Showing posts with label Mallorca. Show all posts
Showing posts with label Mallorca. Show all posts

Sunday, 6 May 2012

Formentor, Pollença & calas

Pobyt na Majorce wydaje się tak odległy...Minęło prawie półtora miesiąca, czas wiec najwyższy zakończyć blogową relację z naszych mini-wakacji i spotkania z bloggerkami.
W sobotę Ewa pracowała tylko do 10, więc całą piątką wsiedliśmy do podstarzałej i wydających czasami dziwne odgłosy pandy, by wybrać się na półwysep Formentor (jest to najdalej wysunięty na północ punkt wyspy) . Największe wrażenie robi sama podróż (będąca nieaz prawdziwym wyzwaniem dla kierowcy), krętą trasą. Wąska droga pełna jest ostrych zakrętów, do tego trzeba dodać niezliczone grupki rowerzystów, których jakoś trzeba wyminąć, ale piękne widoki rekompensują stres przy wyprzedzaniu czy wchodzeniu w kolejny zakręt. Zatrzymaliśmy się przy punkcie widokowym (widoki z przylądka Cap de Formentor, na który autobusy nie mogą wjechać, bo droga jest tak wąska, że się nie mieszczą, nas rozczarowały), z którego podziwialiśmy turkus morza kontrastujący z barwą ostro poszarpanych klifów i bielą łódeczek.


Potem ostro pod górę i po kilkudziesięciu (jeśli nie kilkuset zakrętach) dojechaliśmy do przylądka, na którym mieści się latarnia morska i z którego według przewodnika, rozciąga się wspaniały widok. Po raz kolejny nie mogliśmy się zgodzić z autorami wyżej wymienionego przewodnika, z przylądka bowiem ledwo co było widać, zdjęć zrobiłam chyba tylko 10 (w tym 2 latarni, kolejne 4 samochodom i krętej drodze na przylądek).


Głód dawał nam się troszkę we znaki, więc zwiedzanie średniowiecznego miasteczka Pollença zostało przełożone na czas lunchu w Port de Pollença (niezbyt atrakcyjna plaża przy porcie, niezbyt atrakcyjne miasteczko). Spokojne i ciche miasteczko (cisza sporadycznie przerywana odgłosem bicia dzwonów kościelnych czy okrzykami radości dzieciaków zjeżdżających na hulajnodze), otoczone resztkami murów średniowiecznych (gwoli ścisłości mury są zredukowane do bramy :)


To było ostatnie miasteczko, jakie zwiedziliśmy na Majorce, bo ostatni dzień zarezerwowaliśmy sobie na calas, czyli to, co Nuno lubi najbardziej. Calas to plaże- zatoczki ukryte między skałami.
Zanotowaliśmy sobie kilka nazw, wklepaliśmy pierwszą z nich- Cala de Pi, do GPS-u, gdzie czekała nas jedna z najprzyjemniejszych niespodzianek całego pobytu. Podczas robienia zdjęć rybakom, którzy czyścili sieci i złowione rybki, jeden z nich rozpoznał Ewę.


Okazało się, że był on kierowcą na lotnisku, gdzie Ewa pracowała. Po kilku słowach przywitania, rybak/kierowca zaprosił nas na krótki rejsik swoją łódką, żeby pokazać, jak wygląda Cala de Pi widziana z morza, oraz niedostępna prawie od lądu Cala Beltrana. Lubię takie niespodziewane spotkania i jeszcze bardziej zaskakujące miłe propozycje. Potem odpoczynek na 2 plażach i z żalem opuszczaliśmy Majorkę.


It seems like it has been ages since we were on Mallorca. After six weeks, it is really high time I finish the last post about our mini-holidays and meeting with 2 Polish bloggers.
As Ewa was not on holidays, we normally met her in the evening, but since on Saturday she had unbelievably early shift and finished at 10 am, five of us squeezed in a blue panda, that sometimes surprised us with strange noises. Our destination was peninsula of Formentor (this is the northernmost point of the island). What is the most impressive, is a journey itself (quite a challenge for a driver). The narrow road is full of sharp turns, and from January-April it is full of smaller and larger (sometimes solitary) groups of cyclists, that you have to pass somehow. The view completely compensate for the stress that you may sometimes experience by passing a car/cyclist or entering a yet another sharp curve.
We stopped at a really nice viewpoint (views from the advertised cape Cap de Formentor are really exaggerated and rather disappointing. The only plus is that the buses can’t reach it because the road is simply too narrow and too curvy, so the number of the tourists is limited.) We could admire the turquoise sea contrasting with sharply jagged cliffs and with the whiteness of small boats (imagining of course us being on this boat drinking martini/mojito/beer) .


Then after a very steep point if the road, after a few dozen (if not hundreds) of curves, we reached the cape with a small white lighthouse (its main attraction). According to my guide, the views from the Cap de Formentor are wonderful. Well, once again I could only disagree with the authors, you could barely see anything, so I only took 10 photos (2 of a lighthouse and 4 of cars on a curvy road).


After such an exciting road trip, we felt hungry so we stopped in Port de Pollença (honestly, its beach and the town aren’t really attractive, jumped in the car and went to Pollença, a medieval town, that was the last charming pueblo we visited on Mallorca. It was really quiet and peaceful town (the silence were occasionally interrupted by church bell or screaming kids riding down on a scooter). The town was supposed to be surrounded by medieval walls, which in reality are reduced to one gate. After wandering through the charming streets of Pollença, we went back to Arenal. The last day was booked to visit some calas (hidden beaches/small bays)


We wrote down some cala’s names, after putting the first one- Cala de Pi, into the GPS system, we were ready to go. When we saw how intensively blue was the water, we knew we would spend a great time. What we hadn’t expect was a nice surprise of being in the right place at the right time. While taking photos of two fishermen who were cleaning their fishing nests, one of them recognized Ewa.


It turned out that he was a driver at the airport, where Ewa is working. After a small chit-chat, fisherman / driver invited us for a short boat trip so that we can see how Cala de Pi looked like from a sea perspective and to show us Cala Beltran, which was almost impossible to access without a boat. I really like such unexpected gifts from people we barely know. Afterwards, in a great mood, we visited 2 more calas and unfortunately had to catch a plane back to BCN.


Tuesday, 10 April 2012

Tour po malowniczych pueblos/ Tour through charming pueblos

Majorka jest niedużą wyspą, 100 km szerokości i 75 km długości, tak więc przemieszczenie się ¡z jednego końca wyspy na drugi nie zajmuje dużo czasu. Ze względu na wygodę postanowiliśmy wynająć samochód, by jak najwięcej zwiedzić podczas naszego krótkiego pobytu. Ceny wynajmu przed sezonem są sporo niższe (Ewa widziała auta za 10€ za dzień, ale to było w styczniu) i do tego byliśmy w 4, więc nie trzeba było namawiać nikogo na to rozwiązanie transportowe.

Tym razem wiedziałam, że stroną organizacyjną naszego pobytu i planowaniem miejsc wartych zobaczenia zajmie się Ajka oraz że możemy liczyć na rady Ewy, więc przed urlopem jedynie pobieżnie przejrzałam przewodnik. Czasami dobrze jest móc podążać za kimś i nie być głównym głosem decydującym gdzie/co/kiedy.

Pierwszym przystankiem byla Valldemossa, miasteczko w którym Fryderyk Chopin i George Sand spędzili zimę. Podobno Valldemossa niezbyt im się spodobała, nam jednak wydała się urokliwa, z tego też powodu do muzeum poświęconemu Chopinowi nie weszliśmy, woleliśmy powłóczyć się po malowniczych uliczkach. Zwróciłam uwagę, że zdobniczym motywem przewodnim wielu domów byly zawieszone na ścianach donice z kwiatami oraz kafelki ze scenami z życia świętej Cataliny (potem wygooglowalam, że Catalina Thomas jest jedyną świętą pochodzącą z Majorki, stąd pewnie nie było kafli z innymi świętymi).


W Hiszpanii każdy region, podregion, czy miasto ma jakiś lokalny przysmak z jakiego jest znany. Jadąc na Majorkę wiedziałam zatem, że musimy spróbować ensaimady, a w Valldemossa na każdej cukierni/kawiarni ogłaszano, że są dostępne cocas de patata. Nie było wyjścia, musiałam spróbować, kolejny jednak raz hiszpańskie słodycze nas nie zachwyciły, cocas smakują jak zwykle słodkie bułki. Ensaimada to w sumie ciasto francuskie posypane cukrem pudrem, czasami z kremem budyniowym w środku, smakuje, ale szału nie robi .


Po słodkiej przerwie ruszyliśmy dalej w drogę, do Deia, ponoć, jeśli wierzyć słowom kilku przewodników, najpiękniejszemu miasteczku na Majorce. Może pozostaliśmy oporni na uroki Deia, ale po kilkuminutowej wspinaczce stromymi uliczkami i okrążeniu kościoła wraz z cmentarzem, jedynym komentarzem z naszej strony było :to już to? jest coś więcej do zobaczenia? Wsiedliśmy więc do niebieskiej wynajętej pandy.


W Puerto del Soller, zadziwiająco ładnym miasteczku portowym, gdzie patrząc na zacumowane łodzie rozmarzyliśmy się, by jakoś w przyszłości wybrać się na rejsik (najchętniej po greckich wyspach lub Chorwacji), zjedliśmy lunch złożony z tapas.
Na Majorce dużo jest miejscowości, które mają swój odpowiednik portowy, jak Soller ma Port de Soller, Alcudia, Port d’Alcudia. Ewa powiedziała, że to dlatego, żeby bronić się przed piratami i "prawdziwe" miasta znajdowały się wgłąb interioru.


Soller to typowe hiszpańskie miasteczko, gdzie życie toczy się przy głównym, placu, gdzie stoi katedra i ratusz i niezliczone bary i kafejki. Przez środek Placu Konstytucji biegną tory zabytkowego tramwaju (dla mnie wygląda jak tramwaj, ale tak na prawdę jest to kolejka wąskotorowa) o sugestywnej nazwie "Czerwona Strzała". Kolejka łączy Palmę z Sóller, a na trasie można podziwiać piękne widoki, wdychać aromat cytrusów, bowiem uprawia się tu pomarańcze, cytryny i mandarynki i powietrze nasiąka ich intensywnym zapachem.


Ostatnim przystankiem było Fornalutx, urocze, małe miasteczko słynne z pysznych pomarańczy , więc zakończyliśmy podróż na tarasie, każdy ze szklanką świeżo wyciśniętego soczku :)


A wieczorem miała miejsce wyżerka u Ewy :) Kupiliśmy kilka rodzajów oliwek, fuet, chorizo, ser, bagietkę (Nuno zrobił pan amb tomaquet), tortillę, a na deser sałatka owocowa :)


Mallorca is a relatively small island, 100 km wide and 75 km long, so getting from one point of the island to the other doesn't take much time or effort. We wanted some comfort and having to depend on the bus schedule was something we wanted to avoid, so we opted for renting a car, which also made it so much easier to get to all the small cities we wanted to visit. Before the high season car rental prices were quite attractive. Ewa assured us than in January you could rent a car for 10€/day), we weren´t that lucky, cause by the end of March this price doubled.

This time, as I knew that all the organizing and planning is taken care of by Ajka, and we could always depend on Ewa´s help, I only skimmed through the guide before coming to Mallorca. Sometimes I enjoy following someone and not being in charge of deciding where/what/when. Even an organizing freak that I am needs a break from time to time.

The first stop on Friday was Valldemossa, a small town where Frederic Chopin and George Sand spent one winter. Apparently they didn´t like it that much, but we found it quite charming, for this reason, we decided to skip entering a museum devoted to Chopin, as wandering through picturesque streets seemed way more exciting. I noticed that many houses have a decorative theme in common- pots of flowers hanging on the walls and tiles with scenes from the life of Saint Catalina (I googled later that Catalina Thomas was Majorca's only saint which explained why there weren´t any other saints pained on the tiles).


In Spain every single region, if not every city or even the smallest town, is famous for some local food, some typical plate that you must try when visiting it. Going to Mallorca I already knew that I would try ensaimada, and when I saw that in Valldemossa on every single bakery/café there was a poster with "Hay coca de patata", I just had to eat it. Well, honestly, I am not a big fan of typical Spanish confectionery (as much as I love good cakes, ice cream, or almost anything that is labeled as a dessert), and once again it was confirmed, first my the ensaimada, that tasted good but I would say it tasted as any other puff pastry with powdered sugar on the top and cocas de patata tasted like sweet rolls.


After a sweet break, we continued our road trip to Deia, which was called the most charming little town in Mallorca by our guidebooks. Maybe we remained resistant to its charm, as after a short climb on a steep hill to see a church, cemetery and view on the town, the only comment we were able to make was: is it all? Should we see something more? Instead of thinking too much, we just hopped in our blue rented panda and drive off.


In Puerto del Soller, surprisingly cute harbor town where looking at grounded boats, we dreamt about going on a cruise (preferably Greek Islands or Croatia). It is very common in Mallorca, that some villages have their "port" equivalent, as it is the case with Soller - Port de Soller, Alcudia-Port d’Alcudia Ewa explained that it is because of defending the villages against pirates and that the "real" towns were constructed deeper into the interior of the island.


Soller is a typical small Spanish town, where life happens at the main square, where the main monuments, that is cathedral and town hall, are located next to countless bars and cafes. What makes it more special, are the tram tracks that divides the square in two. Taking a tram, suggestively called the Red Arrow, is one of the major attractions of the island. You start this unforgettable journey in Palma, then all along the way you can enjoy beautiful views, breathe the aroma of citrus, as the air is saturated with their heavy smell of orange, lemon and tangerine trees growing right next to the tracks.


The last stop was Fornalutx, a charming, tiny town famous for its delicious and juicy oranges, so we couldn´t finished our day in another way than drinking a freshly squeezes juice on a lovely terrace.


And in the evening, we ended up in Eva´s flat, having a real Spanish feast. We A gorge in the evening took place at Eva :) We bought several types of olives, fuet, chorizo, cheese, baguette (Nuno prepared pan amd tomàquet), tortillas, and fruit salad for dessert :)

Showing posts with label Mallorca. Show all posts
Showing posts with label Mallorca. Show all posts

Sunday, 6 May 2012

Formentor, Pollença & calas

Pobyt na Majorce wydaje się tak odległy...Minęło prawie półtora miesiąca, czas wiec najwyższy zakończyć blogową relację z naszych mini-wakacji i spotkania z bloggerkami.
W sobotę Ewa pracowała tylko do 10, więc całą piątką wsiedliśmy do podstarzałej i wydających czasami dziwne odgłosy pandy, by wybrać się na półwysep Formentor (jest to najdalej wysunięty na północ punkt wyspy) . Największe wrażenie robi sama podróż (będąca nieaz prawdziwym wyzwaniem dla kierowcy), krętą trasą. Wąska droga pełna jest ostrych zakrętów, do tego trzeba dodać niezliczone grupki rowerzystów, których jakoś trzeba wyminąć, ale piękne widoki rekompensują stres przy wyprzedzaniu czy wchodzeniu w kolejny zakręt. Zatrzymaliśmy się przy punkcie widokowym (widoki z przylądka Cap de Formentor, na który autobusy nie mogą wjechać, bo droga jest tak wąska, że się nie mieszczą, nas rozczarowały), z którego podziwialiśmy turkus morza kontrastujący z barwą ostro poszarpanych klifów i bielą łódeczek.


Potem ostro pod górę i po kilkudziesięciu (jeśli nie kilkuset zakrętach) dojechaliśmy do przylądka, na którym mieści się latarnia morska i z którego według przewodnika, rozciąga się wspaniały widok. Po raz kolejny nie mogliśmy się zgodzić z autorami wyżej wymienionego przewodnika, z przylądka bowiem ledwo co było widać, zdjęć zrobiłam chyba tylko 10 (w tym 2 latarni, kolejne 4 samochodom i krętej drodze na przylądek).


Głód dawał nam się troszkę we znaki, więc zwiedzanie średniowiecznego miasteczka Pollença zostało przełożone na czas lunchu w Port de Pollença (niezbyt atrakcyjna plaża przy porcie, niezbyt atrakcyjne miasteczko). Spokojne i ciche miasteczko (cisza sporadycznie przerywana odgłosem bicia dzwonów kościelnych czy okrzykami radości dzieciaków zjeżdżających na hulajnodze), otoczone resztkami murów średniowiecznych (gwoli ścisłości mury są zredukowane do bramy :)


To było ostatnie miasteczko, jakie zwiedziliśmy na Majorce, bo ostatni dzień zarezerwowaliśmy sobie na calas, czyli to, co Nuno lubi najbardziej. Calas to plaże- zatoczki ukryte między skałami.
Zanotowaliśmy sobie kilka nazw, wklepaliśmy pierwszą z nich- Cala de Pi, do GPS-u, gdzie czekała nas jedna z najprzyjemniejszych niespodzianek całego pobytu. Podczas robienia zdjęć rybakom, którzy czyścili sieci i złowione rybki, jeden z nich rozpoznał Ewę.


Okazało się, że był on kierowcą na lotnisku, gdzie Ewa pracowała. Po kilku słowach przywitania, rybak/kierowca zaprosił nas na krótki rejsik swoją łódką, żeby pokazać, jak wygląda Cala de Pi widziana z morza, oraz niedostępna prawie od lądu Cala Beltrana. Lubię takie niespodziewane spotkania i jeszcze bardziej zaskakujące miłe propozycje. Potem odpoczynek na 2 plażach i z żalem opuszczaliśmy Majorkę.


It seems like it has been ages since we were on Mallorca. After six weeks, it is really high time I finish the last post about our mini-holidays and meeting with 2 Polish bloggers.
As Ewa was not on holidays, we normally met her in the evening, but since on Saturday she had unbelievably early shift and finished at 10 am, five of us squeezed in a blue panda, that sometimes surprised us with strange noises. Our destination was peninsula of Formentor (this is the northernmost point of the island). What is the most impressive, is a journey itself (quite a challenge for a driver). The narrow road is full of sharp turns, and from January-April it is full of smaller and larger (sometimes solitary) groups of cyclists, that you have to pass somehow. The view completely compensate for the stress that you may sometimes experience by passing a car/cyclist or entering a yet another sharp curve.
We stopped at a really nice viewpoint (views from the advertised cape Cap de Formentor are really exaggerated and rather disappointing. The only plus is that the buses can’t reach it because the road is simply too narrow and too curvy, so the number of the tourists is limited.) We could admire the turquoise sea contrasting with sharply jagged cliffs and with the whiteness of small boats (imagining of course us being on this boat drinking martini/mojito/beer) .


Then after a very steep point if the road, after a few dozen (if not hundreds) of curves, we reached the cape with a small white lighthouse (its main attraction). According to my guide, the views from the Cap de Formentor are wonderful. Well, once again I could only disagree with the authors, you could barely see anything, so I only took 10 photos (2 of a lighthouse and 4 of cars on a curvy road).


After such an exciting road trip, we felt hungry so we stopped in Port de Pollença (honestly, its beach and the town aren’t really attractive, jumped in the car and went to Pollença, a medieval town, that was the last charming pueblo we visited on Mallorca. It was really quiet and peaceful town (the silence were occasionally interrupted by church bell or screaming kids riding down on a scooter). The town was supposed to be surrounded by medieval walls, which in reality are reduced to one gate. After wandering through the charming streets of Pollença, we went back to Arenal. The last day was booked to visit some calas (hidden beaches/small bays)


We wrote down some cala’s names, after putting the first one- Cala de Pi, into the GPS system, we were ready to go. When we saw how intensively blue was the water, we knew we would spend a great time. What we hadn’t expect was a nice surprise of being in the right place at the right time. While taking photos of two fishermen who were cleaning their fishing nests, one of them recognized Ewa.


It turned out that he was a driver at the airport, where Ewa is working. After a small chit-chat, fisherman / driver invited us for a short boat trip so that we can see how Cala de Pi looked like from a sea perspective and to show us Cala Beltran, which was almost impossible to access without a boat. I really like such unexpected gifts from people we barely know. Afterwards, in a great mood, we visited 2 more calas and unfortunately had to catch a plane back to BCN.


Tuesday, 10 April 2012

Tour po malowniczych pueblos/ Tour through charming pueblos

Majorka jest niedużą wyspą, 100 km szerokości i 75 km długości, tak więc przemieszczenie się ¡z jednego końca wyspy na drugi nie zajmuje dużo czasu. Ze względu na wygodę postanowiliśmy wynająć samochód, by jak najwięcej zwiedzić podczas naszego krótkiego pobytu. Ceny wynajmu przed sezonem są sporo niższe (Ewa widziała auta za 10€ za dzień, ale to było w styczniu) i do tego byliśmy w 4, więc nie trzeba było namawiać nikogo na to rozwiązanie transportowe.

Tym razem wiedziałam, że stroną organizacyjną naszego pobytu i planowaniem miejsc wartych zobaczenia zajmie się Ajka oraz że możemy liczyć na rady Ewy, więc przed urlopem jedynie pobieżnie przejrzałam przewodnik. Czasami dobrze jest móc podążać za kimś i nie być głównym głosem decydującym gdzie/co/kiedy.

Pierwszym przystankiem byla Valldemossa, miasteczko w którym Fryderyk Chopin i George Sand spędzili zimę. Podobno Valldemossa niezbyt im się spodobała, nam jednak wydała się urokliwa, z tego też powodu do muzeum poświęconemu Chopinowi nie weszliśmy, woleliśmy powłóczyć się po malowniczych uliczkach. Zwróciłam uwagę, że zdobniczym motywem przewodnim wielu domów byly zawieszone na ścianach donice z kwiatami oraz kafelki ze scenami z życia świętej Cataliny (potem wygooglowalam, że Catalina Thomas jest jedyną świętą pochodzącą z Majorki, stąd pewnie nie było kafli z innymi świętymi).


W Hiszpanii każdy region, podregion, czy miasto ma jakiś lokalny przysmak z jakiego jest znany. Jadąc na Majorkę wiedziałam zatem, że musimy spróbować ensaimady, a w Valldemossa na każdej cukierni/kawiarni ogłaszano, że są dostępne cocas de patata. Nie było wyjścia, musiałam spróbować, kolejny jednak raz hiszpańskie słodycze nas nie zachwyciły, cocas smakują jak zwykle słodkie bułki. Ensaimada to w sumie ciasto francuskie posypane cukrem pudrem, czasami z kremem budyniowym w środku, smakuje, ale szału nie robi .


Po słodkiej przerwie ruszyliśmy dalej w drogę, do Deia, ponoć, jeśli wierzyć słowom kilku przewodników, najpiękniejszemu miasteczku na Majorce. Może pozostaliśmy oporni na uroki Deia, ale po kilkuminutowej wspinaczce stromymi uliczkami i okrążeniu kościoła wraz z cmentarzem, jedynym komentarzem z naszej strony było :to już to? jest coś więcej do zobaczenia? Wsiedliśmy więc do niebieskiej wynajętej pandy.


W Puerto del Soller, zadziwiająco ładnym miasteczku portowym, gdzie patrząc na zacumowane łodzie rozmarzyliśmy się, by jakoś w przyszłości wybrać się na rejsik (najchętniej po greckich wyspach lub Chorwacji), zjedliśmy lunch złożony z tapas.
Na Majorce dużo jest miejscowości, które mają swój odpowiednik portowy, jak Soller ma Port de Soller, Alcudia, Port d’Alcudia. Ewa powiedziała, że to dlatego, żeby bronić się przed piratami i "prawdziwe" miasta znajdowały się wgłąb interioru.


Soller to typowe hiszpańskie miasteczko, gdzie życie toczy się przy głównym, placu, gdzie stoi katedra i ratusz i niezliczone bary i kafejki. Przez środek Placu Konstytucji biegną tory zabytkowego tramwaju (dla mnie wygląda jak tramwaj, ale tak na prawdę jest to kolejka wąskotorowa) o sugestywnej nazwie "Czerwona Strzała". Kolejka łączy Palmę z Sóller, a na trasie można podziwiać piękne widoki, wdychać aromat cytrusów, bowiem uprawia się tu pomarańcze, cytryny i mandarynki i powietrze nasiąka ich intensywnym zapachem.


Ostatnim przystankiem było Fornalutx, urocze, małe miasteczko słynne z pysznych pomarańczy , więc zakończyliśmy podróż na tarasie, każdy ze szklanką świeżo wyciśniętego soczku :)


A wieczorem miała miejsce wyżerka u Ewy :) Kupiliśmy kilka rodzajów oliwek, fuet, chorizo, ser, bagietkę (Nuno zrobił pan amb tomaquet), tortillę, a na deser sałatka owocowa :)


Mallorca is a relatively small island, 100 km wide and 75 km long, so getting from one point of the island to the other doesn't take much time or effort. We wanted some comfort and having to depend on the bus schedule was something we wanted to avoid, so we opted for renting a car, which also made it so much easier to get to all the small cities we wanted to visit. Before the high season car rental prices were quite attractive. Ewa assured us than in January you could rent a car for 10€/day), we weren´t that lucky, cause by the end of March this price doubled.

This time, as I knew that all the organizing and planning is taken care of by Ajka, and we could always depend on Ewa´s help, I only skimmed through the guide before coming to Mallorca. Sometimes I enjoy following someone and not being in charge of deciding where/what/when. Even an organizing freak that I am needs a break from time to time.

The first stop on Friday was Valldemossa, a small town where Frederic Chopin and George Sand spent one winter. Apparently they didn´t like it that much, but we found it quite charming, for this reason, we decided to skip entering a museum devoted to Chopin, as wandering through picturesque streets seemed way more exciting. I noticed that many houses have a decorative theme in common- pots of flowers hanging on the walls and tiles with scenes from the life of Saint Catalina (I googled later that Catalina Thomas was Majorca's only saint which explained why there weren´t any other saints pained on the tiles).


In Spain every single region, if not every city or even the smallest town, is famous for some local food, some typical plate that you must try when visiting it. Going to Mallorca I already knew that I would try ensaimada, and when I saw that in Valldemossa on every single bakery/café there was a poster with "Hay coca de patata", I just had to eat it. Well, honestly, I am not a big fan of typical Spanish confectionery (as much as I love good cakes, ice cream, or almost anything that is labeled as a dessert), and once again it was confirmed, first my the ensaimada, that tasted good but I would say it tasted as any other puff pastry with powdered sugar on the top and cocas de patata tasted like sweet rolls.


After a sweet break, we continued our road trip to Deia, which was called the most charming little town in Mallorca by our guidebooks. Maybe we remained resistant to its charm, as after a short climb on a steep hill to see a church, cemetery and view on the town, the only comment we were able to make was: is it all? Should we see something more? Instead of thinking too much, we just hopped in our blue rented panda and drive off.


In Puerto del Soller, surprisingly cute harbor town where looking at grounded boats, we dreamt about going on a cruise (preferably Greek Islands or Croatia). It is very common in Mallorca, that some villages have their "port" equivalent, as it is the case with Soller - Port de Soller, Alcudia-Port d’Alcudia Ewa explained that it is because of defending the villages against pirates and that the "real" towns were constructed deeper into the interior of the island.


Soller is a typical small Spanish town, where life happens at the main square, where the main monuments, that is cathedral and town hall, are located next to countless bars and cafes. What makes it more special, are the tram tracks that divides the square in two. Taking a tram, suggestively called the Red Arrow, is one of the major attractions of the island. You start this unforgettable journey in Palma, then all along the way you can enjoy beautiful views, breathe the aroma of citrus, as the air is saturated with their heavy smell of orange, lemon and tangerine trees growing right next to the tracks.


The last stop was Fornalutx, a charming, tiny town famous for its delicious and juicy oranges, so we couldn´t finished our day in another way than drinking a freshly squeezes juice on a lovely terrace.


And in the evening, we ended up in Eva´s flat, having a real Spanish feast. We A gorge in the evening took place at Eva :) We bought several types of olives, fuet, chorizo, cheese, baguette (Nuno prepared pan amd tomàquet), tortillas, and fruit salad for dessert :)