Showing posts with label Galway. Show all posts
Showing posts with label Galway. Show all posts

Monday, 18 March 2013

Parada na św. Patryka/ St. Patrick’s parade

Wczoraj Irlandia obchodziła hucznie święto swojego patrona, świętego Patryka. Nie jest chyba zatem zaskoczeniem, że post właśnie o tym będzie. 
Czego możemy się spodziewać w ten dzień w irlandzkich miastach? Parady, zielonych ubrań, no i oczywiście litrów Guinnessa. 


Mimo chłodu i deszczu na paradę tłumnie przyszli mieszkańcy Galway. Na szczęście nasi znajomi przezornie zajęli miejsce pod daszkiem, a i deszcz ustał po kilku minutach. Sama parada może nie była szczególnie niesamowita (daleko jej i to nie tylko przez niekorzystny klimat do parady w Rio), ale miło się oglądało tancerzy, artystów, żonglerów czy mimów.



Nie zabrakło także polskiego elementu, co nie powinno nas dziwić, ze względu na liczną mniejszość narodową z Polski.  Portugalczycy i Hiszpanie, których też sporo w Galway chyba wolą inny typ zabawy, bo nie brali aktywnie udziału w paradzie. Na paradzie nie spodziewałam się jednak zobaczyć na przykład traktorów,  cheerleaderek czy żołnierzy. 


Jedną z najważniejszych tradycji w ten dzień jest noszenie ubrań w kolorze zielonym lub elementów dekoracyjnych kojarzonych z Irlandią. Prawie wszyscy mijani na ulicy mieli choć jeden zielony element, nawet jeśli była to koniczyna czy irlandzka flaga namalowana na policzku. I oczywiście  po paradzie puby pękały w szwach, bo picie to nieoderwany element obchodów St. Patrick’s. Rozczarowana musiałam zadowolić się normalnym piwem, bo nigdzie nie znalazłam piwa w kolorze zielonym (podobno to nie jest wymysł irlandzki). 


Więcej zdjęć z parady w galerii na facebooku. Po przejrzeniu zdjęć zauważyłam, że na wielu dziecięcych twarzach nie ma uśmiechów. Może to przez zimno? Albo ktoś je zmusił do udziału w paradzie?


A w waszym mieście też obchodzi się St. Patricks? Nie zdziwiłoby mnie to, bo przez liczne społeczności Irlandczyków mieszkających poza krajem, w wielu zakątkach świata podświetlano na zielono znane zabytki, a w Chicago na zielono zabarwiono rzekę. 

Yesterday the most famous Irish festival took place, St. Patrick's Day. So it comes as no surprise that I dedicate a whole post to how people in Galway celebrated of their famous patron Saint Patrick.

What  you can expect to experience in Irish cities on this day? Parades, green clothes and of course, countless pints of Guinness.


The morning was bit cold and cloudy (no surprise here) but still a lot of people were on the streets to see the parade. Our friends saved us a soft under a bar’s roof so we didn’t mind the short rain. I enjoyed the parade (well, it falls behind, and not only because of the cold climate, the famous one in Rio) but it lacked the “wow” factor. It was fun to watch dancers, artists, jugglers and mimes, but that’s it. 

There was also a Polish representation  in the parade, thanks to quite a big Polish community here in Galway. There are a lot of Spanish and Portuguese living in Galway, but I guess they are not that into that kind of fun. There were some surprises, as I didn’t expect to see, let’s say, tractors, cheerleaders or soldiers parading.


One of the most important traditions on this day is to wear something green. Almost everyone had at least one green item, even if it was a clover (shamrock) or Irish flag painted on the cheek. And of course, after the parade, everyone went to a pub, as drinking is a inseparable part of the St. Patrick’s celebrations. I was bit disappointed to be unable to order green beer (apparently it is not that popular in Ireland and was invented only for tourists) and had to settle for a regular one.


If you enjoyed the photos from St. Patrick’s parade in Galway, you can find more on the blog’s facebook fan page. I’ve just noticed that many children aren’t smiling… Is it because of the cold? Or somebody made them take part in the parade?


Is St. Patrick’s  day celebrated in your town? It wouldn’t surprise me, as because of numerous Irish communities living outside the country, in many parts of the world there were big celebrations: the river in Chicago was dyed green and a lot of famous monuments were illuminated in green.

Sunday, 3 March 2013

Niedzielne poszukiwanie słońca/ Sunday sun hunting


Pierwszą wizytę gości mamy za sobą. Nazbierało mi się materiałów do postów, nie wiem tylko czy się wyrobię, bo w środę wizyt ciąg dalszy. Śmiejemy się, że po 4 wizytach prawie pod rząd nikt nas już więcej nie odwiedzi.  Wizyty to okazja to weekendowych krótkich wypadów oraz do godzin przegadanych nad guinnessem. Dziewczyny miały szczęście i nie doświadczyły ani jednej kropli irlandzkiego deszczu.  Choć ja i tak śmiem twierdzić, że deszczowy dzień na Zielonej Wyspie powinien nikogo nie ominąć. 


W ostatni dzień wizyty wybraliśmy się na zwiedzanie okolicznych plaż, bo pogoda (nie licząc wiatru i niezbyt plażowej temperatury) była idealna na spędzenie niedzieli na powietrzu. Promenada na Salthill, Barna, Spiddal oraz małe urocze plaże po drodze (obowiązkowy przystanek na chowdera w drodze powrotnej) i udowodniliśmy gościom, że Irlandia to nie tylko klify i zieleń. 

Zatrzymaliśmy się też w pięknym małym parku-lesie w Barnie, który wygląda jak wyjęty z filmu. Jest mroczno i tajemniczo, choć promienie słońca bez problemu przebijają się prze konary drzew (wiosną i jesienią, gdy drzewa pokryte są liśćmi, musi tu być naprawdę pięknie).


W Irlandii tak to już jest, że gdy dopisuje pogoda, to wszyscy tłumnie wychodzą na ulice: na plaży i promenadzie Salthill spotykamy całe rodziny + psy, ciężko o wolne miejsce na stolikach przy pubach czy kawiarniach, ławki przy Spanish Arch są idealne na lunch czy pogaduchy ze znajomymi, ale trawą czy schodkami też nikt nie wzgardzi. I jak to w Galway, spacerując zawsze natkniemy się na znajomych. 


Do znudzenia będę powtarzać, nie spodziewałam się, że Irlandia jest tak piękna. Koleżanki też wyglądały na zdziwione i chyba trochę zrozumiały, że zamiana Barcelony na urocze (małe lecz pełne życia) Galway nie była aż taka zła.

Po więcej zdjęć z niedzielnego spaceru zapraszam do galerii na facebooku.  I jeśli jeszcze nie polubiliście mojej facebookowej strony, to teraz jest idealny moment by to nadrobić :)



Few days ago we had first friends visiting us in Ireland. I have some ideas for new posts, but don’t expect them too soon, as on Wednesday we have another visit… and then another… and them my parents are coming over for Easter. It seems like after4 visits in a raw, there won’t be anyone left to visit us. We try to get the most out of every visit, going to different places, spending hour talking in a pub with pints and pints of Guinness… Girls were lucky and it didn’t rain during their stay. Still, I believe that if you don’t experience typical  Irish weather (meaning rain), your experience  isn’t full.

On Sunday, which was the last day we spend together with our guests, we decided to explore the seaside and go ‘beach crawling’ (nice change after 3 days of pub crawling). The weather was just perfect (maybe bit too chilly and windy, but with the sun on our faces, we ignored it). Walking on a promenade as Salthill, going to Barna and Spiddal and stopping at some small charming beaches along the way, in a word, this is how Nuno pictures a perfect Sunday. Ireland is not all about green color and cliffs. 


On our way back, we stopped (after having an obligatory chowder for lunch) in a little beautiful park/ forest in Barna. It was all mysterious, I could picture some movies being shot here. We definitely have to come back here in spring and later in autumn as it must be truly a beautiful place to have a walk with green and colorful leaves. 


On a sunny day, we weren’t the only ones who chose to spend this day walking and enjoying the sun. Galway people just flocked to the streets:  you can meet big families+dogs on the Salthill promenade or nearby beaches, there is hardly any place left in pub’s and café’s terraces, benches at the Spanish Arch are great for lunch or having a chat with friends, but sometimes you must accept grass and stairs as the area is full of young people. And in Galway, I’m no longer surprised when we meet some friends unexpectedly , as you always come across a friend.


I like to collect such perfect  normal days. I find Ireland more and more beautiful.  And after only few days that my friend spend on the Emerald Island, she seems to finally get it that leaving sunny Barcelona behind and moving to small but charming and vibrant Galway was not such a bad thing. 

You can find more photos on facebook. If you still haven’t “liked” my fcb page, now is the time :)

Sunday, 10 February 2013

Zimowy spacer po plaży/ Winter beach walk


Dzisiejszy post pisany jest ze specjalną dedykacją dla Pauliny, która domagała się postów irlandzkich.
Ostatnio uskarżam się na brak weny, do tego doszła niespodziewana i nieplanowana podróż do domu, a na dokładkę absolutny zastój w podróżowaniu. To się niedługo zmieni, bo już na przyszły weekend zaplanowaliśmy wypad do Dublina (aż nam wstyd, że tak długo nam to zajęło). Ja podróży, choćby najkrótszych i najbliższych, potrzebuję jak powietrza i alergicznie reaguję, jeśli 2 weekendy pod rząd niczym się od siebie nie różnią (dla mnie spokój i rutyna, to 2 najgorsze określenia, których można użyć). Tak się jednak złożyło, że irlandzka pogoda (nie myślałam, że aż taki wpływ będzie miała na moje życie i że wpadnę w jakiś marazm i odrętwienie) nie sprzyjała planowaniu weekendowych eskapad. 


Powinnam wziąć przykład z Irlandczyków z krwi i kości, którym deszcze i zimno nie straszne i nie pozwalają oni, by pogoda determinowała ich życie. Tak więc mimo strug (umiarkowanych) deszczu  można zobaczyć dzieci i dorosłych jeżdżących na rowerze czy rolkach. Nie mogliśmy być gorsi i mimo niezbyt korzystnych warunków atmosferycznych wybraliśmy się na Salthill, by pospacerować brzegiem oceanu. I wiecie co? Jak się ma dobrą kurtkę przeciwdeszczową to pogoda wcale nie taka straszna jak ją malują!


Od przyszłego weekendu będziemy się więcej po Irlandii poruszać (dwie zaplanowane wizyty polskich znajomych na pewno nam w tym pomogą), więc w najbliższych tygodniach blog powinien zostać zdominowany przez posty o Zielonej Wyspie. Cieszycie się? 


Paulina and some other friends and family members were asking me why there are no new post about Ireland on the blog. So this short post with explanation is written with a special dedication for them. 
In the last weeks, to write a new post was the last thing I was feeling like doing: I totally lacked inspiration for new entries, I had to unexpectedly travel home for few days and I didn’t visit any new places. Fortunately we are working on changing the last point: we are planning a weekend gateway in Dublin next week (it really took us quite a time) and we have our friends visiting us so we won’t have any excuse not to go with them to explore some unknown Irish regions over the weekends. I really miss traveling, planning even the shortest travels gives me so much pleasure and something to look forward during the day to day routine. I can only blame the weather which can be a lame excuse for not leaving Galway. Before moving to Ireland I had no idea that weather could have such an impact on my life. 


I believe I should just follow the example of the real Irish people who don’t allow rain and cold affect their lives. You see the families going for walk, rain or no rain, small children riding a bicycle or skating, people running… Well, if they stayed home every time it rains, they wouldn’t do much, so it’s logic just to ignore the unfavorable weather conditions. We couldn’t be worse so we sucked it up and went for a walk along the ocean. And you know what? With a good rain jacket weather is not that scary! More Irish posts to follow…soon… :)

Sunday, 25 November 2012

Jarmark świąteczny w Galway/ Christmas market in Galway


W Irlandii dekoracje  świąteczne można było już kupić w sklepach w okolicach Halloween. Mam wrażenie, że z każdym rokiem szał świąteczny zaczyna się wcześniej. Boże Narodzenie jest chyba moim ulubionym świętem, ale dekorowanie ulic w listopadzie uważam za przesadę. Co nie przeszkodziło mi wybrać się wczoraj na świąteczny jarmark i główną ulicę handlową Galway, by zobaczyć iluminacje. Lubię odkrywać na nowo miejsca, które znam, a które w różne pory roku wyglądają odmiennie. 


Jarmark różnił się od Fira de Santa Llucia, który to jarmark co roku ma miejsce w Barcelonie, przed katedrą. Nie było postaci do zbudowania żłóbka, caganera czy pieńka caga tio, trochę mnie rozczarowało, że nie odkryłam żadnej typowej zabawki czy tradycji. Połowę stoisko stanowiły stoiska z jedzeniem lub piciem, Nuno skusił się na hot doga, ja miałam ochotę na grzane wino. Oczywiście można było kupić bombki, choinki (nie uschną na miesiąc przez Wigilią?!) czy inne dekoracje. Albo poszukać inspiracji na prezent dla najbliższych. Dla najmłodszych niemałą frajdą była karuzela z retro konikami. 


Nie będzie osobnego postu o ulicach udekorowanych świetlnymi dekoracjami, bo nawet przy dobrej chęci zdjęć by się tyle nie uzbierało. Wiem, że nie można oczekiwać, że małe Galway dorówna Barcelonie (zobacz dekoracje), ale nie mogłam ukryć rozczarowania widząc dość biedne dekoracje na Shop Street. Przed świętami zawitamy do Dublina i mam nadzieję, że będą one troszkę ładniejsze. 


A wasze miasta przybrały już świąteczną szatę? 

 

I love Christmas, I think it is my favorite holiday, but still I don’t find it normal to see all those Xmas decorations right after Halloween. I feel that every year  Christmas frenzy starts bit earlier. But still,  was more than happy to go to the Christmas market  (that opened 2 days ago) and see the illuminations on the main shopping street of Galway. For my defense, I can only say that I love to explore places that I know during different seasons to see how they can change. 


The market had nothing to do with Fira de Santa Llucia, that takes place every year in Barcelona just in front in the cathedral. There you can buy every possible figure that you may need to build your own crèche ,you discover funny and surprising Catalan traditions: caganer and  caga tio, I was bit dissapointed that I didn't discover any typical traditions. Here for a change, more than half stands offer food and drinks, and we were tempted to drink mulled wine and Nuno couldn’t resist the smell of hot dogs. We didn’t buy anything (I still have no idea what would make a perfect present for my family), but there were plenty of stands to find inspiration for gifts. I don’t know if we will be decorating our flat, but there were some cute decorations and Christmas trees as well. 


I have to squeeze a photo of streets with festive light decorations, as if I were to write a separate post, it would be the shortest ever on this blog. I know that I was naïve to expect to see kilometers of Xmas lights in such a small town, but I couldn’t hide my disappointment when I went to Shop Street, the main street in Galway. Before Christmas we plan to spend some time in Dublin so I hope that I will see some proper decorations.


Is your city already ready for Christmas? Do you like its decorations?

Sunday, 14 October 2012

Parada, ostrygi i Guinness/ Parade, oysters and Guinness


Od piątku znowu jestem w Galway. Po 9 dniach pobytu w Polsce wróciłam zmęczona i zakatarzona. Jakoś tak to już jest, że odkąd mieszkam poza krajem, każda wizyta zapełniona jest do granic spotkaniami z rodziną, znajomymi, fryzjerami, lekarzami, zakupami… Tym razem na dokładkę wymyśliłam sobie krótki wypad do Warszawy, gdzie nie byłam od czasu skończenia studiów (o tym, jak pozytywne wrażenie sprawiła na mnie stolica chyba w następnym poście będzie). 


Dziś nie będzie o deszczowej pogodzie, o tym, jak to jest opuścić wielkie miasto, o tym, czy już nabawiłam się depresji (czego  chyba spodziewają się moi hiszpańscy znajomi i tylko przyjmują zakłady, jak długo mi to zajmie). Będzie o niespodziankach, jakie oferuje małe i urokliwe miasteczko, które przez następnych kilka miesięcy (czy lat- to się dopiero okaże) będziemy nazywać domem. 

Nuno wie, że uwielbiam planować. I że to przede wszystkim ja w naszym związku wymyślam, co będziemy robić w weekend, gdzie pojedziemy na wakacje… Nie jestem jednak dyktatorem (z małymi wyjątkami) i zgadzam się chętnie na wszystkie propozycje. Ucieszyłam się i zaskoczyłam jednocześnie, gdy zaproponował, żebyśmy poszli na festiwal ostryg, który każdego września ma miejsce w Galway. Nie ma to jak dobry początek nowego etapu życia. Plany, planami, a rzeczywistość swoje. Portugalskie podejście i odkładanie na ostatnią chwilę i okazało się, że wejściówki już wyprzedane. Zamiast na festiwal poszliśmy do pubu na ostrygi i guinnessa (wbrew pozorom połączenie jest idealne), a potem podczas spaceru trafiliśmy nieoczekiwanie na paradę z okazji festiwalu ostryg właśnie. Czasami nie ma co się sztywno trzymać planów. I mimo że zaczęło troszkę kropić, humoru mi to nie zepsuło i na razie dzielnie wszystkim powtarzam, że lubię Galway. A wam się podoba? Więcej zdjęć tutaj



I am back in Galway after 9 busy days in Poland. I don’t go home as often as I would like to, so every visit is planned to the smallest detail as I want to somehow meet all my friends, and family, and go shopping and cut my hair… This time I also ended up spending 2 days in Warsaw visiting my dear friends, I was really impressed how the city has changed since I graduated (I think the next post will be about Warsaw and why I recommend it as your next travel destination). 

I spent really great weekend in Ireland, so today  don’t expect any complaints about rain, and how hard it was to leave a big sunny city, or if I am already depressed (my Spanish friends take it for granted and are betting how long I will stay so positive). Today I want to share with you yet another small surprise that small but charming town that I will call home for the next few months (or years, you never know) had for me.


Nuno knows that I am obsessed with planning . It seems I can’t live normally without agenda. My dream job would be to plan lives/holidays/weekends for those who hate planning.  I like to know where we want to spend the New Years Eve few months ahead and I plan where to go for a long weekend or holidays. It doesn’t mean I automatically reject plans made by my friends or family. I am more than happy (with some exceptions) to go with the flow. So I was at the same time surprised and excited when Nuno suggested we went to the Galway Oyster Festival that takes place every year in September. There's nothing like a good festival to celebrate a new phase of life. But you can have a great plan and still the reality comes in the way. As Portuguese people aren’t really known for being planners, quite on the contrary, they tend to leave everything for the last moment, it turned out that all the tickets had been already sold out. So we went to have some oysters and Guinness (it really is a tasty combination!) in a pub.  I was kind of disappointed (and I don’t even like oysters that much) to miss the festival, but then, for my big surprise, we unexpectedly  walked into a parade. Nuno patiently waited for me, as he is already more than used to my small obsessions with local traditions and festivals. It was a second reason I found to like Galway (the first is a great Saturday market). So even though it rains almost every day, I am happy to be here and discover what Ireland has to offer. Do you like Galway so far? Click here for more photos.



Monday, 1 October 2012

Sobotni targ/ Saturday market


Jestem w Galway niecały tydzień i muszę przyznać, że moje obawy, że miasta tego nie polubię okazały się bezpodstawne. Pogoda całkiem dopisuje, co w warunkach irlandzkich znaczy to tyle, że nie pada codziennie (zresztą tutaj pada troszkę i potem się rozpogadza), ludzie są strasznie sympatyczni (obsługa w sklepach i knajpach tak bardzo, że doznaję szoku po 2 latach w Barcelonie, gdzie niestety obsługa klienta pozostawia wiele do życzenia) i odkryłam targ podczas sobotniego spaceru. Uwielbiam targi, stragany pełne warzyw i owoców, gdzie dobra kupuje się prosto od rolników. Przypomina mi się dzieciństwo, kiedy towarzyszyłam mamie na rynek po jajka, ziemniaczki od pana z górki i sezonowe owoce. Albo czasu studiów, kiedy z moimi współlokatorkami na bazarku miałyśmy ulubioną piekarnię, stoisko, gdzie zawsze dostawałyśmy najlepsze warzywa i owoce.


Na targu w Galway (Church Lane; zajrzyj na ich stronę) można kupić wszystko: organiczne warzywa i owoce (następnym razem kupię rabarbar! Tak tęskniłam za jego smakiem przez ostatnie 3 lata, bo ani w Hiszpanii ani w Rumunii nie mogłam go nigdzie znaleźć) , jest stragan z samymi oliwkami, pieczywem i słodkimi wypiekami, są świeże zioła i stoisko z rybami (które polecał kolega Nuno z pracy, więc przy następnej wizycie musimy koniecznie kupić).  Więcej zdjęć tradycyjnie na facebooku, więc zachęcam do zajrzenia i polubienia strony.


A wy też chodzicie na lokalne targi? Jakie są wasze ulubione? 



After spending less than a week in Galway I must say that I really like this town. I was afraid that I wouldn’t find it charming and fortunately I was wrong. Weather has been quite nice and it definitely helps (meaning: in Ireland nice weather means it doesn’t rain every single day, and even if it rains, it stops after a bit and sun shyly  appears) and people are just so helpful and nice (I am still shocked as after 2 years in Barcelona where the customer service is quite bad, I am not used to see people smiling so much and always having a good word for the clients). Oh, and I discovered a nice market last Saturday when having a walk to get to know Galway. I just love markets, small stalls selling fruits and veggies, where you can buy fresh goods directly from the farmers. It  brings me back my childhood memories when I accompanied my mum to the market to buy eggs, potatoes and seasonal fruit. Or my student times, when with my flatmates we used to buy bread always in the same bakery and we had our favourite stand where two brothers were selling the best fruits and vegetables.

 

You can buy so many tasty things at the Galway market (Church Lane; check their website for details). You can find organic vegetables and fruits (next time I definitely have to buy rhubarb! I missed its flavor for the last 3 years, as I couldn’t find in neither in Spain nor in Romania), there is a big stand with olives, another various types of bread and sweet pastries, fresh herbs and one Nuno’s friend highly recommended- the fish stall.  You can find more photos on facebook, check it and like it! 


Do you also like shopping at the local markets? What are your favorite one?

Showing posts with label Galway. Show all posts
Showing posts with label Galway. Show all posts

Monday, 18 March 2013

Parada na św. Patryka/ St. Patrick’s parade

Wczoraj Irlandia obchodziła hucznie święto swojego patrona, świętego Patryka. Nie jest chyba zatem zaskoczeniem, że post właśnie o tym będzie. 
Czego możemy się spodziewać w ten dzień w irlandzkich miastach? Parady, zielonych ubrań, no i oczywiście litrów Guinnessa. 


Mimo chłodu i deszczu na paradę tłumnie przyszli mieszkańcy Galway. Na szczęście nasi znajomi przezornie zajęli miejsce pod daszkiem, a i deszcz ustał po kilku minutach. Sama parada może nie była szczególnie niesamowita (daleko jej i to nie tylko przez niekorzystny klimat do parady w Rio), ale miło się oglądało tancerzy, artystów, żonglerów czy mimów.



Nie zabrakło także polskiego elementu, co nie powinno nas dziwić, ze względu na liczną mniejszość narodową z Polski.  Portugalczycy i Hiszpanie, których też sporo w Galway chyba wolą inny typ zabawy, bo nie brali aktywnie udziału w paradzie. Na paradzie nie spodziewałam się jednak zobaczyć na przykład traktorów,  cheerleaderek czy żołnierzy. 


Jedną z najważniejszych tradycji w ten dzień jest noszenie ubrań w kolorze zielonym lub elementów dekoracyjnych kojarzonych z Irlandią. Prawie wszyscy mijani na ulicy mieli choć jeden zielony element, nawet jeśli była to koniczyna czy irlandzka flaga namalowana na policzku. I oczywiście  po paradzie puby pękały w szwach, bo picie to nieoderwany element obchodów St. Patrick’s. Rozczarowana musiałam zadowolić się normalnym piwem, bo nigdzie nie znalazłam piwa w kolorze zielonym (podobno to nie jest wymysł irlandzki). 


Więcej zdjęć z parady w galerii na facebooku. Po przejrzeniu zdjęć zauważyłam, że na wielu dziecięcych twarzach nie ma uśmiechów. Może to przez zimno? Albo ktoś je zmusił do udziału w paradzie?


A w waszym mieście też obchodzi się St. Patricks? Nie zdziwiłoby mnie to, bo przez liczne społeczności Irlandczyków mieszkających poza krajem, w wielu zakątkach świata podświetlano na zielono znane zabytki, a w Chicago na zielono zabarwiono rzekę. 

Yesterday the most famous Irish festival took place, St. Patrick's Day. So it comes as no surprise that I dedicate a whole post to how people in Galway celebrated of their famous patron Saint Patrick.

What  you can expect to experience in Irish cities on this day? Parades, green clothes and of course, countless pints of Guinness.


The morning was bit cold and cloudy (no surprise here) but still a lot of people were on the streets to see the parade. Our friends saved us a soft under a bar’s roof so we didn’t mind the short rain. I enjoyed the parade (well, it falls behind, and not only because of the cold climate, the famous one in Rio) but it lacked the “wow” factor. It was fun to watch dancers, artists, jugglers and mimes, but that’s it. 

There was also a Polish representation  in the parade, thanks to quite a big Polish community here in Galway. There are a lot of Spanish and Portuguese living in Galway, but I guess they are not that into that kind of fun. There were some surprises, as I didn’t expect to see, let’s say, tractors, cheerleaders or soldiers parading.


One of the most important traditions on this day is to wear something green. Almost everyone had at least one green item, even if it was a clover (shamrock) or Irish flag painted on the cheek. And of course, after the parade, everyone went to a pub, as drinking is a inseparable part of the St. Patrick’s celebrations. I was bit disappointed to be unable to order green beer (apparently it is not that popular in Ireland and was invented only for tourists) and had to settle for a regular one.


If you enjoyed the photos from St. Patrick’s parade in Galway, you can find more on the blog’s facebook fan page. I’ve just noticed that many children aren’t smiling… Is it because of the cold? Or somebody made them take part in the parade?


Is St. Patrick’s  day celebrated in your town? It wouldn’t surprise me, as because of numerous Irish communities living outside the country, in many parts of the world there were big celebrations: the river in Chicago was dyed green and a lot of famous monuments were illuminated in green.

Sunday, 3 March 2013

Niedzielne poszukiwanie słońca/ Sunday sun hunting


Pierwszą wizytę gości mamy za sobą. Nazbierało mi się materiałów do postów, nie wiem tylko czy się wyrobię, bo w środę wizyt ciąg dalszy. Śmiejemy się, że po 4 wizytach prawie pod rząd nikt nas już więcej nie odwiedzi.  Wizyty to okazja to weekendowych krótkich wypadów oraz do godzin przegadanych nad guinnessem. Dziewczyny miały szczęście i nie doświadczyły ani jednej kropli irlandzkiego deszczu.  Choć ja i tak śmiem twierdzić, że deszczowy dzień na Zielonej Wyspie powinien nikogo nie ominąć. 


W ostatni dzień wizyty wybraliśmy się na zwiedzanie okolicznych plaż, bo pogoda (nie licząc wiatru i niezbyt plażowej temperatury) była idealna na spędzenie niedzieli na powietrzu. Promenada na Salthill, Barna, Spiddal oraz małe urocze plaże po drodze (obowiązkowy przystanek na chowdera w drodze powrotnej) i udowodniliśmy gościom, że Irlandia to nie tylko klify i zieleń. 

Zatrzymaliśmy się też w pięknym małym parku-lesie w Barnie, który wygląda jak wyjęty z filmu. Jest mroczno i tajemniczo, choć promienie słońca bez problemu przebijają się prze konary drzew (wiosną i jesienią, gdy drzewa pokryte są liśćmi, musi tu być naprawdę pięknie).


W Irlandii tak to już jest, że gdy dopisuje pogoda, to wszyscy tłumnie wychodzą na ulice: na plaży i promenadzie Salthill spotykamy całe rodziny + psy, ciężko o wolne miejsce na stolikach przy pubach czy kawiarniach, ławki przy Spanish Arch są idealne na lunch czy pogaduchy ze znajomymi, ale trawą czy schodkami też nikt nie wzgardzi. I jak to w Galway, spacerując zawsze natkniemy się na znajomych. 


Do znudzenia będę powtarzać, nie spodziewałam się, że Irlandia jest tak piękna. Koleżanki też wyglądały na zdziwione i chyba trochę zrozumiały, że zamiana Barcelony na urocze (małe lecz pełne życia) Galway nie była aż taka zła.

Po więcej zdjęć z niedzielnego spaceru zapraszam do galerii na facebooku.  I jeśli jeszcze nie polubiliście mojej facebookowej strony, to teraz jest idealny moment by to nadrobić :)



Few days ago we had first friends visiting us in Ireland. I have some ideas for new posts, but don’t expect them too soon, as on Wednesday we have another visit… and then another… and them my parents are coming over for Easter. It seems like after4 visits in a raw, there won’t be anyone left to visit us. We try to get the most out of every visit, going to different places, spending hour talking in a pub with pints and pints of Guinness… Girls were lucky and it didn’t rain during their stay. Still, I believe that if you don’t experience typical  Irish weather (meaning rain), your experience  isn’t full.

On Sunday, which was the last day we spend together with our guests, we decided to explore the seaside and go ‘beach crawling’ (nice change after 3 days of pub crawling). The weather was just perfect (maybe bit too chilly and windy, but with the sun on our faces, we ignored it). Walking on a promenade as Salthill, going to Barna and Spiddal and stopping at some small charming beaches along the way, in a word, this is how Nuno pictures a perfect Sunday. Ireland is not all about green color and cliffs. 


On our way back, we stopped (after having an obligatory chowder for lunch) in a little beautiful park/ forest in Barna. It was all mysterious, I could picture some movies being shot here. We definitely have to come back here in spring and later in autumn as it must be truly a beautiful place to have a walk with green and colorful leaves. 


On a sunny day, we weren’t the only ones who chose to spend this day walking and enjoying the sun. Galway people just flocked to the streets:  you can meet big families+dogs on the Salthill promenade or nearby beaches, there is hardly any place left in pub’s and café’s terraces, benches at the Spanish Arch are great for lunch or having a chat with friends, but sometimes you must accept grass and stairs as the area is full of young people. And in Galway, I’m no longer surprised when we meet some friends unexpectedly , as you always come across a friend.


I like to collect such perfect  normal days. I find Ireland more and more beautiful.  And after only few days that my friend spend on the Emerald Island, she seems to finally get it that leaving sunny Barcelona behind and moving to small but charming and vibrant Galway was not such a bad thing. 

You can find more photos on facebook. If you still haven’t “liked” my fcb page, now is the time :)

Sunday, 10 February 2013

Zimowy spacer po plaży/ Winter beach walk


Dzisiejszy post pisany jest ze specjalną dedykacją dla Pauliny, która domagała się postów irlandzkich.
Ostatnio uskarżam się na brak weny, do tego doszła niespodziewana i nieplanowana podróż do domu, a na dokładkę absolutny zastój w podróżowaniu. To się niedługo zmieni, bo już na przyszły weekend zaplanowaliśmy wypad do Dublina (aż nam wstyd, że tak długo nam to zajęło). Ja podróży, choćby najkrótszych i najbliższych, potrzebuję jak powietrza i alergicznie reaguję, jeśli 2 weekendy pod rząd niczym się od siebie nie różnią (dla mnie spokój i rutyna, to 2 najgorsze określenia, których można użyć). Tak się jednak złożyło, że irlandzka pogoda (nie myślałam, że aż taki wpływ będzie miała na moje życie i że wpadnę w jakiś marazm i odrętwienie) nie sprzyjała planowaniu weekendowych eskapad. 


Powinnam wziąć przykład z Irlandczyków z krwi i kości, którym deszcze i zimno nie straszne i nie pozwalają oni, by pogoda determinowała ich życie. Tak więc mimo strug (umiarkowanych) deszczu  można zobaczyć dzieci i dorosłych jeżdżących na rowerze czy rolkach. Nie mogliśmy być gorsi i mimo niezbyt korzystnych warunków atmosferycznych wybraliśmy się na Salthill, by pospacerować brzegiem oceanu. I wiecie co? Jak się ma dobrą kurtkę przeciwdeszczową to pogoda wcale nie taka straszna jak ją malują!


Od przyszłego weekendu będziemy się więcej po Irlandii poruszać (dwie zaplanowane wizyty polskich znajomych na pewno nam w tym pomogą), więc w najbliższych tygodniach blog powinien zostać zdominowany przez posty o Zielonej Wyspie. Cieszycie się? 


Paulina and some other friends and family members were asking me why there are no new post about Ireland on the blog. So this short post with explanation is written with a special dedication for them. 
In the last weeks, to write a new post was the last thing I was feeling like doing: I totally lacked inspiration for new entries, I had to unexpectedly travel home for few days and I didn’t visit any new places. Fortunately we are working on changing the last point: we are planning a weekend gateway in Dublin next week (it really took us quite a time) and we have our friends visiting us so we won’t have any excuse not to go with them to explore some unknown Irish regions over the weekends. I really miss traveling, planning even the shortest travels gives me so much pleasure and something to look forward during the day to day routine. I can only blame the weather which can be a lame excuse for not leaving Galway. Before moving to Ireland I had no idea that weather could have such an impact on my life. 


I believe I should just follow the example of the real Irish people who don’t allow rain and cold affect their lives. You see the families going for walk, rain or no rain, small children riding a bicycle or skating, people running… Well, if they stayed home every time it rains, they wouldn’t do much, so it’s logic just to ignore the unfavorable weather conditions. We couldn’t be worse so we sucked it up and went for a walk along the ocean. And you know what? With a good rain jacket weather is not that scary! More Irish posts to follow…soon… :)

Sunday, 25 November 2012

Jarmark świąteczny w Galway/ Christmas market in Galway


W Irlandii dekoracje  świąteczne można było już kupić w sklepach w okolicach Halloween. Mam wrażenie, że z każdym rokiem szał świąteczny zaczyna się wcześniej. Boże Narodzenie jest chyba moim ulubionym świętem, ale dekorowanie ulic w listopadzie uważam za przesadę. Co nie przeszkodziło mi wybrać się wczoraj na świąteczny jarmark i główną ulicę handlową Galway, by zobaczyć iluminacje. Lubię odkrywać na nowo miejsca, które znam, a które w różne pory roku wyglądają odmiennie. 


Jarmark różnił się od Fira de Santa Llucia, który to jarmark co roku ma miejsce w Barcelonie, przed katedrą. Nie było postaci do zbudowania żłóbka, caganera czy pieńka caga tio, trochę mnie rozczarowało, że nie odkryłam żadnej typowej zabawki czy tradycji. Połowę stoisko stanowiły stoiska z jedzeniem lub piciem, Nuno skusił się na hot doga, ja miałam ochotę na grzane wino. Oczywiście można było kupić bombki, choinki (nie uschną na miesiąc przez Wigilią?!) czy inne dekoracje. Albo poszukać inspiracji na prezent dla najbliższych. Dla najmłodszych niemałą frajdą była karuzela z retro konikami. 


Nie będzie osobnego postu o ulicach udekorowanych świetlnymi dekoracjami, bo nawet przy dobrej chęci zdjęć by się tyle nie uzbierało. Wiem, że nie można oczekiwać, że małe Galway dorówna Barcelonie (zobacz dekoracje), ale nie mogłam ukryć rozczarowania widząc dość biedne dekoracje na Shop Street. Przed świętami zawitamy do Dublina i mam nadzieję, że będą one troszkę ładniejsze. 


A wasze miasta przybrały już świąteczną szatę? 

 

I love Christmas, I think it is my favorite holiday, but still I don’t find it normal to see all those Xmas decorations right after Halloween. I feel that every year  Christmas frenzy starts bit earlier. But still,  was more than happy to go to the Christmas market  (that opened 2 days ago) and see the illuminations on the main shopping street of Galway. For my defense, I can only say that I love to explore places that I know during different seasons to see how they can change. 


The market had nothing to do with Fira de Santa Llucia, that takes place every year in Barcelona just in front in the cathedral. There you can buy every possible figure that you may need to build your own crèche ,you discover funny and surprising Catalan traditions: caganer and  caga tio, I was bit dissapointed that I didn't discover any typical traditions. Here for a change, more than half stands offer food and drinks, and we were tempted to drink mulled wine and Nuno couldn’t resist the smell of hot dogs. We didn’t buy anything (I still have no idea what would make a perfect present for my family), but there were plenty of stands to find inspiration for gifts. I don’t know if we will be decorating our flat, but there were some cute decorations and Christmas trees as well. 


I have to squeeze a photo of streets with festive light decorations, as if I were to write a separate post, it would be the shortest ever on this blog. I know that I was naïve to expect to see kilometers of Xmas lights in such a small town, but I couldn’t hide my disappointment when I went to Shop Street, the main street in Galway. Before Christmas we plan to spend some time in Dublin so I hope that I will see some proper decorations.


Is your city already ready for Christmas? Do you like its decorations?

Sunday, 14 October 2012

Parada, ostrygi i Guinness/ Parade, oysters and Guinness


Od piątku znowu jestem w Galway. Po 9 dniach pobytu w Polsce wróciłam zmęczona i zakatarzona. Jakoś tak to już jest, że odkąd mieszkam poza krajem, każda wizyta zapełniona jest do granic spotkaniami z rodziną, znajomymi, fryzjerami, lekarzami, zakupami… Tym razem na dokładkę wymyśliłam sobie krótki wypad do Warszawy, gdzie nie byłam od czasu skończenia studiów (o tym, jak pozytywne wrażenie sprawiła na mnie stolica chyba w następnym poście będzie). 


Dziś nie będzie o deszczowej pogodzie, o tym, jak to jest opuścić wielkie miasto, o tym, czy już nabawiłam się depresji (czego  chyba spodziewają się moi hiszpańscy znajomi i tylko przyjmują zakłady, jak długo mi to zajmie). Będzie o niespodziankach, jakie oferuje małe i urokliwe miasteczko, które przez następnych kilka miesięcy (czy lat- to się dopiero okaże) będziemy nazywać domem. 

Nuno wie, że uwielbiam planować. I że to przede wszystkim ja w naszym związku wymyślam, co będziemy robić w weekend, gdzie pojedziemy na wakacje… Nie jestem jednak dyktatorem (z małymi wyjątkami) i zgadzam się chętnie na wszystkie propozycje. Ucieszyłam się i zaskoczyłam jednocześnie, gdy zaproponował, żebyśmy poszli na festiwal ostryg, który każdego września ma miejsce w Galway. Nie ma to jak dobry początek nowego etapu życia. Plany, planami, a rzeczywistość swoje. Portugalskie podejście i odkładanie na ostatnią chwilę i okazało się, że wejściówki już wyprzedane. Zamiast na festiwal poszliśmy do pubu na ostrygi i guinnessa (wbrew pozorom połączenie jest idealne), a potem podczas spaceru trafiliśmy nieoczekiwanie na paradę z okazji festiwalu ostryg właśnie. Czasami nie ma co się sztywno trzymać planów. I mimo że zaczęło troszkę kropić, humoru mi to nie zepsuło i na razie dzielnie wszystkim powtarzam, że lubię Galway. A wam się podoba? Więcej zdjęć tutaj



I am back in Galway after 9 busy days in Poland. I don’t go home as often as I would like to, so every visit is planned to the smallest detail as I want to somehow meet all my friends, and family, and go shopping and cut my hair… This time I also ended up spending 2 days in Warsaw visiting my dear friends, I was really impressed how the city has changed since I graduated (I think the next post will be about Warsaw and why I recommend it as your next travel destination). 

I spent really great weekend in Ireland, so today  don’t expect any complaints about rain, and how hard it was to leave a big sunny city, or if I am already depressed (my Spanish friends take it for granted and are betting how long I will stay so positive). Today I want to share with you yet another small surprise that small but charming town that I will call home for the next few months (or years, you never know) had for me.


Nuno knows that I am obsessed with planning . It seems I can’t live normally without agenda. My dream job would be to plan lives/holidays/weekends for those who hate planning.  I like to know where we want to spend the New Years Eve few months ahead and I plan where to go for a long weekend or holidays. It doesn’t mean I automatically reject plans made by my friends or family. I am more than happy (with some exceptions) to go with the flow. So I was at the same time surprised and excited when Nuno suggested we went to the Galway Oyster Festival that takes place every year in September. There's nothing like a good festival to celebrate a new phase of life. But you can have a great plan and still the reality comes in the way. As Portuguese people aren’t really known for being planners, quite on the contrary, they tend to leave everything for the last moment, it turned out that all the tickets had been already sold out. So we went to have some oysters and Guinness (it really is a tasty combination!) in a pub.  I was kind of disappointed (and I don’t even like oysters that much) to miss the festival, but then, for my big surprise, we unexpectedly  walked into a parade. Nuno patiently waited for me, as he is already more than used to my small obsessions with local traditions and festivals. It was a second reason I found to like Galway (the first is a great Saturday market). So even though it rains almost every day, I am happy to be here and discover what Ireland has to offer. Do you like Galway so far? Click here for more photos.



Monday, 1 October 2012

Sobotni targ/ Saturday market


Jestem w Galway niecały tydzień i muszę przyznać, że moje obawy, że miasta tego nie polubię okazały się bezpodstawne. Pogoda całkiem dopisuje, co w warunkach irlandzkich znaczy to tyle, że nie pada codziennie (zresztą tutaj pada troszkę i potem się rozpogadza), ludzie są strasznie sympatyczni (obsługa w sklepach i knajpach tak bardzo, że doznaję szoku po 2 latach w Barcelonie, gdzie niestety obsługa klienta pozostawia wiele do życzenia) i odkryłam targ podczas sobotniego spaceru. Uwielbiam targi, stragany pełne warzyw i owoców, gdzie dobra kupuje się prosto od rolników. Przypomina mi się dzieciństwo, kiedy towarzyszyłam mamie na rynek po jajka, ziemniaczki od pana z górki i sezonowe owoce. Albo czasu studiów, kiedy z moimi współlokatorkami na bazarku miałyśmy ulubioną piekarnię, stoisko, gdzie zawsze dostawałyśmy najlepsze warzywa i owoce.


Na targu w Galway (Church Lane; zajrzyj na ich stronę) można kupić wszystko: organiczne warzywa i owoce (następnym razem kupię rabarbar! Tak tęskniłam za jego smakiem przez ostatnie 3 lata, bo ani w Hiszpanii ani w Rumunii nie mogłam go nigdzie znaleźć) , jest stragan z samymi oliwkami, pieczywem i słodkimi wypiekami, są świeże zioła i stoisko z rybami (które polecał kolega Nuno z pracy, więc przy następnej wizycie musimy koniecznie kupić).  Więcej zdjęć tradycyjnie na facebooku, więc zachęcam do zajrzenia i polubienia strony.


A wy też chodzicie na lokalne targi? Jakie są wasze ulubione? 



After spending less than a week in Galway I must say that I really like this town. I was afraid that I wouldn’t find it charming and fortunately I was wrong. Weather has been quite nice and it definitely helps (meaning: in Ireland nice weather means it doesn’t rain every single day, and even if it rains, it stops after a bit and sun shyly  appears) and people are just so helpful and nice (I am still shocked as after 2 years in Barcelona where the customer service is quite bad, I am not used to see people smiling so much and always having a good word for the clients). Oh, and I discovered a nice market last Saturday when having a walk to get to know Galway. I just love markets, small stalls selling fruits and veggies, where you can buy fresh goods directly from the farmers. It  brings me back my childhood memories when I accompanied my mum to the market to buy eggs, potatoes and seasonal fruit. Or my student times, when with my flatmates we used to buy bread always in the same bakery and we had our favourite stand where two brothers were selling the best fruits and vegetables.

 

You can buy so many tasty things at the Galway market (Church Lane; check their website for details). You can find organic vegetables and fruits (next time I definitely have to buy rhubarb! I missed its flavor for the last 3 years, as I couldn’t find in neither in Spain nor in Romania), there is a big stand with olives, another various types of bread and sweet pastries, fresh herbs and one Nuno’s friend highly recommended- the fish stall.  You can find more photos on facebook, check it and like it! 


Do you also like shopping at the local markets? What are your favorite one?