Showing posts with label dla dzieci/for children. Show all posts
Showing posts with label dla dzieci/for children. Show all posts

Monday, 30 April 2012

Trochę Andaluzji w Barcelonie/ A little bit of Andalucia in Barcelona

Flamenco, suknie w groszki, okrzyki olé, pescaito frito... Innymi słowy Feria de Abril, a raczej jej uboższa wersja , bo znana fiest andaluzyjska w Katalonii wypada dość żałośnie. Taki jarmark dla ubogich, ewentualnie dla turystów. Może nie tak ubogich, bo za dość marne jedzenie (które jednak wizualnie wyglądało bardzo zachęcająco), skasowali nas jak w restauracji z wyższej półki. Ale po kolei...


Po ciężkim tygodniu, poprzedzonym przedłużonym intensywnym weekendem w Madrycie (tak, między innymi tym można wytłumaczyć mój brak aktywności na blogu, nielicznym stałym czytelnikom obiecuję poprawę) plany na weekend mieliśmy raczej mało atrakcyjne- odpoczywanie, sprzątanie, zakupy spożywcze. Nie byłabym jednak sobą, gdybym odpoczywała całe 2 dni. W piątek moja team leaderka, której rodzina pochodzi z Andaluzji, zadała mi niewinne pytanie, czy wybieram się na Feria de Abril do Parku Forum. I tym sposobem w grafiku weekendowym znalazło się miejsce na zobaczenie tego święta andaluzyjskich emigrantów w Barcelonie.


Patri wzgardziła naszym zaproszeniem, ale mój włoski kolega Domenico z dawnych czasów erasmusa w Lleidzie, który od kilku miesięcy mieszka w Barcelonie, zgodził się uczestniczyć w tym dość dziwnym niedzielnym planie.
Już od wejścia czuje się taką jarmarkową atmosferę, wrażenie potęgują liczne budki z watą cukrową i churros, fantami do gier loteryjnych, balonami.


Akcentem andaluzyjskim są stroje: kiczowate sukienki w groszki, wachlarze, grzebienie do podtrzymywania koków, do tego glośna muzyka i pokazy tańców. Feria pełna jest dużych namiotów (zwanych casetas), które mogą być własnością prywatną, bądź należeć do różnych firm, organizacji, a nawet partii politycznych. To właśnie w casetach odbywają się pokazy flamenco oraz tu można zjeść tapasy z południa Hiszpanii. Na marginesie ostrzegam, skonsultujcie najpierw ceny w menu, bo potem możecie być niemiło zaskoczeni. My byliśmy w szoku, bo za 6 piw estrella w puszce, 2 pintxos morunos (czyli takie szaszłyki) na chlebie posmarowanym papką pomidorową z puszki, solomillo, 3 malutkie kiełbaski chorizo, pescaito frito i boquerones (czyli sardele chyba), zapłaciliśmy prawie 100€ Za darmo była za to dość nieuprzejma kelnerka. Zdegustowani po posiłku, nie byliśmy dłużej w nastroju do uczestniczenia w ferii. Nuno nie chciał nawet pobawić się w strzelanie i wygrać dla mnie jakiegoś fanta.


Po piwku w chiringuito na plaży, dołączyła do nas Patri. Pogoda w Polsce już letnia, tutaj dla odmiany chłodny wiatr zmusił nas do powrotu do domu, gdzie Nuno pobawił się w barmana i udało nam się troszkę zredukować nasze alkoholowe zapasy.


Feria trwa do 6 maja, w Parc del Forum, więc jeśli kogoś nie zniechęciła moja relacja, ma jeszcze czas wybrać się na podróbkę andaluzyjskiej ferii.


Flamenco, a polka-dot dresses, olé, pescaito frito ... In other words: Feria de Abril, or rather its poorer version, as this famous Andalusian fiesta falls rather miserably on Catalan soil. The fiesta seems designated more for the tourists and Andalusian imigrants. And be warned, the prices are sky high. All those yummy specialties that look great and you feel your mouth watering just by looking, result not to be so tasty and yes, so way too expensive. But let’s start go back in time a little bit..


After a hard week at work, preceded by a prolonged and very intensive weekend in Madrid (yes, my lack of new posts can be partially explained by my short trip to the capital, and yes, I promise to me few followers that I will make up for it with posts) our plans for the weekend were really unattractive- resting, cleaning, grocery shopping. But I wouldn’t be myself if I just did nothing the whole 2 days. On Friday my team leader, who is originally from Andalusia, asked me an innocent question: if I was planning to go to the Feria de Abril in the Park Forum. And with that question I found a gap in my schedule. Patri turned down our invitation, but an Italian friend of mine, Domenico, who I spent my Erasmus in Lleida with and who has moved to Barcelona, agreed to meet us at the Feria (honestly, what lack of company makes with people to agree to such a strange Sunday plan?)


The festive atmosphere, loud music, numerous food stands, smell of cotton candy and churros, lottery games, balloons- it is what you get. Well, you can add some andalusian accents, which are kitsch polka-dot dresses, fans, combs for holding buns, flamenco. Feria is full of large tents (called casetas), that are either private or owned by some company, organization or even political party. It is where flemenco shows are held and where you can taste some typical tapas from the south of Spain. A word of warning: don’t repeat our mistake and consult prices before ordering, otherwise you can be unpleasantly surprised. We were in shock to end up witha bill for a nearly 100 € for ordeing 6 cans of estrella, 2 morunos pintxos (that is skewers) on a slice of bread smeared with a tomato pulp from a can, solomillo, 3 tiny chorizo sausages, pescaito frito and boquerones (anchovy). What we got for free was a rude waitress. Dissapointed after the meal, we really weren’t in the mood to enjoy the fair. Nuno even didn’t feel like shooting and getting me a prize in a lottery.


After a beer in a chiringuito on the beach, Patri joined us. For same strange reason, the weather in Poland is much better than here, so we decided to go back home, as the cold wind and low temperatures didn’t invite to stay in a terrace. At home, with Nuno as a bartender, we were able to reduce our alcohol stock.


Feria lasts till 6th of May, so if you don’t feel discourage with my post, you still have the chance to go to the Parc del Forum, and participate in this fake Andalusian feria.

Monday, 20 February 2012

Ostatni weekend karnawału/ Last weekend of Carnival

Karnawał w Europie wypada blado przy tym jedynym prawdziwym, czyli brazylijskim. Kataloński też do najbardziej hucznych w Hiszpanii nie należy. Podobno w Sitges zabawa jest świetna i Barcelona może się schować, ale po raz kolejny nie było nam dane tego doświadczyć. Do tego w tym roku nie było jednej wielkiej parady na Av. Parallel, jak w zeszłym roku, a zamiast tego kilkadziesiąt mniejszych (podobno około 30) w różnych dzielnicach .


Tym razem Nuno zastrajkował i na ostatni dzień obchodów karnawału w Barcelonie wybrałam się sama. Nie powiem, czułam się trochę dziwnie po a) nie byłam przebrana b) nie byłam tam z dzieckiem. Ale zdjęcia są, mimo, że dobre ujęcia ruszających się dzieci są trudne oraz parady (zostałam wypchnięta z pierwszego rzędu, co przy moich gabarytach równało się zdjęciom, na których połowę kadru stanowi czyjaś głowa). Do tego w połowie parady uczestnicy zmienili trasę. Nie narzekam jednak, bo lubię takie świętowanie Hiszpanów na ulicach, w których uczestniczą całe rodziny, od małych dzieci w wózkach po pokolenie dziadków. W Polsce karnawał ograniczony jest tylko (chyba- jeśli się nic od moich czasów nie zmieniło) do balu w szkole i ewentualnie imprez tematycznych w dyskotece. Tu dzieci przez kilka dni przychodzą przebrane do szkoły a do tego w weekend uczestniczą z rodzicami w przeróżnych atrakcjach.


Gdzieś przeczytałam, że w tym roku organizatorzy chcieli, żeby obchody karnawałowe były jak najbardziej tradycyjne. Mieliśmy więc bal maskowy na Bornie, bitwa na confetti i pomarańczowe piłki (co nawiązywało do tradycyjnej walki na zepsute pomarańcze, która odbywała się na Ramblas, ale została zabroniona).


Kilka faktów o karnawale. W Tłusty Czwartek (Jueves Ladrero) Katalończycy nie objadają się pączkami, ale jedzą coques de lladrons, tortillę oraz butifarra d'ou. Jak wiemy po karnawale, w środę popielcową (miércoles de ceniza) rozpoczyna się Wielki Post (Cuaresma). W Hiszpanii oprócz sypania głowy popiołem (choć nie do końca wiem, czy na pewno się to praktykuje), ma miejsce pogrzeb sardynki (sic! a do tego o 11, więc chyba nigdy nie będę miała okazji uczestniczyć) i pali się króla karnawału, Rei Carnestoltes. Król ma symboliczne znaczenie: niesie na swych barkach wszystkie grzechy i bierze odpowiedzialność za wszystkie złe rzeczy, króre wydarzyły się w tym roku. Ostatniego dnia karnawału czyta się przed zgromadzonym tłumem jego testament, po czym tłum skazuje króla na spalenie.


Poniżej (po wersji angielskiej) załączam video z fajnej inicjatywy: nie ma to jak się fajnie przebrań w miejscu tak codziennym, jak targowisko :)


Pamiętam, że ja kiedyś byłam japonką, cyganką, biedronką, księżycem i tradycyjnie księżniczką. A wy jakie mieliście przebrania?


Carnival in Europe comparing to one and only Brazilian one seems really boring. The celebrations in Catalonia are not the most famous in Spain. Well, the one in Sitges would be worth mentioning, but once again we missed it and stayed in Barcelona. And I must admit, that this year it was a huge disappointment (if it wasn’t for the blog, I would have definitely skipped it). Instead of organizing a huge parade on Av. Parallel as last year, somebody decided it would be better to organize dozens of smaller in various districts. This year Nuno protested and didn’t keep me company, so I went alone. I felt a bit weird, because a) I was not dressed up b) there were almost only families with children. But I don’t regret going, I admired some costumes, but believe me when I say it was impossible to get nice shots, as children are moving extremely fast and the parade changed its route in the middle of the show, so I was unable to get a spot from where I could see anything. All in all, I love the way Spaniard tend to celebrate, with the whole family. In Poland you celebrate the carnival in primary school where you dress up for a small party (or if there is a themed party in disco. Here, children dress up to school during few days and then on the weekend participate in various activities, and it is not uncommon to see their parents/ grandparents dressed up in matching costumes.


I read somewhere that this year the organizers wanted the carnival celebrations be more traditional. So we had a masquerade ball at Born, the battle of confetti and orange balls (which was a reference to a traditional battle of rotten oranges, which used to take place on the Ramblas, but was prohibited)


Maybe not all of you know how el carnaval is celebrated in Spain, so here are few facts: the Fat Tuesday is not celebrate, instead they have Fat Thursday (jueves Ladrero), in Catalonia you should traditionally eat coca de lladrons, tortillas and butifarra d'ou. The carnival finishes on Ash Wednesday (miércoles de Ceniza) and then Lent starts (Cuaresma). In Spain, on Ash Wednesday a strange tradition is celebrated: sardine's funeral (in Barcelona it always takes place during the day so I can’t participate because of work) and the King of the Carnival, Rei Carnestoltes, is burned down. The King has a symbolic meaning: he carries on his shoulders all the sins of the world and takes responsibility for all the bad things that happened. On the last his last will is read aloud before the crowd that later on condemn him to be burned.


I found a funny video of yet another initiative showing that Spanish people really takes having fun to another level. Dressing up in a place so common as a market, it could happen only (?) in Spain.


I remember being dressed up as Japanese, gypsy, ladybug, moon and traditionally princess. What was your best costume?


1e43162c88c10d73ea0de00702a66c0c
Showing posts with label dla dzieci/for children. Show all posts
Showing posts with label dla dzieci/for children. Show all posts

Monday, 30 April 2012

Trochę Andaluzji w Barcelonie/ A little bit of Andalucia in Barcelona

Flamenco, suknie w groszki, okrzyki olé, pescaito frito... Innymi słowy Feria de Abril, a raczej jej uboższa wersja , bo znana fiest andaluzyjska w Katalonii wypada dość żałośnie. Taki jarmark dla ubogich, ewentualnie dla turystów. Może nie tak ubogich, bo za dość marne jedzenie (które jednak wizualnie wyglądało bardzo zachęcająco), skasowali nas jak w restauracji z wyższej półki. Ale po kolei...


Po ciężkim tygodniu, poprzedzonym przedłużonym intensywnym weekendem w Madrycie (tak, między innymi tym można wytłumaczyć mój brak aktywności na blogu, nielicznym stałym czytelnikom obiecuję poprawę) plany na weekend mieliśmy raczej mało atrakcyjne- odpoczywanie, sprzątanie, zakupy spożywcze. Nie byłabym jednak sobą, gdybym odpoczywała całe 2 dni. W piątek moja team leaderka, której rodzina pochodzi z Andaluzji, zadała mi niewinne pytanie, czy wybieram się na Feria de Abril do Parku Forum. I tym sposobem w grafiku weekendowym znalazło się miejsce na zobaczenie tego święta andaluzyjskich emigrantów w Barcelonie.


Patri wzgardziła naszym zaproszeniem, ale mój włoski kolega Domenico z dawnych czasów erasmusa w Lleidzie, który od kilku miesięcy mieszka w Barcelonie, zgodził się uczestniczyć w tym dość dziwnym niedzielnym planie.
Już od wejścia czuje się taką jarmarkową atmosferę, wrażenie potęgują liczne budki z watą cukrową i churros, fantami do gier loteryjnych, balonami.


Akcentem andaluzyjskim są stroje: kiczowate sukienki w groszki, wachlarze, grzebienie do podtrzymywania koków, do tego glośna muzyka i pokazy tańców. Feria pełna jest dużych namiotów (zwanych casetas), które mogą być własnością prywatną, bądź należeć do różnych firm, organizacji, a nawet partii politycznych. To właśnie w casetach odbywają się pokazy flamenco oraz tu można zjeść tapasy z południa Hiszpanii. Na marginesie ostrzegam, skonsultujcie najpierw ceny w menu, bo potem możecie być niemiło zaskoczeni. My byliśmy w szoku, bo za 6 piw estrella w puszce, 2 pintxos morunos (czyli takie szaszłyki) na chlebie posmarowanym papką pomidorową z puszki, solomillo, 3 malutkie kiełbaski chorizo, pescaito frito i boquerones (czyli sardele chyba), zapłaciliśmy prawie 100€ Za darmo była za to dość nieuprzejma kelnerka. Zdegustowani po posiłku, nie byliśmy dłużej w nastroju do uczestniczenia w ferii. Nuno nie chciał nawet pobawić się w strzelanie i wygrać dla mnie jakiegoś fanta.


Po piwku w chiringuito na plaży, dołączyła do nas Patri. Pogoda w Polsce już letnia, tutaj dla odmiany chłodny wiatr zmusił nas do powrotu do domu, gdzie Nuno pobawił się w barmana i udało nam się troszkę zredukować nasze alkoholowe zapasy.


Feria trwa do 6 maja, w Parc del Forum, więc jeśli kogoś nie zniechęciła moja relacja, ma jeszcze czas wybrać się na podróbkę andaluzyjskiej ferii.


Flamenco, a polka-dot dresses, olé, pescaito frito ... In other words: Feria de Abril, or rather its poorer version, as this famous Andalusian fiesta falls rather miserably on Catalan soil. The fiesta seems designated more for the tourists and Andalusian imigrants. And be warned, the prices are sky high. All those yummy specialties that look great and you feel your mouth watering just by looking, result not to be so tasty and yes, so way too expensive. But let’s start go back in time a little bit..


After a hard week at work, preceded by a prolonged and very intensive weekend in Madrid (yes, my lack of new posts can be partially explained by my short trip to the capital, and yes, I promise to me few followers that I will make up for it with posts) our plans for the weekend were really unattractive- resting, cleaning, grocery shopping. But I wouldn’t be myself if I just did nothing the whole 2 days. On Friday my team leader, who is originally from Andalusia, asked me an innocent question: if I was planning to go to the Feria de Abril in the Park Forum. And with that question I found a gap in my schedule. Patri turned down our invitation, but an Italian friend of mine, Domenico, who I spent my Erasmus in Lleida with and who has moved to Barcelona, agreed to meet us at the Feria (honestly, what lack of company makes with people to agree to such a strange Sunday plan?)


The festive atmosphere, loud music, numerous food stands, smell of cotton candy and churros, lottery games, balloons- it is what you get. Well, you can add some andalusian accents, which are kitsch polka-dot dresses, fans, combs for holding buns, flamenco. Feria is full of large tents (called casetas), that are either private or owned by some company, organization or even political party. It is where flemenco shows are held and where you can taste some typical tapas from the south of Spain. A word of warning: don’t repeat our mistake and consult prices before ordering, otherwise you can be unpleasantly surprised. We were in shock to end up witha bill for a nearly 100 € for ordeing 6 cans of estrella, 2 morunos pintxos (that is skewers) on a slice of bread smeared with a tomato pulp from a can, solomillo, 3 tiny chorizo sausages, pescaito frito and boquerones (anchovy). What we got for free was a rude waitress. Dissapointed after the meal, we really weren’t in the mood to enjoy the fair. Nuno even didn’t feel like shooting and getting me a prize in a lottery.


After a beer in a chiringuito on the beach, Patri joined us. For same strange reason, the weather in Poland is much better than here, so we decided to go back home, as the cold wind and low temperatures didn’t invite to stay in a terrace. At home, with Nuno as a bartender, we were able to reduce our alcohol stock.


Feria lasts till 6th of May, so if you don’t feel discourage with my post, you still have the chance to go to the Parc del Forum, and participate in this fake Andalusian feria.

Monday, 20 February 2012

Ostatni weekend karnawału/ Last weekend of Carnival

Karnawał w Europie wypada blado przy tym jedynym prawdziwym, czyli brazylijskim. Kataloński też do najbardziej hucznych w Hiszpanii nie należy. Podobno w Sitges zabawa jest świetna i Barcelona może się schować, ale po raz kolejny nie było nam dane tego doświadczyć. Do tego w tym roku nie było jednej wielkiej parady na Av. Parallel, jak w zeszłym roku, a zamiast tego kilkadziesiąt mniejszych (podobno około 30) w różnych dzielnicach .


Tym razem Nuno zastrajkował i na ostatni dzień obchodów karnawału w Barcelonie wybrałam się sama. Nie powiem, czułam się trochę dziwnie po a) nie byłam przebrana b) nie byłam tam z dzieckiem. Ale zdjęcia są, mimo, że dobre ujęcia ruszających się dzieci są trudne oraz parady (zostałam wypchnięta z pierwszego rzędu, co przy moich gabarytach równało się zdjęciom, na których połowę kadru stanowi czyjaś głowa). Do tego w połowie parady uczestnicy zmienili trasę. Nie narzekam jednak, bo lubię takie świętowanie Hiszpanów na ulicach, w których uczestniczą całe rodziny, od małych dzieci w wózkach po pokolenie dziadków. W Polsce karnawał ograniczony jest tylko (chyba- jeśli się nic od moich czasów nie zmieniło) do balu w szkole i ewentualnie imprez tematycznych w dyskotece. Tu dzieci przez kilka dni przychodzą przebrane do szkoły a do tego w weekend uczestniczą z rodzicami w przeróżnych atrakcjach.


Gdzieś przeczytałam, że w tym roku organizatorzy chcieli, żeby obchody karnawałowe były jak najbardziej tradycyjne. Mieliśmy więc bal maskowy na Bornie, bitwa na confetti i pomarańczowe piłki (co nawiązywało do tradycyjnej walki na zepsute pomarańcze, która odbywała się na Ramblas, ale została zabroniona).


Kilka faktów o karnawale. W Tłusty Czwartek (Jueves Ladrero) Katalończycy nie objadają się pączkami, ale jedzą coques de lladrons, tortillę oraz butifarra d'ou. Jak wiemy po karnawale, w środę popielcową (miércoles de ceniza) rozpoczyna się Wielki Post (Cuaresma). W Hiszpanii oprócz sypania głowy popiołem (choć nie do końca wiem, czy na pewno się to praktykuje), ma miejsce pogrzeb sardynki (sic! a do tego o 11, więc chyba nigdy nie będę miała okazji uczestniczyć) i pali się króla karnawału, Rei Carnestoltes. Król ma symboliczne znaczenie: niesie na swych barkach wszystkie grzechy i bierze odpowiedzialność za wszystkie złe rzeczy, króre wydarzyły się w tym roku. Ostatniego dnia karnawału czyta się przed zgromadzonym tłumem jego testament, po czym tłum skazuje króla na spalenie.


Poniżej (po wersji angielskiej) załączam video z fajnej inicjatywy: nie ma to jak się fajnie przebrań w miejscu tak codziennym, jak targowisko :)


Pamiętam, że ja kiedyś byłam japonką, cyganką, biedronką, księżycem i tradycyjnie księżniczką. A wy jakie mieliście przebrania?


Carnival in Europe comparing to one and only Brazilian one seems really boring. The celebrations in Catalonia are not the most famous in Spain. Well, the one in Sitges would be worth mentioning, but once again we missed it and stayed in Barcelona. And I must admit, that this year it was a huge disappointment (if it wasn’t for the blog, I would have definitely skipped it). Instead of organizing a huge parade on Av. Parallel as last year, somebody decided it would be better to organize dozens of smaller in various districts. This year Nuno protested and didn’t keep me company, so I went alone. I felt a bit weird, because a) I was not dressed up b) there were almost only families with children. But I don’t regret going, I admired some costumes, but believe me when I say it was impossible to get nice shots, as children are moving extremely fast and the parade changed its route in the middle of the show, so I was unable to get a spot from where I could see anything. All in all, I love the way Spaniard tend to celebrate, with the whole family. In Poland you celebrate the carnival in primary school where you dress up for a small party (or if there is a themed party in disco. Here, children dress up to school during few days and then on the weekend participate in various activities, and it is not uncommon to see their parents/ grandparents dressed up in matching costumes.


I read somewhere that this year the organizers wanted the carnival celebrations be more traditional. So we had a masquerade ball at Born, the battle of confetti and orange balls (which was a reference to a traditional battle of rotten oranges, which used to take place on the Ramblas, but was prohibited)


Maybe not all of you know how el carnaval is celebrated in Spain, so here are few facts: the Fat Tuesday is not celebrate, instead they have Fat Thursday (jueves Ladrero), in Catalonia you should traditionally eat coca de lladrons, tortillas and butifarra d'ou. The carnival finishes on Ash Wednesday (miércoles de Ceniza) and then Lent starts (Cuaresma). In Spain, on Ash Wednesday a strange tradition is celebrated: sardine's funeral (in Barcelona it always takes place during the day so I can’t participate because of work) and the King of the Carnival, Rei Carnestoltes, is burned down. The King has a symbolic meaning: he carries on his shoulders all the sins of the world and takes responsibility for all the bad things that happened. On the last his last will is read aloud before the crowd that later on condemn him to be burned.


I found a funny video of yet another initiative showing that Spanish people really takes having fun to another level. Dressing up in a place so common as a market, it could happen only (?) in Spain.


I remember being dressed up as Japanese, gypsy, ladybug, moon and traditionally princess. What was your best costume?


1e43162c88c10d73ea0de00702a66c0c