Showing posts with label okolice Barcelony/Barcelona surroundings. Show all posts
Showing posts with label okolice Barcelony/Barcelona surroundings. Show all posts

Tuesday, 3 July 2012

Relaks na Costa Brava/ Relax on the Costa Brava

Od czasu do czasu Nuno aktywnie włącza się w organizację naszego czasu wolnego. W poprzedni weekend nie wiedziałam nawet, gdzie będziemy dokładnie i co będziemy robić. Miła odmiana. Choć wiedziałam, że plaża i odpoczynek to główny plan na sobotę i niedzielę, nie musiałam jednak nic planować.

W sobotę wstaliśmy dość wcześnie, wklepaliśmy do GPS namiary na plażę przy miasteczku Palamós. Jednak poprowadził nas on do ścieżki rowerowej, nie odważyliśmy się podążyć za wskazówkami i zamiast na wąską plażę (Cala estreta) pojechaliśmy na playa la Fosca. Zanotujcie sobie tę nazwę, bo jest to jedna z ładniejszych, według nas, plaż na Costa Brava. Szeroka, piaszczysta, czysta i co najważniejsze, nie aż tak zatłoczona spragnionymi słońca plażowiczami.


Po kilku godzinach plażowania z babskimi gazetkami (Nuno bardziej ambitnie czytał książkę na moim ebooku), poprzeplatanych chwilami orzeźwienia w morzu, pojechaliśmy do naszego hotelu. Znajdował się on w przysłowiowym gdzie diabeł mówi dobranoc, w tym konkretnym przypadku tym „gdzie” było pole golfowe. Problemem ze spontanicznymi wypadami na Costa Brava jest brak miejsc noclegowych, większość jest zarezerwowanych, albo przekracza nasze możliwości finansowe.


Zatrzymaliśmy się więc w hotelu położonym 20 km od Girony, tam też pojechaliśmy na kolację połączoną z oglądaniem meczu Francja-Hiszpania. Poszukiwanie otwartego baru z transmisją meczu było trudniejsze niż się spodziewaliśmy, ale mieliśmy szczęście i weszliśmy do pierwszego napotkanego baru, który na drzwiach miał wywieszoną informację o meczu. I trafiliśmy na kulinarny raj montaditos. Jedne z najlepszych, jakie jedliśmy i na pewno najtańsze (gdzie w Barcelonie zjesz montadito/ tapas za 1 euro?- pytanie czysto retoryczne). Na deser wybraliśmy się do osławionej lodziarni Rocambolesc (nie byłam jednak sobą i nie zrobiłam żadnych zdjęć, więc odsyłam do linka, bo wystrój jest bajkowy).


W niedzielę nasze lenistwo osiągnęło szczyty. Nie ruszyliśmy się z basenu hotelowego, przenosiliśmy się tylko z leżaka do basenu, z basenu do wiklinowego „jajka”, by w cieniu podrzemać. Plan mieliśmy ambitniejszy, mieliśmy odkryć nową plażę, ale czasami plany trzeba odłożyć lub zmienić. Czasami trzeba zrelaksować się maksymalnie, podładować akumulatory, wyłączyć myślenie, że coś trzeba zrobić, bo inaczej to strata czasu. Dla mnie to szczególnie trudne, planowanie mam chyba w genach, nie do końca umiem wrzucić na luz i nic nie robić.




From time to time, Nuno is the one that organize our weekend. Last time he was an active planner and I didn’t even know exactly where we were staying and what was the schedule. A small correction, with Nuno’s as a planner, there is no strict schedule. I knew I could expect relax on the beach.

On Saturday we got up relatively early, input GPS coordinates of a nice beach near Palamós (Cala estreta). It led us to a bike path, we didn’t dare to follow the gps’s questionable instructions so we turned and went instead to Playa la Fosca. Write down this name, cause we found it to be one of the nicest beach of Costa Brava. It is wide, sandy, clean and most importantly, not so crowded.


We spent several hours of sunbathing and doing nothing, if you don’t count reading some magazines (normally I don’t buy them, but I just can’t imagine relax on the beach without reading them. Nuno was more ambitious and was reading a book on my ebook instead.) When we finally got tired of the sun and sea, we went to our hotel. It was located in the middle of nowhere, and in this particular case “nowhere” was a golf course. The problem with spontaneous trips to the Costa Brava is that many times everything is overbooked or overpriced.


So we decided to stay in a hotel 20 km from Girona, and more than half an hour from the seaside. As Girona is a really nice city, we decided to have a dinner there and watch a football game, France against Spain. Finding an open bar with a TV broadcasting the game turned out to be a challenge . We were lucky to find one and it was a culinary paradise of montaditos. Some of the best we have eaten and definitely the cheapest ones (if you know where to have a montadito for 1 euro in Barcelona, please let me know). For dessert, as a meal isn’t finished without something sweet, we went to a famous ice cream shop Rocambolesc. I wasn’t myself as I didn’t take a single picture, so please check this link a the décor is just fabulous.


On Sunday, we couldn’t be more lazy :) We were supposed to spend some time by the pool and then discover some nice beach. But instead we spent the whole day by the pool, moving from sun lounger to the pool. Sometimes you need to relax, recharge the batteries, forget about everything. For me it is difficult, not making plans is harder than being spontaneous. Really, it seems that I have developed some planning gene, and just can’t help but organize everything to the smallest details. This weekend was about all but planning. And I enjoyed it.

Monday, 7 May 2012

Trzy zamki, rzeka i flamingi/ 3 castles, river and flamingos

Nie wiem, jak Nuno znalazł Miravet. Nie wiem, ale jestem szczęśliwa, że znalazł to malownicze miasteczko. Praktycznie z braku dni wolnych na Wielkanoc, nie opłacało nam się kupować drogich biletów, by święta spędzić w domu. Jednak nie chcieliśmy zostać w Barcelonie. Tym razem to Nuno zaplanował (kto nas zna, wie, że od planowania raczej jestem ja), żebyśmy świąteczny weekend spędzili w okolicach Tarragony. Jednym mankamentem było brak miejsc noclegowych w miejscach ciekawszych niż Móra d'Ebre, gdzie absolutnie nie ma nic do zobaczenia (poza trudnymi do znalezienia ruinami zamku oraz zaskakująco dobrym tapas barze).


Po Tarragonie, naszym przystankiem było właśnie Miravet. Zdjęcia chyba mówią same za siebie. Rzeka. Nad rzeką miasteczko. Nad miasteczkiem góruje zamek. Z zamku rozciąga się wspaniały widok nad rzekę. Zataczamy koło. Moglibyśmy wypożyczyć kajak. Miasteczko ma swój urok, któremu ulegamy z łatwością.



Nocleg mieliśmy w Móra d'Ebre w naprawdę fajnym hotelu (Hostal La Creu), gdzie wieczorem bez wyrzutów sumienia oglądaliśmy na laptopie nowy serial. Wcześniej bowiem stwierdziliśmy na spacerze, kiedy dopiero przy 3 próbie odnalezienia ruin zamku, udało nam się tenże znaleźć, że w zasadzie nie ma co za bardzo w tym zagubionym katalońskim miasteczku robić. Na kolację też, zamiast iść za radą właścicielki hostalu i poszukać poleconej przez niej restauracji (pewnie też byśmy się zgubili po drodze), przeszliśmy tylko przez ulicę do tapas baru Piscolabis.


Na ostatni dzień wybraliśmy się do Delty, po drodze, nie wiem czemu, zatrzymując się w Tortosie. Zobaczyliśmy katedrę, mieliśmy zobaczyć zamek, ale nie mogliśmy znaleźć drogi do niego prowadzącej (czyli trzeci zamek w ciągu 2 dni sobie lekką ręką odpuściliśmy). Czekała na nas bowiem Delta de l’Ebre, drugi co do wielkości park w Hiszpanii (320 km²), rezerwat przyrody, gdzie spotkać można flamingi i 300 (jeśli wierzyć Internetowi) innych gatunków ptaków.


Najlepszym sposobem na poznanie delty jest rower (lub własne nogi, jeśli ktoś ma więcej czasu). Z braku własnego dwuśladu, wypożyczyliśmy 2 podstarzałe w jednej z licznych wypożyczalni. Malownicze krajobrazy, dziesiątki kitesurferów, stanowiska do obserwacji ptaków- park pełen jest atrakcji. Niestety nie byliśmy wyposażeni a lornetki, a mój aparat aż takiego zooma nie ma, więc różowe flamingi były ledwo widoczne.


Nie lada wyzwaniem była przeprawa przez niektóre bardzo podmokłe odcinki trasy rowerowej, ale umiarkowana dawka sportu na świeżym powietrzu, nawet jeśli zakończona błotem na spodniach, to było idealne zakończenie miłego weekendu.



I don't know how and on which website Nuno discovered Miravet. But I am so glad he found this charming tiny village. As this year on Easter we practically didn’t have any days off, we decided that instead of buying overprized plane tickets to go home, we would stay in Spain, but not in Barcelona. This time Nuno was responsible for all the planning (those who know us, are well aware that I am the planner) and he chose Tarragona area for our Easter destination. The only negative point was that we started the planning bit too late, and all the best sleeping spots were already full, and we ended up in a rather unattractive Mora d'Ebre, virtually in the middle of nothing. Well it did had some ruins of a castle and a nice tapas bar, so it wasn’t that bad after all.


After visiting Tarragona and seeing the Semana Santa procession, our next stop was Miravet. There is nothing I can write much about this charming pueblo. As they say a picture is worth a thousand words. River. A tiny town by the river. The town is dominated by a castle. From the castle you can admire beautiful view on the river. Come full circle. We could have rented a kayak. Instead we just relaxed, stare at the river for a long moment. The town has a big charm, and we easily fell under its spell.


As I mentioned, we booked a higly recommended hotel in Mora d'Ebre (Hostal La Creu), but in the evening we just chilled in our room, watching a new series. Well, we did go for a walk, we tried to find the castle, and were able to do on our 3rd attempt, we admired the views on the Ebre. And that was about all you could do in this lost Catalan town. Then, instead of following recommendation and going to some restaurant (we would probably have gotten lost anyway), we just crossed the street and went to a surprisingly good tapas bar Piscolabis (if you are ever lost in Mora d’Ebre, you must go there).


We spent a last day in Delta de l’Ebre, stopping for some unknown reason in Tortosa. After seeing the cathedral, we failed to find a way to a castle. As it was to be the 3rd castle we saw in just 2 days, we decided to skip it. What you can't skip is Delta, the second largest natural park in Spain (320 km ²), a nature reserve where you can meet flamingos and 300 (if you believe the information I found on the Internet) of other bird species.


The best way to explote the delta is on a bike or if you have more a) time- on foot, b) money- on a boat. As we don’t own our own bicycle, we rented two “vintage” ones (there are many points where you can cheaply rent bicycles). Picturesque landscapes, dozens of kite surfers, bird-watching position-you get it all in just one park.


Unfortunately, as we didn’t take with us a pair of binoculars (it is not that we have one anyway) so we couldn’t really enjoy bird-watching and my zoom isn’t really that good, so pink flamingos seems like some barely visible dots. Crossing some flooded parts of the bicycle track was quite challenging, but outdoor activity, even if we ended up with your shoes and trousers covered with mud, was a perfect way to finish our Easter weekend.

Tuesday, 16 August 2011

Puente na Costa Brava / Puente on Costa Brava

Długi weekend to doskonała okazja na małą eskapadę poza miasto. A jeśli można to połączyć ze spotkaniem z dawno niewidzianymi znajomymi, to jest to zapowiedź weekend idealnego. Plaża, morze, 3 dni wolne, a do tego spotkanie z Weroniką, moją dobrą koleżanką ze studiów, która od trzech lat mieszka w Madrycie ze swoim chłopakiem. Weronika i Greg już kilka tygodni temu poinformowali nas, że spędzają tydzień na Costa Brava i zaproponowali, żebyśmy chociaż na puente przyjechali. Jak to z nami ostatnio bywa, na rezerwacje noclegów zostawiliśmy na ostatnią chwilę a że do wyboru mieliśmy tylko miejscowość l’Estartit, jedyną dostępną opcją był camping. Pożyczyliśmy namiot i dzięki temu nie musieliśmy zmieniać planów. Jakoś tak się składa, że w ostatnie 3 wakacje spędziliśmy zawsze kilka nocy na campingu- na Helu, w Algarve i teraz na Costa Brava.

L'Estartit to typowa miejscowość wypoczynkowa na Costa Brava, latem tętni życiem i przyciąga międzynarodowych turystów, głównie Holendrów i Francuzów. Plaża nie wyróżnia się niczym szczególnym, ale jest duża i piaszczysta, woda dość płytka. Atrakcją są wyspy Medes, położone około 1 km od brzegu. Islas Medes są objęte ochroną, bo są rezerwatem fauny I flory. Na wyspy organizowane są rejsy statkiem z przezroczystym dnem, żeby można było podziwiać dno morskie i obserwować żyjące tam ryby i inne żyjątka. Wyspy są podobno idealne do nurkowania i podobno w przeszłości były schroniskiem dla piratów i przemytników.



W sezonie schronieniem nie są, bo schronić przed turystami się nie da. Ręcznik przy ręczniku, slalom aby dostać się do wody, to niestety rzeczywistość na większości plaż w regionie w sezonie. Z nostalgią wspominam wakacje nad Bałtykiem, gdzie po 10 minutowym spacerze mijamy wszystkich plażowiczów i możemy rozkoszować się ciszą, spokojem i samotnością. Ach, jeszcze sobie przypominam smak jagodzianek albo gofrów, które rekompensowały niepewność co do pogody. Z plaży lubię relaks z gazetką albo opalanie, woda jest nie do pływania a raczej do pluskania (jestem więc zupełnym przeciwieństwem Nuno, który w wodzie może spędzić cał godziny). Aby jednak nie ograniczyć się do leżenia plackiem, wynajęliśmy rowerek ze zjeżdżalnią, kupiliśmy paletki, a Werona materace dmuchane.




Wracając na słoneczną Costa Brava, pogoda w końcu osiągnęła hiszpańskie temperatury latem, ale jedno popołudnie padało, więc proszę nie zazdrościć aż tak bardzo. Nasz plan dnia był przewidywalny: plażowanie, prysznic, kolacja i drinkowanie z Weroniką i Gregiem.

Jednego dnia wybraliśmy się na Cala (cala to po prostu mała zatoczka z plażą) Montjoi, gdzie znajduje się jedna z najlepszych i najsłynniejszych restauracji na świecie, El Bulli. Nie wybraliśmy się tam jednak na posiłek, który trzeba rezerwować z rocznym wyprzedzeniem. Według wikipedii; Restauracja jest otwarta wyłącznie w sezonie od kwietnia do września. Rezerwacje są przyjmowane tylko w jednym dniu w roku, w październiku roku poprzedzającego rezerwację. Liczba ta jest ograniczona do 8000 posiłków w sezonie, przy 800 000 chętnych do rezerwacji ok. 400 chętnych na stolik. Średnia cena posiłku to 250 euro. Przy okazji researchu odkryłam, że restauracja została zamknięta, ale słynny kucharz Ferran Adrià nie wyklucza, że w przyszłości zamieni to kultowe miejsce w fundację.




Sama Cala – 310 metrów długości na 25 metrów szerokości, na zdjęciach (wydaje się, że z dodatkiem photoshopu) prezentuje się o niebo lepiej niż w rzeczywistości. Ale może z jednej z łódek perspektywa by nam się zmieniła :)

Na smaczek zostawiam wam reklamę piwa, która kręcona była właśnie na Cala Montjoi , w El Bulli, na przylądku Cap de Creus, w domu muzeum Salvador Dalí w Cadaqués (gdzie byliśmy wiosną) i w klasztorze Sant Pere de Rodes. (wideo pod wersją angielską)



Every long weekend is a great opportunity to make an escapade outside the city. And if at the same you can be with some friends you haven’t seen for ages, you have a perfect combination. Beach, sea, 3 days off, and on top of that meeting with Weronika, my good friend from the Uni, who has been living in Madrid for 3 years now with her French bf. Veronica and Greg informed us a long time ago about their summer plans of spending a whole week on Costa Brava and suggested we visited them during the puente. Recently we are really bad planners, so again we left reservations for the very last moment and then the only available option (as we were limited to find something in l'Estartit) was camping. We borrowed a tent, and thanks to that I could catch up with Veronica after long three years limited to facebook and mail only. I just realized that during the last 3 summers we always spent some night camping : Hel, Algarve and now Costa Brava.
L'Estartit is a typical holiday resort on Costa Brava, in the summer is vibrant small town that attracts international tourists, mainly Dutch and French. Beach is not outstanding or particularly attractive, but is quite large and sandy and water is shallow for many meters. Just opposite the beach, situated about 1 km from the shore, you can find Medes Islands. The small archipelago is a protected area, nature reserve, with interesting examples of flora and fauna. You can get there by boat that has transparent floor so you can admire the fish and other creatures. The islands are ideal for diving (at least it is what I read) and it is said that in the past they served as a refuge for pirates and smugglers who treated is as their safe place.


During the high season you can find all but refuge of refuge, as you cannot escape tourists. Towel next to a towel, slalom between people frying in the sun, is unfortunately the reality of most of beaches in the region. I recall with nostalgia summer holidays that I used to spent with my family on the Baltic seaside, where after a 10 minute walk, you passed all the sunbathers and could enjoy the tranquility, peace and solitude. Oh, I still remember the taste of small berry pies and waffles, that made up for the bad weather. Beach for me is a synonym of relaxing with a book or magazine and sunbathing, and water is just to refresh from time to time, so rather splash than swim- in this I am the opposite of Nuno who can spend whole hours in the water. We rented a water bike with a slide so not to spend the whole day just lying flat, and we bought small wooden paddle to play, and Weronika water mattresses :)





During the weekend we could finally enjoy some sun, and the temperature reach the level of summer temperatures that we should normally enjoy during the summer in Spain. Still, one afternoon it rained, so please do not envy me so much :P Our plan for the day was predictable: beach, shower, dinner and drinks with Weronika and Greg.
One day we went to Cala Montjoi (cala is just a small bay with a beach), where there one of the best and most famous restaurants in the world, El Bulli, is situated. We didn’t go to eat as you need to book a year in advance. According to Wikipedia: the restaurant is open only in season from April to September. Reservations are accepted only on one day a year, in October the year preceding the reservation. This number is limited to 8,000 meals in the season, with 800 000 people willing to book, 400 per the table. Average price of the meal is 250 euros. However, when I was doing some research I discovered that the restaurant was closed at the end of this July, but its famous Ferran Adrià affirmed that in few years it would be re-opened as a cultural center or foundation.


Cala itself- 310 meters long and 25 wide, looks much better on pictures we googled (some with touch of photoshop) than in reality. Perhaps the perspective changes if you are on one of the boats :)
For the end I leave you a beer commercial that was shot on Cala Montjoi, in El Bulli, on the Cap de Creus peninsula, the house-museum of Salvador Dalí in Cadaqués (where we went few months ago) and in the monastery of Sant Pere de Rodes. Hope you enjoy the summer music and views.

Showing posts with label okolice Barcelony/Barcelona surroundings. Show all posts
Showing posts with label okolice Barcelony/Barcelona surroundings. Show all posts

Tuesday, 3 July 2012

Relaks na Costa Brava/ Relax on the Costa Brava

Od czasu do czasu Nuno aktywnie włącza się w organizację naszego czasu wolnego. W poprzedni weekend nie wiedziałam nawet, gdzie będziemy dokładnie i co będziemy robić. Miła odmiana. Choć wiedziałam, że plaża i odpoczynek to główny plan na sobotę i niedzielę, nie musiałam jednak nic planować.

W sobotę wstaliśmy dość wcześnie, wklepaliśmy do GPS namiary na plażę przy miasteczku Palamós. Jednak poprowadził nas on do ścieżki rowerowej, nie odważyliśmy się podążyć za wskazówkami i zamiast na wąską plażę (Cala estreta) pojechaliśmy na playa la Fosca. Zanotujcie sobie tę nazwę, bo jest to jedna z ładniejszych, według nas, plaż na Costa Brava. Szeroka, piaszczysta, czysta i co najważniejsze, nie aż tak zatłoczona spragnionymi słońca plażowiczami.


Po kilku godzinach plażowania z babskimi gazetkami (Nuno bardziej ambitnie czytał książkę na moim ebooku), poprzeplatanych chwilami orzeźwienia w morzu, pojechaliśmy do naszego hotelu. Znajdował się on w przysłowiowym gdzie diabeł mówi dobranoc, w tym konkretnym przypadku tym „gdzie” było pole golfowe. Problemem ze spontanicznymi wypadami na Costa Brava jest brak miejsc noclegowych, większość jest zarezerwowanych, albo przekracza nasze możliwości finansowe.


Zatrzymaliśmy się więc w hotelu położonym 20 km od Girony, tam też pojechaliśmy na kolację połączoną z oglądaniem meczu Francja-Hiszpania. Poszukiwanie otwartego baru z transmisją meczu było trudniejsze niż się spodziewaliśmy, ale mieliśmy szczęście i weszliśmy do pierwszego napotkanego baru, który na drzwiach miał wywieszoną informację o meczu. I trafiliśmy na kulinarny raj montaditos. Jedne z najlepszych, jakie jedliśmy i na pewno najtańsze (gdzie w Barcelonie zjesz montadito/ tapas za 1 euro?- pytanie czysto retoryczne). Na deser wybraliśmy się do osławionej lodziarni Rocambolesc (nie byłam jednak sobą i nie zrobiłam żadnych zdjęć, więc odsyłam do linka, bo wystrój jest bajkowy).


W niedzielę nasze lenistwo osiągnęło szczyty. Nie ruszyliśmy się z basenu hotelowego, przenosiliśmy się tylko z leżaka do basenu, z basenu do wiklinowego „jajka”, by w cieniu podrzemać. Plan mieliśmy ambitniejszy, mieliśmy odkryć nową plażę, ale czasami plany trzeba odłożyć lub zmienić. Czasami trzeba zrelaksować się maksymalnie, podładować akumulatory, wyłączyć myślenie, że coś trzeba zrobić, bo inaczej to strata czasu. Dla mnie to szczególnie trudne, planowanie mam chyba w genach, nie do końca umiem wrzucić na luz i nic nie robić.




From time to time, Nuno is the one that organize our weekend. Last time he was an active planner and I didn’t even know exactly where we were staying and what was the schedule. A small correction, with Nuno’s as a planner, there is no strict schedule. I knew I could expect relax on the beach.

On Saturday we got up relatively early, input GPS coordinates of a nice beach near Palamós (Cala estreta). It led us to a bike path, we didn’t dare to follow the gps’s questionable instructions so we turned and went instead to Playa la Fosca. Write down this name, cause we found it to be one of the nicest beach of Costa Brava. It is wide, sandy, clean and most importantly, not so crowded.


We spent several hours of sunbathing and doing nothing, if you don’t count reading some magazines (normally I don’t buy them, but I just can’t imagine relax on the beach without reading them. Nuno was more ambitious and was reading a book on my ebook instead.) When we finally got tired of the sun and sea, we went to our hotel. It was located in the middle of nowhere, and in this particular case “nowhere” was a golf course. The problem with spontaneous trips to the Costa Brava is that many times everything is overbooked or overpriced.


So we decided to stay in a hotel 20 km from Girona, and more than half an hour from the seaside. As Girona is a really nice city, we decided to have a dinner there and watch a football game, France against Spain. Finding an open bar with a TV broadcasting the game turned out to be a challenge . We were lucky to find one and it was a culinary paradise of montaditos. Some of the best we have eaten and definitely the cheapest ones (if you know where to have a montadito for 1 euro in Barcelona, please let me know). For dessert, as a meal isn’t finished without something sweet, we went to a famous ice cream shop Rocambolesc. I wasn’t myself as I didn’t take a single picture, so please check this link a the décor is just fabulous.


On Sunday, we couldn’t be more lazy :) We were supposed to spend some time by the pool and then discover some nice beach. But instead we spent the whole day by the pool, moving from sun lounger to the pool. Sometimes you need to relax, recharge the batteries, forget about everything. For me it is difficult, not making plans is harder than being spontaneous. Really, it seems that I have developed some planning gene, and just can’t help but organize everything to the smallest details. This weekend was about all but planning. And I enjoyed it.

Monday, 7 May 2012

Trzy zamki, rzeka i flamingi/ 3 castles, river and flamingos

Nie wiem, jak Nuno znalazł Miravet. Nie wiem, ale jestem szczęśliwa, że znalazł to malownicze miasteczko. Praktycznie z braku dni wolnych na Wielkanoc, nie opłacało nam się kupować drogich biletów, by święta spędzić w domu. Jednak nie chcieliśmy zostać w Barcelonie. Tym razem to Nuno zaplanował (kto nas zna, wie, że od planowania raczej jestem ja), żebyśmy świąteczny weekend spędzili w okolicach Tarragony. Jednym mankamentem było brak miejsc noclegowych w miejscach ciekawszych niż Móra d'Ebre, gdzie absolutnie nie ma nic do zobaczenia (poza trudnymi do znalezienia ruinami zamku oraz zaskakująco dobrym tapas barze).


Po Tarragonie, naszym przystankiem było właśnie Miravet. Zdjęcia chyba mówią same za siebie. Rzeka. Nad rzeką miasteczko. Nad miasteczkiem góruje zamek. Z zamku rozciąga się wspaniały widok nad rzekę. Zataczamy koło. Moglibyśmy wypożyczyć kajak. Miasteczko ma swój urok, któremu ulegamy z łatwością.



Nocleg mieliśmy w Móra d'Ebre w naprawdę fajnym hotelu (Hostal La Creu), gdzie wieczorem bez wyrzutów sumienia oglądaliśmy na laptopie nowy serial. Wcześniej bowiem stwierdziliśmy na spacerze, kiedy dopiero przy 3 próbie odnalezienia ruin zamku, udało nam się tenże znaleźć, że w zasadzie nie ma co za bardzo w tym zagubionym katalońskim miasteczku robić. Na kolację też, zamiast iść za radą właścicielki hostalu i poszukać poleconej przez niej restauracji (pewnie też byśmy się zgubili po drodze), przeszliśmy tylko przez ulicę do tapas baru Piscolabis.


Na ostatni dzień wybraliśmy się do Delty, po drodze, nie wiem czemu, zatrzymując się w Tortosie. Zobaczyliśmy katedrę, mieliśmy zobaczyć zamek, ale nie mogliśmy znaleźć drogi do niego prowadzącej (czyli trzeci zamek w ciągu 2 dni sobie lekką ręką odpuściliśmy). Czekała na nas bowiem Delta de l’Ebre, drugi co do wielkości park w Hiszpanii (320 km²), rezerwat przyrody, gdzie spotkać można flamingi i 300 (jeśli wierzyć Internetowi) innych gatunków ptaków.


Najlepszym sposobem na poznanie delty jest rower (lub własne nogi, jeśli ktoś ma więcej czasu). Z braku własnego dwuśladu, wypożyczyliśmy 2 podstarzałe w jednej z licznych wypożyczalni. Malownicze krajobrazy, dziesiątki kitesurferów, stanowiska do obserwacji ptaków- park pełen jest atrakcji. Niestety nie byliśmy wyposażeni a lornetki, a mój aparat aż takiego zooma nie ma, więc różowe flamingi były ledwo widoczne.


Nie lada wyzwaniem była przeprawa przez niektóre bardzo podmokłe odcinki trasy rowerowej, ale umiarkowana dawka sportu na świeżym powietrzu, nawet jeśli zakończona błotem na spodniach, to było idealne zakończenie miłego weekendu.



I don't know how and on which website Nuno discovered Miravet. But I am so glad he found this charming tiny village. As this year on Easter we practically didn’t have any days off, we decided that instead of buying overprized plane tickets to go home, we would stay in Spain, but not in Barcelona. This time Nuno was responsible for all the planning (those who know us, are well aware that I am the planner) and he chose Tarragona area for our Easter destination. The only negative point was that we started the planning bit too late, and all the best sleeping spots were already full, and we ended up in a rather unattractive Mora d'Ebre, virtually in the middle of nothing. Well it did had some ruins of a castle and a nice tapas bar, so it wasn’t that bad after all.


After visiting Tarragona and seeing the Semana Santa procession, our next stop was Miravet. There is nothing I can write much about this charming pueblo. As they say a picture is worth a thousand words. River. A tiny town by the river. The town is dominated by a castle. From the castle you can admire beautiful view on the river. Come full circle. We could have rented a kayak. Instead we just relaxed, stare at the river for a long moment. The town has a big charm, and we easily fell under its spell.


As I mentioned, we booked a higly recommended hotel in Mora d'Ebre (Hostal La Creu), but in the evening we just chilled in our room, watching a new series. Well, we did go for a walk, we tried to find the castle, and were able to do on our 3rd attempt, we admired the views on the Ebre. And that was about all you could do in this lost Catalan town. Then, instead of following recommendation and going to some restaurant (we would probably have gotten lost anyway), we just crossed the street and went to a surprisingly good tapas bar Piscolabis (if you are ever lost in Mora d’Ebre, you must go there).


We spent a last day in Delta de l’Ebre, stopping for some unknown reason in Tortosa. After seeing the cathedral, we failed to find a way to a castle. As it was to be the 3rd castle we saw in just 2 days, we decided to skip it. What you can't skip is Delta, the second largest natural park in Spain (320 km ²), a nature reserve where you can meet flamingos and 300 (if you believe the information I found on the Internet) of other bird species.


The best way to explote the delta is on a bike or if you have more a) time- on foot, b) money- on a boat. As we don’t own our own bicycle, we rented two “vintage” ones (there are many points where you can cheaply rent bicycles). Picturesque landscapes, dozens of kite surfers, bird-watching position-you get it all in just one park.


Unfortunately, as we didn’t take with us a pair of binoculars (it is not that we have one anyway) so we couldn’t really enjoy bird-watching and my zoom isn’t really that good, so pink flamingos seems like some barely visible dots. Crossing some flooded parts of the bicycle track was quite challenging, but outdoor activity, even if we ended up with your shoes and trousers covered with mud, was a perfect way to finish our Easter weekend.

Tuesday, 16 August 2011

Puente na Costa Brava / Puente on Costa Brava

Długi weekend to doskonała okazja na małą eskapadę poza miasto. A jeśli można to połączyć ze spotkaniem z dawno niewidzianymi znajomymi, to jest to zapowiedź weekend idealnego. Plaża, morze, 3 dni wolne, a do tego spotkanie z Weroniką, moją dobrą koleżanką ze studiów, która od trzech lat mieszka w Madrycie ze swoim chłopakiem. Weronika i Greg już kilka tygodni temu poinformowali nas, że spędzają tydzień na Costa Brava i zaproponowali, żebyśmy chociaż na puente przyjechali. Jak to z nami ostatnio bywa, na rezerwacje noclegów zostawiliśmy na ostatnią chwilę a że do wyboru mieliśmy tylko miejscowość l’Estartit, jedyną dostępną opcją był camping. Pożyczyliśmy namiot i dzięki temu nie musieliśmy zmieniać planów. Jakoś tak się składa, że w ostatnie 3 wakacje spędziliśmy zawsze kilka nocy na campingu- na Helu, w Algarve i teraz na Costa Brava.

L'Estartit to typowa miejscowość wypoczynkowa na Costa Brava, latem tętni życiem i przyciąga międzynarodowych turystów, głównie Holendrów i Francuzów. Plaża nie wyróżnia się niczym szczególnym, ale jest duża i piaszczysta, woda dość płytka. Atrakcją są wyspy Medes, położone około 1 km od brzegu. Islas Medes są objęte ochroną, bo są rezerwatem fauny I flory. Na wyspy organizowane są rejsy statkiem z przezroczystym dnem, żeby można było podziwiać dno morskie i obserwować żyjące tam ryby i inne żyjątka. Wyspy są podobno idealne do nurkowania i podobno w przeszłości były schroniskiem dla piratów i przemytników.



W sezonie schronieniem nie są, bo schronić przed turystami się nie da. Ręcznik przy ręczniku, slalom aby dostać się do wody, to niestety rzeczywistość na większości plaż w regionie w sezonie. Z nostalgią wspominam wakacje nad Bałtykiem, gdzie po 10 minutowym spacerze mijamy wszystkich plażowiczów i możemy rozkoszować się ciszą, spokojem i samotnością. Ach, jeszcze sobie przypominam smak jagodzianek albo gofrów, które rekompensowały niepewność co do pogody. Z plaży lubię relaks z gazetką albo opalanie, woda jest nie do pływania a raczej do pluskania (jestem więc zupełnym przeciwieństwem Nuno, który w wodzie może spędzić cał godziny). Aby jednak nie ograniczyć się do leżenia plackiem, wynajęliśmy rowerek ze zjeżdżalnią, kupiliśmy paletki, a Werona materace dmuchane.




Wracając na słoneczną Costa Brava, pogoda w końcu osiągnęła hiszpańskie temperatury latem, ale jedno popołudnie padało, więc proszę nie zazdrościć aż tak bardzo. Nasz plan dnia był przewidywalny: plażowanie, prysznic, kolacja i drinkowanie z Weroniką i Gregiem.

Jednego dnia wybraliśmy się na Cala (cala to po prostu mała zatoczka z plażą) Montjoi, gdzie znajduje się jedna z najlepszych i najsłynniejszych restauracji na świecie, El Bulli. Nie wybraliśmy się tam jednak na posiłek, który trzeba rezerwować z rocznym wyprzedzeniem. Według wikipedii; Restauracja jest otwarta wyłącznie w sezonie od kwietnia do września. Rezerwacje są przyjmowane tylko w jednym dniu w roku, w październiku roku poprzedzającego rezerwację. Liczba ta jest ograniczona do 8000 posiłków w sezonie, przy 800 000 chętnych do rezerwacji ok. 400 chętnych na stolik. Średnia cena posiłku to 250 euro. Przy okazji researchu odkryłam, że restauracja została zamknięta, ale słynny kucharz Ferran Adrià nie wyklucza, że w przyszłości zamieni to kultowe miejsce w fundację.




Sama Cala – 310 metrów długości na 25 metrów szerokości, na zdjęciach (wydaje się, że z dodatkiem photoshopu) prezentuje się o niebo lepiej niż w rzeczywistości. Ale może z jednej z łódek perspektywa by nam się zmieniła :)

Na smaczek zostawiam wam reklamę piwa, która kręcona była właśnie na Cala Montjoi , w El Bulli, na przylądku Cap de Creus, w domu muzeum Salvador Dalí w Cadaqués (gdzie byliśmy wiosną) i w klasztorze Sant Pere de Rodes. (wideo pod wersją angielską)



Every long weekend is a great opportunity to make an escapade outside the city. And if at the same you can be with some friends you haven’t seen for ages, you have a perfect combination. Beach, sea, 3 days off, and on top of that meeting with Weronika, my good friend from the Uni, who has been living in Madrid for 3 years now with her French bf. Veronica and Greg informed us a long time ago about their summer plans of spending a whole week on Costa Brava and suggested we visited them during the puente. Recently we are really bad planners, so again we left reservations for the very last moment and then the only available option (as we were limited to find something in l'Estartit) was camping. We borrowed a tent, and thanks to that I could catch up with Veronica after long three years limited to facebook and mail only. I just realized that during the last 3 summers we always spent some night camping : Hel, Algarve and now Costa Brava.
L'Estartit is a typical holiday resort on Costa Brava, in the summer is vibrant small town that attracts international tourists, mainly Dutch and French. Beach is not outstanding or particularly attractive, but is quite large and sandy and water is shallow for many meters. Just opposite the beach, situated about 1 km from the shore, you can find Medes Islands. The small archipelago is a protected area, nature reserve, with interesting examples of flora and fauna. You can get there by boat that has transparent floor so you can admire the fish and other creatures. The islands are ideal for diving (at least it is what I read) and it is said that in the past they served as a refuge for pirates and smugglers who treated is as their safe place.


During the high season you can find all but refuge of refuge, as you cannot escape tourists. Towel next to a towel, slalom between people frying in the sun, is unfortunately the reality of most of beaches in the region. I recall with nostalgia summer holidays that I used to spent with my family on the Baltic seaside, where after a 10 minute walk, you passed all the sunbathers and could enjoy the tranquility, peace and solitude. Oh, I still remember the taste of small berry pies and waffles, that made up for the bad weather. Beach for me is a synonym of relaxing with a book or magazine and sunbathing, and water is just to refresh from time to time, so rather splash than swim- in this I am the opposite of Nuno who can spend whole hours in the water. We rented a water bike with a slide so not to spend the whole day just lying flat, and we bought small wooden paddle to play, and Weronika water mattresses :)





During the weekend we could finally enjoy some sun, and the temperature reach the level of summer temperatures that we should normally enjoy during the summer in Spain. Still, one afternoon it rained, so please do not envy me so much :P Our plan for the day was predictable: beach, shower, dinner and drinks with Weronika and Greg.
One day we went to Cala Montjoi (cala is just a small bay with a beach), where there one of the best and most famous restaurants in the world, El Bulli, is situated. We didn’t go to eat as you need to book a year in advance. According to Wikipedia: the restaurant is open only in season from April to September. Reservations are accepted only on one day a year, in October the year preceding the reservation. This number is limited to 8,000 meals in the season, with 800 000 people willing to book, 400 per the table. Average price of the meal is 250 euros. However, when I was doing some research I discovered that the restaurant was closed at the end of this July, but its famous Ferran Adrià affirmed that in few years it would be re-opened as a cultural center or foundation.


Cala itself- 310 meters long and 25 wide, looks much better on pictures we googled (some with touch of photoshop) than in reality. Perhaps the perspective changes if you are on one of the boats :)
For the end I leave you a beer commercial that was shot on Cala Montjoi, in El Bulli, on the Cap de Creus peninsula, the house-museum of Salvador Dalí in Cadaqués (where we went few months ago) and in the monastery of Sant Pere de Rodes. Hope you enjoy the summer music and views.