Showing posts with label gotowanie/cooking. Show all posts
Showing posts with label gotowanie/cooking. Show all posts

Wednesday, 8 October 2014

Smaki Maroka i lekcja gotowania/ Tastes of Morocco and cooking class

Jeśli miałabym wybrać sobie zawód marzeń i ktoś magicznie by mi taką robotę zaproponował, to wiem doskonale kim bym chciała być. Takim Anthony Bourdain w spódnicy. Co jest bowiem lepszego od jedzenia, picia i podróżowania? Niestety, na razie praca w korporacji jest rzeczywistością, choć mam nadzieję, że nie na całe życie. Ale podczas podróży jedzenie dominuje zdecydowanie nad muzeami i innymi takimi „atrakcjami”. Z czym jedzeniowo kojarzy się Maroko? Tadżiny i kuskusy w różnych odmianach, przesłodkie desery, świeżo wyciśnięty sok z pomarańczy, kilogramy daktyli, przyprawy o zapachu tak intensywnym, że aż kręci ci się w nosie. Było pysznie i jakoś magicznie tym razem waga została w miejscu (albo tak mi się zdaje). Może to zasługa przechodzonych godzin i ograniczonego do minimum jedzenia słodyczy (które po prostu były dla mnie za słodkie)?


If somebody asked me what my dream job was and could miraculously offer me it for life, I wouldn’t hesitate for a second. The answer would be simple: I would be kind of female version of Anthony Bourdain. There is nothing better than to combine eating, drinking with travelling, at least I can’t imagine there is. For now, I am stuck in my 9 to 5 work, corporate world is my reality. When we travel, eating is definitely more important for us than museums or similar "attractions". When you think Morocco, you immediately picture tagines, couscous, super sweet desserts, freshly squeezed orange juice, kilograms of dates, spices… Somehow during week we spent in Morocco, even when eating all I wanted, I magically didn’t put any weight. Was it all the walking? Or maybe the fact I almost didn’t touch any sweets as they were too… sweet for my taste (don’t get me wrong, I love desserts, but there need to be right balance, too sweet is just not my thing)?


Myślę, że długo w mojej pamięci zostaną idealne śniadania zjedzone na dachu naszego riadu w Marakeszu: sok pomarańczowy, domowej robot konfitury i marokańskie naleśniki zjedzone na świeżym powietrzu z widokiem na Medinę.

Albo zaskakująco pyszne połączenie mięsa i słodkich dodatków (miód, cynamon) w -marokańskiej pastilli, którą zamawialiśmy, gdy już nam się znudził tadżin? Wcześniej myślałam, że nie będę mieć dość kuchni marokańskiej, ale problemem było to, że w większości miejsc menu było takie same, a po zjedzeniu 3 (mimo że z różnym nadzieniem i dodatkami) tadżinów, mieliśmy ochotę na coś innego.



I will not forget the perfect breakfast eaten on the roof of our riad in Marrakesh: fresh orange juice, homemade jams and Moroccan pancakes eaten on the terrace overlooking the Medina.

Or a surprisingly delicious combination of meat and sweet honey and cinnamon –Moroccan pastilla, that we ordered once we got bored of tagine. I would never expect that you can actually end up fed up with those typical Moroccan dished. The problem  was that every single place had almost the same things on the menu. And after eating 3 tagines, delicious and with different ingredients, we just wanted something else.




W takich sytuacjach przesytu tymi daniami, zawsze jest kilka innych opcji: pyszna i sycąca zupa harira, grillowane mięso oraz dobry chleb. Do tego litry słodkiej miętowej herbaty, której picie jest osobnym rytuałem.

So when you are done eating them, try dlicious and filling harira soup, grilled meet and good bread. And drink liters and liters of sweet mint tea. It is a separate ritual.


Jedno jest pewne, każdy smakosz znajdzie coś dla siebie. Nam najbardziej smakowały dania, które sami przygotowaliśmy pod okiem i z wytycznymi Samiry. Na przystawkę sałatka z grillowanych pomidorów i papryki, briouate (czyli małe trójkątne ciasteczka z ciasta podobnego do filo, z nadzieniem serowym, przyprawami i kolendrą), na główne danie tadżin z jagnięciny z migdałami i śliwkami a na deser orzeźwiająca sałatka z pomarańczy z  wodą różaną. Pierwszy raz uczestniczyliśmy w lekcji gotowania, ale było to tak udane doświadczenie, że przy następnej podróży spróbujemy też znaleźć czas. Gotowanie poprzedzone było zakupami na lokalnym souku, dzięki czemu zaopatrzyłam się w przyprawy na kilka miesięcy i mogłam poobserwować życie Marokańczyków. Z Samirą, której uśmiech nie schodził z twarzy ani na chwilę, byliśmy pod ochroną i nikt nas nie zaczepiał. Mogliśmy więc bezkarnie gapić się na towary i zaglądać w głąb sklepików. Ciekawe doświadczenie, bo rzeźnik w Marakeszu wygląda zupełnie inaczej niż ten europejski, do którego jesteśmy przyzwyczajeni.




One thing is sure, every foodie will find something delicious. What we liked the most was a 4 course meal that we prepared under the supervision and guidance of lovely Samira. For an appetizer we had warm salad with grilled tomatoes and peppers, briouate (small triangular pastries made from phyllo-like dough, filled with cheese, spices and coriander), for the main course we made lamb tagine with almonds and plums and for dessert, a refreshing salad of oranges with rosewater. It was our first cooking class, and it was such a fun experience that we will definitely try to find some offers during the upcoming trips (not that we have anything planned already). Before the cooking class, we went shopping at the local souk, where I also bought spices. This time shopping was a nice experience, as we were accompanied by always smiling Samira and nobody harassedous. So we could observe the locals and have a look at the stalls and small shops. It was an interesting experience, as a butcher in Marrakesh looks completely different than the European one, you see livestock around and the aroma of spices is intense…



Zgłodniałam… Na szczęście mam jeszcze kilka daktyli, które zostały z kilograma zakupionego w Marakeszu. A w weekend chyba zrobimy tadżin, bo jedną z pamiątek (oprócz daktyli, przypraw i kilku kolorowych ceramicznych naczyń), jakie przywieźliśmy to właśnie gliniane naczynie do tadżin.

A wy wzięliście kiedyś udział w kursie gotowania? Albo po powrocie do domu odtworzyliście jakieś dania poznane podczas podróży? Czy jako pamiątki kupujecie może właśnie jakieś lokalne produkty?


I’m getting hungry ... Fortunately, I still have some dates left (we bought a kilo to bring back as an edible souvenir). I may even make a tagine on Saturday, as apart from dates, spices and few colorful ceramic dishes, we also bought a tagine clay pot.

Have you ever took a part in a cooking class? Or when you get home you try to recreate recipes of the dishes you ate during your trip? Or maybe you ring some local products as souvenirs?



Thursday, 17 March 2011

Królowa paella/ Queen paella

We Włoszech je się risotto, w Hiszpanii paellę. Nazwa paelli pochodzi z łaciny, od słowa patelka (prawda, że podobne do patelni?), które oznacza metalowe naczynie, które służyło Rzymianom do składania darów bogom. Jest to kolejne, po tortilli, danie, z którym kojarzona jest Hiszpania. Danie pochodzi z Walencji, dlatego można w wielu restauracjach znaleźć nazwę dania paella valenciana (warto wiedzieć, że często jest to danie dla dwóch, bo się nie opłaca restauracjom przygotować tylko dla jednego klienta). Tradycyjnie była to potrawa robotników, którzy spożywali pożywne danie na bazie ryżu, do którego kucharz dodawał składniki, które akurat miał pod ręką kucharz: drób, króliki, z czasem owoce morza. Dziś podstawowa wersja paelli to ryż, warzywa i mięso (z kurczaka albo królika), mamy także paella marinera- z owocami morza i/lub rybami.

Tradycyjnie paellę należy przygotować w głębokiej specjalnej patelni, zwanej paellera, ale my z braku takowej użyliśmy woka. Zamiast szafranu dodaliśmy gotową przyprawę do paelli. (Szafran- najdroższa przyprawa na świecie, została dodana w pewnym momencie do tego dania biedaków i stała się narodowym symbolem Hiszpanii)

W weekend Nuno przyrządził mi paellę z owocami morza. Chyba częściej muszę mu udostępniać kuchnię. I może następny razem ugotuje coś portugalskiego. Bacalhau (dorsz) jest został już zakupiony.


In Italy they have risotto, in Spain the most famous rice dish is of course paella. The name paella comes from the Latin (patella), which means a metal container on which offerings were made to the Gods by Romans. Paella, together with tortilla and tapas, is what comes to you mind when you think about Spanish food. This dish originates from Valencia, that is why many times in restaurants you can find the name paella Valenciana (note: in many restaurants they only prepare paella for two). Traditionally, it was peasant dish- it was nutritious meal that workers could eat. It is based on rice to which a cook was adding whatever ingredients he had : chicken or rabbit meat, seasonal vegetables, over time seafood started to be added also. Today, the most popular one is paella marinera/ paella de marisco, with seafood and/or fish. Basically, paella can differ from region to region, or even from one restaurant to another.

Traditionally, paella should be prepared in a special deep pan, called paellera, but we just used wok. We also alternated saffron, adding readymade spice for paellas that you can but in every shop in Spain, it is cheaper of course and maybe not that tasty, but many Spaniards use it. (Saffron- the most expensive spice was added with time to peasant meal, and paella became one of the symbols of Spain)

Last weekend Nuno prepared paella de marisco. It was delicious. I guess I have to make him cook more frequently. Maybe something typically Portuguese next time? We already have bacalhau...

Sunday, 19 December 2010

Pierniczki/ Gingerbread cookies

Ostatnie posty były o tradycjach katalońskich. Dziś czas na polski element, bo trochę mi brakuje atmosfery przedświątecznej. Nie ma śniegu, nie ma rodziny, z kuchni nie dochodzą żadne zapachy, nie trzeba robić generalnego sprzątania, nie czuję jakoś, że za niecały tydzień już Święta. Żeby jakoś wykreować świąteczną atmosferę umówiłyśmy się z Olgą (zaczęłyśmy pracować tego samego dnia, na tym samym stanowisku, z tym, że Olga w teamie polskim, a ja portugalskim) na wspólne pieczenie pierniczków. Jest to zajęcie bardziej skomplikowane niż w Polsce, ponieważ wymaga dość długich przygotować. Trzeba wszak kupić wszystko, od foremek, po przyprawę piernikową. Na szczęście jest polski sklep (przyprawa piernikowa) i chińczyk (foremki). Oraz zapał nasz i przymrużenie oka- ciasto za mało mąki miało (ale nie mieliśmy więcej na stanie), nie dało się wałkować, przywierało więc do butelki, która z braku wałka była wałkiem, nie było cukru pudru, więc lukier taki przeźroczysty był, ale przynajmniej się posypka jakoś trzymała. Na ozdabianie byłyśmy już za zmęczone, do tego nasi Latynosi (chłopak Olgi jest Hiszpanem) by dużo dłużej nie mogli wytrzymać. Pierniczki zostały zjedzone prawie w całości w jeden wieczór, mimo, że wcześniej zjedliśmy dość pożywną kolacje u Wietnamczyka. Atmosferę świąteczną dopełniały kolędy polskie, hiszpańskie i portugalskie.




W tym roku nie będzie dla mnie polskich tradycji, polskich potraw, bo święta w tym roku spędzam z Nuno i jego rodziną, więc zapach pierniczków choć na chwilę wprowadził mnie w świąteczną atmosferę.



Recently I was reading and writing about Xmas traditions in Catalonia. It made me miss some Polish element, something home related. I somehow miss Xmas preparations, there is no snow, no family, smell of my mum’s cooking is not filling the entire house, no need for general cleaning, in another words, I don’t feel that in less than one week it is already Christmas Eve. We decided with Olga (we started working on the same day, at the same position, Olga for the Polish team, and me for the Portuguese one) that we need to somehow Create a Christmas Atmosphere ourselves. That is how we ended up baking gingerbread cookies at Olga’s place. It was more complicated than in Poland, as it required some preparation, we had to buy everything, starting with cookie cutters, and gingerbread spice mixture. Fortunately, there is a Polish shop (spice mixture) and a Chinese one(cookie cutters). We were enthusiastic about the whole baking things so we didn’t care that the dough hadn’t have enough flour (we run out of it and didn’t want to ask the guys to buy more), so it stuck to the wine bottle (we it was our rolling pin), we didn’t have icing sugar, so the icing was transparent instead of white, but at least it made sprinkles stay on the cookies. We only glued sprinkles on gingerbread cookies, so comparing with nicely decorated ones that usually are baked for Xmas in Poland, our were miserable. Maybe it was better we hadn’t wasted time for decoration, as they were almost entirely eaten in one evening by our Latino boyfriends (Olga’s bf is Spanish), even though we had gone for dinner to a Vietnamese place and were quite full. To add even some more holiday atmosphere, we listened to some carols, Polish, Spanish and Portuguese ones.




This year I am not going home for Christmas, so it means spending Christmas without Polish food or Polish traditions, instead I will eat bacalhau and see how Nuno’s family celebratesNatal. And till then, smell of gingerbread cookies put me in the Christmas mood.
Showing posts with label gotowanie/cooking. Show all posts
Showing posts with label gotowanie/cooking. Show all posts

Wednesday, 8 October 2014

Smaki Maroka i lekcja gotowania/ Tastes of Morocco and cooking class

Jeśli miałabym wybrać sobie zawód marzeń i ktoś magicznie by mi taką robotę zaproponował, to wiem doskonale kim bym chciała być. Takim Anthony Bourdain w spódnicy. Co jest bowiem lepszego od jedzenia, picia i podróżowania? Niestety, na razie praca w korporacji jest rzeczywistością, choć mam nadzieję, że nie na całe życie. Ale podczas podróży jedzenie dominuje zdecydowanie nad muzeami i innymi takimi „atrakcjami”. Z czym jedzeniowo kojarzy się Maroko? Tadżiny i kuskusy w różnych odmianach, przesłodkie desery, świeżo wyciśnięty sok z pomarańczy, kilogramy daktyli, przyprawy o zapachu tak intensywnym, że aż kręci ci się w nosie. Było pysznie i jakoś magicznie tym razem waga została w miejscu (albo tak mi się zdaje). Może to zasługa przechodzonych godzin i ograniczonego do minimum jedzenia słodyczy (które po prostu były dla mnie za słodkie)?


If somebody asked me what my dream job was and could miraculously offer me it for life, I wouldn’t hesitate for a second. The answer would be simple: I would be kind of female version of Anthony Bourdain. There is nothing better than to combine eating, drinking with travelling, at least I can’t imagine there is. For now, I am stuck in my 9 to 5 work, corporate world is my reality. When we travel, eating is definitely more important for us than museums or similar "attractions". When you think Morocco, you immediately picture tagines, couscous, super sweet desserts, freshly squeezed orange juice, kilograms of dates, spices… Somehow during week we spent in Morocco, even when eating all I wanted, I magically didn’t put any weight. Was it all the walking? Or maybe the fact I almost didn’t touch any sweets as they were too… sweet for my taste (don’t get me wrong, I love desserts, but there need to be right balance, too sweet is just not my thing)?


Myślę, że długo w mojej pamięci zostaną idealne śniadania zjedzone na dachu naszego riadu w Marakeszu: sok pomarańczowy, domowej robot konfitury i marokańskie naleśniki zjedzone na świeżym powietrzu z widokiem na Medinę.

Albo zaskakująco pyszne połączenie mięsa i słodkich dodatków (miód, cynamon) w -marokańskiej pastilli, którą zamawialiśmy, gdy już nam się znudził tadżin? Wcześniej myślałam, że nie będę mieć dość kuchni marokańskiej, ale problemem było to, że w większości miejsc menu było takie same, a po zjedzeniu 3 (mimo że z różnym nadzieniem i dodatkami) tadżinów, mieliśmy ochotę na coś innego.



I will not forget the perfect breakfast eaten on the roof of our riad in Marrakesh: fresh orange juice, homemade jams and Moroccan pancakes eaten on the terrace overlooking the Medina.

Or a surprisingly delicious combination of meat and sweet honey and cinnamon –Moroccan pastilla, that we ordered once we got bored of tagine. I would never expect that you can actually end up fed up with those typical Moroccan dished. The problem  was that every single place had almost the same things on the menu. And after eating 3 tagines, delicious and with different ingredients, we just wanted something else.




W takich sytuacjach przesytu tymi daniami, zawsze jest kilka innych opcji: pyszna i sycąca zupa harira, grillowane mięso oraz dobry chleb. Do tego litry słodkiej miętowej herbaty, której picie jest osobnym rytuałem.

So when you are done eating them, try dlicious and filling harira soup, grilled meet and good bread. And drink liters and liters of sweet mint tea. It is a separate ritual.


Jedno jest pewne, każdy smakosz znajdzie coś dla siebie. Nam najbardziej smakowały dania, które sami przygotowaliśmy pod okiem i z wytycznymi Samiry. Na przystawkę sałatka z grillowanych pomidorów i papryki, briouate (czyli małe trójkątne ciasteczka z ciasta podobnego do filo, z nadzieniem serowym, przyprawami i kolendrą), na główne danie tadżin z jagnięciny z migdałami i śliwkami a na deser orzeźwiająca sałatka z pomarańczy z  wodą różaną. Pierwszy raz uczestniczyliśmy w lekcji gotowania, ale było to tak udane doświadczenie, że przy następnej podróży spróbujemy też znaleźć czas. Gotowanie poprzedzone było zakupami na lokalnym souku, dzięki czemu zaopatrzyłam się w przyprawy na kilka miesięcy i mogłam poobserwować życie Marokańczyków. Z Samirą, której uśmiech nie schodził z twarzy ani na chwilę, byliśmy pod ochroną i nikt nas nie zaczepiał. Mogliśmy więc bezkarnie gapić się na towary i zaglądać w głąb sklepików. Ciekawe doświadczenie, bo rzeźnik w Marakeszu wygląda zupełnie inaczej niż ten europejski, do którego jesteśmy przyzwyczajeni.




One thing is sure, every foodie will find something delicious. What we liked the most was a 4 course meal that we prepared under the supervision and guidance of lovely Samira. For an appetizer we had warm salad with grilled tomatoes and peppers, briouate (small triangular pastries made from phyllo-like dough, filled with cheese, spices and coriander), for the main course we made lamb tagine with almonds and plums and for dessert, a refreshing salad of oranges with rosewater. It was our first cooking class, and it was such a fun experience that we will definitely try to find some offers during the upcoming trips (not that we have anything planned already). Before the cooking class, we went shopping at the local souk, where I also bought spices. This time shopping was a nice experience, as we were accompanied by always smiling Samira and nobody harassedous. So we could observe the locals and have a look at the stalls and small shops. It was an interesting experience, as a butcher in Marrakesh looks completely different than the European one, you see livestock around and the aroma of spices is intense…



Zgłodniałam… Na szczęście mam jeszcze kilka daktyli, które zostały z kilograma zakupionego w Marakeszu. A w weekend chyba zrobimy tadżin, bo jedną z pamiątek (oprócz daktyli, przypraw i kilku kolorowych ceramicznych naczyń), jakie przywieźliśmy to właśnie gliniane naczynie do tadżin.

A wy wzięliście kiedyś udział w kursie gotowania? Albo po powrocie do domu odtworzyliście jakieś dania poznane podczas podróży? Czy jako pamiątki kupujecie może właśnie jakieś lokalne produkty?


I’m getting hungry ... Fortunately, I still have some dates left (we bought a kilo to bring back as an edible souvenir). I may even make a tagine on Saturday, as apart from dates, spices and few colorful ceramic dishes, we also bought a tagine clay pot.

Have you ever took a part in a cooking class? Or when you get home you try to recreate recipes of the dishes you ate during your trip? Or maybe you ring some local products as souvenirs?



Thursday, 17 March 2011

Królowa paella/ Queen paella

We Włoszech je się risotto, w Hiszpanii paellę. Nazwa paelli pochodzi z łaciny, od słowa patelka (prawda, że podobne do patelni?), które oznacza metalowe naczynie, które służyło Rzymianom do składania darów bogom. Jest to kolejne, po tortilli, danie, z którym kojarzona jest Hiszpania. Danie pochodzi z Walencji, dlatego można w wielu restauracjach znaleźć nazwę dania paella valenciana (warto wiedzieć, że często jest to danie dla dwóch, bo się nie opłaca restauracjom przygotować tylko dla jednego klienta). Tradycyjnie była to potrawa robotników, którzy spożywali pożywne danie na bazie ryżu, do którego kucharz dodawał składniki, które akurat miał pod ręką kucharz: drób, króliki, z czasem owoce morza. Dziś podstawowa wersja paelli to ryż, warzywa i mięso (z kurczaka albo królika), mamy także paella marinera- z owocami morza i/lub rybami.

Tradycyjnie paellę należy przygotować w głębokiej specjalnej patelni, zwanej paellera, ale my z braku takowej użyliśmy woka. Zamiast szafranu dodaliśmy gotową przyprawę do paelli. (Szafran- najdroższa przyprawa na świecie, została dodana w pewnym momencie do tego dania biedaków i stała się narodowym symbolem Hiszpanii)

W weekend Nuno przyrządził mi paellę z owocami morza. Chyba częściej muszę mu udostępniać kuchnię. I może następny razem ugotuje coś portugalskiego. Bacalhau (dorsz) jest został już zakupiony.


In Italy they have risotto, in Spain the most famous rice dish is of course paella. The name paella comes from the Latin (patella), which means a metal container on which offerings were made to the Gods by Romans. Paella, together with tortilla and tapas, is what comes to you mind when you think about Spanish food. This dish originates from Valencia, that is why many times in restaurants you can find the name paella Valenciana (note: in many restaurants they only prepare paella for two). Traditionally, it was peasant dish- it was nutritious meal that workers could eat. It is based on rice to which a cook was adding whatever ingredients he had : chicken or rabbit meat, seasonal vegetables, over time seafood started to be added also. Today, the most popular one is paella marinera/ paella de marisco, with seafood and/or fish. Basically, paella can differ from region to region, or even from one restaurant to another.

Traditionally, paella should be prepared in a special deep pan, called paellera, but we just used wok. We also alternated saffron, adding readymade spice for paellas that you can but in every shop in Spain, it is cheaper of course and maybe not that tasty, but many Spaniards use it. (Saffron- the most expensive spice was added with time to peasant meal, and paella became one of the symbols of Spain)

Last weekend Nuno prepared paella de marisco. It was delicious. I guess I have to make him cook more frequently. Maybe something typically Portuguese next time? We already have bacalhau...

Sunday, 19 December 2010

Pierniczki/ Gingerbread cookies

Ostatnie posty były o tradycjach katalońskich. Dziś czas na polski element, bo trochę mi brakuje atmosfery przedświątecznej. Nie ma śniegu, nie ma rodziny, z kuchni nie dochodzą żadne zapachy, nie trzeba robić generalnego sprzątania, nie czuję jakoś, że za niecały tydzień już Święta. Żeby jakoś wykreować świąteczną atmosferę umówiłyśmy się z Olgą (zaczęłyśmy pracować tego samego dnia, na tym samym stanowisku, z tym, że Olga w teamie polskim, a ja portugalskim) na wspólne pieczenie pierniczków. Jest to zajęcie bardziej skomplikowane niż w Polsce, ponieważ wymaga dość długich przygotować. Trzeba wszak kupić wszystko, od foremek, po przyprawę piernikową. Na szczęście jest polski sklep (przyprawa piernikowa) i chińczyk (foremki). Oraz zapał nasz i przymrużenie oka- ciasto za mało mąki miało (ale nie mieliśmy więcej na stanie), nie dało się wałkować, przywierało więc do butelki, która z braku wałka była wałkiem, nie było cukru pudru, więc lukier taki przeźroczysty był, ale przynajmniej się posypka jakoś trzymała. Na ozdabianie byłyśmy już za zmęczone, do tego nasi Latynosi (chłopak Olgi jest Hiszpanem) by dużo dłużej nie mogli wytrzymać. Pierniczki zostały zjedzone prawie w całości w jeden wieczór, mimo, że wcześniej zjedliśmy dość pożywną kolacje u Wietnamczyka. Atmosferę świąteczną dopełniały kolędy polskie, hiszpańskie i portugalskie.




W tym roku nie będzie dla mnie polskich tradycji, polskich potraw, bo święta w tym roku spędzam z Nuno i jego rodziną, więc zapach pierniczków choć na chwilę wprowadził mnie w świąteczną atmosferę.



Recently I was reading and writing about Xmas traditions in Catalonia. It made me miss some Polish element, something home related. I somehow miss Xmas preparations, there is no snow, no family, smell of my mum’s cooking is not filling the entire house, no need for general cleaning, in another words, I don’t feel that in less than one week it is already Christmas Eve. We decided with Olga (we started working on the same day, at the same position, Olga for the Polish team, and me for the Portuguese one) that we need to somehow Create a Christmas Atmosphere ourselves. That is how we ended up baking gingerbread cookies at Olga’s place. It was more complicated than in Poland, as it required some preparation, we had to buy everything, starting with cookie cutters, and gingerbread spice mixture. Fortunately, there is a Polish shop (spice mixture) and a Chinese one(cookie cutters). We were enthusiastic about the whole baking things so we didn’t care that the dough hadn’t have enough flour (we run out of it and didn’t want to ask the guys to buy more), so it stuck to the wine bottle (we it was our rolling pin), we didn’t have icing sugar, so the icing was transparent instead of white, but at least it made sprinkles stay on the cookies. We only glued sprinkles on gingerbread cookies, so comparing with nicely decorated ones that usually are baked for Xmas in Poland, our were miserable. Maybe it was better we hadn’t wasted time for decoration, as they were almost entirely eaten in one evening by our Latino boyfriends (Olga’s bf is Spanish), even though we had gone for dinner to a Vietnamese place and were quite full. To add even some more holiday atmosphere, we listened to some carols, Polish, Spanish and Portuguese ones.




This year I am not going home for Christmas, so it means spending Christmas without Polish food or Polish traditions, instead I will eat bacalhau and see how Nuno’s family celebratesNatal. And till then, smell of gingerbread cookies put me in the Christmas mood.