Showing posts with label codzienność/routine. Show all posts
Showing posts with label codzienność/routine. Show all posts

Saturday, 25 February 2012

Brunch na Gracia i magiczna waga/ Brunch In Gracia and a magic scale

W sobotę nie istnieje budzik. W tę sobotę jedynym konkretnym planem miała być impreza u Patri, na którą nas zapraszała od miesiąca. Nie byłabym jednak sobą, gdybym nie spróbowała jakoś wypełnić luki pomiędzy pobudką a fiestą. Magda aluzyjnie wysłała mi linka do Zary z zamówieniem na prezent urodzinowy, więc początek planu już mieliśmy. Nuno musi przeczytać biografię Steva Jobsa w ciągu niecałych 20 dni, więc kolejny punkt programu też wymyśliliśmy- znaleźć fajną café, gdzie moglibyśmy poczytać. Z pomocą przyszedł, nie po raz pierwszy, google i blogi barcelońskie. Po krótkim researchu wybór padł na La Fourmi Café na Gracii. Gracia, jak już wielokrotnie pisałam, to zagłębie fajnych, fajniejszych i tych mniej fajnych knajpek, barów i restauracji. Tym razem się nie rozczarowaliśmy i mimo, że z czytania nic nie wyszło, to spędziliśmy miło czas. Forumi to idealne miejsce na sobotnie śniadanie/ brunch/ lunch. My wybraliśmy menu meksykańskie i francuskie (do wyboru amerykańskie i słodkie lub kanapki i naleśniki), do tego był oper bar z serami, wędlinami, tostami, dżemami i świeżymi owocami. A na deser brownie z lodami i cheescake. Do tego miłą niespodzianką było odkrycie, że kelnerka nie tylko jest z Polski, ale też ma na imię Agnieszka :) Na pewno jeszcze tam wrócimy. Jak nie na brunch, to na drinka lub Moritza i pogawędkę z Agą.


Po naszym blogu widać (chyba), że lubimy jeść, odkrywać nowe bary, próbować lokalnych smakołyków. Jeśli ty też należysz do grona smakoszy i boisz się, że ostatnimi dniami przybrałeś na wadze, zapraszam na spacer po Dzielnicy Gotyckiej, skręcenia w Carrer Ciutat, gdzie przez muzeum dziwnych wynalazków (dokładnej nazwy nie pamiętam) stoi cudowne urządzenie. Waga, która wyleczy cię z kompleksów! Nuno ma wagę Baracka Obawy i Georga Clooneya (!), a ja się usytuowałam między Kate Moss i Marylin Monroe (czyli wysiłek na siłowni nie idzie na marne, uff). Niektóre wskaźniki mnie rozbroiły: Messi (bez piłki), królowa Elisabeth (bez korony), Paris Hilton (po shoppingu), Lady Gaga (obrana w mięsną sukienkę).



On Saturday, the alarm clock isn’t tolerated. This Saturday, for a change, the only plan we had was Patri’s housewarming party. Well, I wouldn’t be myself if I didn’t try to fill somehow the gap between waking up and getting ready for the party. As Magda allusively sent me a zara link for her b-day present, we had where to begin with. Nuno has only 2 weeks to finish reading Steve Jobs biography, so that would make a perfect continuation of our plan. We only had to find a nice café, where we could read. Once again google and Barcelona blogs came in handy and after a quick research we chose La Fourmi Café on Gracia. Gracia, as I’ve mentioned repeatedly is a district with thousands of cool, cooler or less cool cafes, bars and restaurants. This time, even thought we changed initial plan from reading to talking, we weren’t disappointed with the place. Fourmi is a perfect place for a Saturday lazy breakfast / brunch / lunch. We chose a French and Mexican menu (there was also American and sweet one and variety of sandwiches or crêpes to chose from), in price an open bar with chees, ham, toasts, jams and fresh fruits was included. As we always have space to have a dessert, we had brownie with ice cream and cheesecake. The best part was when I discovered that a waitress was not only Polish, but her name is Agnieszka. We will definitely be back soon. If only not to eat, there are drinkis and moritz and chat with a nice girl from Warsaw.


When while reading our blog you get the impression that we like to eat, discover new bars, try local dishes, well, you are basically 100% right. If you also belong to the club of food lovers and may be afraid that you gain some extra pounds, I invite you to have a walk in the Gothic Quarter. Take a turn in Carrer Ciutat where a museum of strange inventions (I really don’t remember its correct name) is located. There you can find a scale that cure you of complexes! Nuno has the same weight as Barack Obama and George Clooney ( !!!), I’m somewhere between Kate Moss and Marilyn Monroe (yey, the hours spend at the gym give results!). Some weight indications can really cheer one up: Messi (without ball), Queen Elisabeth (without crown), Paris Hilton (after day of shopping) or Lady Gaga (dressed in meat).


La Fourmi Café
Milà i Fontanals, 58. Barcelona, 08012
Metro: Joanic (Línea 4). Bus: 20, 39, 45, 55, 57, 114, 116, N6
Niedz(Sun)- Czw(Thu) 9 a 2.30. Pt (Fri)-Sob(Sat) do/till 3.

Friday, 24 February 2012

A po pracy na pizzę/ Slice of pizza after work

W planie było wyjście na siłownię. Wystarczył jeden niewinny telefon od Patri, żeby spalanie kalorii zmieniło się na ich konsumowanie. Czasami tak bywa. Z ekipą z Nuno pracy poszliśmy więc na pizzę. Post będzie krótki, bo rozpisywać się o zwykłym, choć klimatycznym miejscu, gdzie serwują porządną pizzę, szkoda czasu. Pizzeria nazywa się Pepe, ma fajnie pomalowane ściany, małą jaskinię, gdzie siedzieliśmy ogrodzeni od reszty sali, nie serwują Spitza (mimo że mają aperol, czym byłam oburzona troszkę), a przy wyjściu stoi rower. I po 21 robi się tłoczno. Zgłodniałam.


The plan was to go to the gym. And with only one phone call from Patri, we went from burning calories to consuming them. Well, this weak we are being fit-lazy, I admit. We went with Nuno work friends for pizza. It still wasn’t the Lent. The post is limited to few phrases as an ordinary, though nice place, that serves decent pizza shouldn’t really deserve a whole blog entry. The pizzeria is called Pepe, has nice painted walls, a small cave, where we sat separated from the rest of the place, strangely they don’t serve spritz, even thou they have aperol and there is a cute blue bike next to the exit. And after 9 pm it gets really crowded. Did I mention their pizza is tasty? I got hungry again...


Valldonzella, 36 Barcelona, 08001
Distrito: Ciutat Vella - Barrio: Raval
Horario: L-D de 19:00 a cierre
Cómo llegar: L1,L2 Universitat

Tuesday, 7 February 2012

Leniwy weekend łasuchów/ Lazy weekend full of comfort food

Ten dzień musiał kiedyś nadejść. Spóźniona zima przypomniała sobie o Hiszpanii. Wiem, wiem, ni e są to siarczyste mrozy, temperatura spada poniżej 0 tylko w niektórych regionach albo w nocy, śnieg w większych miastach ogranicza się tylko do kilku płatków. Ale termometr wskazujący zaledwie 3-4 kreski, to dla mnie stanowczo za mało. Na marginesie dodam, że tych kilka płatków śniegu wystarczyło, by Nuno w czwartek został wygnany z pracy w Sant Cugat i pracował zdalnie z domu. Dwa lata temu, kiedy to Barcelone nawiedziła “śnieżyca” całe miasto zostało sparaliżowane, a ludzie pracujący poza centrum, prawie uwięzieni w biurowcach lub w autach. W tym roku firmy chuchały więc na zimno i zapobiegawczo wypuściły pracowników wcześniej (ja też dostałam komunikat, że możemy iść do domu, jak zacznie padać śnieg, ale jak na złość w Cornella tylko padał deszcz, więc musiałam siedzieć do tej 18.30).

W sobotę odważyliśmy się wyjśćna mały spacer po Passeig de Gracia. Nuno skorzystał z ostatnich dni rebajas, ja jakoś nie miałam cierpliwości do przeglądania sterty przebranych ciuchów. Nie byłabym sobą, gdybym przed spacerem nie zaplanowała, gdzie moglibyśmy się rozgrzać (tu nie tolerują grzańca, więc padło na gorąco czekoladę). Jako że byliśmy kilka przecznic od Gracii, wybór był prosty czekoladziarnia- La Nena, obok której przechodziliśmy już parokrotnie i zawsze byloiśmy o krok od wejścia. Nawet opis w internecie, że jest to idealne miejsce dla rodziców z dziećmi nas nie odstraszył. I dobrze, bo na samo wspomnienie pysznych ciast mam ochote kupić skladniki i zamknąć się w kuchni i wyczarować jakiś podobny przysmak. Dla tych, co nie mieli jeszcze okazji zjeść ciasta mojego autorstwa, gwarantuję, że moje wypieki mogłyby konkurowaćspokojnie z tymi z La Nena. Ale i tak zrobię im reklamę. Nuno zamówił ciasto marchewkowe z orzechami, a ja plumcake z bananem i czekoladą. A do tego 2 gorące gęste czekolady, dla kontrastu podane z zimnymi lodami waniliowymi. Rozpusta dla dwóch zziębionych łasuchów. Największy łasuch świata domówił sobie jeszcze drugą czekoladę, a podobno nie przepada za czekoladą w wersji płynnej.


W La Nena można spędzić godziny, można sobie wziąć książkę z półki i zanurzyć się w lekturze, sobie zagrać w scrabble albo inne gry stołowe (dla dzieci są też zabawki). Niestety Nuno nie był zbyt zainteresowany. Jeśli ktoś chciałby tu spędzić romantyczne popołudnie, to powinien się wybrać, gdzie indziej :) Ale jest to idealne miejsce na zimne popołudnie. Adres Ramón y Cajal, 36, Gracia, godziny otwarcia od 9 do 14 i od 16 do 22.


Jeśli ktoś myśli, że to koniec opowieści o weekendowym jedzeniu, to się myli :) Na sobotni wieczór mieliśmy zaplanowane wyjście ze znajomymi do restauracji rumuńskiej, żeby powspominac sobie tamtejsze przysmaki (ach te sarmale i papanasi). Notatka na marginesie dla niezorientowanych: od stycznia do października 2010 mieszkaliśmy w Bukareszcie, dla zainteresowanych link do bloga, którego pisałam w Rumunii. Niestety, coś ostatnio nie mamy szczęścia i nasze plany musimy przekładać. Tym razem okazało się, że cała restauracja została zarezerwowana z okazji chrztu. Tym razem nikt nie narzekał, że byłam za bardzo “polska” i przyszło mi do głowy zadzwonić i zrobic rezerwację. Plan trzeba było zmienić i wraz z Patri wylądowaliśmy w restauracji syryjskiej w Gracia. Lubimy orientalne jedzenie, ale przeliczyliśmy nasz apetyt i porcje, jakie nam zaserwowano znacznie przekroczyły nasze możliwości. Poprosiliśmy więc o zapakowanie resztek na wynos i dzięki temu w niedzielę uniknęliśmy sprzeczki, czyja to kolej na gotowanie.


Niedzielę spędziliśmy na totalnym lenistwie, nie wychodząc prawie z łóżka i nadrabiając filmowe zaległości. Czasami tak trzeba.




This day had to come eventually, the day when winter finally arrived to Spain. I know, it is nothing compared to cold wave of minus 25 degrees and heavy snowfalls in the Eastern Europe. Here only in few regions the temperature reaches minus ten degrees and mostly at night and snow is limited to few flakes. But still, 3-4 degrees that the thermometer shows in the morning is way too cold for me to be satisfied. By the way, those few snowflakes were enough for Nuno’s company to evacuate everyone from their building in Sant Cugat and made the employees work from home instead. It was mainly because the companies were afraid that the chaos from two years aho cold repeat, when snow paralyzed the city and people working outside of the city center were trapped in office buildings or in their cars. Even in my company we got the green light to go home the moment it starts to snow, we were gazing desperately through the windows to spot a single snowflake, but unfortunately in Cornella it just rained.

On Saturday, we were brave enough to go for a small walk on Passeig de Gracia. Rebajas are finishing, so Nuno bough some stuff in Zara, I didn’t have patience to wait in a huge queue to a dressing room and then cashier. I had done some research before leaving our flat (I wouldn’t be myself if I hadn’t), so I knew where we could warm up. As they don’t appreciate mulled wine here, the choice was pretty simple- hot chocolate. Since we were only few blocks from Gracia, I decided we try La Nena, a chocolateria-granja that we had passed few times and had always been a small step from entering. Even reading on the internet that it was the perfect place for parents to come with their children didn’t scare us. The place is really cosy, and when I think about theit delicious home-made cakes, I am about to but ingretiens and spend some time in the kitchen preparing a similar treat. For those who hasn’t got a chance to try my cakes, you have to believe my words when I say they could easily compete with those from La Nena. But I still recommend to try the place. Nuno ordered a carrot cake with nuts, I found plumcake with banana and chocolate more appealing. And of course, hot chocolate, this time served with vanilla ice cream. A sinful indulgence, I know. And the world’s biggest gourmand, ordered another cup of hot chocolate. With ice cream. And he said he didn’t like that much liquid chocolate...
La Nena is a place where you can spend long hours. Yu can take a book from a shelf and submerge yourself in lecture or play a board game (there are toys they can play with). Unfortunately Nuno didn’t feel like playing scrabble, so I couldn;t was not too interested. If someone wants to spend a romantic afternoon here, should think twice, but if you want to spend a cold afternoon in a nice and warm place, this is the perfect spot. Address Ramón y Cajal, 36, Gracia, opening hours from 9 to 14 and from 16 to 22.


If anyone thinks that is the end of the story of the weekend eating, they are wrong :) On Saturday evening we had planned out with friends If you think that I have finished my food weekend story, you are wrong. On Saturday we were supposed to go to a Romanian restaurant to remember our expat life when eating sarmale and drinking ursus. For those who doesn’t know, from January to October 2010 we lived in Bucharest, if you are interested, you can check out my blog I wrote in Romania. Unfortunately, we had to reschedule as there was baptism and the entire restaurant was booked. This time nobody complained on my being too “Polish” when calling the place to make a reservation. As the plan had to be changed, we ended with Patri in a in Syrian restaurant in Gracia. We like oriental food, but this time even Nuno couldn’t manage to eat our huge portions so we asked to take away the leftovers. This way on Sunday we avoided a small quarrel whose turn it was to cook.


Sunday was all about being lazy and doing absolutely nothing. We spent it almost entirely in bed watching movies and having siesta. Sometimes, it is just what you need.

Tuesday, 20 December 2011

Marzenia sie spelniaja…/ Dreams come true

Wysoko na liście moich marzeń są podróże. Dalsze i bliższe, ale te dalsze oczywiście częściej pozostają w strefie marzeń z rożnych powodów, a te bliższe łatwiej zrealizować.
Rok 2011 to podróże po Katalonii, do Wenecji, na Sardenię, do Polski. I Brazylia, czyli nasza pierwsza daleka podróż, pierwszy lot za ocean…. Wróciliśmy zachwyceni (i spłukani, bo Brazylia okazała się droższa niż Europa, a my na to nie byliśmy do końca przygotowani), pełni wrażeń, wspomnień, nowych smaków, zapachów, widoków.

I jak to z podróżami bywa, uzależniają, więc najchętniej już byśmy planowali następne i to jak najdłuższe i najdalsze…. W najbliższych tygodniach zamierzamy wykorzystać łagodną zimę (odpukać, żeby nagle się pogoda nie zmieniła) i wybrać się gdzieś autem w okolice Barcelony, a w marcu jedziemy na Fallas do Walencji (tym razem z dużym wyprzedzeniem zabookowaliśmy hotel). A reszta kalendarza otwarta.


Moje uzależnienie od podróży miedzy podróżami objawia się przeglądaniem blogów związanych z podróżami i czytaniem książek (ostatnio same o Azji). No i lubimy z Nuno poznawać różne kuchnie, a restauracji serwujących “egzotyczne” jedzenie nie brakuje na szczęście w Barcelonie.
I oczywiście pozostają mi spacery po Barcelonie…



Everybody has their own wish list, on top of mine are travels. Short trips, long ones, to another continent or just in the region, of course travelling far far away is more likely to remain a dream, and travelling to closer destinations is easier to turn into a real trip.

In 2011 we travelled quite a lot, we visited many places in Catalonia, we went to Venice, Sardinia, Poland. And our big trip to Brazil, the first exotic destination, the first flight across the ocean .... We came back in love with the country (and broke, as we didn’t expect Brazil to be so expensive, and it was more than Europe), full of memories, new tastes, new smells, new sceneries.


I admit, I am a travel addict, after coming back home I am ready to start planning another trip, the longer and farther, the better. I am already planning some car trips, as the winter is really mild (let’s hope it stays that way, cause I am really not a winter fan). In March we are going to Valencia to see Fallas, as we booked hotel few months in advance this time. And the rest of the calendar is open.

If I don’t travel, I addictively read travel blogs and all books related to other countries and cultures (most recently about Asia). And we really like trying new restaurants and getting to know world cuisines, and there are many “exotic” restaurants here.
And there are still plenty of things to see in Barcelona...

Monday, 10 October 2011

BiCiNg

Barcelona to nie Amsterdam, ale powoli widzi się coraz więcej ludzi, którzy z autobusów i metra przesiadają się na rowery, a duża część barcelończyków nie wyobraża sobie życia bez roweru. Jeśli nie masz swojego roweru, możesz korzystać z BiCiNg-u. Czerwono-białe rowery są już rozpoznawalnym i nieodłącznym elementem przestrzeni miejskiej. My również ostatnio jesteśmy uzależnieni od bicingu. Obiecywałam już kilka razy, że opiszę ze szczegółami na czym polega ten system publicznej wypożyczalni rowerów.

System jest bardzo prosty: po uiszczeniu wpisowego i wypełnienia formularza, po około 10 dniach otrzymuje się imienną kartę, która należy aktywować, by móc jednorazowo przez pól godziny za darmno korzystać z roweru z dowolnej wypożyczalni. Po pół godzinie należy rower oddać (po 10 minutach można wziąć kolejny), a jeśli podróż się przeciągnie (maksymalnie do dwóch godzin) pobierana będzie niewielka opłata. Bicing powstał, żeby umożliwić przemieszczanie się mieszkańców (należy być zameldowanym w Barcelonie, aby móc korzystac z dobrodziejstw tego systemu) na krótkich trasach- do i z przystanków, na uczelnię, do pracy i w ten sposób ograniczyć ruch samochodowy. Znalazłam informacje, że w 2011 zarejestrowanych jest 120.000 użytkowników, dostępnych jest 6000 rowerów na 420 stacjach rozrzuconych po całym mieście. Dziennie 40.000 razy rowery są w użytku.


Barcelona jest idealnym miejscem na poruszanie się na rowerze, ze względu na temperaturę i rozbudowaną sieć ścieżek rowerowych. Niestety, bicing ma swoje wady. Na stojakach często brakuje rowerów, albo wprost przeciwnie- są pełne i nie ma wolnego miejsca na zostawienie roweru (każda stacja ma jednak mapę z zaznaczonymi najbliższymi stacjami, oraz na internecie: zawsze przed wyjściem można skonsultować dostępność rowerów). Do tego nie wszystkie rowery są w pełni sprawne, niektóre skrzypią niemiłosiernie, inne mają problem z siodełkiem czy hamulcami, ale nas to nie zniechęca. Do tego od niedzieli do czwartku, od północy do 5 rano można jdynie oddawać rowery a nie je wypożyczać, w piątki i soboty stacje czynne są przez całą dobę, my już wypróbowaliśmy nocną jazdę.

Ostatnio można zauważyc w Barcelonie, że rower staje się popularnym i alternatywnym sposobem zwiedzania. Wspominałam, że BiCiNg zarezerwowany jest wyłącznie dla mieszkańców, co nie znaczy że turyści nie mogą wypożyczać rowerów. Nie wiem jednak jak plasują się cenowo wypożyczalnie dobowe, czy godzinne, których sporo się ostatnio w centrum otworzyło. Częstym widokiem są także duże grupy na rowerze podążające za przewodnikiem, którego rower ozdobiony jest kolorową flagą.


Ostatnio rower stał się naszym ulubionym środkiem transportu i zamierzamy w ten sposób pozwiedzać ponownie nasze ulubione miejsca.

Jeśli planujesz kilkumiesięczny pobyt w Barcelonie, po wyrobieniu sobie zameldowania (el padrón), zachęcam do wyrobienia sobie karty na bicing:
- Nie ma nic prostszego, oprócz padrón potrzebujesz mieć hiszpańskie konto bankowe,35€ wpisowego i już.
- Wypelniasz formularz dostępny na stronie internetowej, albo osobiście w biurze bicingu w barrio gótico, po około 10 dniach otrzymujesz kartę.
- Wchodzisz na stronę, rejestrujesz się (login dostajesz wcześniej ) i aktywujesz kartę.
- Od tego momentu możesz za darmo korzystać jednorazowo przez pół godziny z roweru, wystarczy zbliżyć kartę do czytnika, wyświetla się numer roweru. Po pół godzinie oddajesz rower (upewnij się, że po włożeniu roweru zapaliła się czerwona lampka, jeśli lampka miga, znaczy że rower nie jest poprawnie oddany). Po 10 minutach możesz wziąć ponownie rower. Na rowerze można jeździć do 2 godzin, ale po pierwszych 30 minutach naliczana jest taryfa (50 centów za każde dodatkowe pół godziny, aż do osiągnięcia limitu 2 godzin, po tym czasie naliczana jest kara 3€ za godzinę nieoddanie w czasie roweru. Po kilku takich karach, konto jest blokowane.
-Przed wyjściem z domu na stronie bicingu możesz sprawdzić czy na stacjach dostępne są rowery. Możesz również zaplanować sobie trasę, z uwzględnieniem stacji, z której bierzesz bicing oraz stacji, na której go zostawiasz.


Strona BiCiNg dostępna po hiszpańsku i katalońsku.


Barcelona is certainly not Amsterdam but it is getting more and more bike friendly, you can see that recenly the number of people who choose this form of transport over metro or buses. A lot of Barcelonians can’t imagine their daily routing without riding a bike. If you don’t have your own, don’t worrym there is a solution for you, BiCiNg. Red’white bikes are already integral part of urban architecture. Recenly we can call ourselves bicing addicts.

In recent posts I mentiones this system few times, this post is entirely dedicated to this public bicicle program. The main rules are very simple: you pay a year fee, filk out a form, after about 10 working days, you het your personal card (that you later on activate online) and then you can take a bike at atny time, and ride if for half an hour for free. After 30 minutes you have to return it (after 10 minutes you can hop on another bike if you like to continue), if you want to ride longer, you will pay a small fee for every other 30 minutes till you reach the limit of 2 hours that is permitted. The idea of bicing is to cover short daily routes that people make- to metro, work, school, etc. I found out that in 2011 there are 120.000 registered users, 6.000 bicicles available at 420 stations all over the city, and around 40.000 daily routes are made on bicing.


Barcelona is a perfect city to get around by bike, due to its climate and thanks to over a hundred kilometres of bike lane. Of course, bicing has its drawbacks. Some stations are empty (especially at rush hours) or on the contrary, they are full so that you can’t leave your bicycle (however every station has a map with the closest stations and you can always check on the Internet if there are bikes/ spaces available). The other negative aspect is the state of the bicycles, some have broken seat /brakes/bell, or while riding they squeak horribly. But we are still not discouraged.
From Sunday till Thursday, from midnight to 5 am, you can only leave bicycles and not take them, but on Friday/Saturday the service it 24hr. We already experience a night ride.

I’ve observed that visiting Barcelona by bike is getting more and more popular. Personally I’ve never tried his alternative way of sightseeing, but I’ve seen many organized groups on a bicycle following a guide. Or if you want to explore Barcelona on your own, you always can rent a bike, there are many bike-rentals in the city center that rent if for hours or days (as I mentioned Bicing is for residents only).


Lately a bike has become our favorite mean of transport and we gonna probably use it few time per day on the weekends.

If you plan to stay for several months in Barcelona, I personally advise you to get a BiCing card (once you have your padrón).

- The procedure is very easy- you need padrón, Spanish bank account, 35 € entry fee (as for 2011), and nothing more.
- You have to fill in the form (available on bicing website or at the bicing office in Gotico), after about 10 days you receive your personal card.
- You have to enter the bicing site, register (with the login they give you) and activate the card.
- From this moment you can use for free a red-white bike, just approach the card to the reader at the station which displays the number of bicycle you can take. After half an hour you must return a bike, make sure the light turns red, if it blinks it means a bike isn’t properly lockes. Adter 10 minutes you can take anither bike. The fisrt 30 minutes is free, for every next half an hour you pay a fee of 50 cents, but you can’t ride more than 2 hours, after which a penalty of of 3 € per hour is charged. After getting few panelties for not returning a bicykle on time, you card may get blocked.
-Before leaving home you can check on bicing website if there are any bikes available at the station. You can also plan a route that includes stations from which you take and later leave a bike.


The BiCiNg website available in Catalan and Spanish.

Sunday, 9 October 2011

Jesienna sobota/ Autumn Saturday

Tytuł posta może być mylący. Choć to chyba pogoda jest myląca, bowiem nawet jak na Hiszpanię pogoda w drugi weekend października jest wyjątkowo udana. Szkoda było siedzieć w domu, więc zerwaliśmy się wczesnym rankiem (godzina 9.30 to wczesny ranek według standardów Nuno), kupiliśmy sobie gazetkę (padło na El País, bo w sobotę mają dodatek dla kobiet, choć to jednak nie wysokie obcasy) i pomknęliśmy rowerkiem na plażę. Cappuccino na plaży, wiatr we włosach, słońce na twarzy, gazetka- idealne rozpoczęcie weekendu.


Potem było coraz lepiej. Na plaży jak widać nie było tłumów, choć pogoda zachęcała do wystawienia ciałka na słońce i łapania na zapas energii, bo nie wiadomo, kiedy jesienna pogoda zawita na stałe w Barcelonie.

Po śniadanku, znowu wskoczyliśmy na rowerki i pojechaliśmy do Barrio Gotico w poszukiwaniu torby dla Nuno. Nuno się bowiem lansuje i potrzebuje torby bo przecież noszenie książki w ręce jest passé (a Nuno porzuca na razie auto na rzecz transportu miejskiego i już jest w połowie pierwszej książki). W przerwie między shoppingiem wstąpiliśmy do Boqueria na energetyczny zastrzyk energii w postaci świeżego soku owocowego. Lunch mieliśmy ochotę zjeść w Pinotxo, ale skutecznie odstraszyły nas tłumy. Po zakupie 2 toreb (1 była w promocji tak atrakcyjnej, że nie można się jej było oprzeć) mieliśmy wrócić (rowerkiem oczywiście) do domu. Ale przejeżdżaliśmy akurat obok Kiosko, który propaguje nową ideę fastfoodu, a o którym wspominał mi kolega mieszkający na Bornie, że postanowiliśmy zrobić mały przystanek na hamburgera gourmet. Nuno burger z serem pleśniowym, a mój z serem manchego były pyszne, do tego miejsce ciekawe (szczególnie podobały mi się ściany łazienki obklejone komiksami), choć nie planujemy szybkiego powrotu. Za dużo jest bowiem miejsc, które chcemy wypróbować. Takie są ciężkie wybory, jakich będziemy teraz dokonywać, mieszkając w centrum.


Potem bicingiem do domu, krótki i zasłużony odpoczynek przed wieczornym piwkiem, a potem znowu rowerkiem (tym razem trochę się przeliczyliśmy, bo Gracia na mapie wygląda na położoną bliżej, Google maps nie uwzględnił, że pod górkę mamy oraz że slalom pomiędzy pieszymi na wąskich chodnikach Gracia nie jest czymś fajnym) do mieszkania Patri. Patri bowiem kilka tygodni temu zmieniła mieszkanie i jest dumną posiadaczką 2 tarasów, jeden z widokiem na morze, a drugi na Tibidabo. My mamy mikroskopijny balkonik, więc po cichu zazdrościliśmy jej. Potem wyskoczyliśmy jeszcze na szybkie piwko (piwa nie tkniemy przez najbliższe dni) do pobliskiego baru (jednego z tysięcy barów dzielnicy).


A potem rowerkiem do domu. Nie ma nic fajniejszego niż nocna jazda na rowerze (nawet jeśli skrzypi on niemiłosiernie), kiedy na ulicach pustki. Polecamy!


The title of the post may be a bit misleading after you have seen the photos. The weather during this second weekend of October (and against all the forecasts) was rather summer. It would be a waste to stay at home, so we woke up quite early (by early I understand 9.30 am, and for Nuno’s standards it is extremely early), bough a newspaper (we chose El País cause on Saturday they have a special supplement for women) and we moves quickly on red bikes toward beach. Sipping a cappuccino while reading a paper, wind playing with your hair, sun on your face, it was a perfect way to start our weekend.


And it got only better. The beach wasn’t crowded, still there were quite a few people who exposed their bodies to the last sun rays and tried to get all the positive energy that sun can give you, cause you never know when autumn finally arrives in Barcelona and stays.

After a breakfast, we jumped again on bikes and pedaled to Barrio Gotico to find some nice bag for Nuno. Nuno now goes to work by public transport and carrying a book in your hand is so passé :P In the middle of the shopping we made a small detour and went to Boqueria to buy some fresh fruit juice that was the energy boost we craved. We wanted to lunch in Pinotxo but on Saturday it was so crowded that we gave up and postponed going there (I was to go there so many times, never made it, one of the negative aspects of Barcelona being a popular touristic destination). After buying two bags (one was on sales and the price was so attractive, Nuno couldn’t resist), we were supposed to go home, by bicing of course. But when we passed just next to Kiosko, a place that my friend who lives in Born recommended, we decided to make s stop and try their gourmet bourgers (they say to promote new healthier aspect of fast food). Nuno order a burger with blue cheese, and me with manchego cheese. Both were big and delicious (I admit, Nuno’s choice was better), but we won’t be returning there any time soon. The place is nice (I especially liked the comic walls of the toilettes), food is tasty, but we simply have too many places we wanted to try before going to the same bar twice. Those are our difficult decisions that we have to make now that we live in the city center.


After a big lunch, we jumped on the bike, we had a short but well-deserved rest before having some beer with our friend Patri. Patri recently moved to Gracia and is proud of her flat with two big terraces and since the evening was still quite warm, we had our beer with free view on the sea (from the other terrace you perfectly see Tibidabo). We decided to go by bicing (it seems we got addicted), but this time it may not have been the best decision. On google maps Gracia didn’t look so far away, we didn’t take into account that it was all the time pedaling up the hill and later on slalom on narrow pavements between too many pedestrians. Beer was well deserved after this challenge. Afterwards we still had some energy to go to one of Gracia’s thousands bars. But we had only enough energy to grab one small beer. Then we went home.

We grabbed the last two bikes. And believe me, there is nothing cooler than riding a bike (even with squeaking breakes) during the night, when there is nobody on the street. Highly recommended!.

Showing posts with label codzienność/routine. Show all posts
Showing posts with label codzienność/routine. Show all posts

Saturday, 25 February 2012

Brunch na Gracia i magiczna waga/ Brunch In Gracia and a magic scale

W sobotę nie istnieje budzik. W tę sobotę jedynym konkretnym planem miała być impreza u Patri, na którą nas zapraszała od miesiąca. Nie byłabym jednak sobą, gdybym nie spróbowała jakoś wypełnić luki pomiędzy pobudką a fiestą. Magda aluzyjnie wysłała mi linka do Zary z zamówieniem na prezent urodzinowy, więc początek planu już mieliśmy. Nuno musi przeczytać biografię Steva Jobsa w ciągu niecałych 20 dni, więc kolejny punkt programu też wymyśliliśmy- znaleźć fajną café, gdzie moglibyśmy poczytać. Z pomocą przyszedł, nie po raz pierwszy, google i blogi barcelońskie. Po krótkim researchu wybór padł na La Fourmi Café na Gracii. Gracia, jak już wielokrotnie pisałam, to zagłębie fajnych, fajniejszych i tych mniej fajnych knajpek, barów i restauracji. Tym razem się nie rozczarowaliśmy i mimo, że z czytania nic nie wyszło, to spędziliśmy miło czas. Forumi to idealne miejsce na sobotnie śniadanie/ brunch/ lunch. My wybraliśmy menu meksykańskie i francuskie (do wyboru amerykańskie i słodkie lub kanapki i naleśniki), do tego był oper bar z serami, wędlinami, tostami, dżemami i świeżymi owocami. A na deser brownie z lodami i cheescake. Do tego miłą niespodzianką było odkrycie, że kelnerka nie tylko jest z Polski, ale też ma na imię Agnieszka :) Na pewno jeszcze tam wrócimy. Jak nie na brunch, to na drinka lub Moritza i pogawędkę z Agą.


Po naszym blogu widać (chyba), że lubimy jeść, odkrywać nowe bary, próbować lokalnych smakołyków. Jeśli ty też należysz do grona smakoszy i boisz się, że ostatnimi dniami przybrałeś na wadze, zapraszam na spacer po Dzielnicy Gotyckiej, skręcenia w Carrer Ciutat, gdzie przez muzeum dziwnych wynalazków (dokładnej nazwy nie pamiętam) stoi cudowne urządzenie. Waga, która wyleczy cię z kompleksów! Nuno ma wagę Baracka Obawy i Georga Clooneya (!), a ja się usytuowałam między Kate Moss i Marylin Monroe (czyli wysiłek na siłowni nie idzie na marne, uff). Niektóre wskaźniki mnie rozbroiły: Messi (bez piłki), królowa Elisabeth (bez korony), Paris Hilton (po shoppingu), Lady Gaga (obrana w mięsną sukienkę).



On Saturday, the alarm clock isn’t tolerated. This Saturday, for a change, the only plan we had was Patri’s housewarming party. Well, I wouldn’t be myself if I didn’t try to fill somehow the gap between waking up and getting ready for the party. As Magda allusively sent me a zara link for her b-day present, we had where to begin with. Nuno has only 2 weeks to finish reading Steve Jobs biography, so that would make a perfect continuation of our plan. We only had to find a nice café, where we could read. Once again google and Barcelona blogs came in handy and after a quick research we chose La Fourmi Café on Gracia. Gracia, as I’ve mentioned repeatedly is a district with thousands of cool, cooler or less cool cafes, bars and restaurants. This time, even thought we changed initial plan from reading to talking, we weren’t disappointed with the place. Fourmi is a perfect place for a Saturday lazy breakfast / brunch / lunch. We chose a French and Mexican menu (there was also American and sweet one and variety of sandwiches or crêpes to chose from), in price an open bar with chees, ham, toasts, jams and fresh fruits was included. As we always have space to have a dessert, we had brownie with ice cream and cheesecake. The best part was when I discovered that a waitress was not only Polish, but her name is Agnieszka. We will definitely be back soon. If only not to eat, there are drinkis and moritz and chat with a nice girl from Warsaw.


When while reading our blog you get the impression that we like to eat, discover new bars, try local dishes, well, you are basically 100% right. If you also belong to the club of food lovers and may be afraid that you gain some extra pounds, I invite you to have a walk in the Gothic Quarter. Take a turn in Carrer Ciutat where a museum of strange inventions (I really don’t remember its correct name) is located. There you can find a scale that cure you of complexes! Nuno has the same weight as Barack Obama and George Clooney ( !!!), I’m somewhere between Kate Moss and Marilyn Monroe (yey, the hours spend at the gym give results!). Some weight indications can really cheer one up: Messi (without ball), Queen Elisabeth (without crown), Paris Hilton (after day of shopping) or Lady Gaga (dressed in meat).


La Fourmi Café
Milà i Fontanals, 58. Barcelona, 08012
Metro: Joanic (Línea 4). Bus: 20, 39, 45, 55, 57, 114, 116, N6
Niedz(Sun)- Czw(Thu) 9 a 2.30. Pt (Fri)-Sob(Sat) do/till 3.

Friday, 24 February 2012

A po pracy na pizzę/ Slice of pizza after work

W planie było wyjście na siłownię. Wystarczył jeden niewinny telefon od Patri, żeby spalanie kalorii zmieniło się na ich konsumowanie. Czasami tak bywa. Z ekipą z Nuno pracy poszliśmy więc na pizzę. Post będzie krótki, bo rozpisywać się o zwykłym, choć klimatycznym miejscu, gdzie serwują porządną pizzę, szkoda czasu. Pizzeria nazywa się Pepe, ma fajnie pomalowane ściany, małą jaskinię, gdzie siedzieliśmy ogrodzeni od reszty sali, nie serwują Spitza (mimo że mają aperol, czym byłam oburzona troszkę), a przy wyjściu stoi rower. I po 21 robi się tłoczno. Zgłodniałam.


The plan was to go to the gym. And with only one phone call from Patri, we went from burning calories to consuming them. Well, this weak we are being fit-lazy, I admit. We went with Nuno work friends for pizza. It still wasn’t the Lent. The post is limited to few phrases as an ordinary, though nice place, that serves decent pizza shouldn’t really deserve a whole blog entry. The pizzeria is called Pepe, has nice painted walls, a small cave, where we sat separated from the rest of the place, strangely they don’t serve spritz, even thou they have aperol and there is a cute blue bike next to the exit. And after 9 pm it gets really crowded. Did I mention their pizza is tasty? I got hungry again...


Valldonzella, 36 Barcelona, 08001
Distrito: Ciutat Vella - Barrio: Raval
Horario: L-D de 19:00 a cierre
Cómo llegar: L1,L2 Universitat

Tuesday, 7 February 2012

Leniwy weekend łasuchów/ Lazy weekend full of comfort food

Ten dzień musiał kiedyś nadejść. Spóźniona zima przypomniała sobie o Hiszpanii. Wiem, wiem, ni e są to siarczyste mrozy, temperatura spada poniżej 0 tylko w niektórych regionach albo w nocy, śnieg w większych miastach ogranicza się tylko do kilku płatków. Ale termometr wskazujący zaledwie 3-4 kreski, to dla mnie stanowczo za mało. Na marginesie dodam, że tych kilka płatków śniegu wystarczyło, by Nuno w czwartek został wygnany z pracy w Sant Cugat i pracował zdalnie z domu. Dwa lata temu, kiedy to Barcelone nawiedziła “śnieżyca” całe miasto zostało sparaliżowane, a ludzie pracujący poza centrum, prawie uwięzieni w biurowcach lub w autach. W tym roku firmy chuchały więc na zimno i zapobiegawczo wypuściły pracowników wcześniej (ja też dostałam komunikat, że możemy iść do domu, jak zacznie padać śnieg, ale jak na złość w Cornella tylko padał deszcz, więc musiałam siedzieć do tej 18.30).

W sobotę odważyliśmy się wyjśćna mały spacer po Passeig de Gracia. Nuno skorzystał z ostatnich dni rebajas, ja jakoś nie miałam cierpliwości do przeglądania sterty przebranych ciuchów. Nie byłabym sobą, gdybym przed spacerem nie zaplanowała, gdzie moglibyśmy się rozgrzać (tu nie tolerują grzańca, więc padło na gorąco czekoladę). Jako że byliśmy kilka przecznic od Gracii, wybór był prosty czekoladziarnia- La Nena, obok której przechodziliśmy już parokrotnie i zawsze byloiśmy o krok od wejścia. Nawet opis w internecie, że jest to idealne miejsce dla rodziców z dziećmi nas nie odstraszył. I dobrze, bo na samo wspomnienie pysznych ciast mam ochote kupić skladniki i zamknąć się w kuchni i wyczarować jakiś podobny przysmak. Dla tych, co nie mieli jeszcze okazji zjeść ciasta mojego autorstwa, gwarantuję, że moje wypieki mogłyby konkurowaćspokojnie z tymi z La Nena. Ale i tak zrobię im reklamę. Nuno zamówił ciasto marchewkowe z orzechami, a ja plumcake z bananem i czekoladą. A do tego 2 gorące gęste czekolady, dla kontrastu podane z zimnymi lodami waniliowymi. Rozpusta dla dwóch zziębionych łasuchów. Największy łasuch świata domówił sobie jeszcze drugą czekoladę, a podobno nie przepada za czekoladą w wersji płynnej.


W La Nena można spędzić godziny, można sobie wziąć książkę z półki i zanurzyć się w lekturze, sobie zagrać w scrabble albo inne gry stołowe (dla dzieci są też zabawki). Niestety Nuno nie był zbyt zainteresowany. Jeśli ktoś chciałby tu spędzić romantyczne popołudnie, to powinien się wybrać, gdzie indziej :) Ale jest to idealne miejsce na zimne popołudnie. Adres Ramón y Cajal, 36, Gracia, godziny otwarcia od 9 do 14 i od 16 do 22.


Jeśli ktoś myśli, że to koniec opowieści o weekendowym jedzeniu, to się myli :) Na sobotni wieczór mieliśmy zaplanowane wyjście ze znajomymi do restauracji rumuńskiej, żeby powspominac sobie tamtejsze przysmaki (ach te sarmale i papanasi). Notatka na marginesie dla niezorientowanych: od stycznia do października 2010 mieszkaliśmy w Bukareszcie, dla zainteresowanych link do bloga, którego pisałam w Rumunii. Niestety, coś ostatnio nie mamy szczęścia i nasze plany musimy przekładać. Tym razem okazało się, że cała restauracja została zarezerwowana z okazji chrztu. Tym razem nikt nie narzekał, że byłam za bardzo “polska” i przyszło mi do głowy zadzwonić i zrobic rezerwację. Plan trzeba było zmienić i wraz z Patri wylądowaliśmy w restauracji syryjskiej w Gracia. Lubimy orientalne jedzenie, ale przeliczyliśmy nasz apetyt i porcje, jakie nam zaserwowano znacznie przekroczyły nasze możliwości. Poprosiliśmy więc o zapakowanie resztek na wynos i dzięki temu w niedzielę uniknęliśmy sprzeczki, czyja to kolej na gotowanie.


Niedzielę spędziliśmy na totalnym lenistwie, nie wychodząc prawie z łóżka i nadrabiając filmowe zaległości. Czasami tak trzeba.




This day had to come eventually, the day when winter finally arrived to Spain. I know, it is nothing compared to cold wave of minus 25 degrees and heavy snowfalls in the Eastern Europe. Here only in few regions the temperature reaches minus ten degrees and mostly at night and snow is limited to few flakes. But still, 3-4 degrees that the thermometer shows in the morning is way too cold for me to be satisfied. By the way, those few snowflakes were enough for Nuno’s company to evacuate everyone from their building in Sant Cugat and made the employees work from home instead. It was mainly because the companies were afraid that the chaos from two years aho cold repeat, when snow paralyzed the city and people working outside of the city center were trapped in office buildings or in their cars. Even in my company we got the green light to go home the moment it starts to snow, we were gazing desperately through the windows to spot a single snowflake, but unfortunately in Cornella it just rained.

On Saturday, we were brave enough to go for a small walk on Passeig de Gracia. Rebajas are finishing, so Nuno bough some stuff in Zara, I didn’t have patience to wait in a huge queue to a dressing room and then cashier. I had done some research before leaving our flat (I wouldn’t be myself if I hadn’t), so I knew where we could warm up. As they don’t appreciate mulled wine here, the choice was pretty simple- hot chocolate. Since we were only few blocks from Gracia, I decided we try La Nena, a chocolateria-granja that we had passed few times and had always been a small step from entering. Even reading on the internet that it was the perfect place for parents to come with their children didn’t scare us. The place is really cosy, and when I think about theit delicious home-made cakes, I am about to but ingretiens and spend some time in the kitchen preparing a similar treat. For those who hasn’t got a chance to try my cakes, you have to believe my words when I say they could easily compete with those from La Nena. But I still recommend to try the place. Nuno ordered a carrot cake with nuts, I found plumcake with banana and chocolate more appealing. And of course, hot chocolate, this time served with vanilla ice cream. A sinful indulgence, I know. And the world’s biggest gourmand, ordered another cup of hot chocolate. With ice cream. And he said he didn’t like that much liquid chocolate...
La Nena is a place where you can spend long hours. Yu can take a book from a shelf and submerge yourself in lecture or play a board game (there are toys they can play with). Unfortunately Nuno didn’t feel like playing scrabble, so I couldn;t was not too interested. If someone wants to spend a romantic afternoon here, should think twice, but if you want to spend a cold afternoon in a nice and warm place, this is the perfect spot. Address Ramón y Cajal, 36, Gracia, opening hours from 9 to 14 and from 16 to 22.


If anyone thinks that is the end of the story of the weekend eating, they are wrong :) On Saturday evening we had planned out with friends If you think that I have finished my food weekend story, you are wrong. On Saturday we were supposed to go to a Romanian restaurant to remember our expat life when eating sarmale and drinking ursus. For those who doesn’t know, from January to October 2010 we lived in Bucharest, if you are interested, you can check out my blog I wrote in Romania. Unfortunately, we had to reschedule as there was baptism and the entire restaurant was booked. This time nobody complained on my being too “Polish” when calling the place to make a reservation. As the plan had to be changed, we ended with Patri in a in Syrian restaurant in Gracia. We like oriental food, but this time even Nuno couldn’t manage to eat our huge portions so we asked to take away the leftovers. This way on Sunday we avoided a small quarrel whose turn it was to cook.


Sunday was all about being lazy and doing absolutely nothing. We spent it almost entirely in bed watching movies and having siesta. Sometimes, it is just what you need.

Tuesday, 20 December 2011

Marzenia sie spelniaja…/ Dreams come true

Wysoko na liście moich marzeń są podróże. Dalsze i bliższe, ale te dalsze oczywiście częściej pozostają w strefie marzeń z rożnych powodów, a te bliższe łatwiej zrealizować.
Rok 2011 to podróże po Katalonii, do Wenecji, na Sardenię, do Polski. I Brazylia, czyli nasza pierwsza daleka podróż, pierwszy lot za ocean…. Wróciliśmy zachwyceni (i spłukani, bo Brazylia okazała się droższa niż Europa, a my na to nie byliśmy do końca przygotowani), pełni wrażeń, wspomnień, nowych smaków, zapachów, widoków.

I jak to z podróżami bywa, uzależniają, więc najchętniej już byśmy planowali następne i to jak najdłuższe i najdalsze…. W najbliższych tygodniach zamierzamy wykorzystać łagodną zimę (odpukać, żeby nagle się pogoda nie zmieniła) i wybrać się gdzieś autem w okolice Barcelony, a w marcu jedziemy na Fallas do Walencji (tym razem z dużym wyprzedzeniem zabookowaliśmy hotel). A reszta kalendarza otwarta.


Moje uzależnienie od podróży miedzy podróżami objawia się przeglądaniem blogów związanych z podróżami i czytaniem książek (ostatnio same o Azji). No i lubimy z Nuno poznawać różne kuchnie, a restauracji serwujących “egzotyczne” jedzenie nie brakuje na szczęście w Barcelonie.
I oczywiście pozostają mi spacery po Barcelonie…



Everybody has their own wish list, on top of mine are travels. Short trips, long ones, to another continent or just in the region, of course travelling far far away is more likely to remain a dream, and travelling to closer destinations is easier to turn into a real trip.

In 2011 we travelled quite a lot, we visited many places in Catalonia, we went to Venice, Sardinia, Poland. And our big trip to Brazil, the first exotic destination, the first flight across the ocean .... We came back in love with the country (and broke, as we didn’t expect Brazil to be so expensive, and it was more than Europe), full of memories, new tastes, new smells, new sceneries.


I admit, I am a travel addict, after coming back home I am ready to start planning another trip, the longer and farther, the better. I am already planning some car trips, as the winter is really mild (let’s hope it stays that way, cause I am really not a winter fan). In March we are going to Valencia to see Fallas, as we booked hotel few months in advance this time. And the rest of the calendar is open.

If I don’t travel, I addictively read travel blogs and all books related to other countries and cultures (most recently about Asia). And we really like trying new restaurants and getting to know world cuisines, and there are many “exotic” restaurants here.
And there are still plenty of things to see in Barcelona...

Monday, 10 October 2011

BiCiNg

Barcelona to nie Amsterdam, ale powoli widzi się coraz więcej ludzi, którzy z autobusów i metra przesiadają się na rowery, a duża część barcelończyków nie wyobraża sobie życia bez roweru. Jeśli nie masz swojego roweru, możesz korzystać z BiCiNg-u. Czerwono-białe rowery są już rozpoznawalnym i nieodłącznym elementem przestrzeni miejskiej. My również ostatnio jesteśmy uzależnieni od bicingu. Obiecywałam już kilka razy, że opiszę ze szczegółami na czym polega ten system publicznej wypożyczalni rowerów.

System jest bardzo prosty: po uiszczeniu wpisowego i wypełnienia formularza, po około 10 dniach otrzymuje się imienną kartę, która należy aktywować, by móc jednorazowo przez pól godziny za darmno korzystać z roweru z dowolnej wypożyczalni. Po pół godzinie należy rower oddać (po 10 minutach można wziąć kolejny), a jeśli podróż się przeciągnie (maksymalnie do dwóch godzin) pobierana będzie niewielka opłata. Bicing powstał, żeby umożliwić przemieszczanie się mieszkańców (należy być zameldowanym w Barcelonie, aby móc korzystac z dobrodziejstw tego systemu) na krótkich trasach- do i z przystanków, na uczelnię, do pracy i w ten sposób ograniczyć ruch samochodowy. Znalazłam informacje, że w 2011 zarejestrowanych jest 120.000 użytkowników, dostępnych jest 6000 rowerów na 420 stacjach rozrzuconych po całym mieście. Dziennie 40.000 razy rowery są w użytku.


Barcelona jest idealnym miejscem na poruszanie się na rowerze, ze względu na temperaturę i rozbudowaną sieć ścieżek rowerowych. Niestety, bicing ma swoje wady. Na stojakach często brakuje rowerów, albo wprost przeciwnie- są pełne i nie ma wolnego miejsca na zostawienie roweru (każda stacja ma jednak mapę z zaznaczonymi najbliższymi stacjami, oraz na internecie: zawsze przed wyjściem można skonsultować dostępność rowerów). Do tego nie wszystkie rowery są w pełni sprawne, niektóre skrzypią niemiłosiernie, inne mają problem z siodełkiem czy hamulcami, ale nas to nie zniechęca. Do tego od niedzieli do czwartku, od północy do 5 rano można jdynie oddawać rowery a nie je wypożyczać, w piątki i soboty stacje czynne są przez całą dobę, my już wypróbowaliśmy nocną jazdę.

Ostatnio można zauważyc w Barcelonie, że rower staje się popularnym i alternatywnym sposobem zwiedzania. Wspominałam, że BiCiNg zarezerwowany jest wyłącznie dla mieszkańców, co nie znaczy że turyści nie mogą wypożyczać rowerów. Nie wiem jednak jak plasują się cenowo wypożyczalnie dobowe, czy godzinne, których sporo się ostatnio w centrum otworzyło. Częstym widokiem są także duże grupy na rowerze podążające za przewodnikiem, którego rower ozdobiony jest kolorową flagą.


Ostatnio rower stał się naszym ulubionym środkiem transportu i zamierzamy w ten sposób pozwiedzać ponownie nasze ulubione miejsca.

Jeśli planujesz kilkumiesięczny pobyt w Barcelonie, po wyrobieniu sobie zameldowania (el padrón), zachęcam do wyrobienia sobie karty na bicing:
- Nie ma nic prostszego, oprócz padrón potrzebujesz mieć hiszpańskie konto bankowe,35€ wpisowego i już.
- Wypelniasz formularz dostępny na stronie internetowej, albo osobiście w biurze bicingu w barrio gótico, po około 10 dniach otrzymujesz kartę.
- Wchodzisz na stronę, rejestrujesz się (login dostajesz wcześniej ) i aktywujesz kartę.
- Od tego momentu możesz za darmo korzystać jednorazowo przez pół godziny z roweru, wystarczy zbliżyć kartę do czytnika, wyświetla się numer roweru. Po pół godzinie oddajesz rower (upewnij się, że po włożeniu roweru zapaliła się czerwona lampka, jeśli lampka miga, znaczy że rower nie jest poprawnie oddany). Po 10 minutach możesz wziąć ponownie rower. Na rowerze można jeździć do 2 godzin, ale po pierwszych 30 minutach naliczana jest taryfa (50 centów za każde dodatkowe pół godziny, aż do osiągnięcia limitu 2 godzin, po tym czasie naliczana jest kara 3€ za godzinę nieoddanie w czasie roweru. Po kilku takich karach, konto jest blokowane.
-Przed wyjściem z domu na stronie bicingu możesz sprawdzić czy na stacjach dostępne są rowery. Możesz również zaplanować sobie trasę, z uwzględnieniem stacji, z której bierzesz bicing oraz stacji, na której go zostawiasz.


Strona BiCiNg dostępna po hiszpańsku i katalońsku.


Barcelona is certainly not Amsterdam but it is getting more and more bike friendly, you can see that recenly the number of people who choose this form of transport over metro or buses. A lot of Barcelonians can’t imagine their daily routing without riding a bike. If you don’t have your own, don’t worrym there is a solution for you, BiCiNg. Red’white bikes are already integral part of urban architecture. Recenly we can call ourselves bicing addicts.

In recent posts I mentiones this system few times, this post is entirely dedicated to this public bicicle program. The main rules are very simple: you pay a year fee, filk out a form, after about 10 working days, you het your personal card (that you later on activate online) and then you can take a bike at atny time, and ride if for half an hour for free. After 30 minutes you have to return it (after 10 minutes you can hop on another bike if you like to continue), if you want to ride longer, you will pay a small fee for every other 30 minutes till you reach the limit of 2 hours that is permitted. The idea of bicing is to cover short daily routes that people make- to metro, work, school, etc. I found out that in 2011 there are 120.000 registered users, 6.000 bicicles available at 420 stations all over the city, and around 40.000 daily routes are made on bicing.


Barcelona is a perfect city to get around by bike, due to its climate and thanks to over a hundred kilometres of bike lane. Of course, bicing has its drawbacks. Some stations are empty (especially at rush hours) or on the contrary, they are full so that you can’t leave your bicycle (however every station has a map with the closest stations and you can always check on the Internet if there are bikes/ spaces available). The other negative aspect is the state of the bicycles, some have broken seat /brakes/bell, or while riding they squeak horribly. But we are still not discouraged.
From Sunday till Thursday, from midnight to 5 am, you can only leave bicycles and not take them, but on Friday/Saturday the service it 24hr. We already experience a night ride.

I’ve observed that visiting Barcelona by bike is getting more and more popular. Personally I’ve never tried his alternative way of sightseeing, but I’ve seen many organized groups on a bicycle following a guide. Or if you want to explore Barcelona on your own, you always can rent a bike, there are many bike-rentals in the city center that rent if for hours or days (as I mentioned Bicing is for residents only).


Lately a bike has become our favorite mean of transport and we gonna probably use it few time per day on the weekends.

If you plan to stay for several months in Barcelona, I personally advise you to get a BiCing card (once you have your padrón).

- The procedure is very easy- you need padrón, Spanish bank account, 35 € entry fee (as for 2011), and nothing more.
- You have to fill in the form (available on bicing website or at the bicing office in Gotico), after about 10 days you receive your personal card.
- You have to enter the bicing site, register (with the login they give you) and activate the card.
- From this moment you can use for free a red-white bike, just approach the card to the reader at the station which displays the number of bicycle you can take. After half an hour you must return a bike, make sure the light turns red, if it blinks it means a bike isn’t properly lockes. Adter 10 minutes you can take anither bike. The fisrt 30 minutes is free, for every next half an hour you pay a fee of 50 cents, but you can’t ride more than 2 hours, after which a penalty of of 3 € per hour is charged. After getting few panelties for not returning a bicykle on time, you card may get blocked.
-Before leaving home you can check on bicing website if there are any bikes available at the station. You can also plan a route that includes stations from which you take and later leave a bike.


The BiCiNg website available in Catalan and Spanish.

Sunday, 9 October 2011

Jesienna sobota/ Autumn Saturday

Tytuł posta może być mylący. Choć to chyba pogoda jest myląca, bowiem nawet jak na Hiszpanię pogoda w drugi weekend października jest wyjątkowo udana. Szkoda było siedzieć w domu, więc zerwaliśmy się wczesnym rankiem (godzina 9.30 to wczesny ranek według standardów Nuno), kupiliśmy sobie gazetkę (padło na El País, bo w sobotę mają dodatek dla kobiet, choć to jednak nie wysokie obcasy) i pomknęliśmy rowerkiem na plażę. Cappuccino na plaży, wiatr we włosach, słońce na twarzy, gazetka- idealne rozpoczęcie weekendu.


Potem było coraz lepiej. Na plaży jak widać nie było tłumów, choć pogoda zachęcała do wystawienia ciałka na słońce i łapania na zapas energii, bo nie wiadomo, kiedy jesienna pogoda zawita na stałe w Barcelonie.

Po śniadanku, znowu wskoczyliśmy na rowerki i pojechaliśmy do Barrio Gotico w poszukiwaniu torby dla Nuno. Nuno się bowiem lansuje i potrzebuje torby bo przecież noszenie książki w ręce jest passé (a Nuno porzuca na razie auto na rzecz transportu miejskiego i już jest w połowie pierwszej książki). W przerwie między shoppingiem wstąpiliśmy do Boqueria na energetyczny zastrzyk energii w postaci świeżego soku owocowego. Lunch mieliśmy ochotę zjeść w Pinotxo, ale skutecznie odstraszyły nas tłumy. Po zakupie 2 toreb (1 była w promocji tak atrakcyjnej, że nie można się jej było oprzeć) mieliśmy wrócić (rowerkiem oczywiście) do domu. Ale przejeżdżaliśmy akurat obok Kiosko, który propaguje nową ideę fastfoodu, a o którym wspominał mi kolega mieszkający na Bornie, że postanowiliśmy zrobić mały przystanek na hamburgera gourmet. Nuno burger z serem pleśniowym, a mój z serem manchego były pyszne, do tego miejsce ciekawe (szczególnie podobały mi się ściany łazienki obklejone komiksami), choć nie planujemy szybkiego powrotu. Za dużo jest bowiem miejsc, które chcemy wypróbować. Takie są ciężkie wybory, jakich będziemy teraz dokonywać, mieszkając w centrum.


Potem bicingiem do domu, krótki i zasłużony odpoczynek przed wieczornym piwkiem, a potem znowu rowerkiem (tym razem trochę się przeliczyliśmy, bo Gracia na mapie wygląda na położoną bliżej, Google maps nie uwzględnił, że pod górkę mamy oraz że slalom pomiędzy pieszymi na wąskich chodnikach Gracia nie jest czymś fajnym) do mieszkania Patri. Patri bowiem kilka tygodni temu zmieniła mieszkanie i jest dumną posiadaczką 2 tarasów, jeden z widokiem na morze, a drugi na Tibidabo. My mamy mikroskopijny balkonik, więc po cichu zazdrościliśmy jej. Potem wyskoczyliśmy jeszcze na szybkie piwko (piwa nie tkniemy przez najbliższe dni) do pobliskiego baru (jednego z tysięcy barów dzielnicy).


A potem rowerkiem do domu. Nie ma nic fajniejszego niż nocna jazda na rowerze (nawet jeśli skrzypi on niemiłosiernie), kiedy na ulicach pustki. Polecamy!


The title of the post may be a bit misleading after you have seen the photos. The weather during this second weekend of October (and against all the forecasts) was rather summer. It would be a waste to stay at home, so we woke up quite early (by early I understand 9.30 am, and for Nuno’s standards it is extremely early), bough a newspaper (we chose El País cause on Saturday they have a special supplement for women) and we moves quickly on red bikes toward beach. Sipping a cappuccino while reading a paper, wind playing with your hair, sun on your face, it was a perfect way to start our weekend.


And it got only better. The beach wasn’t crowded, still there were quite a few people who exposed their bodies to the last sun rays and tried to get all the positive energy that sun can give you, cause you never know when autumn finally arrives in Barcelona and stays.

After a breakfast, we jumped again on bikes and pedaled to Barrio Gotico to find some nice bag for Nuno. Nuno now goes to work by public transport and carrying a book in your hand is so passé :P In the middle of the shopping we made a small detour and went to Boqueria to buy some fresh fruit juice that was the energy boost we craved. We wanted to lunch in Pinotxo but on Saturday it was so crowded that we gave up and postponed going there (I was to go there so many times, never made it, one of the negative aspects of Barcelona being a popular touristic destination). After buying two bags (one was on sales and the price was so attractive, Nuno couldn’t resist), we were supposed to go home, by bicing of course. But when we passed just next to Kiosko, a place that my friend who lives in Born recommended, we decided to make s stop and try their gourmet bourgers (they say to promote new healthier aspect of fast food). Nuno order a burger with blue cheese, and me with manchego cheese. Both were big and delicious (I admit, Nuno’s choice was better), but we won’t be returning there any time soon. The place is nice (I especially liked the comic walls of the toilettes), food is tasty, but we simply have too many places we wanted to try before going to the same bar twice. Those are our difficult decisions that we have to make now that we live in the city center.


After a big lunch, we jumped on the bike, we had a short but well-deserved rest before having some beer with our friend Patri. Patri recently moved to Gracia and is proud of her flat with two big terraces and since the evening was still quite warm, we had our beer with free view on the sea (from the other terrace you perfectly see Tibidabo). We decided to go by bicing (it seems we got addicted), but this time it may not have been the best decision. On google maps Gracia didn’t look so far away, we didn’t take into account that it was all the time pedaling up the hill and later on slalom on narrow pavements between too many pedestrians. Beer was well deserved after this challenge. Afterwards we still had some energy to go to one of Gracia’s thousands bars. But we had only enough energy to grab one small beer. Then we went home.

We grabbed the last two bikes. And believe me, there is nothing cooler than riding a bike (even with squeaking breakes) during the night, when there is nobody on the street. Highly recommended!.