Showing posts with label Portugalia/Portugal. Show all posts
Showing posts with label Portugalia/Portugal. Show all posts

Tuesday, 14 January 2014

Spacer po plaży/ Walking on the beach

Przez ostatnich kilka tygodni byłam jak zahibernowana, ale powoli obudziłam się z zimowego snu. Przespałam podsumowanie roku i plany na nadchodzący, więc to sobie odpuszczę. Plany podróżnicze kiełkują, kilka pomysłów jest, zobaczymy, co z nich wyjdzie…. Obiecuję za to zrobić z pisania postów nawyk, bo naczytałam się w babskich gazetach, że potrzeba zaledwie kilku tygodni, żeby jakąś czynność zamienić w nawyk. W tym roku zredukowałam postanowienia noworoczne do wykonalnej liczby 3, więc mam nadzieję, że uda mi się je wszystkie zrealizować.

Jestem przeziębiona, więc potrzebuj ę słońca, więc dzisiejszy post zupełnie nie pasuje do aury panującej za oknem (szaro- buro i pada, ale czego innego można się spodziewać w styczniu w Irlandii?). Będzie o plaży, pogodzie plażowej nie do końca jednak idealnej, przybyciu Kolumba i rybie z bananami.


Są takie dni, które na zawsze zapadają nam w pamięć. Dzisiaj przypomniałam sobie o długim spacerze po plaży w Porto Santo. Chodzi coś za mną ta Madera i ogólnie Portugalia dzisiaj. Może ma to coś wspólnego z tym, że Ronaldo wygrał wczoraj Złotą Piłkę i  o niczym innym w gazetach portugalskich dziś nie piszą? A może po prostu czasami potrzeba takiego rozgrzewającego wspomnienia?

Do Porto Santo wybraliśmy się z jednym jasno postawionym celem- zrelaksować się na piaszczystej plaży. Nasze plany pokrzyżowała trochę pogoda, bo słońce, jak na złość schowało się za chmurami, a przecież wie, że po roku w zachmurzonej Irlandii zasługujemy bardziej niż inni na korzyści jakie niosą ze sobą promienie słoneczne. Zamiast leżenia plackiem poszliśmy więc na długi spacer brzegiem morza (właściwie to oceanu, ale nie czepiajmy się szczegółów). Plaża ciągnie się przez 9 kilometrów, pokonaliśmy przynajmniej połowę tego dystansu, co nie byłoby problemem, gdyby nie fakt, że jak Polak głodny, to zły. Starałam się  doceniać piękne widoki, ale tylko wyglądałam, czy nie pojawi się za chwilę jakaś budka serwująca jedzenie. A tu nic. Idziemy dalej czy zawracamy do cywilizacji? Poszliśmy dalej, bo wierzyliśmy, że koniec plaży to idealne miejsce na plażowy barek. I nie pomyliliśmy się (na szczęście dla Nuno, bo droga powrotna ze mną na głodzie, to byłby foch za fochem i istna gehenna). Już dawno zimne piwo nie smakowało, jak najwspanialszy trunek świata. Pierwsze wypiłam duszkiem, degustowałam się dopiero drugim :) A w międzyczasie wyszło słońce i się spiekliśmy trochę...


Wieczorem wybraliśmy się na kolejny spacer, tym razem do centrum miasta. A tam proszę, czekała na nas niespodzianka, bo trafiliśmy na obchody festiwalu na cześć Kolumba. Kto mnie zna lub czytał posty barcelońskie, wie, że uwielbiam takie przaśne i kiczowate tradycje. Nuno niekoniecznie, ale przekupiłam go winem i przekąskami, więc cierpliwie czekał ze mną na przybycie Kolumba i jego załogi do portu.


Problem z Porto Santo jest taki, że przy jednym promie dziennie i pechu z pogodą trzeba sobie zorganizować alternatywne rozrywki. My przez kilka godzin na przemian czytaliśmy i urządzaliśmy turnieje ping-ponga, które położyły kres moim wyobrażeniom o byciu w lepszej formie niż Nuno. Po prostu wcześniej dawał mi fory, taki chciał być miły w pierwszym roku naszej znajomości.
Miało być jeszcze o rybie z bananami…Takie właśnie dziwne a smaczne połączenia wymyślają na Maderze, więc chyba będzie jeszcze niedługo kolejny post o ‘wyspie wiecznej wiosny’. Co wy na to?


Over the past few weeks I was hibernating, but  I’m slowly waking up from a deep winter sleep. I missed the time to write a recap of the last year and plans for the 2014... I have some travel plans, but plans have their own way to change and alter, so let’s just wait and see. Over holidays, I had some time to read girly magazines, and apparently you only need a couple of weeks to turn any activity into a habit. I’ll try to see if that applies to me writing posts on a regular basis. And as this year, for a change, I just picked three ny resolutions, I’m all positive I can achieve them.

I have the cold and that’s one of the reasons why I so desperately need some sunshine. Today’s post doesn’t fit what I see when I look through the window (well, who would expect anything but rain and grey clouds in Ireland in January anyway?). So I can just close my eyes and imagine I’m on the beach and write a post about it and mention waiting for Columbus to arrive and eating fish with bananas. To be completely honest, the weather wasn’t perfect for a whole day-doing-nothing-but-sunbathing and I’ll just probably skip the food aspect this time but let’s just ignore those tiny insignificant details.


Some memories of a perfect day can spend months in the back of mu head just waiting to be remembered again. And they may be special not because something extraordinary happened but just because they just felt right. I’ve been thinking a lot today about our holidays on Madeira (maybe it has something to do with the fact that Ronaldo won the Ballon d'Or yesterday and this is all you can read in today’s Portuguese newspapers? Or maybe I just needed some summer related memories?) 
We decided to go to Porto Santo for one reason and one reason only- to relax on the famous sandy beach. The weather messed a bit with our plans and the sun hid behind the clouds, even though it was obvious that after a year in a cloudy rainy Ireland we deserved a sunny day more than others. But, as they say, when life gives you lemons, make lemonade' (I think the fever makes me poetical), so we still decided to make out the most of it. The beach stretches for 9 km , I guess we walked half of this distance. And it would be a great experience if it hadn’t been for the fact that I was extremely hungry (and there even is a Polish saying to describe such situation: hungry Pole, angry Pole. I really made my best to admire the beautiful views without complaining too much but I could only focus on trying to spot a beach bar that serves food. And I could spot nothing. Should be carry on or go back? We decided to keep on walking hoping that the very end of the beach would make a perfect place for a beach bar . Luckily for Nuno (as going back with me hungry would be a real ordeal), we were right. God, I didn’t remember that a cold beer could taste as the best drink in the word!


In the evening we decided to go for yet another walk, this time to the city center . And what a surprise we found there! It was Columbus festival, just the type of tacky tradition that I love (and often described when we lived in Spain where you can find plenty of such festivities) and Nuno hates. But I just couldn’t resist to walk by so I bribed Nuno instead and he never says no to wine and snacks, so he patiently waited with me for the arrival of Columbus and his crew to the port.

 
There was only one ferry per day connecting  Porto Santo and Madeira, which wouldn’t be a problem if the weather had been better. Instead we had to look for is alternative entertainment  on our second and last day there. Reading did the trick and in the meantime my impressions of being amazing table tennis player were shuttered as Nuno no longer gave me a head start , as he apparently used to do during our first holidays together few years ago.

Porto Santo was just one place on Madeira that we visited, so soon I should be posting more entries from our trip there.

Friday, 14 December 2012

Smaczny świat odcinek 1

Dzisiejszy post jest postem gościnnym, napisany przez Marzenę z firmy Smaki Portugalii, która zgodziła się przybliżyć Wam smaki Portugalii właśnie (ja mogłabym być za stronnicza i posądzona, że to Nuno dyktował mi, co mam napisać. Nie mogłam się powstrzymać i dodałam moje 3 grosze).

Kuchnia portugalska jest niezwykle wyjątkowa i bogata, zupełnie innych przysmaków skosztujemy na północy kraju w regionie Trás-os-Montes, co innego zaserwują nam w Algarve na samym południu, a inne dania są w menu na wyspach- Maderze i Azorach. Z jakiegoś powodu kuchnia portugalska  to wciąż mało odkryty ląd.  Próbujemy to zmieniać.

Zacznijmy od produktów, które są charakterystyczne dla tego najbardziej wysuniętego na zachód państwa Europy. W kuchni każdego szanującego się Portugalczyka nie może zabraknąć portugalskiej oliwy, która ze względu na swe walory smakowe i najwyższą jakość, nazywana jest płynnym złotem.Oliwa z oliwek zaliczana jest do skarbów kulinarnych Portugalii. Część z tych, którzy jej spróbowali, uważa, że jest najlepsza na świecie (Nuno jest wręcz o tym przekonany). Inne popularne portugalskie produkty to : oliwki (zawsze z pestką), ryby, chleb (polany oliwą pyszny!) , owoce morza, kawa, dojrzewająca szynka – presunto, kiełbasy – chouriços (byłam od krok od kupienia specjalnego  naczynia assador de chouriço, żeby je serwować znajomym), kiełbasa wytwarzana z krwi (morcela), alheira, sery (szczególnie płynne sery Queijo da Serra, Queijo de Azeitão oraz twardy ser o intensywnym smaku queijo da Ilha z Azorów), owoce: ananasy z Azorów, pomarańcze, figi i migdały z Algarve, śliwki z Alentejo, gruszka pêra-rocha, czereśnie (te z Resende podobno najlepsze, tak twierdzi mój domowy ekspert), truskawki z Ribatejo, melony i wiele, wiele innych (proszę zwrócić uwagę, że Portugalczycy dumni są ze swoich dóbr regionalnych, u nas w Polsce nie zwracamy uwagi na to, skąd dokładnie pochodzą produkty, które kupujemy, nie ma to bowiem zasadniczego wpływu na ich smak czy sposób przygotowania).





Nie możemy nie wspomnieć  o portugalskich winach, docenianych przez znawców na całym świecie. Żeby daleko nie szukać dowodu: w maju tego roku wino Poliphonia Signature 2008 z regionu Alentejo zostało wybrane na konkursie w Brukseli najlepszym winem świata.Oprócz wina czerwonego i białego, w Portugalii możemy napić się również wina zielonego – lekko musującego, delikatanie kwaskowatego,  idealnego na upalne dni (moja mama po wakacjach w Portugalii się właśnie od  vinho verde uzależniła, na szczęście można je już kupić w Polsce). Najlepiej rozpoznawalnym winem, które rozsławiło Portugalię jest Porto. Niewiele jest chyba osób, które nigdy o nim nie słyszało. Ale jeśli należysz do tej grupy to wyjaśniam, że należy ono do win wzmacnianych, w odpowiednim momencie fermentacji dodaje się do niego brandy. Innym wzmacnianym winem jest Madera, do której dodaje się alkoholu destylowanego.



To co wyróżnia portugalską kuchnię, to nie tylko doskonałe produkty, z których przygotowywane są dania, to również celebracja, z jaką są spożywane. Godziny posiłków wyznaczają rytm dnia i są absolutną świętością w Portugalii (coś o tym wiem, musiałam się przestawić na celebrowanie posiłków, a teraz nie wyobrażam sobie innego podejścia do jedzenia).Śniadanie, to szybki posiłek w drodze do pracy: zazwyczaj kawa z mlekiem i coś słodkiego. Obiad spożywany jest najczęściej osobno na mieście, podczas godzinnej przerwy w pracy. Jednak na kolację, cała rodzina zbiera się przy wspólnym stole. To bardzo ważny posiłek dnia. Nie przypomina zupełnie polskiej kolacji. Składa się najczęściej  z 2 dań.Każdy posiłek kończy się najczęściej małą filiżanką kawy (Nuno po wszystkich naszych podróżach twierdzi, że jedynie we Włoszech i Portugalii wiedzą, jak przygotować dobrą kawę. Nie potwierdzam ani nie zaprzeczam, kawy nie pijam) .

O daniach portugalskich można by napisać książkę (niejedną i zapewne wiele już powstało), trudno wybrać kilka najbardziej charakterystycznych, bo jak wspominałam, wszystko zależy od regionu. Im bardziej na północ i wgłąb kraju, tym więcej spożywa się mięsa. Od dań mięsnych też zacznijmy: leitão da Bairrada (pieczone prosię), bitoque (stek serwowany z jajkiem sadzonym oraz frytkami i ryżem), bifana – niezwykle prosta i bardzo popularna bułka z kawałkiem mięsa i musztardą (podobno posiłek obowiązkowy, jak się umawiasz z kumplami w barze na oglądanie meczu), tripas à moda do Porto (flaki z Porto), Francesinha (rodzaj kanapki z wielu warstw z mięsem, sosem i jajkiem/ ja dodam tylko, że nie do końca rozumiem sławę tego dania, ale Nuno często na emigracji wspomina właśnie smak francesinhi), feijoada à transmontana (fasolada z regionu Trás-os-Montes).




Rybnymi symbolami Portugalii i jednym z najbardziej popularnych dańsą grillowanie sardynki i suszony dorsz. Będąc w Portugalii nie można nie spróbować jednej z tysiąca potraw z bacalhau-dorsza, prawdziwego portugalskiego króla ryb. A do tego warto zamówić ( innego dnia, bo porcje w Portugalii są raczej pokaźnych rozmiarów) sardynki grillowane, ośmiornica pieczona w piekarniku z oliwą i czosnkiem (polvo à lagareiro), arroz de marÍsco (ryż z owocami morza), Amêijoas à Bulhão Pato (rodzaj małży według przepisu poety Bulhão Pato). Wymienić można wiele przepysznych dań, warto więc zaplanować dłuższe wakacje w Portugalii, żeby móc ich wszystkich  spróbować.



Nie mogę też nie wspomnieć o słodyczach (Marzena chyba czyta w moich myślach, bo deserów nie można pominąć!).  W tym przypadku również są one charakterystyczne dla poszczególnych regionów: ovos moles de Aveiro, Dom Rodrigo z Algarve, queijada de Sintra, fofos de Belas, tarte de amêndoa, baba de camelo, lampreia de ovos, pão de ló, filhoses, sonhos, leite creme, arroz doce,  bolo de mel da Madeira.I oczywiście słynne pastel de nata, czyli babeczka z ciasta francuskiego wypełniona śmietankowo-budyniowym nadzieniem.  Pochodzi oryginalnie z cukierni w Belém w Lizbonie (pastel de Belém), a dokładna receptura jej produkcji ukrywana jest z powodzeniem od ponad 150 lat. Podawane są zazwyczaj ciepłe, posypane cukrem pudrem i cynamonem.



Tym słodkim akcentem kończymy relację. Mam nadzieję, że narobiłyśmy Wam smaku. Jeśli macie to szczęście i mieszkacie w Warszawie, możecie wybrać się w każdą sobotę na BioBazar przy ul. Żelaznej 51/53, od godziny 8:00 do 16:00 (stanowisko Smaków Portugalii znajduje się w hali po lewej stronie od bramy wjazdowej) i zrobić zapas portugalskiej oliwy, oliwek,  konserw rybnych oraz wielu innych produktów (pełną listę znajdziecie tutaj). A całą resztę odsyłam do sklepu internetowego, gdzie można kupić przepyszne portugalskie produkty. Polub stronę Smaków Portugalii na facebooku , dzięki temu będziesz na bieżąco!

W poprzednim poście wyjaśniłam, że to jest pierwszy post z cyklu postów gościnnych "Smaczny świat". Jeśli chciałbyś też napisać smacznego posta, proszę o kontakt.

Sunday, 2 December 2012

Gwarne targowisko w Porto/ Bustling market in Porto


Byliśmy z Nuno wczoraj na targu w Galway, kupiliśmy ośmiorniczkę, przegrzebki (pierwszy raz będziemy je przygotowywać sami) oraz małże. Chyba przez mój ostatni post, zakupy spożywcze na targowisku zostały ograniczone do zakupu owoców morza. 

Lubię gwar targowisk. Jeśli tylko mam okazję odwiedzam miejskie targowiska, nawet jeśli miałabym niczego nie kupić. Targowisko jest bowiem dla mnie przewodnikiem po kulinarnych upodobaniach mieszkańców, coraz częściej to właśnie przez kuchnię lubię odkrywać nieznane mi miejsca. 


Dziś pokażę wam główne targowisko Porto, które odkryłam dopiero w te wakacje (nie wiem dlaczego podczas kilku poprzednich wizyt w mieście Nuno, nie zostałam zabrana na Mercado do Bolhão). Mercado do Bolhão jest targowiskiem, na którym większość stanowią sprzedający i kupujący, a nie jak to ma miejsce w przypadku barcelońskiej Boqueria, turyści. Jest to zatem miejsce bardziej autentyczne, pozwalające na chwilę zanurzyć się w codziennym życiu lokalnych mieszkańców, poobserwować stoiska z lokalnymi produktami, które sprzedawane są na tych samych straganach zapewne od pokoleń. Targowisko ma bowiem długą historię, otworzone zostało w 1839, kiedy to rada miasta postanowiła skupić wszystkie targi Porto w jednym miejscu. Budynek stojący do dziś (targi w Portugalii najczęściej odbywają się w budynkach, a nie jak to ma miejsce w Polsce, pod chmurką) otwarto w 1914 i czasy świetności ma już  niestety dawno za sobą. Mam wrażenie, że takie tradycyjne miejskie targowiska są trochę na wymarciu, co zdaje się potwierdzać fakt, że sprzedawcami są ludzie niezbyt młodzi, nie wiadomo, czy jest ktoś, kto przejmie po nich ich stoiska. 

Na targowisku Bolhão można kupić wszystko- od owoców i warzyw, po sery, ryby, mięso… Stoiska z rybami i owocami morza mogłabym obserwować godzinami, wypytując Nuno o nazwy nieznanych mi rodzajów ryb i sposobów ich serwowania. 


W następnym poście przeczytacie o tym, co można zjeść na barwnym targu La Boqueria w Barcelonie. Mam nadzieję, że tak jak ja wolicie kupować ryby od zaprzyjaźnionego sprzedawcy na małym stoisku na lokalnym targu niż od bezosobowego w dziale rybnym hipermarketu. 

Więcej zdjęć z targu Bolhão można znaleźć tutaj, nie zapomnij polubić mojej strony. I odwiedzić tego autentycznego targu przy następnej wizycie w Porto!



I think that because of my last post I couldn’t stop thinking about seafood, so we had no choice but to go to the market in Galway and buy octopus, scallops (the first time we will be preparing ourselves), and mussels. 

I like how noisy markets can be. I always try to visit some local markets, even if I have no intention to buy anything. For me a market place is because is a guide to culinary tastes of the local population, as I find myself enjoying more and more to explore an unknown place through is cuisine and food. 


Today I want to show  you the main market of Porto, which I only discovered this summer (I don’t know why Nuno didn’t take me to Mercado do Bolhão during my previous visits). The majority of the people you meet at Mercado do Bolhão marketplace are buyers and sellers, and not tourists, like it happened at la Boqueria in Barcelona. I find it more authentic, a perfect place that allows you to observe a daily life of local people, watch the colorful stands with a vast variety of regional products, that are probably sold at the same stand from the same family for generations. This market has a long history, as was opened 173 years ago, in 1839, when the city council decided to bring all the smaller food markets into one place. The building that was opened in 1914 and unfortunately has its glory days in the past. It seems that those types of food markets are on the decline, you almost don’t see young people selling there, so one can only wonder who will take over the stands after today’s owner is gone. 


At Mercado Bolhão you can buy everything: fresh fruits and vegetables, local cheese, fish, meat...The stands selling fresh fish and seafood are those that draw my attention the most. Maybe because I’m from a country where seafood is still considered a luxury and where people only know few types of fish. I can ask Nuno for the names of every single fish they sell and how can you prepare it to serve something delicious. 


In the next post, we continue our journey of food markets, as I’m going to take you to see a very colorful market, La Boqueria in Barcelona. I hope that you also prefer to buy your fruits and fish from a friendly local merchant at the local market, rather than from an impersonal staff of the big supermarkets.


You can find more photos from Mercado Bolhão here, don’t forget to like my facebook page. And to visit this great food market when you are in Porto!

Monday, 26 November 2012

Uzależnienie od owoców morza/ Seafood addiction


Krewetki, małże, dziwne muszle, ośmiorniczki… lubię je wszystkie, a że coś dawno nie było posta o jedzeniu, trzeba to nadrobić. Nie zapraszam Was jednak w żadne konkretne miejsce, ale będzie o jednym typie jedzenia. 

Uwielbiam owoce morza, mogłabym je jeść przez kilka dni z rzędu i się nie znudzić. Lubię dania, gdzie są one tylko dodatkami  albo gdzie dodatków nie ma żadnych i grają one główną rolę. Irlandia nie kojarzyła mi się jako kraj serwujący pyszne ostrygi, a tu niespodzianka: w Galway organizowany jest nawet co roku festiwal ostryg. 

Muszę się przyznać, że nie pamiętam, kiedy jadłam owoce morza po raz pierwszy. Czy było to podczas mojej pierwszej wyprawy do Hiszpanii po pierwszym roku studiów? Czy może były to smażone kalmary podczas Erasmusowej przygody?  Nie jestem pewna, ale wiem, że to w Hiszpanii zasmakowałam się w owocach morza. Niemały udział w tym dziale mojej kulinarnej edukacji miał też Nuno, który owoce morza może jeść w takiej ilości, że zaskakuje wszystkich. Jednym z naszych ulubionych miejsc w Barcelonie była Paradeta (tam zabrałam moją mamę na pierwszego w jej życiu kraba i małże), a po niedawnej wizycie w Oscar’s Bistro w Galway (gdzie jedliśmy najlepsze w życiu krewetki), doszłam do wniosku, że jedno z dań tam serwowanych mogłoby być moim ostatnim posiłkiem. Do dziś też pamiętam za to naszą pierwszą randkę, która za spotkania na kawę przedłużyła się w spontaniczną kolację, na którą Nuno zaserwował mi ryż z owocami morza. 


W Polsce owoce morza nie są może tak popularne jak w krajach śródziemnomorskich, cały czas stanowią raczej rarytas. A to z prostej przyczyny, że u nas nie występują, świeże dostać jest niezwykle trudno ( i nigdy nie wiadomo czy na pewno są świeże), a mrożone to jednak nie to samo. 

Dziś podzielę się z Wami listą naszych ulubionych owoców morza (kolejność przypadkowa)

Krewetki jadłam chyba najczęściej. Ale do wprawy Nuno w obieraniu krewetek jest mi jeszcze daleko. Lubię te grillowane, jak i gotowane, tygrysie, ale też te zupełnie małe, skropione jedynie sokiem z cytryny, albo maczane w jakimś sosie.

Obierania kraba jest wyzwaniem! Ale ile przy tym zabawy! I chyba o to bardziej chodzi, bo mięsa (pysznego) jest w krabie niewiele. W Lizbonie zabraliśmy moich rodziców oraz ich znajomych do restauracji serwującej wyłącznie ryby i owoce morza, mój tata jadł kilka potraw po raz pierwszy w życiu, ale to chyba zabawę z młoteczkiem i szczypcami zapamiętał najbardziej.


Hiszpańska Galicja słynie z vieiras, czyli po naszemu przegrzebków (po raz pierwszy nazwę tę w moim ojczystym języku usłyszałam z miesiąc temu). Ten owoc morza jest nawet symbolem pielgrzymki do grobu św. Jakuba w Santiago de Compostela. Do tej pory jadłam przegrzebka jeden jedyny raz w życiu, zapiekanego, ale 2 tygodnie temu w Galway właśnie miałam okazję spróbować grillowane i według mnie są to jedne z najsmaczniejszych owoców morza. 

Ostrygi to chyba owoc morza, który najmniej mi smakuje. Może nie umiem w pełni docenić tego morskiego smaku? Może powinnam sprostować, że nie przepadam za ostrygami na surowo, ale takie zapiekane i przyprawione to zupełnie inna bajka? W Irlandii dodatkowo odkryłam, że świetnie się komponują z Guinnessem. 

W Hiszpanii często jedliśmy małże, bo są one niezwykle proste w przygotowaniu, wystarczy je trochę oczyścić i wrzucić do wrzątku, a potem zaserwować polane sokiem z cytryny. Należy tylko pamiętać, by nie zjeść małż, które podczas gotowania się nie otworzyły. 
Grillowane ośmiorniczki (najlepsze pulpo jest też z Galicji), kalmary, mątwy… czasami żałuję, że je zamawiam, bo niestety od czasu do czasu trafiają się gumowate, twarde kawałki, które żuje się bez żadnej przyjemności. 


To oczywiście zaledwie jedynie kilka przykładów owoców morza, zostało mi jeszcze sporo do spróbowania (homara nigdy nie jadłam, za ślimakami nie przepadam), ale już czekam na jakąś specjalną okazję, by wybrać się do Oscar’s Bistro w Galway na kolejną porcję przysmaków z morza. 

Mieliście okazję spróbować owoców morza? Smakowały Wam? Zapraszam do galerii na facebooku po większą porcję zdjęć. 


Shrimps, clams, mussels, octopus ... I like them all and since I haven’t written about food for quite some time, I decided to dedicated this post to a type of food I discovered few years ago and can’t leave without. 

I love seafood and my diet could be based on it and I wouldn’t get bored for quite a long time. Before coming to Ireland, I didn’t picture this country as a place where they serve it often, so imagine my surprise when I discovered that they even had famous oyster festival in Galway.  

I have to tell you a secret. I don’t remember at all when and where I tried seafood for the first time. Was it during my first trip to Spain after finishing my first year at the University (is it a shame to eat it for the 1st time being 20 something)? Or my first seafood meal were fried calamari during my Erasmus exchange? I'm not sure, but  it was in Spain that I learnt to appreciate its taste. Well, Nuno has played a big part in my culinary education, coming from a country that is also famous for fish and different ways of serving seafood. I still remember our first real date, we meet for a coffee but then couldn’t stop talking, so he spontaneously invited me for dinner and cooked rice with seafood. 


One of our favorite places in Barcelona was Paradeta (it is where I took my mum when she visited and where she had crab and clams for the first time in her life), and you would be surprise how much seafood my boyfriend can eat (you can judge by the empty plates). Recently we went to Oscar's Bistro in Galway, the place that even surprised Nuno, who isn’t impressed so easily by food outside from Portugal, and he claims they served the best shrimps he had eaten so far. I think I would order seafood as my last meal, if I was given that choice. 

In Poland, seafood isn’t as popular as it is in the Mediterranean, for a simple reason: we do have fish from Baltic sea, but no seafood. It is quite expensive to buy seafood in Poland, and you never know how fresh it is, and frozen isn’t the same. Is seafood popular in your country?

I still haven’t decided which is my favorite sea food dish, so I’ve randomly chosen some that I like.  
Probably I’ve eaten shrimps more frequently than any other seafood but I’m still far from mastering Nuno’s technique to peel a shrimp. I like them grilled or cooked, both big ones and tiny ones, with sauce or served only with lemon. 


Do you know how challenging it is to peel a crab? But it is so much fun! Its meat is delicious, but you don’t get rewarded for your effort, as there isn’t much meat inside a big shell. In Lisbon, we took my parents and their friends to a restaurant that only served fish and seafood, my dad tasted few things for the first time in his life (he is rather a meat person, but enjoyed it), but I think it was playing with crab cracker and little hammer that he remembers from this dinner. 

Spanish Galicia is famous for vieiras (scallops). Its shell is even a symbol of the pilgrimage to the tomb of St. James in Santiago de Compostela. Before trying grilled scallops in a great restaurant in Galway, I only ate them once, roasted, 4 years ago in Santiago. I will hopefully eat them again in the near future, as they are so delicious!

If I were to choose seafood that I don’t like that much, it would be oysters. Maybe I just can’t fully appreciate the flavor of the sea? I don’t like raw oysters, served only with lime, but baked ones are really nice. And in Ireland I discovered they go well with a pint of Guinness.

In Spain, we often had mussels for lunch when we felt lazy to cook, as they are so simple and fast to prepare. You just clean them up a bit, toss into boiling water and after 10-15 minutes serve with lemon juice. Just remember not to eat mussels that haven’t opened during the cooking. 


Grilled octopus (Galician pulpo is believed to be the best), squid, cuttlefish ... they can be so tender and tasty, but unfortunately I’ve eaten few time some hard, rubbery pieces that you chew without any pleasure. 

I could go like that for few paragraphs more but I suddenly got hungry and feel like going to Oscar's Bistro in Galway to taste other delicious plates(I just need to find some special occasion to celebrate as it’s quite an expensive place).

Have you ever tried seafood? Do you like it? Check my facebook for more photos.  

Monday, 19 November 2012

Powody, dla których lubię…/ Reasons why I like ...


Po przeczytaniu ostatniego posta, moja mama napisała, że dzięki niemu wróciły miłe wspomnienia.  Wspomnienia, które wywołały uśmiech i ociepliły troszkę jesienny wieczór. To jeden z powodów, dla których piszę bloga, by utrwalić ulotne chwile. By zatrzymać na dłużej miejsca, ludzi, minione chwile. 
Zrobiłam dzisiaj mały kolaż, który miał zobrazować, za co lubię Portugalię. Padło na Portugalię, ale mogłoby być o dowolnym kraju.  Czy można uchwycić i opisać coś tak ulotnego jak nasze subiektywne uczucia ? Co sprawia, że zakochujemy się w jakimś miejscu? I mimo, że wracamy tam wiele razy, nie nudzi się ono, a wręcz przeciwnie- za każdym razem odkrywamy nowe zakamarki, nowe tajemnice? A w inne nie chcemy powrócić po pierwszym spotkaniu? Dlaczego niektóre bardzo turystyczne miejsca, nad którymi zachwycają się miliony, nie są w stanie nas oczarować? Czy najważniejsze są zabytki? A może ludzie, których spotykamy na naszej drodze? Smaki? Zapachy? Kolory? A może atmosfera danego miejsca? 

Portugalia oczarowała mnie urokliwymi zakątkami, szaloną jazdą eléctrico (uwaga na zakręty), zachodem słońca na Riberze w Porto. Wzruszyła mnie nostalgicznym fado, gdzie siedzieliśmy przy samych artystach. Gdy zamknę oczy przypominam sobie gwar w Bairro Alto w ciepły lipcowy wieczór, nawoływania przekupki na bazarze… Tęsknię za smakiem ciepłych jeszcze, koniecznie posypanych cynamonem, pastéis de belém … Ja języku czuję słodki smak wina Porto…A latem co lepszego niż plażowanie w Alrgarve i grillowane sardynki? 

Ale się rozmarzyłam dzięki tym wspomnieniom… Szkoda, że czasami nie da się uciec od rzeczywistości i wskoczyć w pierwszy samolot lecący do Portugalii… Czy innego kraju, który nas w sobie rozkochał… Jaki kraj rzucił na Was urok?



After reading the last post, my mom said that it brought some nice memories of summer days. And that thanks to those memories, the autumn evening got bit warmer. One of the reasons why I decided to write a blog, was to capture fleeting moments. To freeze moments, places, people.

Today, for no reason whatsoever,  I made a collage that illustrates why I like Portugal. It could be about any other country, it’s just I’m in the mood for something Portugal related. 

It is possible to capture and describe something as ephemeral as our feelings? What makes you fall in love with a certain place? Why I like Amsterdam but dislike Milan? Why you can go back to one place countless times without getting bored, and discovering its new secrets with every visit? And feel that you don’t want to go back to a city after only one brief moment? Why some touristic destination, that millions praise about, are unable to move us? What are the most important factors that influence our decision whether we like someplace or not? Are monuments necessary? Or are people we meet on our way that play the key factor? Tastes? Smells? Colors? A difficult to describe atmosphere of a place?

I quickly fall under the spell of  Portugese charm, of lovely little town, a wild  ride in eléctrico (watch out on the corners), sunset in Porto. I was touched during a nostalgic fado concert, where we sitted right next to artists. When I close my eyes I can remember the vibrant night in the Bairro Alto on a warm July evening, I can hear street vendors trying to sell their goods in a traditional market…I miss the taste of still warm, sprinkled with cinnamon, pastéis de belém ... I taste a sweetness of Port wine ... And what can better during summer time than sunbathing in Alrgarve and eating grilled sardines?

I love day dreaming, just closing my eyes and imagining I’m somewhere else. I wish it was possible just jump on the first plane to Portugal ... Or to another country from my “I-love-this-place” . What s the country that put a spell on you?

Saturday, 17 November 2012

Wakacje z rodzicami/ Holidays with parents


Wiele osób wzbrania się przez spędzeniem urlopu z rodzicami. Pewnie gdybym mieszkała w Polsce, pomysł spędzenia wakacji z rodzicami by się może nawet nie pojawił. Od ponad 3 lat mieszkam jednak poza granicami mojego kraju i wizyty w domu nie należą do częstych (2 na rok to chyba średnia), zatem cieszę się z każdych odwiedzin i możliwości spędzenia z rodziną choć kilku dni. W te wakacje postanowiliśmy spełnić marzenie mojej mamy o wakacjach w Portugalii i zorganizowaliśmy 10-dniową wycieczkę objazdową, na którą zabraliśmy też przyjaciół/ sąsiadów moich rodziców (tak się złożyło, że mama marzeniem o Portugalii zaraziła się właśnie od H. i kiedyś jej obiecała wspólny wyjazd). A kto nadaje się lepiej na pokazanie tego przepięknego kraju niż rodowity Portugalczyk? Tak więc po kilku prośbach i przemyśleniu, czy to w ogóle jest dobry pomysł, zajęliśmy się planowaniem. Bo rodzice jechali na wakacje all inclusive, czyli, że niczym się nie musieli przejmować, a my spędziliśmy kilka dobrych wieczorów panując trasę, rezerwując hotele (i martwiąc się, czy będą się im podobały) i samochód. 


Całej relacji z podróży nie da się zmieścić w jednym poście, dzisiaj tylko taka mała zajawka.  Jeśli będziecie chcieli poczytać więcej, musicie zaglądać regularnie na bloga albo na stronę facebooka lub twittera.

Najdłużej zastanawialiśmy się nad trasą, chciałam bowiem zobaczyć też coś nowego, czego nie miałam okazji zwiedzić dotychczas. Moi rodzice oraz Halina z Leszkiem wybrali opcję skupioną na miastach, tak więc tym razem Algarve zostało wykreślone, a na regenerację po zwiedzaniu Lizbony zaplanowaliśmy 1 dzień plażowania. Uważam, że wycieczki objazdowe to najlepszy sposób poznania kraju, a Portugalia doskonale się do tego nadaje, bo jest stosunkowo niewielka. Zaczęliśmy od 3 dni w Lizbonie, 1 dniu plażowania w Portinho da Arrábida, po 1 dniu w Sintrze, Óbidos, Coimbrze i 2 dniach w Porto, by na ostatni wieczór i noc spędzić w Lizbonie, skąd my wracaliśmy do Barcelony, a reszta do Warszawy. Uważam, że jest to trasa idealna na pierwszy pobyt w Portugalii, można zatrzymać się też w Aveiro (nazywanym Wenecją portugalską) albo w Fatimie (jeśli ktoś lubi te klimaty). Wybrzeże Algarve i Alentejo zasługuje powiem na osobną wyprawę, jaką odbyliśmy z Nuno 3 lata temu. Też się powinna pojawić kiedyś na blogu, bo zgadzam się z Nuno, że należy plaże Algarve należą do jednych z ładniejszych w Europie. 


Moja mama jest nauczycielką, więc automatycznie zawęził się termin, kiedy mogliśmy jechać, padło na 1 tydzień lipca, bo z reguły nie lubię urlopów w sierpniu, a zwiedzanie w upałach nie należy też do najprzyjemniejszych. Pogoda nam dopisała, jak na lato, pogoda była rześka, wieczorami musieliśmy pamiętać o sweterkach czy lekkich kurtach. Dla niektórych mogłoby to być rozczarowaniem, bo w lipcu raczej spodziewać się należy upałów, ale dla nas pogoda nie mogła być lepsza. 

Wkrótce będzie o pysznych portugalskich przysmakach, litrach wina, które wypiliśmy, wzruszającym koncercie fado, degustacji Porto i malowniczych miejscach, które odwiedziliśmy. 


A na zakończenie pytanie do Was. Co myślicie o urlopie z rodzicami? Mieliście kiedyś okazję spędzić go właśnie w ich towarzystwie (i nie mówię tutaj o latach dzieciństwa)? Ja od lat (nie licząc ich wizyt w Barcelonie, ale tych chyba nie można nazwać wakacjami z prawdziwego zdarzenia) nie brałam tego pod uwagę, ale w tym roku świetnie się bawiłam i zaliczam je do bardzo udanych. 


Many people refrain from spending the holidays with their parents. Perhaps if I lived in Poland,  I wouldn’t even consider going on vacation with my parents. But since I left Poland more than 3 years ago and go back home only twice a year, I am really happy every time I get the chance to spend few days with my family, be it in Bydgoszcz, my home town, or while they visit me. This summer was a bit different, as we decided to spend holidays together. My mum was dreaming of going to Portugal ever since both me and my sister spent there some weeks. After she suggested a few times that it would be great idea to go there together as who can be a better guide than a native Portuguese, we gave up and agreed. It turned out that my mum had promised to go to Portugal with her friend and didn’t want to let her down, Halina and Leszek (the very same that visited us in Barcelona, separately, Halina  with my mum for the sightseeing, and Leszek with my dad for the FC Barcelona match) joined us. Me and Nuno had to organize everything, as my parents and their friends were lucky enough to have “all inclusive” guaranteed without having to worry or pay a travel agency to arrange their trip for them. Us, well, we spend few evenings planning which cities to go, how many days stay over, which hotels to book and what car was big enough for 6 of us. But since I love planning (I really could be a professional planner) and this trip was a way of thanking my parents for all the holidays they had organized for me, I didn’t mind. 


Today’s post is only a sneak peak. If you want to find out exactly what we saw and did, you have few choices: follow on facebook/twitter/subscribe, so you are informed when the next post on our road trip in Portugal is released.

The most difficult part was planning a perfect route. As I already had been to Portugal few times, I didn’t want to see only the same familiar cities. We wanted to chose the best cities, so that they could really get to know this beautiful country. We gave them few options, and they decided on the one that was focused on sightseeing in the cities, and only spending one day on a beach. (So no Algarve and Alentejo, but 10 days is just not enough to go everywhere and some people are just not that into sunbathing). I love road trips, as I believe it is the best way to discover the unknown country, and Portugal is a perfect one to do so, as it is relatively small. First we spent 3 days in Lisbon, then 1 day relaxing and resting on a beach in Portinho da Arrábida, after  that followed 1 day in Sintra, Óbidos, Coimbra and 2 days in Porto. We headed back to Lisbon for the last night, as we had our flight back to Barcelona and my parents and their friends to Warsaw from there. 

I think that we planned our trip perfectly, it was an ideal route for the first trip to Portugal. Well, if you have 1 or 2 days more, you can stop in Aveiro (called the Portuguese Venice) or in Fatima (if you are into religion and spirituality). Algarve and Alentejo Coast  deserves a separate trip, we spent  7 days discovering beautiful beaches there three years ago. I promise to find time to write some posts about this road trip, as I totally agree with Nuno that the beaches of the Algarve are among the most beautiful in Europe.


My mom is a teacher, so it narrowed down our choice of when to go. And since I hate taking holidays in August, we decided that the beginning of July is the best time. We were afraid that anyway it would be a very hot month for the sightseeing in the city, but we were lucky that weather was rather chilly and we even needed a jumper in the evenings (some people would find it disappointing ad you expect July to be a hot month especially in a Mediterranean country). 

Expect more entries on delicious Portuguese food, liters of wine we drunk, moving fado concert, port wine tasting and all the beautiful places we visited. Stay updated!


I want to finish this post with a question for you. What do you think about spending holidays with your parents? Good or lame idea? Have you ever preferred to go on vacation with your folks (and I'm not talking here your childhood summers) rather than with you bf or friends? 

Friday, 19 October 2012

Portugalski likier wiśniowy/ Portuguese cherry liquor



Dziś piątek, więc post będzie lekki i przyjemny. Miało być o pożegnaniach, ostatnich tygodniach w Barcelonie, trudnych decyzjach. Ale to taki poważny temat, zostawię go sobie na po weekendzie. Dziś zapraszam was na kieliszek portugalskiej wiśniówki. 

Pisałam niejednokrotnie, że uwielbiam poznawać kraje poprzez ich kuchnię. Można też je poznać przez miejscowe trunki (tylko trzeba zachować umiar, żeby potem mieć jeszcze siłę na zwiedzanie). W lipcu mieliśmy okazję codziennie przez 10 dni kosztować świetne portugalskie wina (dopiero po tych wakacjach moja mama zrozumiała dlaczego Nuno uważa portugalskie wina na najlepsze i że wcale to nie jest spowodowane dumą z własnego kraju, no może troszkę). O road tripie z rodzicami i ich znajomymi opowiem innym razem, bo wycieczkę przygotowaliśmy im tak świetną, że może konkurować ze znanymi biurami podróży i tak się im podobała, że planują kolejne wakacje z nami (niekoniecznie ku naszej uciesze). 


Ginja (lub ginjinha) to likier wiśniowy, serwowany często z wisienką  (czasami ta wisienka ma silniejszy alkoholowy smak niż sam likier) i w czekoladowym kieliszku. 
Jest takie miejsce w Lizbonie, które idealnie nadaje się na pierwsze spróbowanie tego portugalskiego trunku. Miejsca tego nie można nawet nazwać chyba barem, bo nie ma w nim stolików, a ginjinhę pije się na ulicy. Ale cafe ‘A Ginjinha’ (Largo São Domingos 8), niedaleko Rossio, przy placu Dom Pedro IV. Ta nalewkarnia (tworzę chyba nowe słowo, ale, jak nazwać miejsce, gdzie serwują tylko i wyłącznie tę nalewkę?) to prawdziwa instytucja. I ma nawet kranik, żeby sobie ręce umyć, bo pan nalewa ginjinhę tak szczodrze, że nawet jak się troszkę upije, to trochę klejącego trunku spłynie nam po palcach. 


Ale jest inne miasteczko słynące właśnie z produkcji wiśniówki, którą tradycyjnie serwuje się w czekoladowym kieliszku. Mowa o Óbidos, malowniczym średniowiecznym białym miasteczku, gdzie w marcu odbywa się też słynny festiwal czekolady. 


To na zdrowie i miłego weekendu!



Today is Friday, so the post will pleasant. I was to write about how hard is to say goodbye, about our last weeks in Barcelona and that not all the decision are ease to take. But those topics are just too serious to start a weekend with. Instead, I invite you for a glass of Portuguese cherry liquor. 


I’ve already mentioned so many times that I’m a foodie , there is nothing for me than to explore a country or culture through their cuisine. And cuisine is not food, but local alcohol as well. In July we spent 10 days trying great local Portuguese wine for 10 days (after those holidays my mum finally understand why Nuno considered Portuguese wine the best, and it has nthing to do with the fact that he is really proud of his country). We took my parents and their friends for a 10 days long road trip and they all agree that Portugal is a perfect country to  visit. I’ll try to write soon more on the whole trip, which was planned and organized on a really advanced level (normally, when we travel alone, we tend to be more spontaneous), and could compete with what travel agencies. Our itinerary may come in handy if you ever plan to go to this beautiful country and not limit your visit to just one city. 

Ginja (or Ginjinha) is a cherry liqueur, served in a shot glass, often with one (or more) cherry (that has stronger alcohol flavor than the liquor itself) or even in a chocolate cup that you can eat afterwards. 
There is a place in Lisbon, which is just perfect for you to have your first ginja shot. It isn’t even a bar, as you won’t find there any tables and you have to drink your ginjinha on the street (don’t worry, even at 11 am you won’t be alone). The cafe 'A Ginjinha' (on Largo São Domingos 8), near Rossio or Square Dom Pedro IV is a must when you are in Lisbon. It specializes only in serving this delicious, sweet liquor. And once you have finished, you can use a small sink, as they generously serve the alcohol and even if you take a sip to be able to take a shot and drink it outside, some of the sticky drops will end on our fingers. 


And if you decide to travel around Portugal, don’t miss a tiny medieval white town, that is famous for serving ginjinha in a chocolate cup (this picturesque town is known for the chocolate festival that takes plane every March, so check your calendars!). Well, having a ginja in Óbidos and eating a chocolate cup afterwards must be included in some list of the things you absolutely must do when in Portugal (if not, I will create such a list). I fell in love with Óbidos and will tell you why soon. 



So cheers and have a nice weekend!
Showing posts with label Portugalia/Portugal. Show all posts
Showing posts with label Portugalia/Portugal. Show all posts

Tuesday, 14 January 2014

Spacer po plaży/ Walking on the beach

Przez ostatnich kilka tygodni byłam jak zahibernowana, ale powoli obudziłam się z zimowego snu. Przespałam podsumowanie roku i plany na nadchodzący, więc to sobie odpuszczę. Plany podróżnicze kiełkują, kilka pomysłów jest, zobaczymy, co z nich wyjdzie…. Obiecuję za to zrobić z pisania postów nawyk, bo naczytałam się w babskich gazetach, że potrzeba zaledwie kilku tygodni, żeby jakąś czynność zamienić w nawyk. W tym roku zredukowałam postanowienia noworoczne do wykonalnej liczby 3, więc mam nadzieję, że uda mi się je wszystkie zrealizować.

Jestem przeziębiona, więc potrzebuj ę słońca, więc dzisiejszy post zupełnie nie pasuje do aury panującej za oknem (szaro- buro i pada, ale czego innego można się spodziewać w styczniu w Irlandii?). Będzie o plaży, pogodzie plażowej nie do końca jednak idealnej, przybyciu Kolumba i rybie z bananami.


Są takie dni, które na zawsze zapadają nam w pamięć. Dzisiaj przypomniałam sobie o długim spacerze po plaży w Porto Santo. Chodzi coś za mną ta Madera i ogólnie Portugalia dzisiaj. Może ma to coś wspólnego z tym, że Ronaldo wygrał wczoraj Złotą Piłkę i  o niczym innym w gazetach portugalskich dziś nie piszą? A może po prostu czasami potrzeba takiego rozgrzewającego wspomnienia?

Do Porto Santo wybraliśmy się z jednym jasno postawionym celem- zrelaksować się na piaszczystej plaży. Nasze plany pokrzyżowała trochę pogoda, bo słońce, jak na złość schowało się za chmurami, a przecież wie, że po roku w zachmurzonej Irlandii zasługujemy bardziej niż inni na korzyści jakie niosą ze sobą promienie słoneczne. Zamiast leżenia plackiem poszliśmy więc na długi spacer brzegiem morza (właściwie to oceanu, ale nie czepiajmy się szczegółów). Plaża ciągnie się przez 9 kilometrów, pokonaliśmy przynajmniej połowę tego dystansu, co nie byłoby problemem, gdyby nie fakt, że jak Polak głodny, to zły. Starałam się  doceniać piękne widoki, ale tylko wyglądałam, czy nie pojawi się za chwilę jakaś budka serwująca jedzenie. A tu nic. Idziemy dalej czy zawracamy do cywilizacji? Poszliśmy dalej, bo wierzyliśmy, że koniec plaży to idealne miejsce na plażowy barek. I nie pomyliliśmy się (na szczęście dla Nuno, bo droga powrotna ze mną na głodzie, to byłby foch za fochem i istna gehenna). Już dawno zimne piwo nie smakowało, jak najwspanialszy trunek świata. Pierwsze wypiłam duszkiem, degustowałam się dopiero drugim :) A w międzyczasie wyszło słońce i się spiekliśmy trochę...


Wieczorem wybraliśmy się na kolejny spacer, tym razem do centrum miasta. A tam proszę, czekała na nas niespodzianka, bo trafiliśmy na obchody festiwalu na cześć Kolumba. Kto mnie zna lub czytał posty barcelońskie, wie, że uwielbiam takie przaśne i kiczowate tradycje. Nuno niekoniecznie, ale przekupiłam go winem i przekąskami, więc cierpliwie czekał ze mną na przybycie Kolumba i jego załogi do portu.


Problem z Porto Santo jest taki, że przy jednym promie dziennie i pechu z pogodą trzeba sobie zorganizować alternatywne rozrywki. My przez kilka godzin na przemian czytaliśmy i urządzaliśmy turnieje ping-ponga, które położyły kres moim wyobrażeniom o byciu w lepszej formie niż Nuno. Po prostu wcześniej dawał mi fory, taki chciał być miły w pierwszym roku naszej znajomości.
Miało być jeszcze o rybie z bananami…Takie właśnie dziwne a smaczne połączenia wymyślają na Maderze, więc chyba będzie jeszcze niedługo kolejny post o ‘wyspie wiecznej wiosny’. Co wy na to?


Over the past few weeks I was hibernating, but  I’m slowly waking up from a deep winter sleep. I missed the time to write a recap of the last year and plans for the 2014... I have some travel plans, but plans have their own way to change and alter, so let’s just wait and see. Over holidays, I had some time to read girly magazines, and apparently you only need a couple of weeks to turn any activity into a habit. I’ll try to see if that applies to me writing posts on a regular basis. And as this year, for a change, I just picked three ny resolutions, I’m all positive I can achieve them.

I have the cold and that’s one of the reasons why I so desperately need some sunshine. Today’s post doesn’t fit what I see when I look through the window (well, who would expect anything but rain and grey clouds in Ireland in January anyway?). So I can just close my eyes and imagine I’m on the beach and write a post about it and mention waiting for Columbus to arrive and eating fish with bananas. To be completely honest, the weather wasn’t perfect for a whole day-doing-nothing-but-sunbathing and I’ll just probably skip the food aspect this time but let’s just ignore those tiny insignificant details.


Some memories of a perfect day can spend months in the back of mu head just waiting to be remembered again. And they may be special not because something extraordinary happened but just because they just felt right. I’ve been thinking a lot today about our holidays on Madeira (maybe it has something to do with the fact that Ronaldo won the Ballon d'Or yesterday and this is all you can read in today’s Portuguese newspapers? Or maybe I just needed some summer related memories?) 
We decided to go to Porto Santo for one reason and one reason only- to relax on the famous sandy beach. The weather messed a bit with our plans and the sun hid behind the clouds, even though it was obvious that after a year in a cloudy rainy Ireland we deserved a sunny day more than others. But, as they say, when life gives you lemons, make lemonade' (I think the fever makes me poetical), so we still decided to make out the most of it. The beach stretches for 9 km , I guess we walked half of this distance. And it would be a great experience if it hadn’t been for the fact that I was extremely hungry (and there even is a Polish saying to describe such situation: hungry Pole, angry Pole. I really made my best to admire the beautiful views without complaining too much but I could only focus on trying to spot a beach bar that serves food. And I could spot nothing. Should be carry on or go back? We decided to keep on walking hoping that the very end of the beach would make a perfect place for a beach bar . Luckily for Nuno (as going back with me hungry would be a real ordeal), we were right. God, I didn’t remember that a cold beer could taste as the best drink in the word!


In the evening we decided to go for yet another walk, this time to the city center . And what a surprise we found there! It was Columbus festival, just the type of tacky tradition that I love (and often described when we lived in Spain where you can find plenty of such festivities) and Nuno hates. But I just couldn’t resist to walk by so I bribed Nuno instead and he never says no to wine and snacks, so he patiently waited with me for the arrival of Columbus and his crew to the port.

 
There was only one ferry per day connecting  Porto Santo and Madeira, which wouldn’t be a problem if the weather had been better. Instead we had to look for is alternative entertainment  on our second and last day there. Reading did the trick and in the meantime my impressions of being amazing table tennis player were shuttered as Nuno no longer gave me a head start , as he apparently used to do during our first holidays together few years ago.

Porto Santo was just one place on Madeira that we visited, so soon I should be posting more entries from our trip there.

Friday, 14 December 2012

Smaczny świat odcinek 1

Dzisiejszy post jest postem gościnnym, napisany przez Marzenę z firmy Smaki Portugalii, która zgodziła się przybliżyć Wam smaki Portugalii właśnie (ja mogłabym być za stronnicza i posądzona, że to Nuno dyktował mi, co mam napisać. Nie mogłam się powstrzymać i dodałam moje 3 grosze).

Kuchnia portugalska jest niezwykle wyjątkowa i bogata, zupełnie innych przysmaków skosztujemy na północy kraju w regionie Trás-os-Montes, co innego zaserwują nam w Algarve na samym południu, a inne dania są w menu na wyspach- Maderze i Azorach. Z jakiegoś powodu kuchnia portugalska  to wciąż mało odkryty ląd.  Próbujemy to zmieniać.

Zacznijmy od produktów, które są charakterystyczne dla tego najbardziej wysuniętego na zachód państwa Europy. W kuchni każdego szanującego się Portugalczyka nie może zabraknąć portugalskiej oliwy, która ze względu na swe walory smakowe i najwyższą jakość, nazywana jest płynnym złotem.Oliwa z oliwek zaliczana jest do skarbów kulinarnych Portugalii. Część z tych, którzy jej spróbowali, uważa, że jest najlepsza na świecie (Nuno jest wręcz o tym przekonany). Inne popularne portugalskie produkty to : oliwki (zawsze z pestką), ryby, chleb (polany oliwą pyszny!) , owoce morza, kawa, dojrzewająca szynka – presunto, kiełbasy – chouriços (byłam od krok od kupienia specjalnego  naczynia assador de chouriço, żeby je serwować znajomym), kiełbasa wytwarzana z krwi (morcela), alheira, sery (szczególnie płynne sery Queijo da Serra, Queijo de Azeitão oraz twardy ser o intensywnym smaku queijo da Ilha z Azorów), owoce: ananasy z Azorów, pomarańcze, figi i migdały z Algarve, śliwki z Alentejo, gruszka pêra-rocha, czereśnie (te z Resende podobno najlepsze, tak twierdzi mój domowy ekspert), truskawki z Ribatejo, melony i wiele, wiele innych (proszę zwrócić uwagę, że Portugalczycy dumni są ze swoich dóbr regionalnych, u nas w Polsce nie zwracamy uwagi na to, skąd dokładnie pochodzą produkty, które kupujemy, nie ma to bowiem zasadniczego wpływu na ich smak czy sposób przygotowania).





Nie możemy nie wspomnieć  o portugalskich winach, docenianych przez znawców na całym świecie. Żeby daleko nie szukać dowodu: w maju tego roku wino Poliphonia Signature 2008 z regionu Alentejo zostało wybrane na konkursie w Brukseli najlepszym winem świata.Oprócz wina czerwonego i białego, w Portugalii możemy napić się również wina zielonego – lekko musującego, delikatanie kwaskowatego,  idealnego na upalne dni (moja mama po wakacjach w Portugalii się właśnie od  vinho verde uzależniła, na szczęście można je już kupić w Polsce). Najlepiej rozpoznawalnym winem, które rozsławiło Portugalię jest Porto. Niewiele jest chyba osób, które nigdy o nim nie słyszało. Ale jeśli należysz do tej grupy to wyjaśniam, że należy ono do win wzmacnianych, w odpowiednim momencie fermentacji dodaje się do niego brandy. Innym wzmacnianym winem jest Madera, do której dodaje się alkoholu destylowanego.



To co wyróżnia portugalską kuchnię, to nie tylko doskonałe produkty, z których przygotowywane są dania, to również celebracja, z jaką są spożywane. Godziny posiłków wyznaczają rytm dnia i są absolutną świętością w Portugalii (coś o tym wiem, musiałam się przestawić na celebrowanie posiłków, a teraz nie wyobrażam sobie innego podejścia do jedzenia).Śniadanie, to szybki posiłek w drodze do pracy: zazwyczaj kawa z mlekiem i coś słodkiego. Obiad spożywany jest najczęściej osobno na mieście, podczas godzinnej przerwy w pracy. Jednak na kolację, cała rodzina zbiera się przy wspólnym stole. To bardzo ważny posiłek dnia. Nie przypomina zupełnie polskiej kolacji. Składa się najczęściej  z 2 dań.Każdy posiłek kończy się najczęściej małą filiżanką kawy (Nuno po wszystkich naszych podróżach twierdzi, że jedynie we Włoszech i Portugalii wiedzą, jak przygotować dobrą kawę. Nie potwierdzam ani nie zaprzeczam, kawy nie pijam) .

O daniach portugalskich można by napisać książkę (niejedną i zapewne wiele już powstało), trudno wybrać kilka najbardziej charakterystycznych, bo jak wspominałam, wszystko zależy od regionu. Im bardziej na północ i wgłąb kraju, tym więcej spożywa się mięsa. Od dań mięsnych też zacznijmy: leitão da Bairrada (pieczone prosię), bitoque (stek serwowany z jajkiem sadzonym oraz frytkami i ryżem), bifana – niezwykle prosta i bardzo popularna bułka z kawałkiem mięsa i musztardą (podobno posiłek obowiązkowy, jak się umawiasz z kumplami w barze na oglądanie meczu), tripas à moda do Porto (flaki z Porto), Francesinha (rodzaj kanapki z wielu warstw z mięsem, sosem i jajkiem/ ja dodam tylko, że nie do końca rozumiem sławę tego dania, ale Nuno często na emigracji wspomina właśnie smak francesinhi), feijoada à transmontana (fasolada z regionu Trás-os-Montes).




Rybnymi symbolami Portugalii i jednym z najbardziej popularnych dańsą grillowanie sardynki i suszony dorsz. Będąc w Portugalii nie można nie spróbować jednej z tysiąca potraw z bacalhau-dorsza, prawdziwego portugalskiego króla ryb. A do tego warto zamówić ( innego dnia, bo porcje w Portugalii są raczej pokaźnych rozmiarów) sardynki grillowane, ośmiornica pieczona w piekarniku z oliwą i czosnkiem (polvo à lagareiro), arroz de marÍsco (ryż z owocami morza), Amêijoas à Bulhão Pato (rodzaj małży według przepisu poety Bulhão Pato). Wymienić można wiele przepysznych dań, warto więc zaplanować dłuższe wakacje w Portugalii, żeby móc ich wszystkich  spróbować.



Nie mogę też nie wspomnieć o słodyczach (Marzena chyba czyta w moich myślach, bo deserów nie można pominąć!).  W tym przypadku również są one charakterystyczne dla poszczególnych regionów: ovos moles de Aveiro, Dom Rodrigo z Algarve, queijada de Sintra, fofos de Belas, tarte de amêndoa, baba de camelo, lampreia de ovos, pão de ló, filhoses, sonhos, leite creme, arroz doce,  bolo de mel da Madeira.I oczywiście słynne pastel de nata, czyli babeczka z ciasta francuskiego wypełniona śmietankowo-budyniowym nadzieniem.  Pochodzi oryginalnie z cukierni w Belém w Lizbonie (pastel de Belém), a dokładna receptura jej produkcji ukrywana jest z powodzeniem od ponad 150 lat. Podawane są zazwyczaj ciepłe, posypane cukrem pudrem i cynamonem.



Tym słodkim akcentem kończymy relację. Mam nadzieję, że narobiłyśmy Wam smaku. Jeśli macie to szczęście i mieszkacie w Warszawie, możecie wybrać się w każdą sobotę na BioBazar przy ul. Żelaznej 51/53, od godziny 8:00 do 16:00 (stanowisko Smaków Portugalii znajduje się w hali po lewej stronie od bramy wjazdowej) i zrobić zapas portugalskiej oliwy, oliwek,  konserw rybnych oraz wielu innych produktów (pełną listę znajdziecie tutaj). A całą resztę odsyłam do sklepu internetowego, gdzie można kupić przepyszne portugalskie produkty. Polub stronę Smaków Portugalii na facebooku , dzięki temu będziesz na bieżąco!

W poprzednim poście wyjaśniłam, że to jest pierwszy post z cyklu postów gościnnych "Smaczny świat". Jeśli chciałbyś też napisać smacznego posta, proszę o kontakt.

Sunday, 2 December 2012

Gwarne targowisko w Porto/ Bustling market in Porto


Byliśmy z Nuno wczoraj na targu w Galway, kupiliśmy ośmiorniczkę, przegrzebki (pierwszy raz będziemy je przygotowywać sami) oraz małże. Chyba przez mój ostatni post, zakupy spożywcze na targowisku zostały ograniczone do zakupu owoców morza. 

Lubię gwar targowisk. Jeśli tylko mam okazję odwiedzam miejskie targowiska, nawet jeśli miałabym niczego nie kupić. Targowisko jest bowiem dla mnie przewodnikiem po kulinarnych upodobaniach mieszkańców, coraz częściej to właśnie przez kuchnię lubię odkrywać nieznane mi miejsca. 


Dziś pokażę wam główne targowisko Porto, które odkryłam dopiero w te wakacje (nie wiem dlaczego podczas kilku poprzednich wizyt w mieście Nuno, nie zostałam zabrana na Mercado do Bolhão). Mercado do Bolhão jest targowiskiem, na którym większość stanowią sprzedający i kupujący, a nie jak to ma miejsce w przypadku barcelońskiej Boqueria, turyści. Jest to zatem miejsce bardziej autentyczne, pozwalające na chwilę zanurzyć się w codziennym życiu lokalnych mieszkańców, poobserwować stoiska z lokalnymi produktami, które sprzedawane są na tych samych straganach zapewne od pokoleń. Targowisko ma bowiem długą historię, otworzone zostało w 1839, kiedy to rada miasta postanowiła skupić wszystkie targi Porto w jednym miejscu. Budynek stojący do dziś (targi w Portugalii najczęściej odbywają się w budynkach, a nie jak to ma miejsce w Polsce, pod chmurką) otwarto w 1914 i czasy świetności ma już  niestety dawno za sobą. Mam wrażenie, że takie tradycyjne miejskie targowiska są trochę na wymarciu, co zdaje się potwierdzać fakt, że sprzedawcami są ludzie niezbyt młodzi, nie wiadomo, czy jest ktoś, kto przejmie po nich ich stoiska. 

Na targowisku Bolhão można kupić wszystko- od owoców i warzyw, po sery, ryby, mięso… Stoiska z rybami i owocami morza mogłabym obserwować godzinami, wypytując Nuno o nazwy nieznanych mi rodzajów ryb i sposobów ich serwowania. 


W następnym poście przeczytacie o tym, co można zjeść na barwnym targu La Boqueria w Barcelonie. Mam nadzieję, że tak jak ja wolicie kupować ryby od zaprzyjaźnionego sprzedawcy na małym stoisku na lokalnym targu niż od bezosobowego w dziale rybnym hipermarketu. 

Więcej zdjęć z targu Bolhão można znaleźć tutaj, nie zapomnij polubić mojej strony. I odwiedzić tego autentycznego targu przy następnej wizycie w Porto!



I think that because of my last post I couldn’t stop thinking about seafood, so we had no choice but to go to the market in Galway and buy octopus, scallops (the first time we will be preparing ourselves), and mussels. 

I like how noisy markets can be. I always try to visit some local markets, even if I have no intention to buy anything. For me a market place is because is a guide to culinary tastes of the local population, as I find myself enjoying more and more to explore an unknown place through is cuisine and food. 


Today I want to show  you the main market of Porto, which I only discovered this summer (I don’t know why Nuno didn’t take me to Mercado do Bolhão during my previous visits). The majority of the people you meet at Mercado do Bolhão marketplace are buyers and sellers, and not tourists, like it happened at la Boqueria in Barcelona. I find it more authentic, a perfect place that allows you to observe a daily life of local people, watch the colorful stands with a vast variety of regional products, that are probably sold at the same stand from the same family for generations. This market has a long history, as was opened 173 years ago, in 1839, when the city council decided to bring all the smaller food markets into one place. The building that was opened in 1914 and unfortunately has its glory days in the past. It seems that those types of food markets are on the decline, you almost don’t see young people selling there, so one can only wonder who will take over the stands after today’s owner is gone. 


At Mercado Bolhão you can buy everything: fresh fruits and vegetables, local cheese, fish, meat...The stands selling fresh fish and seafood are those that draw my attention the most. Maybe because I’m from a country where seafood is still considered a luxury and where people only know few types of fish. I can ask Nuno for the names of every single fish they sell and how can you prepare it to serve something delicious. 


In the next post, we continue our journey of food markets, as I’m going to take you to see a very colorful market, La Boqueria in Barcelona. I hope that you also prefer to buy your fruits and fish from a friendly local merchant at the local market, rather than from an impersonal staff of the big supermarkets.


You can find more photos from Mercado Bolhão here, don’t forget to like my facebook page. And to visit this great food market when you are in Porto!

Monday, 26 November 2012

Uzależnienie od owoców morza/ Seafood addiction


Krewetki, małże, dziwne muszle, ośmiorniczki… lubię je wszystkie, a że coś dawno nie było posta o jedzeniu, trzeba to nadrobić. Nie zapraszam Was jednak w żadne konkretne miejsce, ale będzie o jednym typie jedzenia. 

Uwielbiam owoce morza, mogłabym je jeść przez kilka dni z rzędu i się nie znudzić. Lubię dania, gdzie są one tylko dodatkami  albo gdzie dodatków nie ma żadnych i grają one główną rolę. Irlandia nie kojarzyła mi się jako kraj serwujący pyszne ostrygi, a tu niespodzianka: w Galway organizowany jest nawet co roku festiwal ostryg. 

Muszę się przyznać, że nie pamiętam, kiedy jadłam owoce morza po raz pierwszy. Czy było to podczas mojej pierwszej wyprawy do Hiszpanii po pierwszym roku studiów? Czy może były to smażone kalmary podczas Erasmusowej przygody?  Nie jestem pewna, ale wiem, że to w Hiszpanii zasmakowałam się w owocach morza. Niemały udział w tym dziale mojej kulinarnej edukacji miał też Nuno, który owoce morza może jeść w takiej ilości, że zaskakuje wszystkich. Jednym z naszych ulubionych miejsc w Barcelonie była Paradeta (tam zabrałam moją mamę na pierwszego w jej życiu kraba i małże), a po niedawnej wizycie w Oscar’s Bistro w Galway (gdzie jedliśmy najlepsze w życiu krewetki), doszłam do wniosku, że jedno z dań tam serwowanych mogłoby być moim ostatnim posiłkiem. Do dziś też pamiętam za to naszą pierwszą randkę, która za spotkania na kawę przedłużyła się w spontaniczną kolację, na którą Nuno zaserwował mi ryż z owocami morza. 


W Polsce owoce morza nie są może tak popularne jak w krajach śródziemnomorskich, cały czas stanowią raczej rarytas. A to z prostej przyczyny, że u nas nie występują, świeże dostać jest niezwykle trudno ( i nigdy nie wiadomo czy na pewno są świeże), a mrożone to jednak nie to samo. 

Dziś podzielę się z Wami listą naszych ulubionych owoców morza (kolejność przypadkowa)

Krewetki jadłam chyba najczęściej. Ale do wprawy Nuno w obieraniu krewetek jest mi jeszcze daleko. Lubię te grillowane, jak i gotowane, tygrysie, ale też te zupełnie małe, skropione jedynie sokiem z cytryny, albo maczane w jakimś sosie.

Obierania kraba jest wyzwaniem! Ale ile przy tym zabawy! I chyba o to bardziej chodzi, bo mięsa (pysznego) jest w krabie niewiele. W Lizbonie zabraliśmy moich rodziców oraz ich znajomych do restauracji serwującej wyłącznie ryby i owoce morza, mój tata jadł kilka potraw po raz pierwszy w życiu, ale to chyba zabawę z młoteczkiem i szczypcami zapamiętał najbardziej.


Hiszpańska Galicja słynie z vieiras, czyli po naszemu przegrzebków (po raz pierwszy nazwę tę w moim ojczystym języku usłyszałam z miesiąc temu). Ten owoc morza jest nawet symbolem pielgrzymki do grobu św. Jakuba w Santiago de Compostela. Do tej pory jadłam przegrzebka jeden jedyny raz w życiu, zapiekanego, ale 2 tygodnie temu w Galway właśnie miałam okazję spróbować grillowane i według mnie są to jedne z najsmaczniejszych owoców morza. 

Ostrygi to chyba owoc morza, który najmniej mi smakuje. Może nie umiem w pełni docenić tego morskiego smaku? Może powinnam sprostować, że nie przepadam za ostrygami na surowo, ale takie zapiekane i przyprawione to zupełnie inna bajka? W Irlandii dodatkowo odkryłam, że świetnie się komponują z Guinnessem. 

W Hiszpanii często jedliśmy małże, bo są one niezwykle proste w przygotowaniu, wystarczy je trochę oczyścić i wrzucić do wrzątku, a potem zaserwować polane sokiem z cytryny. Należy tylko pamiętać, by nie zjeść małż, które podczas gotowania się nie otworzyły. 
Grillowane ośmiorniczki (najlepsze pulpo jest też z Galicji), kalmary, mątwy… czasami żałuję, że je zamawiam, bo niestety od czasu do czasu trafiają się gumowate, twarde kawałki, które żuje się bez żadnej przyjemności. 


To oczywiście zaledwie jedynie kilka przykładów owoców morza, zostało mi jeszcze sporo do spróbowania (homara nigdy nie jadłam, za ślimakami nie przepadam), ale już czekam na jakąś specjalną okazję, by wybrać się do Oscar’s Bistro w Galway na kolejną porcję przysmaków z morza. 

Mieliście okazję spróbować owoców morza? Smakowały Wam? Zapraszam do galerii na facebooku po większą porcję zdjęć. 


Shrimps, clams, mussels, octopus ... I like them all and since I haven’t written about food for quite some time, I decided to dedicated this post to a type of food I discovered few years ago and can’t leave without. 

I love seafood and my diet could be based on it and I wouldn’t get bored for quite a long time. Before coming to Ireland, I didn’t picture this country as a place where they serve it often, so imagine my surprise when I discovered that they even had famous oyster festival in Galway.  

I have to tell you a secret. I don’t remember at all when and where I tried seafood for the first time. Was it during my first trip to Spain after finishing my first year at the University (is it a shame to eat it for the 1st time being 20 something)? Or my first seafood meal were fried calamari during my Erasmus exchange? I'm not sure, but  it was in Spain that I learnt to appreciate its taste. Well, Nuno has played a big part in my culinary education, coming from a country that is also famous for fish and different ways of serving seafood. I still remember our first real date, we meet for a coffee but then couldn’t stop talking, so he spontaneously invited me for dinner and cooked rice with seafood. 


One of our favorite places in Barcelona was Paradeta (it is where I took my mum when she visited and where she had crab and clams for the first time in her life), and you would be surprise how much seafood my boyfriend can eat (you can judge by the empty plates). Recently we went to Oscar's Bistro in Galway, the place that even surprised Nuno, who isn’t impressed so easily by food outside from Portugal, and he claims they served the best shrimps he had eaten so far. I think I would order seafood as my last meal, if I was given that choice. 

In Poland, seafood isn’t as popular as it is in the Mediterranean, for a simple reason: we do have fish from Baltic sea, but no seafood. It is quite expensive to buy seafood in Poland, and you never know how fresh it is, and frozen isn’t the same. Is seafood popular in your country?

I still haven’t decided which is my favorite sea food dish, so I’ve randomly chosen some that I like.  
Probably I’ve eaten shrimps more frequently than any other seafood but I’m still far from mastering Nuno’s technique to peel a shrimp. I like them grilled or cooked, both big ones and tiny ones, with sauce or served only with lemon. 


Do you know how challenging it is to peel a crab? But it is so much fun! Its meat is delicious, but you don’t get rewarded for your effort, as there isn’t much meat inside a big shell. In Lisbon, we took my parents and their friends to a restaurant that only served fish and seafood, my dad tasted few things for the first time in his life (he is rather a meat person, but enjoyed it), but I think it was playing with crab cracker and little hammer that he remembers from this dinner. 

Spanish Galicia is famous for vieiras (scallops). Its shell is even a symbol of the pilgrimage to the tomb of St. James in Santiago de Compostela. Before trying grilled scallops in a great restaurant in Galway, I only ate them once, roasted, 4 years ago in Santiago. I will hopefully eat them again in the near future, as they are so delicious!

If I were to choose seafood that I don’t like that much, it would be oysters. Maybe I just can’t fully appreciate the flavor of the sea? I don’t like raw oysters, served only with lime, but baked ones are really nice. And in Ireland I discovered they go well with a pint of Guinness.

In Spain, we often had mussels for lunch when we felt lazy to cook, as they are so simple and fast to prepare. You just clean them up a bit, toss into boiling water and after 10-15 minutes serve with lemon juice. Just remember not to eat mussels that haven’t opened during the cooking. 


Grilled octopus (Galician pulpo is believed to be the best), squid, cuttlefish ... they can be so tender and tasty, but unfortunately I’ve eaten few time some hard, rubbery pieces that you chew without any pleasure. 

I could go like that for few paragraphs more but I suddenly got hungry and feel like going to Oscar's Bistro in Galway to taste other delicious plates(I just need to find some special occasion to celebrate as it’s quite an expensive place).

Have you ever tried seafood? Do you like it? Check my facebook for more photos.  

Monday, 19 November 2012

Powody, dla których lubię…/ Reasons why I like ...


Po przeczytaniu ostatniego posta, moja mama napisała, że dzięki niemu wróciły miłe wspomnienia.  Wspomnienia, które wywołały uśmiech i ociepliły troszkę jesienny wieczór. To jeden z powodów, dla których piszę bloga, by utrwalić ulotne chwile. By zatrzymać na dłużej miejsca, ludzi, minione chwile. 
Zrobiłam dzisiaj mały kolaż, który miał zobrazować, za co lubię Portugalię. Padło na Portugalię, ale mogłoby być o dowolnym kraju.  Czy można uchwycić i opisać coś tak ulotnego jak nasze subiektywne uczucia ? Co sprawia, że zakochujemy się w jakimś miejscu? I mimo, że wracamy tam wiele razy, nie nudzi się ono, a wręcz przeciwnie- za każdym razem odkrywamy nowe zakamarki, nowe tajemnice? A w inne nie chcemy powrócić po pierwszym spotkaniu? Dlaczego niektóre bardzo turystyczne miejsca, nad którymi zachwycają się miliony, nie są w stanie nas oczarować? Czy najważniejsze są zabytki? A może ludzie, których spotykamy na naszej drodze? Smaki? Zapachy? Kolory? A może atmosfera danego miejsca? 

Portugalia oczarowała mnie urokliwymi zakątkami, szaloną jazdą eléctrico (uwaga na zakręty), zachodem słońca na Riberze w Porto. Wzruszyła mnie nostalgicznym fado, gdzie siedzieliśmy przy samych artystach. Gdy zamknę oczy przypominam sobie gwar w Bairro Alto w ciepły lipcowy wieczór, nawoływania przekupki na bazarze… Tęsknię za smakiem ciepłych jeszcze, koniecznie posypanych cynamonem, pastéis de belém … Ja języku czuję słodki smak wina Porto…A latem co lepszego niż plażowanie w Alrgarve i grillowane sardynki? 

Ale się rozmarzyłam dzięki tym wspomnieniom… Szkoda, że czasami nie da się uciec od rzeczywistości i wskoczyć w pierwszy samolot lecący do Portugalii… Czy innego kraju, który nas w sobie rozkochał… Jaki kraj rzucił na Was urok?



After reading the last post, my mom said that it brought some nice memories of summer days. And that thanks to those memories, the autumn evening got bit warmer. One of the reasons why I decided to write a blog, was to capture fleeting moments. To freeze moments, places, people.

Today, for no reason whatsoever,  I made a collage that illustrates why I like Portugal. It could be about any other country, it’s just I’m in the mood for something Portugal related. 

It is possible to capture and describe something as ephemeral as our feelings? What makes you fall in love with a certain place? Why I like Amsterdam but dislike Milan? Why you can go back to one place countless times without getting bored, and discovering its new secrets with every visit? And feel that you don’t want to go back to a city after only one brief moment? Why some touristic destination, that millions praise about, are unable to move us? What are the most important factors that influence our decision whether we like someplace or not? Are monuments necessary? Or are people we meet on our way that play the key factor? Tastes? Smells? Colors? A difficult to describe atmosphere of a place?

I quickly fall under the spell of  Portugese charm, of lovely little town, a wild  ride in eléctrico (watch out on the corners), sunset in Porto. I was touched during a nostalgic fado concert, where we sitted right next to artists. When I close my eyes I can remember the vibrant night in the Bairro Alto on a warm July evening, I can hear street vendors trying to sell their goods in a traditional market…I miss the taste of still warm, sprinkled with cinnamon, pastéis de belém ... I taste a sweetness of Port wine ... And what can better during summer time than sunbathing in Alrgarve and eating grilled sardines?

I love day dreaming, just closing my eyes and imagining I’m somewhere else. I wish it was possible just jump on the first plane to Portugal ... Or to another country from my “I-love-this-place” . What s the country that put a spell on you?

Saturday, 17 November 2012

Wakacje z rodzicami/ Holidays with parents


Wiele osób wzbrania się przez spędzeniem urlopu z rodzicami. Pewnie gdybym mieszkała w Polsce, pomysł spędzenia wakacji z rodzicami by się może nawet nie pojawił. Od ponad 3 lat mieszkam jednak poza granicami mojego kraju i wizyty w domu nie należą do częstych (2 na rok to chyba średnia), zatem cieszę się z każdych odwiedzin i możliwości spędzenia z rodziną choć kilku dni. W te wakacje postanowiliśmy spełnić marzenie mojej mamy o wakacjach w Portugalii i zorganizowaliśmy 10-dniową wycieczkę objazdową, na którą zabraliśmy też przyjaciół/ sąsiadów moich rodziców (tak się złożyło, że mama marzeniem o Portugalii zaraziła się właśnie od H. i kiedyś jej obiecała wspólny wyjazd). A kto nadaje się lepiej na pokazanie tego przepięknego kraju niż rodowity Portugalczyk? Tak więc po kilku prośbach i przemyśleniu, czy to w ogóle jest dobry pomysł, zajęliśmy się planowaniem. Bo rodzice jechali na wakacje all inclusive, czyli, że niczym się nie musieli przejmować, a my spędziliśmy kilka dobrych wieczorów panując trasę, rezerwując hotele (i martwiąc się, czy będą się im podobały) i samochód. 


Całej relacji z podróży nie da się zmieścić w jednym poście, dzisiaj tylko taka mała zajawka.  Jeśli będziecie chcieli poczytać więcej, musicie zaglądać regularnie na bloga albo na stronę facebooka lub twittera.

Najdłużej zastanawialiśmy się nad trasą, chciałam bowiem zobaczyć też coś nowego, czego nie miałam okazji zwiedzić dotychczas. Moi rodzice oraz Halina z Leszkiem wybrali opcję skupioną na miastach, tak więc tym razem Algarve zostało wykreślone, a na regenerację po zwiedzaniu Lizbony zaplanowaliśmy 1 dzień plażowania. Uważam, że wycieczki objazdowe to najlepszy sposób poznania kraju, a Portugalia doskonale się do tego nadaje, bo jest stosunkowo niewielka. Zaczęliśmy od 3 dni w Lizbonie, 1 dniu plażowania w Portinho da Arrábida, po 1 dniu w Sintrze, Óbidos, Coimbrze i 2 dniach w Porto, by na ostatni wieczór i noc spędzić w Lizbonie, skąd my wracaliśmy do Barcelony, a reszta do Warszawy. Uważam, że jest to trasa idealna na pierwszy pobyt w Portugalii, można zatrzymać się też w Aveiro (nazywanym Wenecją portugalską) albo w Fatimie (jeśli ktoś lubi te klimaty). Wybrzeże Algarve i Alentejo zasługuje powiem na osobną wyprawę, jaką odbyliśmy z Nuno 3 lata temu. Też się powinna pojawić kiedyś na blogu, bo zgadzam się z Nuno, że należy plaże Algarve należą do jednych z ładniejszych w Europie. 


Moja mama jest nauczycielką, więc automatycznie zawęził się termin, kiedy mogliśmy jechać, padło na 1 tydzień lipca, bo z reguły nie lubię urlopów w sierpniu, a zwiedzanie w upałach nie należy też do najprzyjemniejszych. Pogoda nam dopisała, jak na lato, pogoda była rześka, wieczorami musieliśmy pamiętać o sweterkach czy lekkich kurtach. Dla niektórych mogłoby to być rozczarowaniem, bo w lipcu raczej spodziewać się należy upałów, ale dla nas pogoda nie mogła być lepsza. 

Wkrótce będzie o pysznych portugalskich przysmakach, litrach wina, które wypiliśmy, wzruszającym koncercie fado, degustacji Porto i malowniczych miejscach, które odwiedziliśmy. 


A na zakończenie pytanie do Was. Co myślicie o urlopie z rodzicami? Mieliście kiedyś okazję spędzić go właśnie w ich towarzystwie (i nie mówię tutaj o latach dzieciństwa)? Ja od lat (nie licząc ich wizyt w Barcelonie, ale tych chyba nie można nazwać wakacjami z prawdziwego zdarzenia) nie brałam tego pod uwagę, ale w tym roku świetnie się bawiłam i zaliczam je do bardzo udanych. 


Many people refrain from spending the holidays with their parents. Perhaps if I lived in Poland,  I wouldn’t even consider going on vacation with my parents. But since I left Poland more than 3 years ago and go back home only twice a year, I am really happy every time I get the chance to spend few days with my family, be it in Bydgoszcz, my home town, or while they visit me. This summer was a bit different, as we decided to spend holidays together. My mum was dreaming of going to Portugal ever since both me and my sister spent there some weeks. After she suggested a few times that it would be great idea to go there together as who can be a better guide than a native Portuguese, we gave up and agreed. It turned out that my mum had promised to go to Portugal with her friend and didn’t want to let her down, Halina and Leszek (the very same that visited us in Barcelona, separately, Halina  with my mum for the sightseeing, and Leszek with my dad for the FC Barcelona match) joined us. Me and Nuno had to organize everything, as my parents and their friends were lucky enough to have “all inclusive” guaranteed without having to worry or pay a travel agency to arrange their trip for them. Us, well, we spend few evenings planning which cities to go, how many days stay over, which hotels to book and what car was big enough for 6 of us. But since I love planning (I really could be a professional planner) and this trip was a way of thanking my parents for all the holidays they had organized for me, I didn’t mind. 


Today’s post is only a sneak peak. If you want to find out exactly what we saw and did, you have few choices: follow on facebook/twitter/subscribe, so you are informed when the next post on our road trip in Portugal is released.

The most difficult part was planning a perfect route. As I already had been to Portugal few times, I didn’t want to see only the same familiar cities. We wanted to chose the best cities, so that they could really get to know this beautiful country. We gave them few options, and they decided on the one that was focused on sightseeing in the cities, and only spending one day on a beach. (So no Algarve and Alentejo, but 10 days is just not enough to go everywhere and some people are just not that into sunbathing). I love road trips, as I believe it is the best way to discover the unknown country, and Portugal is a perfect one to do so, as it is relatively small. First we spent 3 days in Lisbon, then 1 day relaxing and resting on a beach in Portinho da Arrábida, after  that followed 1 day in Sintra, Óbidos, Coimbra and 2 days in Porto. We headed back to Lisbon for the last night, as we had our flight back to Barcelona and my parents and their friends to Warsaw from there. 

I think that we planned our trip perfectly, it was an ideal route for the first trip to Portugal. Well, if you have 1 or 2 days more, you can stop in Aveiro (called the Portuguese Venice) or in Fatima (if you are into religion and spirituality). Algarve and Alentejo Coast  deserves a separate trip, we spent  7 days discovering beautiful beaches there three years ago. I promise to find time to write some posts about this road trip, as I totally agree with Nuno that the beaches of the Algarve are among the most beautiful in Europe.


My mom is a teacher, so it narrowed down our choice of when to go. And since I hate taking holidays in August, we decided that the beginning of July is the best time. We were afraid that anyway it would be a very hot month for the sightseeing in the city, but we were lucky that weather was rather chilly and we even needed a jumper in the evenings (some people would find it disappointing ad you expect July to be a hot month especially in a Mediterranean country). 

Expect more entries on delicious Portuguese food, liters of wine we drunk, moving fado concert, port wine tasting and all the beautiful places we visited. Stay updated!


I want to finish this post with a question for you. What do you think about spending holidays with your parents? Good or lame idea? Have you ever preferred to go on vacation with your folks (and I'm not talking here your childhood summers) rather than with you bf or friends? 

Friday, 19 October 2012

Portugalski likier wiśniowy/ Portuguese cherry liquor



Dziś piątek, więc post będzie lekki i przyjemny. Miało być o pożegnaniach, ostatnich tygodniach w Barcelonie, trudnych decyzjach. Ale to taki poważny temat, zostawię go sobie na po weekendzie. Dziś zapraszam was na kieliszek portugalskiej wiśniówki. 

Pisałam niejednokrotnie, że uwielbiam poznawać kraje poprzez ich kuchnię. Można też je poznać przez miejscowe trunki (tylko trzeba zachować umiar, żeby potem mieć jeszcze siłę na zwiedzanie). W lipcu mieliśmy okazję codziennie przez 10 dni kosztować świetne portugalskie wina (dopiero po tych wakacjach moja mama zrozumiała dlaczego Nuno uważa portugalskie wina na najlepsze i że wcale to nie jest spowodowane dumą z własnego kraju, no może troszkę). O road tripie z rodzicami i ich znajomymi opowiem innym razem, bo wycieczkę przygotowaliśmy im tak świetną, że może konkurować ze znanymi biurami podróży i tak się im podobała, że planują kolejne wakacje z nami (niekoniecznie ku naszej uciesze). 


Ginja (lub ginjinha) to likier wiśniowy, serwowany często z wisienką  (czasami ta wisienka ma silniejszy alkoholowy smak niż sam likier) i w czekoladowym kieliszku. 
Jest takie miejsce w Lizbonie, które idealnie nadaje się na pierwsze spróbowanie tego portugalskiego trunku. Miejsca tego nie można nawet nazwać chyba barem, bo nie ma w nim stolików, a ginjinhę pije się na ulicy. Ale cafe ‘A Ginjinha’ (Largo São Domingos 8), niedaleko Rossio, przy placu Dom Pedro IV. Ta nalewkarnia (tworzę chyba nowe słowo, ale, jak nazwać miejsce, gdzie serwują tylko i wyłącznie tę nalewkę?) to prawdziwa instytucja. I ma nawet kranik, żeby sobie ręce umyć, bo pan nalewa ginjinhę tak szczodrze, że nawet jak się troszkę upije, to trochę klejącego trunku spłynie nam po palcach. 


Ale jest inne miasteczko słynące właśnie z produkcji wiśniówki, którą tradycyjnie serwuje się w czekoladowym kieliszku. Mowa o Óbidos, malowniczym średniowiecznym białym miasteczku, gdzie w marcu odbywa się też słynny festiwal czekolady. 


To na zdrowie i miłego weekendu!



Today is Friday, so the post will pleasant. I was to write about how hard is to say goodbye, about our last weeks in Barcelona and that not all the decision are ease to take. But those topics are just too serious to start a weekend with. Instead, I invite you for a glass of Portuguese cherry liquor. 


I’ve already mentioned so many times that I’m a foodie , there is nothing for me than to explore a country or culture through their cuisine. And cuisine is not food, but local alcohol as well. In July we spent 10 days trying great local Portuguese wine for 10 days (after those holidays my mum finally understand why Nuno considered Portuguese wine the best, and it has nthing to do with the fact that he is really proud of his country). We took my parents and their friends for a 10 days long road trip and they all agree that Portugal is a perfect country to  visit. I’ll try to write soon more on the whole trip, which was planned and organized on a really advanced level (normally, when we travel alone, we tend to be more spontaneous), and could compete with what travel agencies. Our itinerary may come in handy if you ever plan to go to this beautiful country and not limit your visit to just one city. 

Ginja (or Ginjinha) is a cherry liqueur, served in a shot glass, often with one (or more) cherry (that has stronger alcohol flavor than the liquor itself) or even in a chocolate cup that you can eat afterwards. 
There is a place in Lisbon, which is just perfect for you to have your first ginja shot. It isn’t even a bar, as you won’t find there any tables and you have to drink your ginjinha on the street (don’t worry, even at 11 am you won’t be alone). The cafe 'A Ginjinha' (on Largo São Domingos 8), near Rossio or Square Dom Pedro IV is a must when you are in Lisbon. It specializes only in serving this delicious, sweet liquor. And once you have finished, you can use a small sink, as they generously serve the alcohol and even if you take a sip to be able to take a shot and drink it outside, some of the sticky drops will end on our fingers. 


And if you decide to travel around Portugal, don’t miss a tiny medieval white town, that is famous for serving ginjinha in a chocolate cup (this picturesque town is known for the chocolate festival that takes plane every March, so check your calendars!). Well, having a ginja in Óbidos and eating a chocolate cup afterwards must be included in some list of the things you absolutely must do when in Portugal (if not, I will create such a list). I fell in love with Óbidos and will tell you why soon. 



So cheers and have a nice weekend!