Przez ostatnich kilka tygodni byłam jak zahibernowana, ale powoli obudziłam się z zimowego snu. Przespałam podsumowanie roku i plany na nadchodzący, więc to sobie odpuszczę. Plany podróżnicze kiełkują, kilka pomysłów jest, zobaczymy, co z nich wyjdzie…. Obiecuję za to zrobić z pisania postów nawyk, bo naczytałam się w babskich gazetach, że potrzeba zaledwie kilku tygodni, żeby jakąś czynność zamienić w nawyk. W tym roku zredukowałam postanowienia noworoczne do wykonalnej liczby 3, więc mam nadzieję, że uda mi się je wszystkie zrealizować.
Jestem przeziębiona, więc potrzebuj ę słońca, więc dzisiejszy post zupełnie nie pasuje do aury panującej za oknem (szaro- buro i pada, ale czego innego można się spodziewać w styczniu w Irlandii?). Będzie o plaży, pogodzie plażowej nie do końca jednak idealnej, przybyciu Kolumba i rybie z bananami.
Są takie dni, które na zawsze zapadają nam w pamięć. Dzisiaj przypomniałam sobie o długim spacerze po plaży w Porto Santo. Chodzi coś za mną ta Madera i ogólnie Portugalia dzisiaj. Może ma to coś wspólnego z tym, że Ronaldo wygrał wczoraj Złotą Piłkę i o niczym innym w gazetach portugalskich dziś nie piszą? A może po prostu czasami potrzeba takiego rozgrzewającego wspomnienia?
Do Porto Santo wybraliśmy się z jednym jasno postawionym celem- zrelaksować się na piaszczystej plaży. Nasze plany pokrzyżowała trochę pogoda, bo słońce, jak na złość schowało się za chmurami, a przecież wie, że po roku w zachmurzonej Irlandii zasługujemy bardziej niż inni na korzyści jakie niosą ze sobą promienie słoneczne. Zamiast leżenia plackiem poszliśmy więc na długi spacer brzegiem morza (właściwie to oceanu, ale nie czepiajmy się szczegółów). Plaża ciągnie się przez 9 kilometrów, pokonaliśmy przynajmniej połowę tego dystansu, co nie byłoby problemem, gdyby nie fakt, że jak Polak głodny, to zły. Starałam się doceniać piękne widoki, ale tylko wyglądałam, czy nie pojawi się za chwilę jakaś budka serwująca jedzenie. A tu nic. Idziemy dalej czy zawracamy do cywilizacji? Poszliśmy dalej, bo wierzyliśmy, że koniec plaży to idealne miejsce na plażowy barek. I nie pomyliliśmy się (na szczęście dla Nuno, bo droga powrotna ze mną na głodzie, to byłby foch za fochem i istna gehenna). Już dawno zimne piwo nie smakowało, jak najwspanialszy trunek świata. Pierwsze wypiłam duszkiem, degustowałam się dopiero drugim :) A w międzyczasie wyszło słońce i się spiekliśmy trochę...
Wieczorem wybraliśmy się na kolejny spacer, tym razem do centrum miasta. A tam proszę, czekała na nas niespodzianka, bo trafiliśmy na obchody festiwalu na cześć Kolumba. Kto mnie zna lub czytał posty barcelońskie, wie, że uwielbiam takie przaśne i kiczowate tradycje. Nuno niekoniecznie, ale przekupiłam go winem i przekąskami, więc cierpliwie czekał ze mną na przybycie Kolumba i jego załogi do portu.
Problem z Porto Santo jest taki, że przy jednym promie dziennie i pechu z pogodą trzeba sobie zorganizować alternatywne rozrywki. My przez kilka godzin na przemian czytaliśmy i urządzaliśmy turnieje ping-ponga, które położyły kres moim wyobrażeniom o byciu w lepszej formie niż Nuno. Po prostu wcześniej dawał mi fory, taki chciał być miły w pierwszym roku naszej znajomości.
Miało być jeszcze o rybie z bananami…Takie właśnie dziwne a smaczne połączenia wymyślają na Maderze, więc chyba będzie jeszcze niedługo kolejny post o ‘wyspie wiecznej wiosny’. Co wy na to?
Over the past few weeks I was hibernating, but I’m slowly waking up from a deep winter sleep. I missed the time to write a recap of the last year and plans for the 2014... I have some travel plans, but plans have their own way to change and alter, so let’s just wait and see. Over holidays, I had some time to read girly magazines, and apparently you only need a couple of weeks to turn any activity into a habit. I’ll try to see if that applies to me writing posts on a regular basis. And as this year, for a change, I just picked three ny resolutions, I’m all positive I can achieve them.
I have the cold and that’s one of the reasons why I so desperately need some sunshine. Today’s post doesn’t fit what I see when I look through the window (well, who would expect anything but rain and grey clouds in Ireland in January anyway?). So I can just close my eyes and imagine I’m on the beach and write a post about it and mention waiting for Columbus to arrive and eating fish with bananas. To be completely honest, the weather wasn’t perfect for a whole day-doing-nothing-but-sunbathing and I’ll just probably skip the food aspect this time but let’s just ignore those tiny insignificant details.
Some memories of a perfect day can spend months in the back of mu head just waiting to be remembered again. And they may be special not because something extraordinary happened but just because they just felt right. I’ve been thinking a lot today about our holidays on Madeira (maybe it has something to do with the fact that Ronaldo won the Ballon d'Or yesterday and this is all you can read in today’s Portuguese newspapers? Or maybe I just needed some summer related memories?)
We decided to go to Porto Santo for one reason and one reason only- to relax on the famous sandy beach. The weather messed a bit with our plans and the sun hid behind the clouds, even though it was obvious that after a year in a cloudy rainy Ireland we deserved a sunny day more than others. But, as they say, when life gives you lemons, make lemonade' (I think the fever makes me poetical), so we still decided to make out the most of it. The beach stretches for 9 km , I guess we walked half of this distance. And it would be a great experience if it hadn’t been for the fact that I was extremely hungry (and there even is a Polish saying to describe such situation: hungry Pole, angry Pole. I really made my best to admire the beautiful views without complaining too much but I could only focus on trying to spot a beach bar that serves food. And I could spot nothing. Should be carry on or go back? We decided to keep on walking hoping that the very end of the beach would make a perfect place for a beach bar . Luckily for Nuno (as going back with me hungry would be a real ordeal), we were right. God, I didn’t remember that a cold beer could taste as the best drink in the word!
In the evening we decided to go for yet another walk, this time to the city center . And what a surprise we found there! It was Columbus festival, just the type of tacky tradition that I love (and often described when we lived in Spain where you can find plenty of such festivities) and Nuno hates. But I just couldn’t resist to walk by so I bribed Nuno instead and he never says no to wine and snacks, so he patiently waited with me for the arrival of Columbus and his crew to the port.
There was only one ferry per day connecting Porto Santo and Madeira, which wouldn’t be a problem if the weather had been better. Instead we had to look for is alternative entertainment on our second and last day there. Reading did the trick and in the meantime my impressions of being amazing table tennis player were shuttered as Nuno no longer gave me a head start , as he apparently used to do during our first holidays together few years ago.
Porto Santo was just one place on Madeira that we visited, so soon I should be posting more entries from our trip there.
Showing posts with label wakacje/holidays. Show all posts
Showing posts with label wakacje/holidays. Show all posts
Tuesday, 14 January 2014
Tuesday, 12 November 2013
Rozpusta jedzeniowa we Włoszech/ Italian food indulgence
Pierwotnie post miał nosić tytuł: Ile kilo można przytyć podczas tygodniowego pobytu we Włoszech, ale to a) za długi tytuł i b)musiałabym się przyznać o ile ciężsi wsiadaliśmy do samolotu z Malpensie.
Po powrocie do blogowania moja siostra dopomina się postów z odwiedzin w Como i Cinque Terre, moja mama wolałaby najpierw poczytać o wspólnych wakacjach w Portugalii, Nuno chyba o Maderze, jeszcze inni woleliby bieżące posty z Irlandii. Kilkumiesięczna przerwa w pisaniu ma swoje poważne konsekwencje, ale powoli, pomalutku, nadrabiam wszystko. Możecie zasugerować na facebooku, o czym chcielibyście czytać, pomoże mi to w ustaleniu priorytetów.
Nie jest tajemnicą, że lubimy sobie dobrze zjeść. Jedzenie jest dla nas na tyle ważne, że przed wyjazdem częściej szukam dobrych lokali niż np. muzeów czy innych atrakcji turystycznych. Dlatego też na pierwszy rzut pójdzie jedzeniowa fotorelacja (a raczej fotograficzne udokumentowanie naszego „małego” obżarstwa) z pobytu w Como i okolicach oraz w regionie Cinque Terre. Trochę obwiniam moją siostrę i jej znajomych, że zabrali nas do fantastycznych knajpek na pyszne jedzenie i namawiali na kolejny kawałek pizzy czy jeszcze jeden kieliszeczek limoncello. Ale na wyjazdach nie uświadczysz w nas silnej woli i łatwo poddawaliśmy się pokusie spróbowania kolejnego wybornego likieru czy zrobienia przerwy na jeszcze jedno aperitivo.
Aperitivo to sposób na pobudzenie apetytu, to kwintesencja włoskiego stylu życia, rytuał, który uwielbiam. To taki pretekst, by zwolnić na chwilę, przysiąść i obserwować. Na północy najczęściej jako aperitivo pije się Spritz (koktajl z Prosecco, Aperolem lub Campari i gazowaną wodą- wodę można pominąć :) albo po prostu kieliszek prosseco. Do tego, w zależności od baru, podają małe przekąski- oliwki, chipsy, sery, kawałki pizzy, etc. Nie wiem, ile przerw na aperitivo zrobiliśmy podczas naszych włoskich mini wakacji, ale Mi ha piacutto molto, na tyle, że po powrocie zaopatrzyliśmy się w Aperol i Prosseco. Szkoda tylko, że irlandzka pogoda choć trochę bardziej nie przypomina tej we Włoszech.
Każdy region Włoch słynie z innych dań, w Ligurii i Cinque Terre nie można nie spróbować między innymi focacci, pesto, ravioli. W jednym z miasteczek trafiliśmy na sagra ravioli di marisco-czyli taki jarmark, święto poświęcone jedzeniu (w tym przypadku ravioli z nadzieniem z owocami morza), na które schodzi się cała wieś. Były i tańce, i strzelnica z fantami, ale najważniejsze było jedzenie (no i może fakt, że dzbanek dobrego domowego wina kosztował 3€). Jeśli macie okazję, zrezygnujcie z restauracji na rzecz takich lokalnych jarmarków czy targów, bo atmosfera jest niesamowita, a jedzenie tanie i dobre.
Jednego dnia Magda zrobiła tiramisu, a jej koleżanka Sara, pizzocheri, danie typowe regionu valtellina i baaardzo pożywne (czytaj: po zjedzeniu nie mogliśmy się ruszać). Pizzocheri to rodzaj makaronu, serwowany jest z ziemniakami, serem, masłem i kapustą. Normalnie je się to danie zimą, na rozgrzanie, ale zrobiono dla nas wyjątek. W Como zjedliśmy też występujące (chyba tylko w tym) w jeziorze ryby: lavarello i pesce persico.
Włochy zawsze kojarzą mi się z dobrym jedzeniem i tym razem się nie rozczarowaliśmy. Widokowo też było przepięknie (coś w tym jest, że Włochy zawsze pojawiają się wysoko w rankingu najpiękniejszych krajów świata), miasteczka Cinque Terre są tak kolorowe i urocze, że wszystkie zdjęcia wyglądają jak pocztówki, a będąc w Como zazdrościliśmy Magdzie, że ma takie widoki na co dzień.
Czy wy też jesteście takimi foodie w podróży? Jak ważne jest dla Was, co i gdzie zjecie na wyjeździe? Jeśli też lubicie sobie pojeść na wakacjach, zapraszam do facebookowej galerii po więcej zdjęć (nie zapomnijcie ‘polubić’ strony facepagu bloga, brakuje mi zaledwie kilku lubiących do 250).
The title for this post was supposed to be: How many kilos you can put on during a week while on holidays in Italy, but a)it is simple way too long for a title and b) I'd have to admit how much we gained before taking the plane back to Ireland.
As I am back to the world of travel blogging, my sister keeps asking for the post on our visit to Como and Cinque Terre, my mom would prefer to read first about our great holidays in Portugal, Nuno about Madeira, others prefer more up-to-date posts on our Irish life. After few months of neglecting this small blog, I am way behind with telling you about our bigger and smaller trips. Poco a poco, I will make up, if you have your preferences, just let me know on facebook, it may help me prioritize.
It's no secret that we like to eat well. Food is such an important part of our travels that I spend much more time looking for a nice places to eat than on research on museums or other typical touristic attractions. So before I share with you where we went during our trip to Italy, I will share with your some foodie photos (well, maybe I should write a proof of being guilty of eating and drinking too much). I blame it all on my sister and her friends who took us to some great places and made us eat deep-fried pizza as a starter for a normal pizza and to always drink one more limoncello. We weren’t that innocent, as we never say no to a delicious meal, especially when on holidays, we rarely can escape the temptation to try some new flavors and we stop for too many food-related breaks (in Italy they even have a name for it: the famous aperitivo time).
Aperitivo is the essence of Italian lifestile, a simple ritual that I love. It's the excuse to slow down for a moment, sit down and observe the world. In Northern Italy, Spritz (cocktail of Prosecco, Aperol or Campari and sparkling water-you can always skip water) or glass of prosseco is the most commonly served as aperitivo. Depending on a bar, you get some snacks together with a drink, be it olives, cheese, potato chips, peanuts, small slices of pizza, etc. I lost count how many times we stopped for aperitivo during our Italian mini-vacation, but Mi ha piacutto molto, we liked the ritual so much that after some time we bought a bottle of Aperol and prosseco. Shame that the Irish weather isn’t bit more like in Italy.
Every single region in Italy is famous for different dishes. In Liguria and the Cinque Terre one must try focaccia, pesto, ravioli, among other piatti. We were lucky to be in one of the villages we visited during sagra ravioli di marisco. Sagra is a local festival dedicated to food (in this case ravioli stuffed with seafood), whole village gathers (I think we were the only foreigners there) to eat, dance, win small prize in a raffle. Food is cheap and delicious, wine is cheap, and I mean 3€ per jar of house wine! Here for that price you won’t even get a pint. So if you ever have the chance to go to a sagra instead of eating in a restaurant, go for it. The atmosphere is great and food is even better.
One day Magda made tiramisu, and her friend Sara, pizzocheri, a dish typical for Valtellina region that was soo delicious and and sooooo filling (read: after eating, we could not move). Pizzocheri is a type of pasta, served with potatoes, cheese, butter and cabbage. It’s supposed to be a winter dish to warm you up, but an exception was done and we ate it in June. For the last dinner we were taken to a nice restaurant by the Como lake and were told to try fish from the lake: lavarello and pesce persico.
When I think of Italy, I picture something delicious, I imagine a glass of wine, sun, good mood. Italy never disappoints me, I don’t remember any disappointing dish, and this visit was no different. It was also beautiful as I had a change to visit a new region, the colorful and charming Cinque Terre and stunning region of Como lake (I’m just bit jealous that my sis lives in such a nice place).
Are you a foodie and a traveler? How important is food for you when you are travelling? If you are a foodie, like us, you may like this facebook gallery (don’t forget to ‘like’ my fanpage, I am so close to reach 250 likes).
Wednesday, 18 July 2012
Miasto niekończących się spacerów/ City of endless walks
Po Amsterdamie można spacerować bez końca. Tyle jest bowiem urokliwych uliczek kryjących w sobie czarujące kawiarenki, urocze sklepiki i zaułki. Tyle jest bowiem kanałów, nad którymi spacer przestaje być zwykłym spacerem, a staje się przygodą. Po Amsterdamie można jeździć rowerem. Też godzinami. I to nie dlatego, że miasto jest wielkie, ale można się w nim łatwo zgubić. Ale zamiast się denerwować, lepiej nasze zgubienie ustalonej wcześniej trasy przyjąć jako miły psikus losu. Lepiej pozbyć się mapy, bo możemy się sfrustrować, nazwy ulic są tak podobne i obco brzmiące, że zanim na mapie znajdziemy tę, na której jesteśmy i tę, na którą chcemy się dostać, stracić możemy dobry humor. Lepiej zdać się na przypadek, a na pewno nie pożałujemy, bo poznamy lepiej klimat tego miasta. Do Amsterdamu miałam ochotę pojechać chyba od zawsze. W końcu udało się zrealizować to małe marzenie podróżnicze. A jaki jest lepszy termin niż okolice moich urodzin? (Maj zresztą to idealny miesiąc na podróże, bo wiosną wszystko wygląda po prostu ładniej niż zimą, a przy tym nie męczą nas upały).
Amsterdam pozytywnie nas zaskoczył (może nie do końca pogodą, bo trochę popadało, ale to chyba był jedyny mankament wyjazdu). Na tyle, że znalazł się na całkiem przyzwoitej lokacie miast, w których moglibyśmy zamieszkać. Miasto nie ma zbyt dużo atrakcji turystycznych (poza 2 sławnymi muzeami i domem Anny Frank, no i może piwną przygodą w Heineken), ale może właśnie dzięki temu tak nam się podobało? Są bowiem miasta takie jak Paryż czy Rzym, gdzie w ciągu tygodnia nie da się zobaczyć wszystkich zabytków, gdzie wiekowe budowle stoją w odległości kilkunastu metrów od siebie, miasta, gdzie historię ogląda się na każdym rogu. I są miasta, jak Amsterdam czy Edynburg, gdzie sławne zabytki można policzyć na palcach jednej (no może dwóch) ręki. I czasami to właśnie takie miasta nas w sobie rozkochują. Mają inny klimat. Nie czujemy bowiem przymusu odwiedzenia kolejnego muzeum, kościoła, Koloseum czy … (tu można wpisać jeden z niezliczonych obowiązkowych na turystycznej liście zabytków). To w tych miastach możemy sobie odpuścić planowanie dokładnej trasy, bo bez mapy mamy większą szansę na odkrycie lokalnych sekretów. My kilka tajemnic poznaliśmy… (Jak się można domyślić, ciąg dalszy nastąpi… naszła mnie bowiem ochota na posty częstsze, a krótsze).
Amsterdam is a perfect city to just walk around, to wander without purpose, just for the sake of having a walk. There are so many charming streets hidden, whichever direction you choose to turn, you can find a cozy small café or shop. Having a walk by one of many channels is a yet different experience. In Amsterdam you can ride a bike for hours and hours. And not because it is such a big city, it is just quite easy to get lost. You have to go with the flow, and instead of getting angry for losing your scheduled itinerary, enjoy what you can discover by accident. In other words, just get rid of the map and you won’t get frustrated, as the street names are so similar to one another and sound so foreign, that before you can find on the map the street you are on and the one you want to reach, you probably will lose the patience. Besides, to enjoy this city it is advisable to get lost.
I wanted to go to Amsterdam like forever. But there was always some other city that had better connection, had some friends living in or any other reason to postpone a trip to Amsterdam. Finally I did book a trip as my birthday present this year (I also find May the best month to travel, as during spring all the city with flowers blooming and green grass look more attractive than in winter, and you still are not overwhelmed by the summer heat. Not that the heat is an issue in Amsterdam, note: always bring your umbrella, unless you enjoy singing in the rain.
We were positively surprised by the city’s charm and atmosphere (the only drawback was the weather, as when we chose to have a boat trip to see a city from the river level, it was raining quite a lot). We liked it so much, that Amsterdam is high on our private list of the cities we could live in. What we actually liked was the fact that there aren’t so many touristic attractions (not counting 2 famous museums and the Anne Frank House, and maybe a beer adventure in Heineken, there are really not that much to visit). I divide cities into 2 kinds. Those, such as Paris or Rome, where during one week you can’t possibly see all the attractions, where ancient buildings stand one next to another, where ancient history awaits at every corner. And there are cities like Amsterdam and Edinburgh, where famous monuments can be counted on the fingers of one hand (well, maybe two). Sometimes it is easier to fall in love with those cities, as they have different atmosphere (I found them less overwhelming, less intimidating). As we don’t feel forced to visit yet another museum, church, Colosseum or ... (here you can name one of the countless mandatory touristic spots not to be missed when in X city), we can just enjoy what the city has to offer, we can skip planning a detailed route and by accident discover the local secrets. We found quite a lot of them when in Amsterdam ... (As you might guess, to be continued ... short post was easier to write)
Tuesday, 3 July 2012
Relaks na Costa Brava/ Relax on the Costa Brava
Od czasu do czasu Nuno aktywnie włącza się w organizację naszego czasu wolnego. W poprzedni weekend nie wiedziałam nawet, gdzie będziemy dokładnie i co będziemy robić. Miła odmiana. Choć wiedziałam, że plaża i odpoczynek to główny plan na sobotę i niedzielę, nie musiałam jednak nic planować.
W sobotę wstaliśmy dość wcześnie, wklepaliśmy do GPS namiary na plażę przy miasteczku Palamós. Jednak poprowadził nas on do ścieżki rowerowej, nie odważyliśmy się podążyć za wskazówkami i zamiast na wąską plażę (Cala estreta) pojechaliśmy na playa la Fosca. Zanotujcie sobie tę nazwę, bo jest to jedna z ładniejszych, według nas, plaż na Costa Brava. Szeroka, piaszczysta, czysta i co najważniejsze, nie aż tak zatłoczona spragnionymi słońca plażowiczami.
Po kilku godzinach plażowania z babskimi gazetkami (Nuno bardziej ambitnie czytał książkę na moim ebooku), poprzeplatanych chwilami orzeźwienia w morzu, pojechaliśmy do naszego hotelu. Znajdował się on w przysłowiowym gdzie diabeł mówi dobranoc, w tym konkretnym przypadku tym „gdzie” było pole golfowe. Problemem ze spontanicznymi wypadami na Costa Brava jest brak miejsc noclegowych, większość jest zarezerwowanych, albo przekracza nasze możliwości finansowe.
Zatrzymaliśmy się więc w hotelu położonym 20 km od Girony, tam też pojechaliśmy na kolację połączoną z oglądaniem meczu Francja-Hiszpania. Poszukiwanie otwartego baru z transmisją meczu było trudniejsze niż się spodziewaliśmy, ale mieliśmy szczęście i weszliśmy do pierwszego napotkanego baru, który na drzwiach miał wywieszoną informację o meczu. I trafiliśmy na kulinarny raj montaditos. Jedne z najlepszych, jakie jedliśmy i na pewno najtańsze (gdzie w Barcelonie zjesz montadito/ tapas za 1 euro?- pytanie czysto retoryczne). Na deser wybraliśmy się do osławionej lodziarni Rocambolesc (nie byłam jednak sobą i nie zrobiłam żadnych zdjęć, więc odsyłam do linka, bo wystrój jest bajkowy).
W niedzielę nasze lenistwo osiągnęło szczyty. Nie ruszyliśmy się z basenu hotelowego, przenosiliśmy się tylko z leżaka do basenu, z basenu do wiklinowego „jajka”, by w cieniu podrzemać. Plan mieliśmy ambitniejszy, mieliśmy odkryć nową plażę, ale czasami plany trzeba odłożyć lub zmienić. Czasami trzeba zrelaksować się maksymalnie, podładować akumulatory, wyłączyć myślenie, że coś trzeba zrobić, bo inaczej to strata czasu. Dla mnie to szczególnie trudne, planowanie mam chyba w genach, nie do końca umiem wrzucić na luz i nic nie robić.
From time to time, Nuno is the one that organize our weekend. Last time he was an active planner and I didn’t even know exactly where we were staying and what was the schedule. A small correction, with Nuno’s as a planner, there is no strict schedule. I knew I could expect relax on the beach.
On Saturday we got up relatively early, input GPS coordinates of a nice beach near Palamós (Cala estreta). It led us to a bike path, we didn’t dare to follow the gps’s questionable instructions so we turned and went instead to Playa la Fosca. Write down this name, cause we found it to be one of the nicest beach of Costa Brava. It is wide, sandy, clean and most importantly, not so crowded.
We spent several hours of sunbathing and doing nothing, if you don’t count reading some magazines (normally I don’t buy them, but I just can’t imagine relax on the beach without reading them. Nuno was more ambitious and was reading a book on my ebook instead.) When we finally got tired of the sun and sea, we went to our hotel. It was located in the middle of nowhere, and in this particular case “nowhere” was a golf course. The problem with spontaneous trips to the Costa Brava is that many times everything is overbooked or overpriced.
So we decided to stay in a hotel 20 km from Girona, and more than half an hour from the seaside. As Girona is a really nice city, we decided to have a dinner there and watch a football game, France against Spain. Finding an open bar with a TV broadcasting the game turned out to be a challenge . We were lucky to find one and it was a culinary paradise of montaditos. Some of the best we have eaten and definitely the cheapest ones (if you know where to have a montadito for 1 euro in Barcelona, please let me know). For dessert, as a meal isn’t finished without something sweet, we went to a famous ice cream shop Rocambolesc. I wasn’t myself as I didn’t take a single picture, so please check this link a the décor is just fabulous.
On Sunday, we couldn’t be more lazy :) We were supposed to spend some time by the pool and then discover some nice beach. But instead we spent the whole day by the pool, moving from sun lounger to the pool. Sometimes you need to relax, recharge the batteries, forget about everything. For me it is difficult, not making plans is harder than being spontaneous. Really, it seems that I have developed some planning gene, and just can’t help but organize everything to the smallest details. This weekend was about all but planning. And I enjoyed it.
Thursday, 28 June 2012
Tego lata zakochaj się w Barcelonie/ This summer fall in love with Barcelona
Un estiu per enamorar-te de Barcelona (czyli dosłownie wakacje do zakochania się w Barcelonie) to slogan z plakatu urzędu miasta, na który zwróciłam uwagę kilka dni temu idąc do metra. Tak jak podoba mi się hasło (niewiele się różniące, jeśli ominiemy porę roku) promujące stolicę Polski, czyli Zakochaj się w Warszawie, tak samo myślę, że letnie miesiące są idealne, aby poddać się urokowi Barcelony. Co wcale oczywiście nie znaczy, że podczas miesięcy zimowych czy jesiennych można się tu nudzić czy się nią nie zachwycić. Ale to podczas wiosny i lata, gdy slońce i temperatura sprawiają, że całe życie barcelończyków przenosi się na ulice i plaże naprawdę trudno oprzeć się urokowi tego miasta.
Dzięki letniej akcji promującej Barcelonę, nikt się nie bedzie nudzil w miesiącach letnich, do wyboru mamy bowiem niezliczone koncerty (np. w parkach), pokazy filmów na świeżym powietrzu, fiestas mayores wielu dzielnic, niezliczone ogródki restauracyjne oraz plaże miejskie (nie tylko Barceloneta, na odważniejszych czeka plaża nudystów). Szczegóły do zobaczenia na stronie Ayuntamiento, atrakcje podzielone są tematycznie : co się dzieje, plaże, baseny, muzyka, noce letnie, lato i dzieci, lokalne święta, parki i ogrody, Municipal measures albo ze względu na ich lokalizację. Z wielu propozycji na pewno skorzystamy. W zeszłym roku byliśmy na bardzo fajnym festiwalu filmów krótkometrażowych Mecal Air, gdzie za grosze można spędzić miły piątkowy wieczór w Poble Espanyol. Jutro idziemy na inaugurację kina pod chmurką (film poprzedzony koncertem oraz filmem krotkometrazowym) przy zamku na Montjuicku, wyposażeni w kocyk i koszyk piknikowy. Inną propozycją jest zaczynający się 1 lipca Grec Festival, czyli coś dla milośników teatru i spekatakli muzycznych i tanecznych.
Ciekawy też może być pokaz balonów :) odbywa się on od 4 do 10 lipca, w miasteczku Igualada, bardzo blisko i dobrze skomunikowanym z Barceloną. Wyobraźcie sobie niebo pełne kolorowych balonów, kontrastujących z błękitem nieba i bielą chmur. Niestety, w tym czasie jesteśmy na urlopie, więc mogę to sobie tylko wyobrazić...
Jeśli wy wybieracie Barcelonę na wasz urlop, nie zapomnijcie, że oprócz zwiedzania zabytków (ciekawostka: Pedrera ma ciekawą letnią propozycję nocnego zwiedzania), możecie skorzystać z licznych propozycji kulturalnych (za darmo lub za niewielką opłatę) i wybrać się na jakiś fajny koncert w parku lub uczestniczyć w świętowaniu dzielnicy (najbardziej bajkowe są przystrojone ulice Gracii w sierpniu, ale Raval czy Poble Sec mają swoje fiestas w lipcu, więc warto się zapoznać z atrakcjami przygotowanymi z tej okazji). A jak zmęczą was upały, Barcelona zaprasza na plażę :) Przygotujcie się jednak, że są one zatłoczone i po wyjściu z wody ciężko znaleźć własny ręcznik, o czym niedawno przekonał się Nuno :) Można jednak podjechać pociągiem do plaż poza Barceloną czy wynająć samochód i odkryć sekrety Costa Brava.
Un estiu per enamorar-te de Barcelona (which means a summer to fall in love with Barcelona) was a catchphrase I saw few days ago on a poster by city hall on my way to metro. Instantly I liked it, it is fun and makes you smile. But it also made my think about all the things I love in Barcelona and why I think that summer is a perfect time to be charmed by this city. Of course, there is nothing wrong with being in Barcelona during autumn and winter, it is just that with sun and good weather Barcelona gains the whole new dimension. It is when the life of all the Barcelonians moves to streets and beaches and you find yourself under the spell of this magic city.
And with the rich offer promoting Barcelona on many levels, nobody can possibly be bored this summer. One can choose between countless concerts (in different venues, some take place in parks), fresh air cinema, fiestas mayores of many districts, hundreds of terraces to enjoy a nice drink, or enjoy a day on one of urban beaches (don´t limit yourself to Barceloneta, there is a beach for nudist, so try it if you are brave enough!). Check more details on Ayuntamiento´s website, you can either consult it by subject: what is happening, beaches, swimming pools, music, summer nights, summer and children, local festivals, parks and gardens , municipal measures or by the districts. We will definitely participate in many of the activities listed there. Last year I enjoyed a great short movie festival Mecal Air, so definitely it is a must this summer as well; it is a cheap way to have fun on a Friday evening in Poble Espanyol. Tomorrow we are going for the first movie show outdoor (before a movie there is a concert and a short movie projection as well) at the castle of Montjuick, and we are going well equipped with a blanket and picnic basket (and wine of course). Another nice idea for those who enjoys theater and music/dance spectacles is Grec Festival, which starts on the 1st of July.
There is another festival that I discovered and it is quite a funny and alternative one. A balloons show takes place from 4th to 10th July, in Igualada, a town that is very close to Barcelona and well connected. Just picture a sky covered with colorful balloons, contrasting with the blue sky and white clouds. Unfortunately, since we are on holidays, we can´t participate in what seems like a fun event.
If you choose Barcelona as your holiday destination, don´t limit your stay to sightseeing only (although there are also some interesting proposals, as Pedrera´s summer night tour). to participate in many outdoor cultural activities (many are free or very cheap) will make your stay unforgettable. Just go for a nice concert in a park or have fun during Barcelona districts´parties (the most popular are decorated streets of Gracia that look like taken from fairytales but Raval and Poble Sec have their fiestas in July, so you might want to google interesting activities for fiesta mayor). And if you get tired of walking in the sun, you can have a rest on a beach. Be prepared, however, that all Barcelona´s beaches are crowded and after swimming it may be hard to find your own towel (Nuno knows something about it). Good alternative is to take a train and go to some nice beaches outside Barcelona or rent a car and discover the secrets of Costa Brava.
Monday, 27 February 2012
Turystyczne Rio/ Touristic Rio
Nie samymi plażami żyje Rio. Po Cobacabanie i Ipanemie, zapraszam wirtualnie na Cristo Rei, Pão de Açúcar, dzielnicę Santa Teresa, starówkę i schody Selarona.
Pomnik Jezusa Chrystusa, górujący nad miastem i będący jednym z siedmiu nowożytnych cudów świata, kojarzą wszyscy. Figura Odkupiciela z rozłożonymi dłońmi na filmach wydawała nam się imponująca. Jednak w rzeczywistości wcale nie wydaje się dominować nad Rio. Być jednak w Rio i nie wjechać na Corcovado by zobaczyć Cristo Rei, to ja być w Paryżu i ominąć wieżę Eiffla, albo Statuę Wolności w Nowym Jorku. No i oczywiście trzeba przyjąć odpowiednią postawę do zdjęcia, naśladując tysiące turystów. Mimo że cena trochę zaporowa, tłum turystów zdaje się tym zupełnie nie przejmować. Kilka faktów o samym pomniku: mierzy on 38 metrów, zaprojektowany został przez rzeźbiarza polskiego pochodzenia Paula Landowskiego, głowa mierzy 3,5 metra a waży 9, bagatela, 9 ton. Na wzgórze można się dostać kolejką linową (podróż często umila zespół grający sambę) albo pieszo. Ze wzgórza w pogodne dni rozciąga się piękna panorama na całe miasto, Lonely Planet poleca wjechać na punkt widokowy tuż przed zachodem słońca, ale my niestety musieliśmy się zadowolić częściowym zachmurzeniem. Pogoda w Rio nie dopisała zbytnio podczas naszego pobytu i na Corcovado wybraliśmy się raczej z obowiązki zaliczenia tej jednej z największych atrakcji Rio, wykorzystując umiarkowanie słoneczne przedpołudnie.
Pão de Açúcar, czyli Głowa Cukru, to kolejny obowiązkowy punkt turysty odwiedzającego Rio, tak więc trzeba się spodziewać sporych tłumów. Jednak widoku, który rozciąga się z tego wzgórza nie zapomnę chyba do końca życia. Mogłabym spędzić całe godziny podziwiając idealne położenie Rio de Janeiro i marząc, by tam pomieszkać przez kilka miesięcy.
Atrakcją dzielnicy Santa Teresa (klimatem przypominającą trochę Lizbonę) była przejażdżka tramwajem. Niestety tramwaj zlikwidowano, bo jest niebezpieczny (na razie władze ignorują plakaty z Oddajcie nam tramwaj!), czym byłam strasznie zawiedziona. Na szczęście artystyczna atmosfera dzielnicy (dla mnie jednej z ładniejszych w mieście) pełna galeryjek i barów zrekompensowała ten zawód.
Świetny pomysł na ożywienie okolicy miał pewien chilijski artysta, Jorge Selarón. Projekt, rozpoczęty w 1990 a trwający do dziś jest prosty- artysta ozdabia 125 schodów kafejkami z całego świata, tworzy wyjątkową mozaikę, a współtworzyć ją może każdy przez podarowanie kafelka. Często można spotkać brodatego artystę przy pracy. My mieliśmy frajdę wyszukując kafelki z Polski i Portugali (tych było zdecydowanie więcej). Tak niewiele potrzeba, żeby upiększyć coś tak banalnego, jak schody, jak dodać trochę koloru i fantazji do szarej okolicy.
Piękne to turystyczne Rio, bez dwóch zdań. I ciąg dalszy nastąpi (nie może być za szybko, bo naszła mnie ochota by znowu gdzieś daleko wyjechać…)
Rio is much more than its beautiful beaches (well, during winter time beaches are always the most appealing element of exotic countries for many people). Today, after Copacabana and Ipanema, I invite you virtually to see Cristo Rei, Pão de Açúcar, Santa Teresa district, old town and Escadaria Selarón .
The statue of Christ the Redeemer that is not only the symbol of Rio de Janeiro but also one of the seven modern wonders of the world, is known by everybody. You probably have seen it countless times in TV, and on the screen it really does seem impressive. In reality, it is smaller than one could expect, it you don’t get the overwhelming impression that it dominates over the cidade maravilhosa. But still, when in Rio, one must go to Corcovado and see Cristo Rei, on the contrary it would be as if missing Eiffel Tower in Paris, or the Statue of Liberty in New York. And of course, there is only one posture you can have when posing for a memorial photo. The price can make you think twice if you are really sure to buy the ticket, a huge queue can make you even more uncertain. But still, it is the Cristo after all, 38 meters high, whose head is 3,5 meters and weighs 9 tons. Impressive. You can get there on foot or by a cable car (often accompanied by a samba band).The Lonely Planet recommends to go there just before the sunset to get the best pictures over the bay. Honestly whenever you go, you will be astonished by the beauty of the view. If you are lucky enough to actually see anything, as many times the clouds cover the view. The weather during our holidays in Brazil was far from being perfect, and we almost lost hope to go to Corcovado, fortunately 2 days before going back home it was only partially clouded and we can check this famous touristic attraction from our list.
For the breathtaking views we recommend Pão de Açúcar, the Sugarloaf, which is another must see on touristic map of Rio. Despite the crowds, I will probably never forget the perfect view that made me dream of living for few months in Rio de Janeiro.
On the list of 10 things you must see when in Rio, there was a ride on a tram in Santa Teresa district. You can just imagine my disappointment when I found out it was closed for being considered too dangerous. The authorities ignored countless posters with Give our tram back! Fortunately, the bohemian atmosphere in the district I personally consider one of the most charming in Rio (it somehow reminds me of Lisbon), full of charming galleries and little stores made up for the lack of unsafe ride.
The other place I liked (as if there were any places I disliked in Rio) were Selarón’s stairs. This Chilean artist had a great idea to revitalize the area he lived in, starting his never ending project in 1990. He simply decided to decorate 125 steps with colorful tiles from all over the word (everone can “participate” by donating tiles). We had a lot of fun trying to spot ones from Poland or Portugal (there were more of luso ones). The project confirms that you don’t need a lot to embellish something as trivial as stairs and to add some color and imaginations into our grey lives.
Without a doubt, touristic Rio is a beautiful (yet incomplete) city. To be continued (give me some time, as now I have to beat the desire to go again to some exotic country)
Subscribe to:
Posts (Atom)
Showing posts with label wakacje/holidays. Show all posts
Showing posts with label wakacje/holidays. Show all posts
Tuesday, 14 January 2014
Spacer po plaży/ Walking on the beach
Przez ostatnich kilka tygodni byłam jak zahibernowana, ale powoli obudziłam się z zimowego snu. Przespałam podsumowanie roku i plany na nadchodzący, więc to sobie odpuszczę. Plany podróżnicze kiełkują, kilka pomysłów jest, zobaczymy, co z nich wyjdzie…. Obiecuję za to zrobić z pisania postów nawyk, bo naczytałam się w babskich gazetach, że potrzeba zaledwie kilku tygodni, żeby jakąś czynność zamienić w nawyk. W tym roku zredukowałam postanowienia noworoczne do wykonalnej liczby 3, więc mam nadzieję, że uda mi się je wszystkie zrealizować.
Jestem przeziębiona, więc potrzebuj ę słońca, więc dzisiejszy post zupełnie nie pasuje do aury panującej za oknem (szaro- buro i pada, ale czego innego można się spodziewać w styczniu w Irlandii?). Będzie o plaży, pogodzie plażowej nie do końca jednak idealnej, przybyciu Kolumba i rybie z bananami.
Są takie dni, które na zawsze zapadają nam w pamięć. Dzisiaj przypomniałam sobie o długim spacerze po plaży w Porto Santo. Chodzi coś za mną ta Madera i ogólnie Portugalia dzisiaj. Może ma to coś wspólnego z tym, że Ronaldo wygrał wczoraj Złotą Piłkę i o niczym innym w gazetach portugalskich dziś nie piszą? A może po prostu czasami potrzeba takiego rozgrzewającego wspomnienia?
Do Porto Santo wybraliśmy się z jednym jasno postawionym celem- zrelaksować się na piaszczystej plaży. Nasze plany pokrzyżowała trochę pogoda, bo słońce, jak na złość schowało się za chmurami, a przecież wie, że po roku w zachmurzonej Irlandii zasługujemy bardziej niż inni na korzyści jakie niosą ze sobą promienie słoneczne. Zamiast leżenia plackiem poszliśmy więc na długi spacer brzegiem morza (właściwie to oceanu, ale nie czepiajmy się szczegółów). Plaża ciągnie się przez 9 kilometrów, pokonaliśmy przynajmniej połowę tego dystansu, co nie byłoby problemem, gdyby nie fakt, że jak Polak głodny, to zły. Starałam się doceniać piękne widoki, ale tylko wyglądałam, czy nie pojawi się za chwilę jakaś budka serwująca jedzenie. A tu nic. Idziemy dalej czy zawracamy do cywilizacji? Poszliśmy dalej, bo wierzyliśmy, że koniec plaży to idealne miejsce na plażowy barek. I nie pomyliliśmy się (na szczęście dla Nuno, bo droga powrotna ze mną na głodzie, to byłby foch za fochem i istna gehenna). Już dawno zimne piwo nie smakowało, jak najwspanialszy trunek świata. Pierwsze wypiłam duszkiem, degustowałam się dopiero drugim :) A w międzyczasie wyszło słońce i się spiekliśmy trochę...
Wieczorem wybraliśmy się na kolejny spacer, tym razem do centrum miasta. A tam proszę, czekała na nas niespodzianka, bo trafiliśmy na obchody festiwalu na cześć Kolumba. Kto mnie zna lub czytał posty barcelońskie, wie, że uwielbiam takie przaśne i kiczowate tradycje. Nuno niekoniecznie, ale przekupiłam go winem i przekąskami, więc cierpliwie czekał ze mną na przybycie Kolumba i jego załogi do portu.
Problem z Porto Santo jest taki, że przy jednym promie dziennie i pechu z pogodą trzeba sobie zorganizować alternatywne rozrywki. My przez kilka godzin na przemian czytaliśmy i urządzaliśmy turnieje ping-ponga, które położyły kres moim wyobrażeniom o byciu w lepszej formie niż Nuno. Po prostu wcześniej dawał mi fory, taki chciał być miły w pierwszym roku naszej znajomości.
Miało być jeszcze o rybie z bananami…Takie właśnie dziwne a smaczne połączenia wymyślają na Maderze, więc chyba będzie jeszcze niedługo kolejny post o ‘wyspie wiecznej wiosny’. Co wy na to?
Over the past few weeks I was hibernating, but I’m slowly waking up from a deep winter sleep. I missed the time to write a recap of the last year and plans for the 2014... I have some travel plans, but plans have their own way to change and alter, so let’s just wait and see. Over holidays, I had some time to read girly magazines, and apparently you only need a couple of weeks to turn any activity into a habit. I’ll try to see if that applies to me writing posts on a regular basis. And as this year, for a change, I just picked three ny resolutions, I’m all positive I can achieve them.
I have the cold and that’s one of the reasons why I so desperately need some sunshine. Today’s post doesn’t fit what I see when I look through the window (well, who would expect anything but rain and grey clouds in Ireland in January anyway?). So I can just close my eyes and imagine I’m on the beach and write a post about it and mention waiting for Columbus to arrive and eating fish with bananas. To be completely honest, the weather wasn’t perfect for a whole day-doing-nothing-but-sunbathing and I’ll just probably skip the food aspect this time but let’s just ignore those tiny insignificant details.
Some memories of a perfect day can spend months in the back of mu head just waiting to be remembered again. And they may be special not because something extraordinary happened but just because they just felt right. I’ve been thinking a lot today about our holidays on Madeira (maybe it has something to do with the fact that Ronaldo won the Ballon d'Or yesterday and this is all you can read in today’s Portuguese newspapers? Or maybe I just needed some summer related memories?)
We decided to go to Porto Santo for one reason and one reason only- to relax on the famous sandy beach. The weather messed a bit with our plans and the sun hid behind the clouds, even though it was obvious that after a year in a cloudy rainy Ireland we deserved a sunny day more than others. But, as they say, when life gives you lemons, make lemonade' (I think the fever makes me poetical), so we still decided to make out the most of it. The beach stretches for 9 km , I guess we walked half of this distance. And it would be a great experience if it hadn’t been for the fact that I was extremely hungry (and there even is a Polish saying to describe such situation: hungry Pole, angry Pole. I really made my best to admire the beautiful views without complaining too much but I could only focus on trying to spot a beach bar that serves food. And I could spot nothing. Should be carry on or go back? We decided to keep on walking hoping that the very end of the beach would make a perfect place for a beach bar . Luckily for Nuno (as going back with me hungry would be a real ordeal), we were right. God, I didn’t remember that a cold beer could taste as the best drink in the word!
In the evening we decided to go for yet another walk, this time to the city center . And what a surprise we found there! It was Columbus festival, just the type of tacky tradition that I love (and often described when we lived in Spain where you can find plenty of such festivities) and Nuno hates. But I just couldn’t resist to walk by so I bribed Nuno instead and he never says no to wine and snacks, so he patiently waited with me for the arrival of Columbus and his crew to the port.
There was only one ferry per day connecting Porto Santo and Madeira, which wouldn’t be a problem if the weather had been better. Instead we had to look for is alternative entertainment on our second and last day there. Reading did the trick and in the meantime my impressions of being amazing table tennis player were shuttered as Nuno no longer gave me a head start , as he apparently used to do during our first holidays together few years ago.
Porto Santo was just one place on Madeira that we visited, so soon I should be posting more entries from our trip there.
Jestem przeziębiona, więc potrzebuj ę słońca, więc dzisiejszy post zupełnie nie pasuje do aury panującej za oknem (szaro- buro i pada, ale czego innego można się spodziewać w styczniu w Irlandii?). Będzie o plaży, pogodzie plażowej nie do końca jednak idealnej, przybyciu Kolumba i rybie z bananami.
Są takie dni, które na zawsze zapadają nam w pamięć. Dzisiaj przypomniałam sobie o długim spacerze po plaży w Porto Santo. Chodzi coś za mną ta Madera i ogólnie Portugalia dzisiaj. Może ma to coś wspólnego z tym, że Ronaldo wygrał wczoraj Złotą Piłkę i o niczym innym w gazetach portugalskich dziś nie piszą? A może po prostu czasami potrzeba takiego rozgrzewającego wspomnienia?
Do Porto Santo wybraliśmy się z jednym jasno postawionym celem- zrelaksować się na piaszczystej plaży. Nasze plany pokrzyżowała trochę pogoda, bo słońce, jak na złość schowało się za chmurami, a przecież wie, że po roku w zachmurzonej Irlandii zasługujemy bardziej niż inni na korzyści jakie niosą ze sobą promienie słoneczne. Zamiast leżenia plackiem poszliśmy więc na długi spacer brzegiem morza (właściwie to oceanu, ale nie czepiajmy się szczegółów). Plaża ciągnie się przez 9 kilometrów, pokonaliśmy przynajmniej połowę tego dystansu, co nie byłoby problemem, gdyby nie fakt, że jak Polak głodny, to zły. Starałam się doceniać piękne widoki, ale tylko wyglądałam, czy nie pojawi się za chwilę jakaś budka serwująca jedzenie. A tu nic. Idziemy dalej czy zawracamy do cywilizacji? Poszliśmy dalej, bo wierzyliśmy, że koniec plaży to idealne miejsce na plażowy barek. I nie pomyliliśmy się (na szczęście dla Nuno, bo droga powrotna ze mną na głodzie, to byłby foch za fochem i istna gehenna). Już dawno zimne piwo nie smakowało, jak najwspanialszy trunek świata. Pierwsze wypiłam duszkiem, degustowałam się dopiero drugim :) A w międzyczasie wyszło słońce i się spiekliśmy trochę...
Wieczorem wybraliśmy się na kolejny spacer, tym razem do centrum miasta. A tam proszę, czekała na nas niespodzianka, bo trafiliśmy na obchody festiwalu na cześć Kolumba. Kto mnie zna lub czytał posty barcelońskie, wie, że uwielbiam takie przaśne i kiczowate tradycje. Nuno niekoniecznie, ale przekupiłam go winem i przekąskami, więc cierpliwie czekał ze mną na przybycie Kolumba i jego załogi do portu.
Problem z Porto Santo jest taki, że przy jednym promie dziennie i pechu z pogodą trzeba sobie zorganizować alternatywne rozrywki. My przez kilka godzin na przemian czytaliśmy i urządzaliśmy turnieje ping-ponga, które położyły kres moim wyobrażeniom o byciu w lepszej formie niż Nuno. Po prostu wcześniej dawał mi fory, taki chciał być miły w pierwszym roku naszej znajomości.
Miało być jeszcze o rybie z bananami…Takie właśnie dziwne a smaczne połączenia wymyślają na Maderze, więc chyba będzie jeszcze niedługo kolejny post o ‘wyspie wiecznej wiosny’. Co wy na to?
Over the past few weeks I was hibernating, but I’m slowly waking up from a deep winter sleep. I missed the time to write a recap of the last year and plans for the 2014... I have some travel plans, but plans have their own way to change and alter, so let’s just wait and see. Over holidays, I had some time to read girly magazines, and apparently you only need a couple of weeks to turn any activity into a habit. I’ll try to see if that applies to me writing posts on a regular basis. And as this year, for a change, I just picked three ny resolutions, I’m all positive I can achieve them.
I have the cold and that’s one of the reasons why I so desperately need some sunshine. Today’s post doesn’t fit what I see when I look through the window (well, who would expect anything but rain and grey clouds in Ireland in January anyway?). So I can just close my eyes and imagine I’m on the beach and write a post about it and mention waiting for Columbus to arrive and eating fish with bananas. To be completely honest, the weather wasn’t perfect for a whole day-doing-nothing-but-sunbathing and I’ll just probably skip the food aspect this time but let’s just ignore those tiny insignificant details.
Some memories of a perfect day can spend months in the back of mu head just waiting to be remembered again. And they may be special not because something extraordinary happened but just because they just felt right. I’ve been thinking a lot today about our holidays on Madeira (maybe it has something to do with the fact that Ronaldo won the Ballon d'Or yesterday and this is all you can read in today’s Portuguese newspapers? Or maybe I just needed some summer related memories?)
We decided to go to Porto Santo for one reason and one reason only- to relax on the famous sandy beach. The weather messed a bit with our plans and the sun hid behind the clouds, even though it was obvious that after a year in a cloudy rainy Ireland we deserved a sunny day more than others. But, as they say, when life gives you lemons, make lemonade' (I think the fever makes me poetical), so we still decided to make out the most of it. The beach stretches for 9 km , I guess we walked half of this distance. And it would be a great experience if it hadn’t been for the fact that I was extremely hungry (and there even is a Polish saying to describe such situation: hungry Pole, angry Pole. I really made my best to admire the beautiful views without complaining too much but I could only focus on trying to spot a beach bar that serves food. And I could spot nothing. Should be carry on or go back? We decided to keep on walking hoping that the very end of the beach would make a perfect place for a beach bar . Luckily for Nuno (as going back with me hungry would be a real ordeal), we were right. God, I didn’t remember that a cold beer could taste as the best drink in the word!
In the evening we decided to go for yet another walk, this time to the city center . And what a surprise we found there! It was Columbus festival, just the type of tacky tradition that I love (and often described when we lived in Spain where you can find plenty of such festivities) and Nuno hates. But I just couldn’t resist to walk by so I bribed Nuno instead and he never says no to wine and snacks, so he patiently waited with me for the arrival of Columbus and his crew to the port.
There was only one ferry per day connecting Porto Santo and Madeira, which wouldn’t be a problem if the weather had been better. Instead we had to look for is alternative entertainment on our second and last day there. Reading did the trick and in the meantime my impressions of being amazing table tennis player were shuttered as Nuno no longer gave me a head start , as he apparently used to do during our first holidays together few years ago.
Porto Santo was just one place on Madeira that we visited, so soon I should be posting more entries from our trip there.
Tuesday, 12 November 2013
Rozpusta jedzeniowa we Włoszech/ Italian food indulgence
Pierwotnie post miał nosić tytuł: Ile kilo można przytyć podczas tygodniowego pobytu we Włoszech, ale to a) za długi tytuł i b)musiałabym się przyznać o ile ciężsi wsiadaliśmy do samolotu z Malpensie.
Po powrocie do blogowania moja siostra dopomina się postów z odwiedzin w Como i Cinque Terre, moja mama wolałaby najpierw poczytać o wspólnych wakacjach w Portugalii, Nuno chyba o Maderze, jeszcze inni woleliby bieżące posty z Irlandii. Kilkumiesięczna przerwa w pisaniu ma swoje poważne konsekwencje, ale powoli, pomalutku, nadrabiam wszystko. Możecie zasugerować na facebooku, o czym chcielibyście czytać, pomoże mi to w ustaleniu priorytetów.
Nie jest tajemnicą, że lubimy sobie dobrze zjeść. Jedzenie jest dla nas na tyle ważne, że przed wyjazdem częściej szukam dobrych lokali niż np. muzeów czy innych atrakcji turystycznych. Dlatego też na pierwszy rzut pójdzie jedzeniowa fotorelacja (a raczej fotograficzne udokumentowanie naszego „małego” obżarstwa) z pobytu w Como i okolicach oraz w regionie Cinque Terre. Trochę obwiniam moją siostrę i jej znajomych, że zabrali nas do fantastycznych knajpek na pyszne jedzenie i namawiali na kolejny kawałek pizzy czy jeszcze jeden kieliszeczek limoncello. Ale na wyjazdach nie uświadczysz w nas silnej woli i łatwo poddawaliśmy się pokusie spróbowania kolejnego wybornego likieru czy zrobienia przerwy na jeszcze jedno aperitivo.
Aperitivo to sposób na pobudzenie apetytu, to kwintesencja włoskiego stylu życia, rytuał, który uwielbiam. To taki pretekst, by zwolnić na chwilę, przysiąść i obserwować. Na północy najczęściej jako aperitivo pije się Spritz (koktajl z Prosecco, Aperolem lub Campari i gazowaną wodą- wodę można pominąć :) albo po prostu kieliszek prosseco. Do tego, w zależności od baru, podają małe przekąski- oliwki, chipsy, sery, kawałki pizzy, etc. Nie wiem, ile przerw na aperitivo zrobiliśmy podczas naszych włoskich mini wakacji, ale Mi ha piacutto molto, na tyle, że po powrocie zaopatrzyliśmy się w Aperol i Prosseco. Szkoda tylko, że irlandzka pogoda choć trochę bardziej nie przypomina tej we Włoszech.
Każdy region Włoch słynie z innych dań, w Ligurii i Cinque Terre nie można nie spróbować między innymi focacci, pesto, ravioli. W jednym z miasteczek trafiliśmy na sagra ravioli di marisco-czyli taki jarmark, święto poświęcone jedzeniu (w tym przypadku ravioli z nadzieniem z owocami morza), na które schodzi się cała wieś. Były i tańce, i strzelnica z fantami, ale najważniejsze było jedzenie (no i może fakt, że dzbanek dobrego domowego wina kosztował 3€). Jeśli macie okazję, zrezygnujcie z restauracji na rzecz takich lokalnych jarmarków czy targów, bo atmosfera jest niesamowita, a jedzenie tanie i dobre.
Jednego dnia Magda zrobiła tiramisu, a jej koleżanka Sara, pizzocheri, danie typowe regionu valtellina i baaardzo pożywne (czytaj: po zjedzeniu nie mogliśmy się ruszać). Pizzocheri to rodzaj makaronu, serwowany jest z ziemniakami, serem, masłem i kapustą. Normalnie je się to danie zimą, na rozgrzanie, ale zrobiono dla nas wyjątek. W Como zjedliśmy też występujące (chyba tylko w tym) w jeziorze ryby: lavarello i pesce persico.
Włochy zawsze kojarzą mi się z dobrym jedzeniem i tym razem się nie rozczarowaliśmy. Widokowo też było przepięknie (coś w tym jest, że Włochy zawsze pojawiają się wysoko w rankingu najpiękniejszych krajów świata), miasteczka Cinque Terre są tak kolorowe i urocze, że wszystkie zdjęcia wyglądają jak pocztówki, a będąc w Como zazdrościliśmy Magdzie, że ma takie widoki na co dzień.
Czy wy też jesteście takimi foodie w podróży? Jak ważne jest dla Was, co i gdzie zjecie na wyjeździe? Jeśli też lubicie sobie pojeść na wakacjach, zapraszam do facebookowej galerii po więcej zdjęć (nie zapomnijcie ‘polubić’ strony facepagu bloga, brakuje mi zaledwie kilku lubiących do 250).
The title for this post was supposed to be: How many kilos you can put on during a week while on holidays in Italy, but a)it is simple way too long for a title and b) I'd have to admit how much we gained before taking the plane back to Ireland.
As I am back to the world of travel blogging, my sister keeps asking for the post on our visit to Como and Cinque Terre, my mom would prefer to read first about our great holidays in Portugal, Nuno about Madeira, others prefer more up-to-date posts on our Irish life. After few months of neglecting this small blog, I am way behind with telling you about our bigger and smaller trips. Poco a poco, I will make up, if you have your preferences, just let me know on facebook, it may help me prioritize.
It's no secret that we like to eat well. Food is such an important part of our travels that I spend much more time looking for a nice places to eat than on research on museums or other typical touristic attractions. So before I share with you where we went during our trip to Italy, I will share with your some foodie photos (well, maybe I should write a proof of being guilty of eating and drinking too much). I blame it all on my sister and her friends who took us to some great places and made us eat deep-fried pizza as a starter for a normal pizza and to always drink one more limoncello. We weren’t that innocent, as we never say no to a delicious meal, especially when on holidays, we rarely can escape the temptation to try some new flavors and we stop for too many food-related breaks (in Italy they even have a name for it: the famous aperitivo time).
Aperitivo is the essence of Italian lifestile, a simple ritual that I love. It's the excuse to slow down for a moment, sit down and observe the world. In Northern Italy, Spritz (cocktail of Prosecco, Aperol or Campari and sparkling water-you can always skip water) or glass of prosseco is the most commonly served as aperitivo. Depending on a bar, you get some snacks together with a drink, be it olives, cheese, potato chips, peanuts, small slices of pizza, etc. I lost count how many times we stopped for aperitivo during our Italian mini-vacation, but Mi ha piacutto molto, we liked the ritual so much that after some time we bought a bottle of Aperol and prosseco. Shame that the Irish weather isn’t bit more like in Italy.
Every single region in Italy is famous for different dishes. In Liguria and the Cinque Terre one must try focaccia, pesto, ravioli, among other piatti. We were lucky to be in one of the villages we visited during sagra ravioli di marisco. Sagra is a local festival dedicated to food (in this case ravioli stuffed with seafood), whole village gathers (I think we were the only foreigners there) to eat, dance, win small prize in a raffle. Food is cheap and delicious, wine is cheap, and I mean 3€ per jar of house wine! Here for that price you won’t even get a pint. So if you ever have the chance to go to a sagra instead of eating in a restaurant, go for it. The atmosphere is great and food is even better.
One day Magda made tiramisu, and her friend Sara, pizzocheri, a dish typical for Valtellina region that was soo delicious and and sooooo filling (read: after eating, we could not move). Pizzocheri is a type of pasta, served with potatoes, cheese, butter and cabbage. It’s supposed to be a winter dish to warm you up, but an exception was done and we ate it in June. For the last dinner we were taken to a nice restaurant by the Como lake and were told to try fish from the lake: lavarello and pesce persico.
When I think of Italy, I picture something delicious, I imagine a glass of wine, sun, good mood. Italy never disappoints me, I don’t remember any disappointing dish, and this visit was no different. It was also beautiful as I had a change to visit a new region, the colorful and charming Cinque Terre and stunning region of Como lake (I’m just bit jealous that my sis lives in such a nice place).
Are you a foodie and a traveler? How important is food for you when you are travelling? If you are a foodie, like us, you may like this facebook gallery (don’t forget to ‘like’ my fanpage, I am so close to reach 250 likes).
Wednesday, 18 July 2012
Miasto niekończących się spacerów/ City of endless walks
Po Amsterdamie można spacerować bez końca. Tyle jest bowiem urokliwych uliczek kryjących w sobie czarujące kawiarenki, urocze sklepiki i zaułki. Tyle jest bowiem kanałów, nad którymi spacer przestaje być zwykłym spacerem, a staje się przygodą. Po Amsterdamie można jeździć rowerem. Też godzinami. I to nie dlatego, że miasto jest wielkie, ale można się w nim łatwo zgubić. Ale zamiast się denerwować, lepiej nasze zgubienie ustalonej wcześniej trasy przyjąć jako miły psikus losu. Lepiej pozbyć się mapy, bo możemy się sfrustrować, nazwy ulic są tak podobne i obco brzmiące, że zanim na mapie znajdziemy tę, na której jesteśmy i tę, na którą chcemy się dostać, stracić możemy dobry humor. Lepiej zdać się na przypadek, a na pewno nie pożałujemy, bo poznamy lepiej klimat tego miasta. Do Amsterdamu miałam ochotę pojechać chyba od zawsze. W końcu udało się zrealizować to małe marzenie podróżnicze. A jaki jest lepszy termin niż okolice moich urodzin? (Maj zresztą to idealny miesiąc na podróże, bo wiosną wszystko wygląda po prostu ładniej niż zimą, a przy tym nie męczą nas upały).
Amsterdam pozytywnie nas zaskoczył (może nie do końca pogodą, bo trochę popadało, ale to chyba był jedyny mankament wyjazdu). Na tyle, że znalazł się na całkiem przyzwoitej lokacie miast, w których moglibyśmy zamieszkać. Miasto nie ma zbyt dużo atrakcji turystycznych (poza 2 sławnymi muzeami i domem Anny Frank, no i może piwną przygodą w Heineken), ale może właśnie dzięki temu tak nam się podobało? Są bowiem miasta takie jak Paryż czy Rzym, gdzie w ciągu tygodnia nie da się zobaczyć wszystkich zabytków, gdzie wiekowe budowle stoją w odległości kilkunastu metrów od siebie, miasta, gdzie historię ogląda się na każdym rogu. I są miasta, jak Amsterdam czy Edynburg, gdzie sławne zabytki można policzyć na palcach jednej (no może dwóch) ręki. I czasami to właśnie takie miasta nas w sobie rozkochują. Mają inny klimat. Nie czujemy bowiem przymusu odwiedzenia kolejnego muzeum, kościoła, Koloseum czy … (tu można wpisać jeden z niezliczonych obowiązkowych na turystycznej liście zabytków). To w tych miastach możemy sobie odpuścić planowanie dokładnej trasy, bo bez mapy mamy większą szansę na odkrycie lokalnych sekretów. My kilka tajemnic poznaliśmy… (Jak się można domyślić, ciąg dalszy nastąpi… naszła mnie bowiem ochota na posty częstsze, a krótsze).
Amsterdam is a perfect city to just walk around, to wander without purpose, just for the sake of having a walk. There are so many charming streets hidden, whichever direction you choose to turn, you can find a cozy small café or shop. Having a walk by one of many channels is a yet different experience. In Amsterdam you can ride a bike for hours and hours. And not because it is such a big city, it is just quite easy to get lost. You have to go with the flow, and instead of getting angry for losing your scheduled itinerary, enjoy what you can discover by accident. In other words, just get rid of the map and you won’t get frustrated, as the street names are so similar to one another and sound so foreign, that before you can find on the map the street you are on and the one you want to reach, you probably will lose the patience. Besides, to enjoy this city it is advisable to get lost.
I wanted to go to Amsterdam like forever. But there was always some other city that had better connection, had some friends living in or any other reason to postpone a trip to Amsterdam. Finally I did book a trip as my birthday present this year (I also find May the best month to travel, as during spring all the city with flowers blooming and green grass look more attractive than in winter, and you still are not overwhelmed by the summer heat. Not that the heat is an issue in Amsterdam, note: always bring your umbrella, unless you enjoy singing in the rain.
We were positively surprised by the city’s charm and atmosphere (the only drawback was the weather, as when we chose to have a boat trip to see a city from the river level, it was raining quite a lot). We liked it so much, that Amsterdam is high on our private list of the cities we could live in. What we actually liked was the fact that there aren’t so many touristic attractions (not counting 2 famous museums and the Anne Frank House, and maybe a beer adventure in Heineken, there are really not that much to visit). I divide cities into 2 kinds. Those, such as Paris or Rome, where during one week you can’t possibly see all the attractions, where ancient buildings stand one next to another, where ancient history awaits at every corner. And there are cities like Amsterdam and Edinburgh, where famous monuments can be counted on the fingers of one hand (well, maybe two). Sometimes it is easier to fall in love with those cities, as they have different atmosphere (I found them less overwhelming, less intimidating). As we don’t feel forced to visit yet another museum, church, Colosseum or ... (here you can name one of the countless mandatory touristic spots not to be missed when in X city), we can just enjoy what the city has to offer, we can skip planning a detailed route and by accident discover the local secrets. We found quite a lot of them when in Amsterdam ... (As you might guess, to be continued ... short post was easier to write)
Tuesday, 3 July 2012
Relaks na Costa Brava/ Relax on the Costa Brava
Od czasu do czasu Nuno aktywnie włącza się w organizację naszego czasu wolnego. W poprzedni weekend nie wiedziałam nawet, gdzie będziemy dokładnie i co będziemy robić. Miła odmiana. Choć wiedziałam, że plaża i odpoczynek to główny plan na sobotę i niedzielę, nie musiałam jednak nic planować.
W sobotę wstaliśmy dość wcześnie, wklepaliśmy do GPS namiary na plażę przy miasteczku Palamós. Jednak poprowadził nas on do ścieżki rowerowej, nie odważyliśmy się podążyć za wskazówkami i zamiast na wąską plażę (Cala estreta) pojechaliśmy na playa la Fosca. Zanotujcie sobie tę nazwę, bo jest to jedna z ładniejszych, według nas, plaż na Costa Brava. Szeroka, piaszczysta, czysta i co najważniejsze, nie aż tak zatłoczona spragnionymi słońca plażowiczami.
Po kilku godzinach plażowania z babskimi gazetkami (Nuno bardziej ambitnie czytał książkę na moim ebooku), poprzeplatanych chwilami orzeźwienia w morzu, pojechaliśmy do naszego hotelu. Znajdował się on w przysłowiowym gdzie diabeł mówi dobranoc, w tym konkretnym przypadku tym „gdzie” było pole golfowe. Problemem ze spontanicznymi wypadami na Costa Brava jest brak miejsc noclegowych, większość jest zarezerwowanych, albo przekracza nasze możliwości finansowe.
Zatrzymaliśmy się więc w hotelu położonym 20 km od Girony, tam też pojechaliśmy na kolację połączoną z oglądaniem meczu Francja-Hiszpania. Poszukiwanie otwartego baru z transmisją meczu było trudniejsze niż się spodziewaliśmy, ale mieliśmy szczęście i weszliśmy do pierwszego napotkanego baru, który na drzwiach miał wywieszoną informację o meczu. I trafiliśmy na kulinarny raj montaditos. Jedne z najlepszych, jakie jedliśmy i na pewno najtańsze (gdzie w Barcelonie zjesz montadito/ tapas za 1 euro?- pytanie czysto retoryczne). Na deser wybraliśmy się do osławionej lodziarni Rocambolesc (nie byłam jednak sobą i nie zrobiłam żadnych zdjęć, więc odsyłam do linka, bo wystrój jest bajkowy).
W niedzielę nasze lenistwo osiągnęło szczyty. Nie ruszyliśmy się z basenu hotelowego, przenosiliśmy się tylko z leżaka do basenu, z basenu do wiklinowego „jajka”, by w cieniu podrzemać. Plan mieliśmy ambitniejszy, mieliśmy odkryć nową plażę, ale czasami plany trzeba odłożyć lub zmienić. Czasami trzeba zrelaksować się maksymalnie, podładować akumulatory, wyłączyć myślenie, że coś trzeba zrobić, bo inaczej to strata czasu. Dla mnie to szczególnie trudne, planowanie mam chyba w genach, nie do końca umiem wrzucić na luz i nic nie robić.
From time to time, Nuno is the one that organize our weekend. Last time he was an active planner and I didn’t even know exactly where we were staying and what was the schedule. A small correction, with Nuno’s as a planner, there is no strict schedule. I knew I could expect relax on the beach.
On Saturday we got up relatively early, input GPS coordinates of a nice beach near Palamós (Cala estreta). It led us to a bike path, we didn’t dare to follow the gps’s questionable instructions so we turned and went instead to Playa la Fosca. Write down this name, cause we found it to be one of the nicest beach of Costa Brava. It is wide, sandy, clean and most importantly, not so crowded.
We spent several hours of sunbathing and doing nothing, if you don’t count reading some magazines (normally I don’t buy them, but I just can’t imagine relax on the beach without reading them. Nuno was more ambitious and was reading a book on my ebook instead.) When we finally got tired of the sun and sea, we went to our hotel. It was located in the middle of nowhere, and in this particular case “nowhere” was a golf course. The problem with spontaneous trips to the Costa Brava is that many times everything is overbooked or overpriced.
So we decided to stay in a hotel 20 km from Girona, and more than half an hour from the seaside. As Girona is a really nice city, we decided to have a dinner there and watch a football game, France against Spain. Finding an open bar with a TV broadcasting the game turned out to be a challenge . We were lucky to find one and it was a culinary paradise of montaditos. Some of the best we have eaten and definitely the cheapest ones (if you know where to have a montadito for 1 euro in Barcelona, please let me know). For dessert, as a meal isn’t finished without something sweet, we went to a famous ice cream shop Rocambolesc. I wasn’t myself as I didn’t take a single picture, so please check this link a the décor is just fabulous.
On Sunday, we couldn’t be more lazy :) We were supposed to spend some time by the pool and then discover some nice beach. But instead we spent the whole day by the pool, moving from sun lounger to the pool. Sometimes you need to relax, recharge the batteries, forget about everything. For me it is difficult, not making plans is harder than being spontaneous. Really, it seems that I have developed some planning gene, and just can’t help but organize everything to the smallest details. This weekend was about all but planning. And I enjoyed it.
Thursday, 28 June 2012
Tego lata zakochaj się w Barcelonie/ This summer fall in love with Barcelona
Un estiu per enamorar-te de Barcelona (czyli dosłownie wakacje do zakochania się w Barcelonie) to slogan z plakatu urzędu miasta, na który zwróciłam uwagę kilka dni temu idąc do metra. Tak jak podoba mi się hasło (niewiele się różniące, jeśli ominiemy porę roku) promujące stolicę Polski, czyli Zakochaj się w Warszawie, tak samo myślę, że letnie miesiące są idealne, aby poddać się urokowi Barcelony. Co wcale oczywiście nie znaczy, że podczas miesięcy zimowych czy jesiennych można się tu nudzić czy się nią nie zachwycić. Ale to podczas wiosny i lata, gdy slońce i temperatura sprawiają, że całe życie barcelończyków przenosi się na ulice i plaże naprawdę trudno oprzeć się urokowi tego miasta.
Dzięki letniej akcji promującej Barcelonę, nikt się nie bedzie nudzil w miesiącach letnich, do wyboru mamy bowiem niezliczone koncerty (np. w parkach), pokazy filmów na świeżym powietrzu, fiestas mayores wielu dzielnic, niezliczone ogródki restauracyjne oraz plaże miejskie (nie tylko Barceloneta, na odważniejszych czeka plaża nudystów). Szczegóły do zobaczenia na stronie Ayuntamiento, atrakcje podzielone są tematycznie : co się dzieje, plaże, baseny, muzyka, noce letnie, lato i dzieci, lokalne święta, parki i ogrody, Municipal measures albo ze względu na ich lokalizację. Z wielu propozycji na pewno skorzystamy. W zeszłym roku byliśmy na bardzo fajnym festiwalu filmów krótkometrażowych Mecal Air, gdzie za grosze można spędzić miły piątkowy wieczór w Poble Espanyol. Jutro idziemy na inaugurację kina pod chmurką (film poprzedzony koncertem oraz filmem krotkometrazowym) przy zamku na Montjuicku, wyposażeni w kocyk i koszyk piknikowy. Inną propozycją jest zaczynający się 1 lipca Grec Festival, czyli coś dla milośników teatru i spekatakli muzycznych i tanecznych.
Ciekawy też może być pokaz balonów :) odbywa się on od 4 do 10 lipca, w miasteczku Igualada, bardzo blisko i dobrze skomunikowanym z Barceloną. Wyobraźcie sobie niebo pełne kolorowych balonów, kontrastujących z błękitem nieba i bielą chmur. Niestety, w tym czasie jesteśmy na urlopie, więc mogę to sobie tylko wyobrazić...
Jeśli wy wybieracie Barcelonę na wasz urlop, nie zapomnijcie, że oprócz zwiedzania zabytków (ciekawostka: Pedrera ma ciekawą letnią propozycję nocnego zwiedzania), możecie skorzystać z licznych propozycji kulturalnych (za darmo lub za niewielką opłatę) i wybrać się na jakiś fajny koncert w parku lub uczestniczyć w świętowaniu dzielnicy (najbardziej bajkowe są przystrojone ulice Gracii w sierpniu, ale Raval czy Poble Sec mają swoje fiestas w lipcu, więc warto się zapoznać z atrakcjami przygotowanymi z tej okazji). A jak zmęczą was upały, Barcelona zaprasza na plażę :) Przygotujcie się jednak, że są one zatłoczone i po wyjściu z wody ciężko znaleźć własny ręcznik, o czym niedawno przekonał się Nuno :) Można jednak podjechać pociągiem do plaż poza Barceloną czy wynająć samochód i odkryć sekrety Costa Brava.
Un estiu per enamorar-te de Barcelona (which means a summer to fall in love with Barcelona) was a catchphrase I saw few days ago on a poster by city hall on my way to metro. Instantly I liked it, it is fun and makes you smile. But it also made my think about all the things I love in Barcelona and why I think that summer is a perfect time to be charmed by this city. Of course, there is nothing wrong with being in Barcelona during autumn and winter, it is just that with sun and good weather Barcelona gains the whole new dimension. It is when the life of all the Barcelonians moves to streets and beaches and you find yourself under the spell of this magic city.
And with the rich offer promoting Barcelona on many levels, nobody can possibly be bored this summer. One can choose between countless concerts (in different venues, some take place in parks), fresh air cinema, fiestas mayores of many districts, hundreds of terraces to enjoy a nice drink, or enjoy a day on one of urban beaches (don´t limit yourself to Barceloneta, there is a beach for nudist, so try it if you are brave enough!). Check more details on Ayuntamiento´s website, you can either consult it by subject: what is happening, beaches, swimming pools, music, summer nights, summer and children, local festivals, parks and gardens , municipal measures or by the districts. We will definitely participate in many of the activities listed there. Last year I enjoyed a great short movie festival Mecal Air, so definitely it is a must this summer as well; it is a cheap way to have fun on a Friday evening in Poble Espanyol. Tomorrow we are going for the first movie show outdoor (before a movie there is a concert and a short movie projection as well) at the castle of Montjuick, and we are going well equipped with a blanket and picnic basket (and wine of course). Another nice idea for those who enjoys theater and music/dance spectacles is Grec Festival, which starts on the 1st of July.
There is another festival that I discovered and it is quite a funny and alternative one. A balloons show takes place from 4th to 10th July, in Igualada, a town that is very close to Barcelona and well connected. Just picture a sky covered with colorful balloons, contrasting with the blue sky and white clouds. Unfortunately, since we are on holidays, we can´t participate in what seems like a fun event.
If you choose Barcelona as your holiday destination, don´t limit your stay to sightseeing only (although there are also some interesting proposals, as Pedrera´s summer night tour). to participate in many outdoor cultural activities (many are free or very cheap) will make your stay unforgettable. Just go for a nice concert in a park or have fun during Barcelona districts´parties (the most popular are decorated streets of Gracia that look like taken from fairytales but Raval and Poble Sec have their fiestas in July, so you might want to google interesting activities for fiesta mayor). And if you get tired of walking in the sun, you can have a rest on a beach. Be prepared, however, that all Barcelona´s beaches are crowded and after swimming it may be hard to find your own towel (Nuno knows something about it). Good alternative is to take a train and go to some nice beaches outside Barcelona or rent a car and discover the secrets of Costa Brava.
Monday, 27 February 2012
Turystyczne Rio/ Touristic Rio
Nie samymi plażami żyje Rio. Po Cobacabanie i Ipanemie, zapraszam wirtualnie na Cristo Rei, Pão de Açúcar, dzielnicę Santa Teresa, starówkę i schody Selarona.
Pomnik Jezusa Chrystusa, górujący nad miastem i będący jednym z siedmiu nowożytnych cudów świata, kojarzą wszyscy. Figura Odkupiciela z rozłożonymi dłońmi na filmach wydawała nam się imponująca. Jednak w rzeczywistości wcale nie wydaje się dominować nad Rio. Być jednak w Rio i nie wjechać na Corcovado by zobaczyć Cristo Rei, to ja być w Paryżu i ominąć wieżę Eiffla, albo Statuę Wolności w Nowym Jorku. No i oczywiście trzeba przyjąć odpowiednią postawę do zdjęcia, naśladując tysiące turystów. Mimo że cena trochę zaporowa, tłum turystów zdaje się tym zupełnie nie przejmować. Kilka faktów o samym pomniku: mierzy on 38 metrów, zaprojektowany został przez rzeźbiarza polskiego pochodzenia Paula Landowskiego, głowa mierzy 3,5 metra a waży 9, bagatela, 9 ton. Na wzgórze można się dostać kolejką linową (podróż często umila zespół grający sambę) albo pieszo. Ze wzgórza w pogodne dni rozciąga się piękna panorama na całe miasto, Lonely Planet poleca wjechać na punkt widokowy tuż przed zachodem słońca, ale my niestety musieliśmy się zadowolić częściowym zachmurzeniem. Pogoda w Rio nie dopisała zbytnio podczas naszego pobytu i na Corcovado wybraliśmy się raczej z obowiązki zaliczenia tej jednej z największych atrakcji Rio, wykorzystując umiarkowanie słoneczne przedpołudnie.
Pão de Açúcar, czyli Głowa Cukru, to kolejny obowiązkowy punkt turysty odwiedzającego Rio, tak więc trzeba się spodziewać sporych tłumów. Jednak widoku, który rozciąga się z tego wzgórza nie zapomnę chyba do końca życia. Mogłabym spędzić całe godziny podziwiając idealne położenie Rio de Janeiro i marząc, by tam pomieszkać przez kilka miesięcy.
Atrakcją dzielnicy Santa Teresa (klimatem przypominającą trochę Lizbonę) była przejażdżka tramwajem. Niestety tramwaj zlikwidowano, bo jest niebezpieczny (na razie władze ignorują plakaty z Oddajcie nam tramwaj!), czym byłam strasznie zawiedziona. Na szczęście artystyczna atmosfera dzielnicy (dla mnie jednej z ładniejszych w mieście) pełna galeryjek i barów zrekompensowała ten zawód.
Świetny pomysł na ożywienie okolicy miał pewien chilijski artysta, Jorge Selarón. Projekt, rozpoczęty w 1990 a trwający do dziś jest prosty- artysta ozdabia 125 schodów kafejkami z całego świata, tworzy wyjątkową mozaikę, a współtworzyć ją może każdy przez podarowanie kafelka. Często można spotkać brodatego artystę przy pracy. My mieliśmy frajdę wyszukując kafelki z Polski i Portugali (tych było zdecydowanie więcej). Tak niewiele potrzeba, żeby upiększyć coś tak banalnego, jak schody, jak dodać trochę koloru i fantazji do szarej okolicy.
Piękne to turystyczne Rio, bez dwóch zdań. I ciąg dalszy nastąpi (nie może być za szybko, bo naszła mnie ochota by znowu gdzieś daleko wyjechać…)
Rio is much more than its beautiful beaches (well, during winter time beaches are always the most appealing element of exotic countries for many people). Today, after Copacabana and Ipanema, I invite you virtually to see Cristo Rei, Pão de Açúcar, Santa Teresa district, old town and Escadaria Selarón .
The statue of Christ the Redeemer that is not only the symbol of Rio de Janeiro but also one of the seven modern wonders of the world, is known by everybody. You probably have seen it countless times in TV, and on the screen it really does seem impressive. In reality, it is smaller than one could expect, it you don’t get the overwhelming impression that it dominates over the cidade maravilhosa. But still, when in Rio, one must go to Corcovado and see Cristo Rei, on the contrary it would be as if missing Eiffel Tower in Paris, or the Statue of Liberty in New York. And of course, there is only one posture you can have when posing for a memorial photo. The price can make you think twice if you are really sure to buy the ticket, a huge queue can make you even more uncertain. But still, it is the Cristo after all, 38 meters high, whose head is 3,5 meters and weighs 9 tons. Impressive. You can get there on foot or by a cable car (often accompanied by a samba band).The Lonely Planet recommends to go there just before the sunset to get the best pictures over the bay. Honestly whenever you go, you will be astonished by the beauty of the view. If you are lucky enough to actually see anything, as many times the clouds cover the view. The weather during our holidays in Brazil was far from being perfect, and we almost lost hope to go to Corcovado, fortunately 2 days before going back home it was only partially clouded and we can check this famous touristic attraction from our list.
For the breathtaking views we recommend Pão de Açúcar, the Sugarloaf, which is another must see on touristic map of Rio. Despite the crowds, I will probably never forget the perfect view that made me dream of living for few months in Rio de Janeiro.
On the list of 10 things you must see when in Rio, there was a ride on a tram in Santa Teresa district. You can just imagine my disappointment when I found out it was closed for being considered too dangerous. The authorities ignored countless posters with Give our tram back! Fortunately, the bohemian atmosphere in the district I personally consider one of the most charming in Rio (it somehow reminds me of Lisbon), full of charming galleries and little stores made up for the lack of unsafe ride.
The other place I liked (as if there were any places I disliked in Rio) were Selarón’s stairs. This Chilean artist had a great idea to revitalize the area he lived in, starting his never ending project in 1990. He simply decided to decorate 125 steps with colorful tiles from all over the word (everone can “participate” by donating tiles). We had a lot of fun trying to spot ones from Poland or Portugal (there were more of luso ones). The project confirms that you don’t need a lot to embellish something as trivial as stairs and to add some color and imaginations into our grey lives.
Without a doubt, touristic Rio is a beautiful (yet incomplete) city. To be continued (give me some time, as now I have to beat the desire to go again to some exotic country)
Subscribe to:
Posts (Atom)
.jpg)
.jpg)
.jpg)