Showing posts with label święto/holiday. Show all posts
Showing posts with label święto/holiday. Show all posts

Sunday, 25 November 2012

Jarmark świąteczny w Galway/ Christmas market in Galway


W Irlandii dekoracje  świąteczne można było już kupić w sklepach w okolicach Halloween. Mam wrażenie, że z każdym rokiem szał świąteczny zaczyna się wcześniej. Boże Narodzenie jest chyba moim ulubionym świętem, ale dekorowanie ulic w listopadzie uważam za przesadę. Co nie przeszkodziło mi wybrać się wczoraj na świąteczny jarmark i główną ulicę handlową Galway, by zobaczyć iluminacje. Lubię odkrywać na nowo miejsca, które znam, a które w różne pory roku wyglądają odmiennie. 


Jarmark różnił się od Fira de Santa Llucia, który to jarmark co roku ma miejsce w Barcelonie, przed katedrą. Nie było postaci do zbudowania żłóbka, caganera czy pieńka caga tio, trochę mnie rozczarowało, że nie odkryłam żadnej typowej zabawki czy tradycji. Połowę stoisko stanowiły stoiska z jedzeniem lub piciem, Nuno skusił się na hot doga, ja miałam ochotę na grzane wino. Oczywiście można było kupić bombki, choinki (nie uschną na miesiąc przez Wigilią?!) czy inne dekoracje. Albo poszukać inspiracji na prezent dla najbliższych. Dla najmłodszych niemałą frajdą była karuzela z retro konikami. 


Nie będzie osobnego postu o ulicach udekorowanych świetlnymi dekoracjami, bo nawet przy dobrej chęci zdjęć by się tyle nie uzbierało. Wiem, że nie można oczekiwać, że małe Galway dorówna Barcelonie (zobacz dekoracje), ale nie mogłam ukryć rozczarowania widząc dość biedne dekoracje na Shop Street. Przed świętami zawitamy do Dublina i mam nadzieję, że będą one troszkę ładniejsze. 


A wasze miasta przybrały już świąteczną szatę? 

 

I love Christmas, I think it is my favorite holiday, but still I don’t find it normal to see all those Xmas decorations right after Halloween. I feel that every year  Christmas frenzy starts bit earlier. But still,  was more than happy to go to the Christmas market  (that opened 2 days ago) and see the illuminations on the main shopping street of Galway. For my defense, I can only say that I love to explore places that I know during different seasons to see how they can change. 


The market had nothing to do with Fira de Santa Llucia, that takes place every year in Barcelona just in front in the cathedral. There you can buy every possible figure that you may need to build your own crèche ,you discover funny and surprising Catalan traditions: caganer and  caga tio, I was bit dissapointed that I didn't discover any typical traditions. Here for a change, more than half stands offer food and drinks, and we were tempted to drink mulled wine and Nuno couldn’t resist the smell of hot dogs. We didn’t buy anything (I still have no idea what would make a perfect present for my family), but there were plenty of stands to find inspiration for gifts. I don’t know if we will be decorating our flat, but there were some cute decorations and Christmas trees as well. 


I have to squeeze a photo of streets with festive light decorations, as if I were to write a separate post, it would be the shortest ever on this blog. I know that I was naïve to expect to see kilometers of Xmas lights in such a small town, but I couldn’t hide my disappointment when I went to Shop Street, the main street in Galway. Before Christmas we plan to spend some time in Dublin so I hope that I will see some proper decorations.


Is your city already ready for Christmas? Do you like its decorations?

Monday, 9 April 2012

Semana Santa czyli procesje i mona/ Semana Santa-processions and mona

W tym roku Wielkanoc spędzić mi przyszło na obczyźnie, z dala od rodziny, bez jajek faszerowanych, sernika i wszystkich innych pyszności, pod którymi pewnie uginał się stół. Zamiast się jednak smucić, postanowiliśmy pójść przykładem Hiszpanów i wyjechać za miasto na ten 3 dniowy weekend. A drugim plusem jest możliwość opisania kilku zwyczajów wielkanocnych, które, jak się można domyślić, są zupełnie odmienne od polskich. I mimo, że Barcelona i ogólnie Katalonia słabo wypadają w porównaniu z najbardziej znanymi procesjami, które mają miejsce w Sewilli, to i tak jest o czym opowiadać.

Na początek podobne obchody Niedzieli Palmowej (Domingo de Ramos), od której zaczyna się Wielki Tydzień. W tym przypadku różnica jest niewielka, bo tradycja w sumie ta sama, jedynie wygląd palemek jest odmienny.


Tym, z czego słynie Hiszpania to procesje męczenników, na czas Semana Santa do Sewilli ściągają tłumy i to chyba bardziej ze względu na koloryt lokalny tych widowiskowych procesji, niż z religijnych pobudek. Procesje trwają codziennie, aż do niedzieli palmowej. Każdego wieczoru ulicami miast wyruszają bractwa, pokutnicy niosący na swoich barkach figury świętych. W różnych regionach procesje mają odmienny charakter. W gorącej Andaluzji są krzyki, płacze, głośne śpiewy, więcej jest emocji (wiedzę tym razem opieram na relacjach uczestników, bo nie miałam okazji uczestniczyć na żywo) . Północ jest bardziej powściągliwa, procesje często odbywane są w ciszy. Najczęściej jednak nikt nie pozostaje obojętny wobec podniosłej atmosfery, mimo że czasami jest to raczej religijność na pokaz i podążanie za tradycją, niż głębokie przeżywanie wiary (niektórzy wierni na procesji zajęli miejsca siedzące, aby się ogrzać przynieśli kocyk, a inny kanapkę). Zakapturzeni pokutnicy, twarze oświetlone blaskiem świec, dudniący hałas bębnów…


W procesjach uczestniczą cofradias (bractwa), można je rozróżnić po kolorach strojów oraz po figurach ze swoimi świętymi, które niosą na swoich barkach (niektórzy oszukują i platformy, na których znajdują się bogato zdobione figury mają kółka). Procesje trwać mogą kilka a nawet kilkanaście godzin, a platformy ważyć kilka ton.


My mieliśmy okazję uczestniczyć w Wielkopiątkowej procesji w Tarragonie. Najpierw, o godzinie 17, każde bractwo wyniosło swojego świętego (przystrojonego kwiatami i świecami) z parafii i wąskimi uliczkami, przy akompaniamencie bębnów, trąbek i dud, zakończyło pochód na głównym placu. Tam przez następnych kilka godzin można było podziwiać wszystkie platformy- ołtarze, niektóre okryte plastikowymi płachtami z obawy przed deszczem (w niektórych miejscowościach procesje zostały odwołane ze względu na niesprzyjającą pogodę, deszcz mógłby bowiem zniszczyć drewniane, nierzadko wiekowe, ołtarze).


Po zmierzchu, bractwa ponownie wyruszyły w pochód, niosąc na swych barkach świętych. Musicie uwierzyć mi na słowo, atmosfera była podniosła, w powietrzu unosił się zapach świec i kadzideł, rozmowy zagłuszone były przez dźwięk bębnów, kilka rzędów Hiszpanów obserwujących procesje (musieli chyba zająć dobre miejscówki z dużym wyprzedzeniem) skutecznie uniemożliwiały robienie zdjęć. Gdy już straciłam nadzieję, w drodze powrotnej do hotelu, niespodziewanie z zza rogu wyłonił się kilka bractw- jedni przebrani za Rzymian, inni w charakterystycznych spiczastych kapturach (zwanych capirotes).



W Hiszpanii nie ma zwyczaju malowania pisanek, co innego się je, coraz więcej osób zamiast świętować Zmartwychwstanie Jezusa wybiera eskapady poza miasto. W Katalonii w poniedziałek wielkanocny rodzice chrzestni obowiązkowo obdarowują tradycyjnym ciastem, zwanym Mona de Pascua. Tradycyjnie powinno być udekorowane tylko pomalowanymi jajkami, ale coraz częściej są to czekoladowe figurki, cukiernicy dają się także ponieść fantazji.

Dziś idąc do pracy nie musiałam się bać, że z zza rogu niespodziewanie wyskoczy jakiś młodzieniaszek z pistoletem na wodę, czy o zgroza, z wiadrem. Co kraj, to obyczaj. Ale w przyszłym roku chyba nie odpuszczę sernika, chyba że kosztem procesji w Andaluzji.


This year I spent Easter in Spain, away from my family and friends, away from my mum´s delicious cheesecake, babka and stuffed eggs. Instead of being sad and thinking of how much I miss being home, we decided to follow many Spaniards who tend to make the advantage of the long weekend and escape the city. And staying in Catalonia means I can share with you some Easter traditions, which, as you may guess, differs from Polish ones. Every Spanish region celebrate Easter bit differently, and in spite that Barcelona and Catalonia are not really famous for its traditions, and comparing to the craziness of Semana Santa in Sevilla, Andalucía, they are not considered top destination during the Holy Week, there are still few things worth mentioning.

To begin with, Holy Week begins on Palm Sunday (Domingo de Ramos) with a procession and blessing of the palms. It is basically the same traditions as in other Catholic countries, the only difference of what palms are made.


Spain is really famous by its stunning processions. During Semana Santa thousands of people choose to go to Sevilla to assist one of many processions, and they do so probably more due to all the reasons but religious. Processions take place daily in almost every city and small town. Every evening fraternities and brotherhoods and devotes and participants inundate the streets, penitents carry on their shoulders statues of the saints, crosses and candles, the atmosphere is unique, although it varies from region to region.


In hot Andalucía, the processions are more intense, with thousands of people singing, crying, and screaming, while in the north the atmosphere is more sober, people observe in silence the religious figures as they pass. All in all, no matter where you witness these days of fervor, it is impossible to stay indifferent to the solemn atmosphere of Semana Santa. Even if the religiosity seems artificial and most of the people who attend it do that because of simply following the tradition or to experience what they believe to be real Spanish culture. Indeed, it is very pintoresque to see rows and rows of hooded penitents, their faces lit by candles, moving to the beat of drums...


You can distinguish various cofradías (religious fraternities ) by the color of their costumes and the figures of the saints they carry on their shoulders (some floats of the richly decorated figures can weigh several tons) during several hours.


This year, as we went for a small trip, we participated in the Good Friday Procession in Tarragona. First, at 5 pm, every saint (decorated with candles and flowers) was carried from its parish by the cofradía, and the procession flew through narrow streets (sometimes the float could hardly fit), to the accompaniment of drums, trumpets and bagpipes, till it reached the main square. There, for the following hours, all the floats-altars could be admired; some were covered with plastic as to protect the wooden figures (in some cities the processions were cancelled due to the bad weather, as the rain could damage ancient and precious altars). After the nightfall, once again the figures were lifted, once again the sound of the drums was overwhelming, the smell of candles and incense in the air, several row of Spaniard observing the processions (I wonder what time they got there to take a good spot, some of them also brought a blanket, as the night was bit chilly, other a sandwich) made it nearly impossible to see, let alone take photos. When I lost all the hope and decided to give up, on the way back to the hotel, several fraternities suddenly emerged from behind the corner, some dressed as Romans, others in the characteristic pointy hoods (called capirotes).


In Spain there is no tradition of painting Easter eggs, as we do in Poland, the food is different and nowadays more and more people instead of celebrating the Resurrection of Jesus Christ, tend to make short escapades outside the city. In Catalonia, on Easter Monday godparents give the traditional cake called Mona de Pascua. Traditionally, it should only be decorated with painted hard boiled eggs, but bakers create modern versions in all shapes and colors, often inspired by Disney characters or Spanish celebrities.

Today, on my way to work, I didn´t have to be afraid that suddenly somebody appears with a squirt gun or worse, bucket of water (yes, we also have some strange Polish traditions, to know more google śmingus dyngus). Every country has its traditions. But I think next year I will choose my mum´s cheesecake, which I could only give up to see the famous procession in Andalusía.

Monday, 19 March 2012

Huk, ogień i buñuelos/ Noise, fire and buñuelos

Jeśli istnieje klub dla uzależnionych of regionalnych fiest, to z pewnością powinnam do niego należeć. Jeśli tylko termin, środki i inne nieciekawe elementy wypadkowe mi na to pozwalają, staram się uczestniczyć we wszystkich lokalnych imprezach uczestniczyć. W marcu padło na Walencję i słynne Fallas. Prowizorycznie hotel zablokowaliśmy już w listopadzie i mimo, że nie mogliśmy uczestniczyć w głównej atrakcji Fallas, jaką jest poniedziałkowa Crema, czyli palenie figur, to 2 dni pod znakiem petard, sztucznych ogni, tłumów i oczywiście imponujących rzeźb wystarczyły, żeby poczuć atmosferę tego jedynego w swoim rodzaju święta.


Nie wiem od czego zacząć… Od wystrzałów petard? Od pokazów fajerwerków, po których powietrze zasnute jest gęstym dymem? Od wielkich figur rodem z bajek, które jednak nawiązują bardziej do rzeczywistości niż do baśniowej fantazji? Od dominującego zapachu churros i buñuelos? Od słowniczka? A może od zarysu historycznego? Czyli skąd się wziął pomysł palenie misternie zaplanowanych i wykonanych konstrukcji? Po co przez całe miesiące buduje się niesamowite Fallas, kosztujące wcale niemało (te większe podobno ok. 100 000 euro- nie, nie dodałam żadnego 0), by potem podłożyć pod nie ogień? Tutaj na pomoc przyszła niezawodna wikipedia, według której: Początki święta w Walencji sięgają XVI wieku, kiedy to tutejsi cieśle postanowili uczcić swego patrona św. Józefa, paląc konstrukcje tworzone z drewnianych odpadów. Z czasem niektóre z nich zaczęły przybierać kształty ludzkie, by ostatecznie przekształcić się w formy znane współcześnie oraz karykatury znanych osób.


W tym roku dominowali Merkel i Sarkozy oraz chciwi bankierzy. Niektóre fallas w niezwykle obrazowy sposób przedstawiają grzechy i przywary współczesnego świata. Jednak to kryzys i marnotrawienie pieniędzy przez władze były tematem przewodnim wielu fallas. Mniejsze rzeźby, te już typowo bajkowe, bez politycznych podtekstów, wystawiają także dzieci. Bez dwóch zdań, niektóre fallas to dzieła sztuki. Aż szkoda, że pójdą z dymem.


A na ulicach prawdziwa rewia mody- piękne falleras prezentują swoje wdzięki ubrane w tradycyjne suknie, bogato obwieszone biżuterią, z włosami upiętymi w kok, podtrzymany ozdobnym i połyskliwym grzebieniem-wachlarzem.


Przy fallas ustawiane są także namioty centrum lokalnego stowarzyszenia, do którego należą fallas. Tam impreza trwa bez przerwy, gromadzą się falleras, rodziny i znajomi, by razem ugotować paellę, czy sobie podrinkować. A na ulicy bawi się całe miasto. Na każdym skwerze i parku starsi i młodsi uczestniczą w botellonie, czyli typowo hiszpański zwyczaj picia alkoholu w miejscach publicznych.


Nie zobaczyliśmy wszystkich fallas, ale przeszliśmy turystyczne dzielnice Walencji wzdłuż i wszerz. Nie uczestniczyliśmy też w imprezach towarzyszących (wyjątkiem był pokaz sztucznych ogni o 1 w nocy), ale to nie z braku chęci, ale z nadmiary chętnych. La Mascleta, czyli kilka minut odpalania petard i sztucznych ogni na plaza del Ayuntamiento zgromadziło takie tłumy, że utknęliśmy w jednej z ulic prowadzących na plac. Na ofrenda, czyli składaniu kwiatów Matce Boskiej przez falleras też nie dotarliśmy z powodu tłumów.


Ale kulinarnie tradycyjnie jedliśmy buñuelos con chocolate (pyszne pączki, w Walencji zrobione z dyni) i piliśmy horchatę. I zjedliśmy paellę na plaży.


Więcej zdjęć na stronie fcb.



I should be a star member of group for people addicted to regional fiestas. If there only existed one, which I seriously doubt (wait, should I create one?). Well, if only I can (read: it falls on weekend/ I can take days off/ I have money/ other thousand of trivial thinks I have to think of before going to one), I participate in any local fiesta. In March, it was Valencia’s time, and its big event- Las Fallas. We already booked our hotel in November and on last Friday we were ready to go and even though we missed the main event, which was Crema on Monday, I was still impressed how Spanish people love their fiestas. Impressive sculptures, firecrackers and fireworks, crowds, paella, fire, it all describes this one-of-a-kind festival.


I do not know with what to begin this post... How loud were the firecrackers? How thick and grey was the air after the firework show? About the impressive imagination of the artist that created the fallas? The figures looking as if they were taken out of fairytale, but at a second glance, reflected more e reality than a fantasy? How dominating was the smell of buñuelos and churros? Perhaps I should gove you some historical background so that the idea of burning the beautiful monuments that were planned and constructed for months? Why to make such an effort and spend so much money (some bigger fallas costed more than 100 000€, and no, I didn’t put any extra 0) and then set them on fire? Once again, thanks to Wikipedia I know that the origin of this festival In Valencia dates back to sixteenth century, when the local carpenters decided to celebrate their patron Saint Joseph by burning constructions they created with accumulated waste, especially wood, at the end of winter. With time, the constructions started taking human shape, and finally turn into a form known today , many times of caricatures of famous people.


This year, Merkel and Sarkozy, greedy bankers, crisis were the most recreated figures and themes. For a change, some other fallas represented the sins and vices of the modern world in a very graphic way. Next to big fallas, there are smaller sculptures, children’s fallas, those usually have only characters taken from fairy tales and cartoons, without political accents. Do you agree with me that some fallas are real piece of art? Shame they all go up in smoke.


It isn’t only fallas that you can admire, as there is a real beauty show on the streets. Falleras, dressed in a traditional dresses and ornate gowns, with a lot of jewels, with their hair in a bun hold with a decorative comb.


Next to the sculptures, usually there is a big tent that belongs to the local association that made the falla. There, the party never stops. Falleras, their family and friends gather to cook paella and have some drinks. And in the meantime, the whole city party on the streets. On every square and in every park older and younger participate in botellón, the typical Spanish custom of drinking alcohol in public places.


We didn’t see all the fallas, but we wanted to visit Valencia as well. We didn’t participate in all the events, but it wasn’t because we didn’t want to, it was because too many people wanted. We wanted to see a Mascleta, a few minutes long firecracker and fireworks display on Plaza del Ayuntamiento, but we got stuck on one of the streets leading to the square. We also missed ofrenda, offering of flowers to the Virgin Mary by falleras, as we were too scared by the crowds.


What we didn’t miss was the traditional food, that is buñuelos con chocolate (delicious donuts, in Valencia they wade them with pumpkin pulp) and we drank horchata. And for Sunday lunch, a paella on the beach (well, that one was a mistake)


If you want to see more photos, check the fcb page.

Showing posts with label święto/holiday. Show all posts
Showing posts with label święto/holiday. Show all posts

Sunday, 25 November 2012

Jarmark świąteczny w Galway/ Christmas market in Galway


W Irlandii dekoracje  świąteczne można było już kupić w sklepach w okolicach Halloween. Mam wrażenie, że z każdym rokiem szał świąteczny zaczyna się wcześniej. Boże Narodzenie jest chyba moim ulubionym świętem, ale dekorowanie ulic w listopadzie uważam za przesadę. Co nie przeszkodziło mi wybrać się wczoraj na świąteczny jarmark i główną ulicę handlową Galway, by zobaczyć iluminacje. Lubię odkrywać na nowo miejsca, które znam, a które w różne pory roku wyglądają odmiennie. 


Jarmark różnił się od Fira de Santa Llucia, który to jarmark co roku ma miejsce w Barcelonie, przed katedrą. Nie było postaci do zbudowania żłóbka, caganera czy pieńka caga tio, trochę mnie rozczarowało, że nie odkryłam żadnej typowej zabawki czy tradycji. Połowę stoisko stanowiły stoiska z jedzeniem lub piciem, Nuno skusił się na hot doga, ja miałam ochotę na grzane wino. Oczywiście można było kupić bombki, choinki (nie uschną na miesiąc przez Wigilią?!) czy inne dekoracje. Albo poszukać inspiracji na prezent dla najbliższych. Dla najmłodszych niemałą frajdą była karuzela z retro konikami. 


Nie będzie osobnego postu o ulicach udekorowanych świetlnymi dekoracjami, bo nawet przy dobrej chęci zdjęć by się tyle nie uzbierało. Wiem, że nie można oczekiwać, że małe Galway dorówna Barcelonie (zobacz dekoracje), ale nie mogłam ukryć rozczarowania widząc dość biedne dekoracje na Shop Street. Przed świętami zawitamy do Dublina i mam nadzieję, że będą one troszkę ładniejsze. 


A wasze miasta przybrały już świąteczną szatę? 

 

I love Christmas, I think it is my favorite holiday, but still I don’t find it normal to see all those Xmas decorations right after Halloween. I feel that every year  Christmas frenzy starts bit earlier. But still,  was more than happy to go to the Christmas market  (that opened 2 days ago) and see the illuminations on the main shopping street of Galway. For my defense, I can only say that I love to explore places that I know during different seasons to see how they can change. 


The market had nothing to do with Fira de Santa Llucia, that takes place every year in Barcelona just in front in the cathedral. There you can buy every possible figure that you may need to build your own crèche ,you discover funny and surprising Catalan traditions: caganer and  caga tio, I was bit dissapointed that I didn't discover any typical traditions. Here for a change, more than half stands offer food and drinks, and we were tempted to drink mulled wine and Nuno couldn’t resist the smell of hot dogs. We didn’t buy anything (I still have no idea what would make a perfect present for my family), but there were plenty of stands to find inspiration for gifts. I don’t know if we will be decorating our flat, but there were some cute decorations and Christmas trees as well. 


I have to squeeze a photo of streets with festive light decorations, as if I were to write a separate post, it would be the shortest ever on this blog. I know that I was naïve to expect to see kilometers of Xmas lights in such a small town, but I couldn’t hide my disappointment when I went to Shop Street, the main street in Galway. Before Christmas we plan to spend some time in Dublin so I hope that I will see some proper decorations.


Is your city already ready for Christmas? Do you like its decorations?

Monday, 9 April 2012

Semana Santa czyli procesje i mona/ Semana Santa-processions and mona

W tym roku Wielkanoc spędzić mi przyszło na obczyźnie, z dala od rodziny, bez jajek faszerowanych, sernika i wszystkich innych pyszności, pod którymi pewnie uginał się stół. Zamiast się jednak smucić, postanowiliśmy pójść przykładem Hiszpanów i wyjechać za miasto na ten 3 dniowy weekend. A drugim plusem jest możliwość opisania kilku zwyczajów wielkanocnych, które, jak się można domyślić, są zupełnie odmienne od polskich. I mimo, że Barcelona i ogólnie Katalonia słabo wypadają w porównaniu z najbardziej znanymi procesjami, które mają miejsce w Sewilli, to i tak jest o czym opowiadać.

Na początek podobne obchody Niedzieli Palmowej (Domingo de Ramos), od której zaczyna się Wielki Tydzień. W tym przypadku różnica jest niewielka, bo tradycja w sumie ta sama, jedynie wygląd palemek jest odmienny.


Tym, z czego słynie Hiszpania to procesje męczenników, na czas Semana Santa do Sewilli ściągają tłumy i to chyba bardziej ze względu na koloryt lokalny tych widowiskowych procesji, niż z religijnych pobudek. Procesje trwają codziennie, aż do niedzieli palmowej. Każdego wieczoru ulicami miast wyruszają bractwa, pokutnicy niosący na swoich barkach figury świętych. W różnych regionach procesje mają odmienny charakter. W gorącej Andaluzji są krzyki, płacze, głośne śpiewy, więcej jest emocji (wiedzę tym razem opieram na relacjach uczestników, bo nie miałam okazji uczestniczyć na żywo) . Północ jest bardziej powściągliwa, procesje często odbywane są w ciszy. Najczęściej jednak nikt nie pozostaje obojętny wobec podniosłej atmosfery, mimo że czasami jest to raczej religijność na pokaz i podążanie za tradycją, niż głębokie przeżywanie wiary (niektórzy wierni na procesji zajęli miejsca siedzące, aby się ogrzać przynieśli kocyk, a inny kanapkę). Zakapturzeni pokutnicy, twarze oświetlone blaskiem świec, dudniący hałas bębnów…


W procesjach uczestniczą cofradias (bractwa), można je rozróżnić po kolorach strojów oraz po figurach ze swoimi świętymi, które niosą na swoich barkach (niektórzy oszukują i platformy, na których znajdują się bogato zdobione figury mają kółka). Procesje trwać mogą kilka a nawet kilkanaście godzin, a platformy ważyć kilka ton.


My mieliśmy okazję uczestniczyć w Wielkopiątkowej procesji w Tarragonie. Najpierw, o godzinie 17, każde bractwo wyniosło swojego świętego (przystrojonego kwiatami i świecami) z parafii i wąskimi uliczkami, przy akompaniamencie bębnów, trąbek i dud, zakończyło pochód na głównym placu. Tam przez następnych kilka godzin można było podziwiać wszystkie platformy- ołtarze, niektóre okryte plastikowymi płachtami z obawy przed deszczem (w niektórych miejscowościach procesje zostały odwołane ze względu na niesprzyjającą pogodę, deszcz mógłby bowiem zniszczyć drewniane, nierzadko wiekowe, ołtarze).


Po zmierzchu, bractwa ponownie wyruszyły w pochód, niosąc na swych barkach świętych. Musicie uwierzyć mi na słowo, atmosfera była podniosła, w powietrzu unosił się zapach świec i kadzideł, rozmowy zagłuszone były przez dźwięk bębnów, kilka rzędów Hiszpanów obserwujących procesje (musieli chyba zająć dobre miejscówki z dużym wyprzedzeniem) skutecznie uniemożliwiały robienie zdjęć. Gdy już straciłam nadzieję, w drodze powrotnej do hotelu, niespodziewanie z zza rogu wyłonił się kilka bractw- jedni przebrani za Rzymian, inni w charakterystycznych spiczastych kapturach (zwanych capirotes).



W Hiszpanii nie ma zwyczaju malowania pisanek, co innego się je, coraz więcej osób zamiast świętować Zmartwychwstanie Jezusa wybiera eskapady poza miasto. W Katalonii w poniedziałek wielkanocny rodzice chrzestni obowiązkowo obdarowują tradycyjnym ciastem, zwanym Mona de Pascua. Tradycyjnie powinno być udekorowane tylko pomalowanymi jajkami, ale coraz częściej są to czekoladowe figurki, cukiernicy dają się także ponieść fantazji.

Dziś idąc do pracy nie musiałam się bać, że z zza rogu niespodziewanie wyskoczy jakiś młodzieniaszek z pistoletem na wodę, czy o zgroza, z wiadrem. Co kraj, to obyczaj. Ale w przyszłym roku chyba nie odpuszczę sernika, chyba że kosztem procesji w Andaluzji.


This year I spent Easter in Spain, away from my family and friends, away from my mum´s delicious cheesecake, babka and stuffed eggs. Instead of being sad and thinking of how much I miss being home, we decided to follow many Spaniards who tend to make the advantage of the long weekend and escape the city. And staying in Catalonia means I can share with you some Easter traditions, which, as you may guess, differs from Polish ones. Every Spanish region celebrate Easter bit differently, and in spite that Barcelona and Catalonia are not really famous for its traditions, and comparing to the craziness of Semana Santa in Sevilla, Andalucía, they are not considered top destination during the Holy Week, there are still few things worth mentioning.

To begin with, Holy Week begins on Palm Sunday (Domingo de Ramos) with a procession and blessing of the palms. It is basically the same traditions as in other Catholic countries, the only difference of what palms are made.


Spain is really famous by its stunning processions. During Semana Santa thousands of people choose to go to Sevilla to assist one of many processions, and they do so probably more due to all the reasons but religious. Processions take place daily in almost every city and small town. Every evening fraternities and brotherhoods and devotes and participants inundate the streets, penitents carry on their shoulders statues of the saints, crosses and candles, the atmosphere is unique, although it varies from region to region.


In hot Andalucía, the processions are more intense, with thousands of people singing, crying, and screaming, while in the north the atmosphere is more sober, people observe in silence the religious figures as they pass. All in all, no matter where you witness these days of fervor, it is impossible to stay indifferent to the solemn atmosphere of Semana Santa. Even if the religiosity seems artificial and most of the people who attend it do that because of simply following the tradition or to experience what they believe to be real Spanish culture. Indeed, it is very pintoresque to see rows and rows of hooded penitents, their faces lit by candles, moving to the beat of drums...


You can distinguish various cofradías (religious fraternities ) by the color of their costumes and the figures of the saints they carry on their shoulders (some floats of the richly decorated figures can weigh several tons) during several hours.


This year, as we went for a small trip, we participated in the Good Friday Procession in Tarragona. First, at 5 pm, every saint (decorated with candles and flowers) was carried from its parish by the cofradía, and the procession flew through narrow streets (sometimes the float could hardly fit), to the accompaniment of drums, trumpets and bagpipes, till it reached the main square. There, for the following hours, all the floats-altars could be admired; some were covered with plastic as to protect the wooden figures (in some cities the processions were cancelled due to the bad weather, as the rain could damage ancient and precious altars). After the nightfall, once again the figures were lifted, once again the sound of the drums was overwhelming, the smell of candles and incense in the air, several row of Spaniard observing the processions (I wonder what time they got there to take a good spot, some of them also brought a blanket, as the night was bit chilly, other a sandwich) made it nearly impossible to see, let alone take photos. When I lost all the hope and decided to give up, on the way back to the hotel, several fraternities suddenly emerged from behind the corner, some dressed as Romans, others in the characteristic pointy hoods (called capirotes).


In Spain there is no tradition of painting Easter eggs, as we do in Poland, the food is different and nowadays more and more people instead of celebrating the Resurrection of Jesus Christ, tend to make short escapades outside the city. In Catalonia, on Easter Monday godparents give the traditional cake called Mona de Pascua. Traditionally, it should only be decorated with painted hard boiled eggs, but bakers create modern versions in all shapes and colors, often inspired by Disney characters or Spanish celebrities.

Today, on my way to work, I didn´t have to be afraid that suddenly somebody appears with a squirt gun or worse, bucket of water (yes, we also have some strange Polish traditions, to know more google śmingus dyngus). Every country has its traditions. But I think next year I will choose my mum´s cheesecake, which I could only give up to see the famous procession in Andalusía.

Monday, 19 March 2012

Huk, ogień i buñuelos/ Noise, fire and buñuelos

Jeśli istnieje klub dla uzależnionych of regionalnych fiest, to z pewnością powinnam do niego należeć. Jeśli tylko termin, środki i inne nieciekawe elementy wypadkowe mi na to pozwalają, staram się uczestniczyć we wszystkich lokalnych imprezach uczestniczyć. W marcu padło na Walencję i słynne Fallas. Prowizorycznie hotel zablokowaliśmy już w listopadzie i mimo, że nie mogliśmy uczestniczyć w głównej atrakcji Fallas, jaką jest poniedziałkowa Crema, czyli palenie figur, to 2 dni pod znakiem petard, sztucznych ogni, tłumów i oczywiście imponujących rzeźb wystarczyły, żeby poczuć atmosferę tego jedynego w swoim rodzaju święta.


Nie wiem od czego zacząć… Od wystrzałów petard? Od pokazów fajerwerków, po których powietrze zasnute jest gęstym dymem? Od wielkich figur rodem z bajek, które jednak nawiązują bardziej do rzeczywistości niż do baśniowej fantazji? Od dominującego zapachu churros i buñuelos? Od słowniczka? A może od zarysu historycznego? Czyli skąd się wziął pomysł palenie misternie zaplanowanych i wykonanych konstrukcji? Po co przez całe miesiące buduje się niesamowite Fallas, kosztujące wcale niemało (te większe podobno ok. 100 000 euro- nie, nie dodałam żadnego 0), by potem podłożyć pod nie ogień? Tutaj na pomoc przyszła niezawodna wikipedia, według której: Początki święta w Walencji sięgają XVI wieku, kiedy to tutejsi cieśle postanowili uczcić swego patrona św. Józefa, paląc konstrukcje tworzone z drewnianych odpadów. Z czasem niektóre z nich zaczęły przybierać kształty ludzkie, by ostatecznie przekształcić się w formy znane współcześnie oraz karykatury znanych osób.


W tym roku dominowali Merkel i Sarkozy oraz chciwi bankierzy. Niektóre fallas w niezwykle obrazowy sposób przedstawiają grzechy i przywary współczesnego świata. Jednak to kryzys i marnotrawienie pieniędzy przez władze były tematem przewodnim wielu fallas. Mniejsze rzeźby, te już typowo bajkowe, bez politycznych podtekstów, wystawiają także dzieci. Bez dwóch zdań, niektóre fallas to dzieła sztuki. Aż szkoda, że pójdą z dymem.


A na ulicach prawdziwa rewia mody- piękne falleras prezentują swoje wdzięki ubrane w tradycyjne suknie, bogato obwieszone biżuterią, z włosami upiętymi w kok, podtrzymany ozdobnym i połyskliwym grzebieniem-wachlarzem.


Przy fallas ustawiane są także namioty centrum lokalnego stowarzyszenia, do którego należą fallas. Tam impreza trwa bez przerwy, gromadzą się falleras, rodziny i znajomi, by razem ugotować paellę, czy sobie podrinkować. A na ulicy bawi się całe miasto. Na każdym skwerze i parku starsi i młodsi uczestniczą w botellonie, czyli typowo hiszpański zwyczaj picia alkoholu w miejscach publicznych.


Nie zobaczyliśmy wszystkich fallas, ale przeszliśmy turystyczne dzielnice Walencji wzdłuż i wszerz. Nie uczestniczyliśmy też w imprezach towarzyszących (wyjątkiem był pokaz sztucznych ogni o 1 w nocy), ale to nie z braku chęci, ale z nadmiary chętnych. La Mascleta, czyli kilka minut odpalania petard i sztucznych ogni na plaza del Ayuntamiento zgromadziło takie tłumy, że utknęliśmy w jednej z ulic prowadzących na plac. Na ofrenda, czyli składaniu kwiatów Matce Boskiej przez falleras też nie dotarliśmy z powodu tłumów.


Ale kulinarnie tradycyjnie jedliśmy buñuelos con chocolate (pyszne pączki, w Walencji zrobione z dyni) i piliśmy horchatę. I zjedliśmy paellę na plaży.


Więcej zdjęć na stronie fcb.



I should be a star member of group for people addicted to regional fiestas. If there only existed one, which I seriously doubt (wait, should I create one?). Well, if only I can (read: it falls on weekend/ I can take days off/ I have money/ other thousand of trivial thinks I have to think of before going to one), I participate in any local fiesta. In March, it was Valencia’s time, and its big event- Las Fallas. We already booked our hotel in November and on last Friday we were ready to go and even though we missed the main event, which was Crema on Monday, I was still impressed how Spanish people love their fiestas. Impressive sculptures, firecrackers and fireworks, crowds, paella, fire, it all describes this one-of-a-kind festival.


I do not know with what to begin this post... How loud were the firecrackers? How thick and grey was the air after the firework show? About the impressive imagination of the artist that created the fallas? The figures looking as if they were taken out of fairytale, but at a second glance, reflected more e reality than a fantasy? How dominating was the smell of buñuelos and churros? Perhaps I should gove you some historical background so that the idea of burning the beautiful monuments that were planned and constructed for months? Why to make such an effort and spend so much money (some bigger fallas costed more than 100 000€, and no, I didn’t put any extra 0) and then set them on fire? Once again, thanks to Wikipedia I know that the origin of this festival In Valencia dates back to sixteenth century, when the local carpenters decided to celebrate their patron Saint Joseph by burning constructions they created with accumulated waste, especially wood, at the end of winter. With time, the constructions started taking human shape, and finally turn into a form known today , many times of caricatures of famous people.


This year, Merkel and Sarkozy, greedy bankers, crisis were the most recreated figures and themes. For a change, some other fallas represented the sins and vices of the modern world in a very graphic way. Next to big fallas, there are smaller sculptures, children’s fallas, those usually have only characters taken from fairy tales and cartoons, without political accents. Do you agree with me that some fallas are real piece of art? Shame they all go up in smoke.


It isn’t only fallas that you can admire, as there is a real beauty show on the streets. Falleras, dressed in a traditional dresses and ornate gowns, with a lot of jewels, with their hair in a bun hold with a decorative comb.


Next to the sculptures, usually there is a big tent that belongs to the local association that made the falla. There, the party never stops. Falleras, their family and friends gather to cook paella and have some drinks. And in the meantime, the whole city party on the streets. On every square and in every park older and younger participate in botellón, the typical Spanish custom of drinking alcohol in public places.


We didn’t see all the fallas, but we wanted to visit Valencia as well. We didn’t participate in all the events, but it wasn’t because we didn’t want to, it was because too many people wanted. We wanted to see a Mascleta, a few minutes long firecracker and fireworks display on Plaza del Ayuntamiento, but we got stuck on one of the streets leading to the square. We also missed ofrenda, offering of flowers to the Virgin Mary by falleras, as we were too scared by the crowds.


What we didn’t miss was the traditional food, that is buñuelos con chocolate (delicious donuts, in Valencia they wade them with pumpkin pulp) and we drank horchata. And for Sunday lunch, a paella on the beach (well, that one was a mistake)


If you want to see more photos, check the fcb page.