w Portugalii, Włoszech, Hiszpanii… Takie na godzinny spacer. Takie, w którym bez pośpiechu chodzimy, by po chwili przysiąść na kawę. Lub aperitivo. Lub gelato. W sumie można na jedno i drugie, nigdy nie odmawiaj takim małym codziennym przyjemnościom.

Jak wybieracie następny kraj, miasto lub region, który odwiedzicie? O niektórych marzymy całe życie, o innych tyle dobrego słyszeliśmy, a niektóre miejsca odwiedzamy, aby odwiedzić rodzinę i znajomych. I tak było w przypadku Como, gdzie od ponad trzech lat mieszka moja siostra. Gdy w końcu nas zaprosiła do siebie, nie mogliśmy nie skorzystać! Tym więc sposobem mieliśmy okazje poznać jedną z pocztówkowych wizytówek północnych Włoch, najgłębsze jezioro Alp. A jak wiadomo, na jeziorze najlepiej sobie popływać, więc zaplanowaliśmy sobie całodniowy rejsik promem z przystankami w malowniczych miejscowościach. Już same ich nazwy brzmią poetycko(albo to przez moje nostalgiczne wspomnienia tak mi się wydaje): Bellagio, Menaggio, Varenna…Zdecydowaliśmy się popłynąć aż do Bellagio, które uważane jest za najbardziej malownicze i zyskało nawet miano „perły jeziora Como”, a w drodze powrotnej zatrzymaliśmy się w Lenno. 


Widoki z wody są niesamowite, widoki na jezioro są niesamowite… nie ma co się zatem dziwić, że sławy takie jak Madonna czy George Clooney mają tu domy, a jezioro było tłem w takich filmach jak Casino Royale czy  Gwiezdne wojny: część II - Atak klonów. Szkoda, że nie mieliśmy małej własnej łódeczki i czasu na odkrycie wszystkich położonych nad Como miasteczek. 


Bellagio ma urokliwą starówkę, kilka stromych uliczek, kościół… i to by było na tyle. Czasami dla odmiany dobrze jest wybrać się w miejsce, w którym nikt nie zrobił listy: 10 rzeczy, które koniecznie musisz zobaczyć, z prostego powodu: nie znalazłby ich aż 10. Delektowaliśmy się słońcem, poddaliśmy się dolce fare niente, znaleźliśmy ukrytą małą knajpkę i rozkoszowaliśmy się rozmową przy Spitzu i przekąskach. Nie potrzebowaliśmy nic więcej do szczęścia. No może pysznego gelato, takiego, które tylko we Włoszech tak smakuje. Pokręciliśmy się troszkę po Bellagio i czas było wracać…


Właśnie zdałąm sobie sprawę, że dzisiejszy post jest 200 postem na tym blogu. Jeśli lubisz tu zaglądać, zostaw komentarz albo polub fanpage bloga na facebooku.


When travelling (as to live In one, is Just another story), I love to explore tiny picturesque towns. There are plenty of those in countries like Portugal, Italy, Spain..They are perfect for a one-hour walk around. Where after that hour, you can just find a nice café and sit down for a coffee. Or aperitivo. Or gelato. Well, you always can have it all- never say no to small pleasures…

How do you decide where to travel next? You dream about some places, cities, countries, you’ve heard only nice things about other destinations and to some places you go to visit your friends or family. My sister’s been living in Como for around 3 years so when she finally invited us, we just couldn’t say no (who says no to Italian holidays anyway?). this invitation meant that we had the chance to visit one of the postcard views from the northern Italy, the deepest lake in the Alps. And because the lake is perfect for a boat trip, we spend the whole day on a cruise and visited some picturesque towns. Names itself sound so poetic (or it’s just me being nostalgic): Bellagio, Menaggio, Varenna ... We decided to hop off in Bellagio, which is considered the most picturesque one and is known as  the pearl of Lake Como and on our way back we stopped in Lenno. 


The views from the water are amazing, the views of the lake are amazing ... no wonder it is here that celebrities like Madonna or George Clooney bought  houses, and that blockbusters like Casino Royale and Star Wars: Episode II - Attack of the Clones were filmed there. I just wish we had our own private boat or yacht and lots of time to explore all the small town on the lake shores.


Bellagio has a charming old town , a few steep streets , the church ... and that would probably be all. Doesn’t it feel good to be in such a place where nobody made a list of 10 things/places to do/see, as there simply aren’t 10 things to see/do? We just found it perfect, enjoyed the sun, found a small café and talked for quite some time sipping our Spritz. We didn’t need anything else to feel happy. Maybe a gelato, that only in Italy has this taste that you remember after you’re back home.  


I've just notice that this is the 200th post on this blog! Wow. 

Tuesday, 12 November 2013

Rozpusta jedzeniowa we Włoszech/ Italian food indulgence


Pierwotnie post miał nosić tytuł: Ile kilo można przytyć podczas tygodniowego pobytu we Włoszech, ale to  a) za długi tytuł i b)musiałabym się przyznać o ile ciężsi wsiadaliśmy do samolotu z Malpensie. 
Po powrocie do blogowania moja siostra dopomina się postów z odwiedzin w Como i Cinque Terre, moja mama wolałaby najpierw poczytać o wspólnych wakacjach w Portugalii, Nuno chyba o Maderze, jeszcze inni woleliby bieżące posty z Irlandii. Kilkumiesięczna przerwa w pisaniu ma swoje poważne konsekwencje, ale powoli, pomalutku, nadrabiam wszystko.  Możecie zasugerować na facebooku, o czym chcielibyście czytać, pomoże mi to w ustaleniu priorytetów. 

Nie jest tajemnicą, że lubimy sobie dobrze zjeść. Jedzenie jest dla nas na tyle ważne, że przed wyjazdem częściej szukam dobrych lokali niż np. muzeów czy innych atrakcji turystycznych. Dlatego też na pierwszy rzut pójdzie jedzeniowa fotorelacja (a raczej fotograficzne udokumentowanie naszego „małego” obżarstwa)  z pobytu w Como i okolicach oraz w regionie Cinque Terre. Trochę obwiniam moją siostrę i jej znajomych, że zabrali nas do fantastycznych knajpek na pyszne jedzenie i namawiali na kolejny kawałek pizzy czy jeszcze jeden kieliszeczek limoncello. Ale na wyjazdach nie uświadczysz w nas silnej woli i łatwo poddawaliśmy się pokusie spróbowania kolejnego wybornego likieru czy zrobienia przerwy na jeszcze jedno aperitivo. 


Aperitivo to sposób na pobudzenie apetytu, to kwintesencja włoskiego stylu życia, rytuał, który uwielbiam. To taki pretekst, by zwolnić na chwilę, przysiąść i obserwować.  Na północy najczęściej jako aperitivo pije się Spritz (koktajl z Prosecco, Aperolem lub Campari i gazowaną wodą- wodę można pominąć :) albo po prostu kieliszek prosseco. Do tego, w zależności od baru, podają małe przekąski- oliwki, chipsy, sery, kawałki pizzy, etc. Nie wiem, ile przerw na aperitivo zrobiliśmy podczas naszych włoskich mini wakacji, ale Mi ha piacutto molto, na tyle, że po powrocie zaopatrzyliśmy się w Aperol i Prosseco.  Szkoda tylko, że irlandzka pogoda choć trochę bardziej nie przypomina tej we Włoszech.

Każdy region Włoch słynie z innych dań, w  Ligurii i Cinque Terre nie można nie spróbować między innymi focacci, pesto, ravioli. W jednym z miasteczek trafiliśmy na sagra ravioli di marisco-czyli taki jarmark, święto poświęcone jedzeniu (w tym przypadku ravioli z nadzieniem z owocami morza), na które schodzi się cała wieś. Były i tańce, i strzelnica z fantami, ale najważniejsze było jedzenie (no i może fakt, że dzbanek dobrego domowego wina kosztował 3€). Jeśli macie okazję, zrezygnujcie z restauracji na rzecz takich lokalnych jarmarków czy targów, bo atmosfera jest niesamowita, a jedzenie tanie i dobre. 


Jednego dnia Magda zrobiła tiramisu, a jej koleżanka Sara, pizzocheri, danie typowe regionu valtellina i baaardzo pożywne (czytaj: po zjedzeniu nie mogliśmy się ruszać). Pizzocheri to rodzaj makaronu, serwowany jest z ziemniakami, serem, masłem i kapustą. Normalnie je się to danie zimą, na rozgrzanie,  ale zrobiono dla nas wyjątek.  W Como zjedliśmy też występujące (chyba tylko w tym)  w jeziorze ryby: lavarello i pesce persico.

Włochy zawsze kojarzą mi się z dobrym jedzeniem i tym razem się nie rozczarowaliśmy. Widokowo też było przepięknie (coś w tym jest, że Włochy zawsze pojawiają się wysoko w rankingu najpiękniejszych krajów świata), miasteczka Cinque Terre są tak kolorowe i urocze, że wszystkie zdjęcia wyglądają jak pocztówki, a będąc w Como zazdrościliśmy Magdzie, że ma takie widoki na co dzień. 


Czy wy też jesteście takimi foodie w podróży?  Jak ważne jest dla Was, co i gdzie zjecie na wyjeździe? Jeśli też lubicie sobie pojeść na wakacjach, zapraszam do facebookowej galerii po więcej zdjęć (nie zapomnijcie ‘polubić’ strony facepagu bloga, brakuje mi zaledwie kilku lubiących do 250).


The title for this post was supposed to be: How many kilos you can put on  during a week while on holidays in Italy, but a)it is simple way too long for a title and b) I'd have to admit how much we gained before taking the plane back to Ireland. 

As I am back to the world of travel blogging, my sister keeps asking for the post on our visit to Como and Cinque Terre, my mom would prefer to read first about our great holidays in Portugal, Nuno about Madeira, others prefer more up-to-date posts on our Irish life. After few months of neglecting this small blog, I am way behind with telling you about our bigger and smaller trips. Poco a poco, I will make up, if you have your preferences, just let me know on facebook, it may help me prioritize. 


It's no secret that we like to eat well.  Food is such an important part of our travels that I spend much more time looking for a nice places to eat than on research on museums or other typical touristic attractions. So before I share with you where we went during our trip to Italy, I will share with your some foodie photos (well, maybe I should write a proof of being guilty of eating and drinking too much). I blame it all on my sister and her friends who took us to some great places and made us eat deep-fried pizza as a starter for a normal pizza and to always drink one more limoncello. We weren’t that innocent, as we never say no to a delicious meal, especially when on holidays, we rarely can escape the temptation to try some new flavors and we stop for too many food-related breaks (in Italy they even have a name for it: the famous aperitivo time).

Aperitivo is the essence of Italian lifestile, a simple ritual that I love. It's the excuse to slow down for a moment, sit down and observe the world. In Northern Italy, Spritz (cocktail of Prosecco, Aperol or Campari and sparkling water-you can always skip water) or glass of prosseco is the most commonly served as aperitivo. Depending on a bar, you get some snacks together with a drink, be it olives, cheese, potato chips, peanuts, small slices of pizza, etc. I lost count how many times we stopped for aperitivo during our Italian mini-vacation, but Mi ha piacutto molto, we liked the ritual so much that after some time we bought a bottle of Aperol and prosseco. Shame that the Irish weather isn’t bit more like in Italy.


Every single region in Italy is famous for different dishes.  In Liguria and the Cinque Terre one must try  focaccia, pesto, ravioli, among other piatti. We were lucky to be in one of the  villages we visited during sagra ravioli di marisco. Sagra is a local festival dedicated to food (in this case ravioli stuffed with seafood), whole village gathers (I think we were the only foreigners there) to eat, dance,  win small prize in a raffle. Food is cheap and delicious, wine is cheap, and I mean 3€ per jar of house wine! Here for that price you won’t even get a pint. So if you ever have the chance to go to a sagra instead of eating in a restaurant, go for it. The atmosphere is great and food is even better. 

One day Magda made tiramisu, and her friend Sara, pizzocheri, a dish typical for Valtellina region that was soo delicious and and sooooo filling (read: after eating, we could not move). Pizzocheri  is a type of pasta, served with potatoes, cheese, butter and cabbage. It’s supposed to be a winter dish to warm you up, but an exception was done and we ate it in June. For the last dinner we were taken to a nice restaurant by the Como lake and were told to try fish from the lake: lavarello and pesce persico.


When I think of Italy, I picture something delicious, I imagine a glass of wine, sun, good mood. Italy never disappoints me, I don’t remember any disappointing dish, and this visit was no different. It was also beautiful as I had a change to visit a new region, the colorful and charming Cinque Terre and stunning region of Como lake (I’m just bit jealous that my sis lives in such a nice place). 

Are you a foodie and a traveler? How important is food for you when you are travelling? If you are a foodie, like us, you may like this facebook gallery (don’t forget to ‘like’ my fanpage, I am so close to reach 250 likes).

Tuesday, 23 October 2012

W Irlandii ciągle pada?!/ Does it really rain in Ireland all the time?!



Kiedy Nuno zaaplikował, a potem dostał pracę w Irlandii, wielu znajomych pukało się w głowę, że w ogóle rozważamy przeprowadzkę ze słonecznej Barcelony do deszczowej Irlandii. Deszcz to pierwsze słowo jakie przychodzi na myśl, gdy myślimy o Zielonej Wyspie (w końcu nie jest taka zielona z powodu upałów). Jak wpiszemy w wyszukiwarce hasło „pogoda w Irlandii” to w rezultatach znajdziemy opady, wilgotność, mgły i dość umiarkowane temperatury… Niezbyt zachęcająco, a do tego „życzliwi” straszą napadami depresji i przewidują, że na pewno będziemy żałować, bo przecież słońce to podstawa dobrego nastroju. Na razie trzymamy się dzielnie (zakup dobre kurtki przeciwdeszczowej to jednak podstawa) i w następnym poście udowodnię Wam, że mamy szczęście do pogody, bo 2 ostatnie weekendy były bardzo słoneczne i dzięki temu zwiedziliśmy okoliczne plaże. Mimo że stare powiedzenie mówi, że Irlandii nie odwiedza się dla pogody. 


Dziś jednak będzie o deszczu, bo za oknem tak trochę szaro i buro, więc jest to tematyka adekwatna. Wyobraźcie sobie taki obrazek: urlop zaplanowany, bilety kupione, od tygodni czekacie na ten wyjazd, wszystko dopięte jest na ostatni guzik (albo nie, bo jesteście tak spontaniczni, że planowanie ogranicza się tylko do zakupu biletu). A tu nagle pogoda krzyżuje wam szyki. Pada. I nie jest to przelotny deszczyk, niebo zasnute jest na chmurami co najmniej przez kilka godzin. Mieliście tak kiedyś? My już kilkakrotnie musieliśmy kupić nową parasolkę podczas podróży. 


Wydawać by się mogło, że nie mam szczęścia do świętowania moich urodzin, które wypadają w maju (wydawać by się mogło idealnym miesiącu do wyjazdów). Trzy lata z rzędu padało. W Amsterdamie pogoda jest niepewna chyba przez cały rok, ale spodziewałam się lepszej pogody wiosennej we Włoszech. W Rzymie zmuszeni byliśmy pożyczyć parasol od mojego przyjaciela, a rok później w Wenecji kupić nowy (a właściwie dwa, bo jeden był tak tandetny, że po godzinie był nie do użytku). Ale to my decydujemy, czy niekorzystna pogoda jest w stanie popsuć nam urlop. I zamiast kląć przed nosem, woleliśmy kupić parasol i nie przejmować się, bo Rzym i Wenecja pięknie się prezentują nie tylko skąpane w słońcu.  można powiedzieć nawet, że  deszcz dodaje im aurę romantyczności.  miastach byłam już podczas letnich upałów, więc cieszyłam się trochę na sesję z parasolami w roli głównej. Nuno był może mniej entuzjastyczny, a i potem przyszło nam zapłacić chorobą za wielogodzinne spacery w przemoczonych butach.  

W Rio liczyliśmy na plażowanie na Copacabanie lub Ipanemie, ale miasto przywitało nas deszczem. Na szczęście plaża to nie jedyna atrakcja tego cudownego miasta. Bo chyba najbardziej pechowi są ci, których deszcz dopadnie nad morzem. Zresztą na co dzień też. Komu się chce wychodzić z domu kiedy pada? Tylko szczerze. 


Na pocieszenie dla tych, którzy planują zwiedzanie Irlandii albo chcą mnie odwiedzić, zapewniam, że deszcz w Irlandii nie przeszkadza w życiu czy zwiedzaniu. Pada prawie codziennie, ale przelotnie, a w Polsce czy Hiszpanii, jak zacznie lać, to potrafi nie przestać przez kilka godzin. Zresztą pogoda nie zawsze jest najważniejsza. Mam nadzieję, ze was trochę przekonałam, bo siebie już prawie (podobno wielokrotne powtarzanie sprawia, że coś uznajemy za prawdziwe). 

Przypomniała mi się piosenka „I like London in the rain”… Lubicie jakieś miasta w deszczowej odsłonie? Dodaje im on uroku i aury tajemniczości? 



When Nuno applied for a job in Ireland and then got in, many of our friends were surprised that we even considered leaving sunny Barcelona to move to rainy Ireland.  As rain is the first thing that you picture when you think of Ireland, called the Green Island for a good reason, right? When you search “Irish weather or weather in Ireland” in google, the results will be probably: rain, fog, humidity, precipitation and  relatively moderate temperatures ... Well, the old saying  goes: You don't go to Ireland for the weather.” But somehow the weather was the last factor that had any influence on my decision. Although for many people sun is a synonym for a good mood,  I am not afraid to get depressed only because of living in a rainy country. I mean, I had to invest in a good rain jacket, but the weather hasn’t changed my habits. Besides, we’ve been quite lucky as the last two weekends were really sunny and we could explore the seaside. Post on that soon. 


This post is about rain as it is a typical grey autumn evening, so writing about beaches and sunny days would be a torture. So imagine: you have your plane tickets, everything planned for your dream trip, for weeks you are unable to think of anything else, you just picture yourself sunbathing on a desert beach/ discovering a new vibrant city/ hiking in beautiful mountains/ … (here choose a version that best suits your taste). And day before the trip you check the weather forecast. Your good mood suddenly disappears as instead of a perfect weather, they warn you against precipitation. You still hope that they are wrong, but when you reach your destination it really does rain. A lot. Not just a drizzle that can pass in a short moment. Have you ever had your holidays ruined because of bad weather?  We already had to buy a new umbrella during a trip few times but we tried to always look on a bright side. 


We aren’t lucky when going to celebrate my birthday, that is in May- one could argue a perfect month to travel, as it rained 3 years in a row. I mean weather in Amsterdam is quite unpredictable the whole year, but at least I expected some sun from Italy. We were forced to borrow an umbrella from our friend in Rome, and the next year, buy one in Venice (actually two, as one was so crappy that it broke after just one hour). But we wouldn’t let it destroy the trip. I was kind of happy to take some photos with umbrellas as the main motive, at least they are different from the ones I took when visiting the cities during the hot Italian summer. Nuno wasn’t that happy and we had to pay the consequences of walking for hours with water in our shoes. I think that Rome and Venice can also be truly beautiful in the rain, it king of create the romantic and mysterious atmosphere. 

When we traveled to Brasil last year, we were dreaming of sunny days spent on Copacabana or Ipanema. We still did get some sunny days, but Rio de Janeiro welcomed us with rain. Fortunately, its beaches aren’t the only the only place we could go. I think that what counts the most for those who decide to spend their holidays at the seaside, is the weather. In the city you have more options. But honestly, when it rains when you are not travelling, you probably stay at home. Who wants to go out when it rains?

I hope that my friends still want to visit me. You don’t have to bring your umbrella, I will lend you one. I mean, here it may rain every day, but after a short while it stops, so you can have a normal life here or visit the country. In Poland or Spain, when it rains, it rains for hours. And what makes the weather such an important thing to dedicate it a whole post?

I’ve just remembered a song, called "I like London in the rain" ... Do you know any city that impresses you in the rain?

Thursday, 14 July 2011

Spiaggia & Dolce Far Niente

Spiaggia & Dolce Far Niente. Tak w skrócie mogę określić nasze wakacje. Plaża i słodkie nic-nie-robienie.
Nie ma co się dziwić, bo Sardynia to prawie 2000 kilometrów plaż, które na dodatek uważane są za najpiękniejsze w Europie. Plaże różnorodne, od piaszczystych, przez kamyczkowe czy skaliste. Kolor morza zmienia się, powiedzieć, że woda jest niebieska czy zielona to za mało, jest turkusowa, szmaragdowa, lazurowa, szafirowa. Same nazwy: Szmaragdowe Wybrzeże, Wybrzeże Koralowe, Turkusowe, Ametystowe, Jadeitowe, Perłowe, Topazowe, Akwamarynowe nie bez powodu nawiązują do kamieni szlachetnych.



Mimo, że dla mnie idealne wakacje to połączenie odpoczynku i zwiedzania, odkrywania nowych miast, to z przyjemnością spędziłam 10 dni na odkryciu kilkunastu plaż Sardynii. Udając się na tę drugą co do wielkości wyspę Morza Śródziemnomorskiego trzeba być nastawionym na odpoczynek, bowiem zwiedzania jest stosunkowo niewiele i jeśli ktoś nie lubi się opalać, nurkować, surfować, czy drzemać pod parasolem plażowym, nie dla niego ten kierunek.



My staraliśmy się być na przynajmniej dwóch plażach dziennie, wykorzystując najgorętsze godziny to przemieszczenia się z jednej plaży na drugą. Wyposażeni w pożyczony od Carmen przewodnik po plażach (opisanych ponad 200), z rana wybieraliśmy nasz cel podróży. Stwierdziliśmy , że autorzy przewodnika powinni dostać nagrodę za najlepszy photoshop zdjęć, które były piękne (jak w rzeczywistości), ale z kilkoma dość znaczącymi retuszami. Na zdjęciach nie było żadnych plażowiczów, co jak łatwo można zgadnąć, nie odzwierciedlało stanu realnego plaż.



We Włoszech najlepiej być wyposażonym w jakieś rozmówki, ponieważ jak to we Włoszech bywa, wszyscy mówią po włosku, z innymi językami bywa dość krucho. Musiałam odświeżyć mój Italiano, który jest raczej dość podstawowy, ale wystarczający do porozumienia się z właścicielami B&B, w których się zatrzymywaliśmy, czy zamawiania posiłków w restauracji.
Co do zwiedzania, to szczerze się przyznam, że pewnie moglibyśmy się wybrać zobaczyć nuragi, czyli megalityczne warowne wieże, ale wydawały się nam one zbyt atrakcyjne, by nadrabiać drogi. Zmuszeni byliśmy zwiedzać w jedyny dzień naszego urlopu, kiedy pogoda nie dopisała, ulewne deszcze uniemożliwiły plażowanie. Na nieszczęście stało się to w Arbus, gdzie atrakcja turystyczna to było Muzeum Noży (z których podobno słynie to miasteczko) oraz zamknięta kopalnia. Kopalni nie udało nam się zwiedzić, ponieważ w poniedziałki nie ma wizyt, za to Muzeum Noży można zobaczyć w 10 minut, jak się zatrzymuje przy każdym eksponacie.



Sardynia, w przeciwieństwie do Majorki czy Ibizy nie jest mekką imprezowiczów, nie ma prawie dyskotek. Co do turystów, to w większości jest to tursytyka lokalna czyli włoska. Dzięki tanim połączeniom z Alghero czy Cagliari jednak powoli coraz więcej turystów zagranicznych odkrywa uroki tej wyspy. Jedną z większych grup są Katalończycy, ponieważ przez kilka wieków należała do Korony Aragonu.


Sardynię najłatwiej jest zwiedzać samochodem, wiele osób dociera własnym dzięki licznym połączeniom promowym, my zaś wynajęliśmy. Zarezerwowaliśmy najtańszy w ofercie, czyli smart, ale dzięki jakiejś pomyłce dostaliśmy (w tej samej cenie) samochód, który mogę określić tylko jednym słowem: cute, czyli fiat500. Jazda po zawiłych, wąskich, zakurzonych drogach nie była momentami łatwa, za to czasami widoki, jakie roztaczały się z trasy zachwycały i zmuszały Nuno do zatrzymania auta w celu uwiecznienia pejzażu na zdjęciu. Jednymi z ulubionych momentów trasy było także jechanie między rzędami kwiatów, których zapach i kolory mogły przyprawić o zawrót głowy. W innych regionach droga z obu stron byłą otoczona rzędami kaktusów.





Sardynia to nie tylko intensywne zapachy kwiatów czy ziemi (dla mnie ziemia pachniała bardzo intensywnie), ale także kolory i dźwięki. Dźwięki koników polnych czy świerszczy są dla mnie nieodłącznym elementem krajów południowych. Do tego kolory, przede wszystkim dziesiątki odcieni zielonego i niebieskiego.
Jednak punktem centralnym są i zawsze będą plaże. Plaże i zatoki, plaże i laguny, plaże i klify, plaże, plaże, plaże. Niektóre mają niesamowite kształty, inne niezwykle mięciutki piasek, do tego krystaliczna, czysta woda. Wszystko, czego potrzeba, żeby spędzić niebiańskie wakacje.




Spiaggia & Dolce Far Niente. With those 4 words I can describe our holidays. Beach and he sweet-doing-nothing.
So in short I can define our vacation. The beach and the sweet nothing-not-doing.
It is not surprising as Sardinia has almost 2000 kilometers of beaches, which are also considered the most beautiful in Europe. Sandy, rocky, pebble beaches. The colour of the sea varies, to say the water is green or blue is insufficient, as water can be the turquoise, emerald, azure, sapphire. The names itself refer to precious stones: Emerald Coast, Coral Coast, Turquoise, Amethyst, Jade, Pearl, Topaz, Aquamarine Cost. Well, the beaches of Sardinia are really like gems, so those names really are adequate.



Although for me the perfect holiday is a combination of sightseeing and relax, I prefer to explore unknown cities over sunbathing, but still I really enjoyed discovering divine beaches of Sardinia during 10 days. When choosing this second largest island of the Mediterranean one must be prepared that basically a plan for the day is beach and sea, as there is not much of sightseeing. So if you don’t like sunbathing, diving, snorkeling or sleeping a siesta under the shadow of umbrella, this destination is not for you.




We tried to visit at least two beaches per day. We had a guide of Sardinia’s beaches (included more than 200) that I borrowed from Carmen, so in the morning during the breakfast we decided where to go. We think that the authors of the guide should get the award for best photoshop images that showed beautiful beaches (in reality they did looked beautiful) but they manipulated them as there were no sunbathers, the beaches on the pictures were deserted. And as you can guess it was far from the reality.



Before going to Italy one should buy a phrase book, because as it happens in Italy, they all speak Italian and communicating in other languages can be a serious problem. I had to refresh my Italiano, which is rather basic, but sufficient to communicate with the owners of B & B which we stayed in and ordering meals in restaurants.

As for sightseeing, I have to be honest. Perhaps we should have visited nuraghe, the megalithic fortified towers, but they didn’t seem that interesting to drive especially there. However, we were forced to do some sightseeing one day, as heavy rain made it impossible to even come close to a beach. Unfortunately, it happened in Arbus, where the main tourist attraction was the Museum of Knives (apparently the town is famous for making them) and the closed mine. As it was Monday the mine was closed to visitors, and after 10 minutes you could see all the museum.



Sardinia is not a best choice for party animals, as clubbers won’t find there almost any discos. The tourism is almost exclusively a local ones, 90% of the tourist are Italians. Thanks to low-cost connections there are more and more foreign tourist who discover the charms of the island. It is popular destinations of Catalans, both for the cheap flights and the fact that in the past the island belonged to the Crown of Aragon for few centuries.



The best and easiest way to discover all Sardinia has to offer is by car. Many people come to Sardinia in their own car, thanks to many ferry connections, we decided to rent one. We had reserved the cheapest one in the offer, which was smart, and when we arrived, thanks to some reservation mess-up we ended up in the cutest Italian car, fiat500. Driving on narrow, curvy, dusty roads wasn’t easy at times, but sometimes the views that we had in front of us were really astonishing, we had to stop to take photos. One of the favorite moments of driving in Sardinia, was driving among the rows of flowers, whose scent and color can make you dizzy. In other parts of the island, roads were surrounded by infinite rows of cactuses.




Sardinia is not only intensive smell of flowers or earth (for me it has really strong smell), it is also sounds, and above all colours. The sound of grasshoppers and crickets is for me an integral part of the southern countries. As for the colours, I was surprised to see so many different shades of green and blue.



But the central point are its beaches. Beaches and bays, beaches and lagoons, beaches and cliffs, beaches, beaches, beaches. Some have amazing shapes, other very soft sand, all have clean, transparent water. All you need to have divine holidays.

Showing posts with label Włochy/Italy. Show all posts
Showing posts with label Włochy/Italy. Show all posts

Saturday, 16 November 2013

Bello Bellagio


Podczas podróży (bo mieszkanie w takim to już zupełnie inna bajka) uwielbiam małe miasteczka. Jest ich pełno w krajach południowych, w Portugalii, Włoszech, Hiszpanii… Takie na godzinny spacer. Takie, w którym bez pośpiechu chodzimy, by po chwili przysiąść na kawę. Lub aperitivo. Lub gelato. W sumie można na jedno i drugie, nigdy nie odmawiaj takim małym codziennym przyjemnościom.

Jak wybieracie następny kraj, miasto lub region, który odwiedzicie? O niektórych marzymy całe życie, o innych tyle dobrego słyszeliśmy, a niektóre miejsca odwiedzamy, aby odwiedzić rodzinę i znajomych. I tak było w przypadku Como, gdzie od ponad trzech lat mieszka moja siostra. Gdy w końcu nas zaprosiła do siebie, nie mogliśmy nie skorzystać! Tym więc sposobem mieliśmy okazje poznać jedną z pocztówkowych wizytówek północnych Włoch, najgłębsze jezioro Alp. A jak wiadomo, na jeziorze najlepiej sobie popływać, więc zaplanowaliśmy sobie całodniowy rejsik promem z przystankami w malowniczych miejscowościach. Już same ich nazwy brzmią poetycko(albo to przez moje nostalgiczne wspomnienia tak mi się wydaje): Bellagio, Menaggio, Varenna…Zdecydowaliśmy się popłynąć aż do Bellagio, które uważane jest za najbardziej malownicze i zyskało nawet miano „perły jeziora Como”, a w drodze powrotnej zatrzymaliśmy się w Lenno. 


Widoki z wody są niesamowite, widoki na jezioro są niesamowite… nie ma co się zatem dziwić, że sławy takie jak Madonna czy George Clooney mają tu domy, a jezioro było tłem w takich filmach jak Casino Royale czy  Gwiezdne wojny: część II - Atak klonów. Szkoda, że nie mieliśmy małej własnej łódeczki i czasu na odkrycie wszystkich położonych nad Como miasteczek. 


Bellagio ma urokliwą starówkę, kilka stromych uliczek, kościół… i to by było na tyle. Czasami dla odmiany dobrze jest wybrać się w miejsce, w którym nikt nie zrobił listy: 10 rzeczy, które koniecznie musisz zobaczyć, z prostego powodu: nie znalazłby ich aż 10. Delektowaliśmy się słońcem, poddaliśmy się dolce fare niente, znaleźliśmy ukrytą małą knajpkę i rozkoszowaliśmy się rozmową przy Spitzu i przekąskach. Nie potrzebowaliśmy nic więcej do szczęścia. No może pysznego gelato, takiego, które tylko we Włoszech tak smakuje. Pokręciliśmy się troszkę po Bellagio i czas było wracać…


Właśnie zdałąm sobie sprawę, że dzisiejszy post jest 200 postem na tym blogu. Jeśli lubisz tu zaglądać, zostaw komentarz albo polub fanpage bloga na facebooku.


When travelling (as to live In one, is Just another story), I love to explore tiny picturesque towns. There are plenty of those in countries like Portugal, Italy, Spain..They are perfect for a one-hour walk around. Where after that hour, you can just find a nice café and sit down for a coffee. Or aperitivo. Or gelato. Well, you always can have it all- never say no to small pleasures…

How do you decide where to travel next? You dream about some places, cities, countries, you’ve heard only nice things about other destinations and to some places you go to visit your friends or family. My sister’s been living in Como for around 3 years so when she finally invited us, we just couldn’t say no (who says no to Italian holidays anyway?). this invitation meant that we had the chance to visit one of the postcard views from the northern Italy, the deepest lake in the Alps. And because the lake is perfect for a boat trip, we spend the whole day on a cruise and visited some picturesque towns. Names itself sound so poetic (or it’s just me being nostalgic): Bellagio, Menaggio, Varenna ... We decided to hop off in Bellagio, which is considered the most picturesque one and is known as  the pearl of Lake Como and on our way back we stopped in Lenno. 


The views from the water are amazing, the views of the lake are amazing ... no wonder it is here that celebrities like Madonna or George Clooney bought  houses, and that blockbusters like Casino Royale and Star Wars: Episode II - Attack of the Clones were filmed there. I just wish we had our own private boat or yacht and lots of time to explore all the small town on the lake shores.


Bellagio has a charming old town , a few steep streets , the church ... and that would probably be all. Doesn’t it feel good to be in such a place where nobody made a list of 10 things/places to do/see, as there simply aren’t 10 things to see/do? We just found it perfect, enjoyed the sun, found a small café and talked for quite some time sipping our Spritz. We didn’t need anything else to feel happy. Maybe a gelato, that only in Italy has this taste that you remember after you’re back home.  


I've just notice that this is the 200th post on this blog! Wow. 

Tuesday, 12 November 2013

Rozpusta jedzeniowa we Włoszech/ Italian food indulgence


Pierwotnie post miał nosić tytuł: Ile kilo można przytyć podczas tygodniowego pobytu we Włoszech, ale to  a) za długi tytuł i b)musiałabym się przyznać o ile ciężsi wsiadaliśmy do samolotu z Malpensie. 
Po powrocie do blogowania moja siostra dopomina się postów z odwiedzin w Como i Cinque Terre, moja mama wolałaby najpierw poczytać o wspólnych wakacjach w Portugalii, Nuno chyba o Maderze, jeszcze inni woleliby bieżące posty z Irlandii. Kilkumiesięczna przerwa w pisaniu ma swoje poważne konsekwencje, ale powoli, pomalutku, nadrabiam wszystko.  Możecie zasugerować na facebooku, o czym chcielibyście czytać, pomoże mi to w ustaleniu priorytetów. 

Nie jest tajemnicą, że lubimy sobie dobrze zjeść. Jedzenie jest dla nas na tyle ważne, że przed wyjazdem częściej szukam dobrych lokali niż np. muzeów czy innych atrakcji turystycznych. Dlatego też na pierwszy rzut pójdzie jedzeniowa fotorelacja (a raczej fotograficzne udokumentowanie naszego „małego” obżarstwa)  z pobytu w Como i okolicach oraz w regionie Cinque Terre. Trochę obwiniam moją siostrę i jej znajomych, że zabrali nas do fantastycznych knajpek na pyszne jedzenie i namawiali na kolejny kawałek pizzy czy jeszcze jeden kieliszeczek limoncello. Ale na wyjazdach nie uświadczysz w nas silnej woli i łatwo poddawaliśmy się pokusie spróbowania kolejnego wybornego likieru czy zrobienia przerwy na jeszcze jedno aperitivo. 


Aperitivo to sposób na pobudzenie apetytu, to kwintesencja włoskiego stylu życia, rytuał, który uwielbiam. To taki pretekst, by zwolnić na chwilę, przysiąść i obserwować.  Na północy najczęściej jako aperitivo pije się Spritz (koktajl z Prosecco, Aperolem lub Campari i gazowaną wodą- wodę można pominąć :) albo po prostu kieliszek prosseco. Do tego, w zależności od baru, podają małe przekąski- oliwki, chipsy, sery, kawałki pizzy, etc. Nie wiem, ile przerw na aperitivo zrobiliśmy podczas naszych włoskich mini wakacji, ale Mi ha piacutto molto, na tyle, że po powrocie zaopatrzyliśmy się w Aperol i Prosseco.  Szkoda tylko, że irlandzka pogoda choć trochę bardziej nie przypomina tej we Włoszech.

Każdy region Włoch słynie z innych dań, w  Ligurii i Cinque Terre nie można nie spróbować między innymi focacci, pesto, ravioli. W jednym z miasteczek trafiliśmy na sagra ravioli di marisco-czyli taki jarmark, święto poświęcone jedzeniu (w tym przypadku ravioli z nadzieniem z owocami morza), na które schodzi się cała wieś. Były i tańce, i strzelnica z fantami, ale najważniejsze było jedzenie (no i może fakt, że dzbanek dobrego domowego wina kosztował 3€). Jeśli macie okazję, zrezygnujcie z restauracji na rzecz takich lokalnych jarmarków czy targów, bo atmosfera jest niesamowita, a jedzenie tanie i dobre. 


Jednego dnia Magda zrobiła tiramisu, a jej koleżanka Sara, pizzocheri, danie typowe regionu valtellina i baaardzo pożywne (czytaj: po zjedzeniu nie mogliśmy się ruszać). Pizzocheri to rodzaj makaronu, serwowany jest z ziemniakami, serem, masłem i kapustą. Normalnie je się to danie zimą, na rozgrzanie,  ale zrobiono dla nas wyjątek.  W Como zjedliśmy też występujące (chyba tylko w tym)  w jeziorze ryby: lavarello i pesce persico.

Włochy zawsze kojarzą mi się z dobrym jedzeniem i tym razem się nie rozczarowaliśmy. Widokowo też było przepięknie (coś w tym jest, że Włochy zawsze pojawiają się wysoko w rankingu najpiękniejszych krajów świata), miasteczka Cinque Terre są tak kolorowe i urocze, że wszystkie zdjęcia wyglądają jak pocztówki, a będąc w Como zazdrościliśmy Magdzie, że ma takie widoki na co dzień. 


Czy wy też jesteście takimi foodie w podróży?  Jak ważne jest dla Was, co i gdzie zjecie na wyjeździe? Jeśli też lubicie sobie pojeść na wakacjach, zapraszam do facebookowej galerii po więcej zdjęć (nie zapomnijcie ‘polubić’ strony facepagu bloga, brakuje mi zaledwie kilku lubiących do 250).


The title for this post was supposed to be: How many kilos you can put on  during a week while on holidays in Italy, but a)it is simple way too long for a title and b) I'd have to admit how much we gained before taking the plane back to Ireland. 

As I am back to the world of travel blogging, my sister keeps asking for the post on our visit to Como and Cinque Terre, my mom would prefer to read first about our great holidays in Portugal, Nuno about Madeira, others prefer more up-to-date posts on our Irish life. After few months of neglecting this small blog, I am way behind with telling you about our bigger and smaller trips. Poco a poco, I will make up, if you have your preferences, just let me know on facebook, it may help me prioritize. 


It's no secret that we like to eat well.  Food is such an important part of our travels that I spend much more time looking for a nice places to eat than on research on museums or other typical touristic attractions. So before I share with you where we went during our trip to Italy, I will share with your some foodie photos (well, maybe I should write a proof of being guilty of eating and drinking too much). I blame it all on my sister and her friends who took us to some great places and made us eat deep-fried pizza as a starter for a normal pizza and to always drink one more limoncello. We weren’t that innocent, as we never say no to a delicious meal, especially when on holidays, we rarely can escape the temptation to try some new flavors and we stop for too many food-related breaks (in Italy they even have a name for it: the famous aperitivo time).

Aperitivo is the essence of Italian lifestile, a simple ritual that I love. It's the excuse to slow down for a moment, sit down and observe the world. In Northern Italy, Spritz (cocktail of Prosecco, Aperol or Campari and sparkling water-you can always skip water) or glass of prosseco is the most commonly served as aperitivo. Depending on a bar, you get some snacks together with a drink, be it olives, cheese, potato chips, peanuts, small slices of pizza, etc. I lost count how many times we stopped for aperitivo during our Italian mini-vacation, but Mi ha piacutto molto, we liked the ritual so much that after some time we bought a bottle of Aperol and prosseco. Shame that the Irish weather isn’t bit more like in Italy.


Every single region in Italy is famous for different dishes.  In Liguria and the Cinque Terre one must try  focaccia, pesto, ravioli, among other piatti. We were lucky to be in one of the  villages we visited during sagra ravioli di marisco. Sagra is a local festival dedicated to food (in this case ravioli stuffed with seafood), whole village gathers (I think we were the only foreigners there) to eat, dance,  win small prize in a raffle. Food is cheap and delicious, wine is cheap, and I mean 3€ per jar of house wine! Here for that price you won’t even get a pint. So if you ever have the chance to go to a sagra instead of eating in a restaurant, go for it. The atmosphere is great and food is even better. 

One day Magda made tiramisu, and her friend Sara, pizzocheri, a dish typical for Valtellina region that was soo delicious and and sooooo filling (read: after eating, we could not move). Pizzocheri  is a type of pasta, served with potatoes, cheese, butter and cabbage. It’s supposed to be a winter dish to warm you up, but an exception was done and we ate it in June. For the last dinner we were taken to a nice restaurant by the Como lake and were told to try fish from the lake: lavarello and pesce persico.


When I think of Italy, I picture something delicious, I imagine a glass of wine, sun, good mood. Italy never disappoints me, I don’t remember any disappointing dish, and this visit was no different. It was also beautiful as I had a change to visit a new region, the colorful and charming Cinque Terre and stunning region of Como lake (I’m just bit jealous that my sis lives in such a nice place). 

Are you a foodie and a traveler? How important is food for you when you are travelling? If you are a foodie, like us, you may like this facebook gallery (don’t forget to ‘like’ my fanpage, I am so close to reach 250 likes).

Tuesday, 23 October 2012

W Irlandii ciągle pada?!/ Does it really rain in Ireland all the time?!



Kiedy Nuno zaaplikował, a potem dostał pracę w Irlandii, wielu znajomych pukało się w głowę, że w ogóle rozważamy przeprowadzkę ze słonecznej Barcelony do deszczowej Irlandii. Deszcz to pierwsze słowo jakie przychodzi na myśl, gdy myślimy o Zielonej Wyspie (w końcu nie jest taka zielona z powodu upałów). Jak wpiszemy w wyszukiwarce hasło „pogoda w Irlandii” to w rezultatach znajdziemy opady, wilgotność, mgły i dość umiarkowane temperatury… Niezbyt zachęcająco, a do tego „życzliwi” straszą napadami depresji i przewidują, że na pewno będziemy żałować, bo przecież słońce to podstawa dobrego nastroju. Na razie trzymamy się dzielnie (zakup dobre kurtki przeciwdeszczowej to jednak podstawa) i w następnym poście udowodnię Wam, że mamy szczęście do pogody, bo 2 ostatnie weekendy były bardzo słoneczne i dzięki temu zwiedziliśmy okoliczne plaże. Mimo że stare powiedzenie mówi, że Irlandii nie odwiedza się dla pogody. 


Dziś jednak będzie o deszczu, bo za oknem tak trochę szaro i buro, więc jest to tematyka adekwatna. Wyobraźcie sobie taki obrazek: urlop zaplanowany, bilety kupione, od tygodni czekacie na ten wyjazd, wszystko dopięte jest na ostatni guzik (albo nie, bo jesteście tak spontaniczni, że planowanie ogranicza się tylko do zakupu biletu). A tu nagle pogoda krzyżuje wam szyki. Pada. I nie jest to przelotny deszczyk, niebo zasnute jest na chmurami co najmniej przez kilka godzin. Mieliście tak kiedyś? My już kilkakrotnie musieliśmy kupić nową parasolkę podczas podróży. 


Wydawać by się mogło, że nie mam szczęścia do świętowania moich urodzin, które wypadają w maju (wydawać by się mogło idealnym miesiącu do wyjazdów). Trzy lata z rzędu padało. W Amsterdamie pogoda jest niepewna chyba przez cały rok, ale spodziewałam się lepszej pogody wiosennej we Włoszech. W Rzymie zmuszeni byliśmy pożyczyć parasol od mojego przyjaciela, a rok później w Wenecji kupić nowy (a właściwie dwa, bo jeden był tak tandetny, że po godzinie był nie do użytku). Ale to my decydujemy, czy niekorzystna pogoda jest w stanie popsuć nam urlop. I zamiast kląć przed nosem, woleliśmy kupić parasol i nie przejmować się, bo Rzym i Wenecja pięknie się prezentują nie tylko skąpane w słońcu.  można powiedzieć nawet, że  deszcz dodaje im aurę romantyczności.  miastach byłam już podczas letnich upałów, więc cieszyłam się trochę na sesję z parasolami w roli głównej. Nuno był może mniej entuzjastyczny, a i potem przyszło nam zapłacić chorobą za wielogodzinne spacery w przemoczonych butach.  

W Rio liczyliśmy na plażowanie na Copacabanie lub Ipanemie, ale miasto przywitało nas deszczem. Na szczęście plaża to nie jedyna atrakcja tego cudownego miasta. Bo chyba najbardziej pechowi są ci, których deszcz dopadnie nad morzem. Zresztą na co dzień też. Komu się chce wychodzić z domu kiedy pada? Tylko szczerze. 


Na pocieszenie dla tych, którzy planują zwiedzanie Irlandii albo chcą mnie odwiedzić, zapewniam, że deszcz w Irlandii nie przeszkadza w życiu czy zwiedzaniu. Pada prawie codziennie, ale przelotnie, a w Polsce czy Hiszpanii, jak zacznie lać, to potrafi nie przestać przez kilka godzin. Zresztą pogoda nie zawsze jest najważniejsza. Mam nadzieję, ze was trochę przekonałam, bo siebie już prawie (podobno wielokrotne powtarzanie sprawia, że coś uznajemy za prawdziwe). 

Przypomniała mi się piosenka „I like London in the rain”… Lubicie jakieś miasta w deszczowej odsłonie? Dodaje im on uroku i aury tajemniczości? 



When Nuno applied for a job in Ireland and then got in, many of our friends were surprised that we even considered leaving sunny Barcelona to move to rainy Ireland.  As rain is the first thing that you picture when you think of Ireland, called the Green Island for a good reason, right? When you search “Irish weather or weather in Ireland” in google, the results will be probably: rain, fog, humidity, precipitation and  relatively moderate temperatures ... Well, the old saying  goes: You don't go to Ireland for the weather.” But somehow the weather was the last factor that had any influence on my decision. Although for many people sun is a synonym for a good mood,  I am not afraid to get depressed only because of living in a rainy country. I mean, I had to invest in a good rain jacket, but the weather hasn’t changed my habits. Besides, we’ve been quite lucky as the last two weekends were really sunny and we could explore the seaside. Post on that soon. 


This post is about rain as it is a typical grey autumn evening, so writing about beaches and sunny days would be a torture. So imagine: you have your plane tickets, everything planned for your dream trip, for weeks you are unable to think of anything else, you just picture yourself sunbathing on a desert beach/ discovering a new vibrant city/ hiking in beautiful mountains/ … (here choose a version that best suits your taste). And day before the trip you check the weather forecast. Your good mood suddenly disappears as instead of a perfect weather, they warn you against precipitation. You still hope that they are wrong, but when you reach your destination it really does rain. A lot. Not just a drizzle that can pass in a short moment. Have you ever had your holidays ruined because of bad weather?  We already had to buy a new umbrella during a trip few times but we tried to always look on a bright side. 


We aren’t lucky when going to celebrate my birthday, that is in May- one could argue a perfect month to travel, as it rained 3 years in a row. I mean weather in Amsterdam is quite unpredictable the whole year, but at least I expected some sun from Italy. We were forced to borrow an umbrella from our friend in Rome, and the next year, buy one in Venice (actually two, as one was so crappy that it broke after just one hour). But we wouldn’t let it destroy the trip. I was kind of happy to take some photos with umbrellas as the main motive, at least they are different from the ones I took when visiting the cities during the hot Italian summer. Nuno wasn’t that happy and we had to pay the consequences of walking for hours with water in our shoes. I think that Rome and Venice can also be truly beautiful in the rain, it king of create the romantic and mysterious atmosphere. 

When we traveled to Brasil last year, we were dreaming of sunny days spent on Copacabana or Ipanema. We still did get some sunny days, but Rio de Janeiro welcomed us with rain. Fortunately, its beaches aren’t the only the only place we could go. I think that what counts the most for those who decide to spend their holidays at the seaside, is the weather. In the city you have more options. But honestly, when it rains when you are not travelling, you probably stay at home. Who wants to go out when it rains?

I hope that my friends still want to visit me. You don’t have to bring your umbrella, I will lend you one. I mean, here it may rain every day, but after a short while it stops, so you can have a normal life here or visit the country. In Poland or Spain, when it rains, it rains for hours. And what makes the weather such an important thing to dedicate it a whole post?

I’ve just remembered a song, called "I like London in the rain" ... Do you know any city that impresses you in the rain?

Thursday, 14 July 2011

Spiaggia & Dolce Far Niente

Spiaggia & Dolce Far Niente. Tak w skrócie mogę określić nasze wakacje. Plaża i słodkie nic-nie-robienie.
Nie ma co się dziwić, bo Sardynia to prawie 2000 kilometrów plaż, które na dodatek uważane są za najpiękniejsze w Europie. Plaże różnorodne, od piaszczystych, przez kamyczkowe czy skaliste. Kolor morza zmienia się, powiedzieć, że woda jest niebieska czy zielona to za mało, jest turkusowa, szmaragdowa, lazurowa, szafirowa. Same nazwy: Szmaragdowe Wybrzeże, Wybrzeże Koralowe, Turkusowe, Ametystowe, Jadeitowe, Perłowe, Topazowe, Akwamarynowe nie bez powodu nawiązują do kamieni szlachetnych.



Mimo, że dla mnie idealne wakacje to połączenie odpoczynku i zwiedzania, odkrywania nowych miast, to z przyjemnością spędziłam 10 dni na odkryciu kilkunastu plaż Sardynii. Udając się na tę drugą co do wielkości wyspę Morza Śródziemnomorskiego trzeba być nastawionym na odpoczynek, bowiem zwiedzania jest stosunkowo niewiele i jeśli ktoś nie lubi się opalać, nurkować, surfować, czy drzemać pod parasolem plażowym, nie dla niego ten kierunek.



My staraliśmy się być na przynajmniej dwóch plażach dziennie, wykorzystując najgorętsze godziny to przemieszczenia się z jednej plaży na drugą. Wyposażeni w pożyczony od Carmen przewodnik po plażach (opisanych ponad 200), z rana wybieraliśmy nasz cel podróży. Stwierdziliśmy , że autorzy przewodnika powinni dostać nagrodę za najlepszy photoshop zdjęć, które były piękne (jak w rzeczywistości), ale z kilkoma dość znaczącymi retuszami. Na zdjęciach nie było żadnych plażowiczów, co jak łatwo można zgadnąć, nie odzwierciedlało stanu realnego plaż.



We Włoszech najlepiej być wyposażonym w jakieś rozmówki, ponieważ jak to we Włoszech bywa, wszyscy mówią po włosku, z innymi językami bywa dość krucho. Musiałam odświeżyć mój Italiano, który jest raczej dość podstawowy, ale wystarczający do porozumienia się z właścicielami B&B, w których się zatrzymywaliśmy, czy zamawiania posiłków w restauracji.
Co do zwiedzania, to szczerze się przyznam, że pewnie moglibyśmy się wybrać zobaczyć nuragi, czyli megalityczne warowne wieże, ale wydawały się nam one zbyt atrakcyjne, by nadrabiać drogi. Zmuszeni byliśmy zwiedzać w jedyny dzień naszego urlopu, kiedy pogoda nie dopisała, ulewne deszcze uniemożliwiły plażowanie. Na nieszczęście stało się to w Arbus, gdzie atrakcja turystyczna to było Muzeum Noży (z których podobno słynie to miasteczko) oraz zamknięta kopalnia. Kopalni nie udało nam się zwiedzić, ponieważ w poniedziałki nie ma wizyt, za to Muzeum Noży można zobaczyć w 10 minut, jak się zatrzymuje przy każdym eksponacie.



Sardynia, w przeciwieństwie do Majorki czy Ibizy nie jest mekką imprezowiczów, nie ma prawie dyskotek. Co do turystów, to w większości jest to tursytyka lokalna czyli włoska. Dzięki tanim połączeniom z Alghero czy Cagliari jednak powoli coraz więcej turystów zagranicznych odkrywa uroki tej wyspy. Jedną z większych grup są Katalończycy, ponieważ przez kilka wieków należała do Korony Aragonu.


Sardynię najłatwiej jest zwiedzać samochodem, wiele osób dociera własnym dzięki licznym połączeniom promowym, my zaś wynajęliśmy. Zarezerwowaliśmy najtańszy w ofercie, czyli smart, ale dzięki jakiejś pomyłce dostaliśmy (w tej samej cenie) samochód, który mogę określić tylko jednym słowem: cute, czyli fiat500. Jazda po zawiłych, wąskich, zakurzonych drogach nie była momentami łatwa, za to czasami widoki, jakie roztaczały się z trasy zachwycały i zmuszały Nuno do zatrzymania auta w celu uwiecznienia pejzażu na zdjęciu. Jednymi z ulubionych momentów trasy było także jechanie między rzędami kwiatów, których zapach i kolory mogły przyprawić o zawrót głowy. W innych regionach droga z obu stron byłą otoczona rzędami kaktusów.





Sardynia to nie tylko intensywne zapachy kwiatów czy ziemi (dla mnie ziemia pachniała bardzo intensywnie), ale także kolory i dźwięki. Dźwięki koników polnych czy świerszczy są dla mnie nieodłącznym elementem krajów południowych. Do tego kolory, przede wszystkim dziesiątki odcieni zielonego i niebieskiego.
Jednak punktem centralnym są i zawsze będą plaże. Plaże i zatoki, plaże i laguny, plaże i klify, plaże, plaże, plaże. Niektóre mają niesamowite kształty, inne niezwykle mięciutki piasek, do tego krystaliczna, czysta woda. Wszystko, czego potrzeba, żeby spędzić niebiańskie wakacje.




Spiaggia & Dolce Far Niente. With those 4 words I can describe our holidays. Beach and he sweet-doing-nothing.
So in short I can define our vacation. The beach and the sweet nothing-not-doing.
It is not surprising as Sardinia has almost 2000 kilometers of beaches, which are also considered the most beautiful in Europe. Sandy, rocky, pebble beaches. The colour of the sea varies, to say the water is green or blue is insufficient, as water can be the turquoise, emerald, azure, sapphire. The names itself refer to precious stones: Emerald Coast, Coral Coast, Turquoise, Amethyst, Jade, Pearl, Topaz, Aquamarine Cost. Well, the beaches of Sardinia are really like gems, so those names really are adequate.



Although for me the perfect holiday is a combination of sightseeing and relax, I prefer to explore unknown cities over sunbathing, but still I really enjoyed discovering divine beaches of Sardinia during 10 days. When choosing this second largest island of the Mediterranean one must be prepared that basically a plan for the day is beach and sea, as there is not much of sightseeing. So if you don’t like sunbathing, diving, snorkeling or sleeping a siesta under the shadow of umbrella, this destination is not for you.




We tried to visit at least two beaches per day. We had a guide of Sardinia’s beaches (included more than 200) that I borrowed from Carmen, so in the morning during the breakfast we decided where to go. We think that the authors of the guide should get the award for best photoshop images that showed beautiful beaches (in reality they did looked beautiful) but they manipulated them as there were no sunbathers, the beaches on the pictures were deserted. And as you can guess it was far from the reality.



Before going to Italy one should buy a phrase book, because as it happens in Italy, they all speak Italian and communicating in other languages can be a serious problem. I had to refresh my Italiano, which is rather basic, but sufficient to communicate with the owners of B & B which we stayed in and ordering meals in restaurants.

As for sightseeing, I have to be honest. Perhaps we should have visited nuraghe, the megalithic fortified towers, but they didn’t seem that interesting to drive especially there. However, we were forced to do some sightseeing one day, as heavy rain made it impossible to even come close to a beach. Unfortunately, it happened in Arbus, where the main tourist attraction was the Museum of Knives (apparently the town is famous for making them) and the closed mine. As it was Monday the mine was closed to visitors, and after 10 minutes you could see all the museum.



Sardinia is not a best choice for party animals, as clubbers won’t find there almost any discos. The tourism is almost exclusively a local ones, 90% of the tourist are Italians. Thanks to low-cost connections there are more and more foreign tourist who discover the charms of the island. It is popular destinations of Catalans, both for the cheap flights and the fact that in the past the island belonged to the Crown of Aragon for few centuries.



The best and easiest way to discover all Sardinia has to offer is by car. Many people come to Sardinia in their own car, thanks to many ferry connections, we decided to rent one. We had reserved the cheapest one in the offer, which was smart, and when we arrived, thanks to some reservation mess-up we ended up in the cutest Italian car, fiat500. Driving on narrow, curvy, dusty roads wasn’t easy at times, but sometimes the views that we had in front of us were really astonishing, we had to stop to take photos. One of the favorite moments of driving in Sardinia, was driving among the rows of flowers, whose scent and color can make you dizzy. In other parts of the island, roads were surrounded by infinite rows of cactuses.




Sardinia is not only intensive smell of flowers or earth (for me it has really strong smell), it is also sounds, and above all colours. The sound of grasshoppers and crickets is for me an integral part of the southern countries. As for the colours, I was surprised to see so many different shades of green and blue.



But the central point are its beaches. Beaches and bays, beaches and lagoons, beaches and cliffs, beaches, beaches, beaches. Some have amazing shapes, other very soft sand, all have clean, transparent water. All you need to have divine holidays.