Showing posts with label Costa Brava. Show all posts
Showing posts with label Costa Brava. Show all posts

Tuesday, 3 July 2012

Relaks na Costa Brava/ Relax on the Costa Brava

Od czasu do czasu Nuno aktywnie włącza się w organizację naszego czasu wolnego. W poprzedni weekend nie wiedziałam nawet, gdzie będziemy dokładnie i co będziemy robić. Miła odmiana. Choć wiedziałam, że plaża i odpoczynek to główny plan na sobotę i niedzielę, nie musiałam jednak nic planować.

W sobotę wstaliśmy dość wcześnie, wklepaliśmy do GPS namiary na plażę przy miasteczku Palamós. Jednak poprowadził nas on do ścieżki rowerowej, nie odważyliśmy się podążyć za wskazówkami i zamiast na wąską plażę (Cala estreta) pojechaliśmy na playa la Fosca. Zanotujcie sobie tę nazwę, bo jest to jedna z ładniejszych, według nas, plaż na Costa Brava. Szeroka, piaszczysta, czysta i co najważniejsze, nie aż tak zatłoczona spragnionymi słońca plażowiczami.


Po kilku godzinach plażowania z babskimi gazetkami (Nuno bardziej ambitnie czytał książkę na moim ebooku), poprzeplatanych chwilami orzeźwienia w morzu, pojechaliśmy do naszego hotelu. Znajdował się on w przysłowiowym gdzie diabeł mówi dobranoc, w tym konkretnym przypadku tym „gdzie” było pole golfowe. Problemem ze spontanicznymi wypadami na Costa Brava jest brak miejsc noclegowych, większość jest zarezerwowanych, albo przekracza nasze możliwości finansowe.


Zatrzymaliśmy się więc w hotelu położonym 20 km od Girony, tam też pojechaliśmy na kolację połączoną z oglądaniem meczu Francja-Hiszpania. Poszukiwanie otwartego baru z transmisją meczu było trudniejsze niż się spodziewaliśmy, ale mieliśmy szczęście i weszliśmy do pierwszego napotkanego baru, który na drzwiach miał wywieszoną informację o meczu. I trafiliśmy na kulinarny raj montaditos. Jedne z najlepszych, jakie jedliśmy i na pewno najtańsze (gdzie w Barcelonie zjesz montadito/ tapas za 1 euro?- pytanie czysto retoryczne). Na deser wybraliśmy się do osławionej lodziarni Rocambolesc (nie byłam jednak sobą i nie zrobiłam żadnych zdjęć, więc odsyłam do linka, bo wystrój jest bajkowy).


W niedzielę nasze lenistwo osiągnęło szczyty. Nie ruszyliśmy się z basenu hotelowego, przenosiliśmy się tylko z leżaka do basenu, z basenu do wiklinowego „jajka”, by w cieniu podrzemać. Plan mieliśmy ambitniejszy, mieliśmy odkryć nową plażę, ale czasami plany trzeba odłożyć lub zmienić. Czasami trzeba zrelaksować się maksymalnie, podładować akumulatory, wyłączyć myślenie, że coś trzeba zrobić, bo inaczej to strata czasu. Dla mnie to szczególnie trudne, planowanie mam chyba w genach, nie do końca umiem wrzucić na luz i nic nie robić.




From time to time, Nuno is the one that organize our weekend. Last time he was an active planner and I didn’t even know exactly where we were staying and what was the schedule. A small correction, with Nuno’s as a planner, there is no strict schedule. I knew I could expect relax on the beach.

On Saturday we got up relatively early, input GPS coordinates of a nice beach near Palamós (Cala estreta). It led us to a bike path, we didn’t dare to follow the gps’s questionable instructions so we turned and went instead to Playa la Fosca. Write down this name, cause we found it to be one of the nicest beach of Costa Brava. It is wide, sandy, clean and most importantly, not so crowded.


We spent several hours of sunbathing and doing nothing, if you don’t count reading some magazines (normally I don’t buy them, but I just can’t imagine relax on the beach without reading them. Nuno was more ambitious and was reading a book on my ebook instead.) When we finally got tired of the sun and sea, we went to our hotel. It was located in the middle of nowhere, and in this particular case “nowhere” was a golf course. The problem with spontaneous trips to the Costa Brava is that many times everything is overbooked or overpriced.


So we decided to stay in a hotel 20 km from Girona, and more than half an hour from the seaside. As Girona is a really nice city, we decided to have a dinner there and watch a football game, France against Spain. Finding an open bar with a TV broadcasting the game turned out to be a challenge . We were lucky to find one and it was a culinary paradise of montaditos. Some of the best we have eaten and definitely the cheapest ones (if you know where to have a montadito for 1 euro in Barcelona, please let me know). For dessert, as a meal isn’t finished without something sweet, we went to a famous ice cream shop Rocambolesc. I wasn’t myself as I didn’t take a single picture, so please check this link a the décor is just fabulous.


On Sunday, we couldn’t be more lazy :) We were supposed to spend some time by the pool and then discover some nice beach. But instead we spent the whole day by the pool, moving from sun lounger to the pool. Sometimes you need to relax, recharge the batteries, forget about everything. For me it is difficult, not making plans is harder than being spontaneous. Really, it seems that I have developed some planning gene, and just can’t help but organize everything to the smallest details. This weekend was about all but planning. And I enjoyed it.

Tuesday, 16 August 2011

Puente na Costa Brava / Puente on Costa Brava

Długi weekend to doskonała okazja na małą eskapadę poza miasto. A jeśli można to połączyć ze spotkaniem z dawno niewidzianymi znajomymi, to jest to zapowiedź weekend idealnego. Plaża, morze, 3 dni wolne, a do tego spotkanie z Weroniką, moją dobrą koleżanką ze studiów, która od trzech lat mieszka w Madrycie ze swoim chłopakiem. Weronika i Greg już kilka tygodni temu poinformowali nas, że spędzają tydzień na Costa Brava i zaproponowali, żebyśmy chociaż na puente przyjechali. Jak to z nami ostatnio bywa, na rezerwacje noclegów zostawiliśmy na ostatnią chwilę a że do wyboru mieliśmy tylko miejscowość l’Estartit, jedyną dostępną opcją był camping. Pożyczyliśmy namiot i dzięki temu nie musieliśmy zmieniać planów. Jakoś tak się składa, że w ostatnie 3 wakacje spędziliśmy zawsze kilka nocy na campingu- na Helu, w Algarve i teraz na Costa Brava.

L'Estartit to typowa miejscowość wypoczynkowa na Costa Brava, latem tętni życiem i przyciąga międzynarodowych turystów, głównie Holendrów i Francuzów. Plaża nie wyróżnia się niczym szczególnym, ale jest duża i piaszczysta, woda dość płytka. Atrakcją są wyspy Medes, położone około 1 km od brzegu. Islas Medes są objęte ochroną, bo są rezerwatem fauny I flory. Na wyspy organizowane są rejsy statkiem z przezroczystym dnem, żeby można było podziwiać dno morskie i obserwować żyjące tam ryby i inne żyjątka. Wyspy są podobno idealne do nurkowania i podobno w przeszłości były schroniskiem dla piratów i przemytników.



W sezonie schronieniem nie są, bo schronić przed turystami się nie da. Ręcznik przy ręczniku, slalom aby dostać się do wody, to niestety rzeczywistość na większości plaż w regionie w sezonie. Z nostalgią wspominam wakacje nad Bałtykiem, gdzie po 10 minutowym spacerze mijamy wszystkich plażowiczów i możemy rozkoszować się ciszą, spokojem i samotnością. Ach, jeszcze sobie przypominam smak jagodzianek albo gofrów, które rekompensowały niepewność co do pogody. Z plaży lubię relaks z gazetką albo opalanie, woda jest nie do pływania a raczej do pluskania (jestem więc zupełnym przeciwieństwem Nuno, który w wodzie może spędzić cał godziny). Aby jednak nie ograniczyć się do leżenia plackiem, wynajęliśmy rowerek ze zjeżdżalnią, kupiliśmy paletki, a Werona materace dmuchane.




Wracając na słoneczną Costa Brava, pogoda w końcu osiągnęła hiszpańskie temperatury latem, ale jedno popołudnie padało, więc proszę nie zazdrościć aż tak bardzo. Nasz plan dnia był przewidywalny: plażowanie, prysznic, kolacja i drinkowanie z Weroniką i Gregiem.

Jednego dnia wybraliśmy się na Cala (cala to po prostu mała zatoczka z plażą) Montjoi, gdzie znajduje się jedna z najlepszych i najsłynniejszych restauracji na świecie, El Bulli. Nie wybraliśmy się tam jednak na posiłek, który trzeba rezerwować z rocznym wyprzedzeniem. Według wikipedii; Restauracja jest otwarta wyłącznie w sezonie od kwietnia do września. Rezerwacje są przyjmowane tylko w jednym dniu w roku, w październiku roku poprzedzającego rezerwację. Liczba ta jest ograniczona do 8000 posiłków w sezonie, przy 800 000 chętnych do rezerwacji ok. 400 chętnych na stolik. Średnia cena posiłku to 250 euro. Przy okazji researchu odkryłam, że restauracja została zamknięta, ale słynny kucharz Ferran Adrià nie wyklucza, że w przyszłości zamieni to kultowe miejsce w fundację.




Sama Cala – 310 metrów długości na 25 metrów szerokości, na zdjęciach (wydaje się, że z dodatkiem photoshopu) prezentuje się o niebo lepiej niż w rzeczywistości. Ale może z jednej z łódek perspektywa by nam się zmieniła :)

Na smaczek zostawiam wam reklamę piwa, która kręcona była właśnie na Cala Montjoi , w El Bulli, na przylądku Cap de Creus, w domu muzeum Salvador Dalí w Cadaqués (gdzie byliśmy wiosną) i w klasztorze Sant Pere de Rodes. (wideo pod wersją angielską)



Every long weekend is a great opportunity to make an escapade outside the city. And if at the same you can be with some friends you haven’t seen for ages, you have a perfect combination. Beach, sea, 3 days off, and on top of that meeting with Weronika, my good friend from the Uni, who has been living in Madrid for 3 years now with her French bf. Veronica and Greg informed us a long time ago about their summer plans of spending a whole week on Costa Brava and suggested we visited them during the puente. Recently we are really bad planners, so again we left reservations for the very last moment and then the only available option (as we were limited to find something in l'Estartit) was camping. We borrowed a tent, and thanks to that I could catch up with Veronica after long three years limited to facebook and mail only. I just realized that during the last 3 summers we always spent some night camping : Hel, Algarve and now Costa Brava.
L'Estartit is a typical holiday resort on Costa Brava, in the summer is vibrant small town that attracts international tourists, mainly Dutch and French. Beach is not outstanding or particularly attractive, but is quite large and sandy and water is shallow for many meters. Just opposite the beach, situated about 1 km from the shore, you can find Medes Islands. The small archipelago is a protected area, nature reserve, with interesting examples of flora and fauna. You can get there by boat that has transparent floor so you can admire the fish and other creatures. The islands are ideal for diving (at least it is what I read) and it is said that in the past they served as a refuge for pirates and smugglers who treated is as their safe place.


During the high season you can find all but refuge of refuge, as you cannot escape tourists. Towel next to a towel, slalom between people frying in the sun, is unfortunately the reality of most of beaches in the region. I recall with nostalgia summer holidays that I used to spent with my family on the Baltic seaside, where after a 10 minute walk, you passed all the sunbathers and could enjoy the tranquility, peace and solitude. Oh, I still remember the taste of small berry pies and waffles, that made up for the bad weather. Beach for me is a synonym of relaxing with a book or magazine and sunbathing, and water is just to refresh from time to time, so rather splash than swim- in this I am the opposite of Nuno who can spend whole hours in the water. We rented a water bike with a slide so not to spend the whole day just lying flat, and we bought small wooden paddle to play, and Weronika water mattresses :)





During the weekend we could finally enjoy some sun, and the temperature reach the level of summer temperatures that we should normally enjoy during the summer in Spain. Still, one afternoon it rained, so please do not envy me so much :P Our plan for the day was predictable: beach, shower, dinner and drinks with Weronika and Greg.
One day we went to Cala Montjoi (cala is just a small bay with a beach), where there one of the best and most famous restaurants in the world, El Bulli, is situated. We didn’t go to eat as you need to book a year in advance. According to Wikipedia: the restaurant is open only in season from April to September. Reservations are accepted only on one day a year, in October the year preceding the reservation. This number is limited to 8,000 meals in the season, with 800 000 people willing to book, 400 per the table. Average price of the meal is 250 euros. However, when I was doing some research I discovered that the restaurant was closed at the end of this July, but its famous Ferran Adrià affirmed that in few years it would be re-opened as a cultural center or foundation.


Cala itself- 310 meters long and 25 wide, looks much better on pictures we googled (some with touch of photoshop) than in reality. Perhaps the perspective changes if you are on one of the boats :)
For the end I leave you a beer commercial that was shot on Cala Montjoi, in El Bulli, on the Cap de Creus peninsula, the house-museum of Salvador Dalí in Cadaqués (where we went few months ago) and in the monastery of Sant Pere de Rodes. Hope you enjoy the summer music and views.

Thursday, 28 July 2011

Zatłoczona Costa Brava/ Crowded Costa Brava

Ostatnio pogoda w Barcelonie nie dopisuje. Ostatnio to nie od kilku dni, ale raczej od kilku tygodniu. Wiem, że w Polsce ciągle pada i wszyscy narzekają ( w Portugalii dla odmiany upały), więc jeśli ktoś mi zazdrości, to muszę wydać sprostowanie. Hiszpania, nawet jeśli słowa jakie pierwsze się nasuwają przeciętnemu osobnikowi to plaża, słońce i sangría, to z tych trzech rzeczy mógł się cieszyć jedynie sangríą i to pitą nie na tarasie. Na plaży w tym roku byliśmy z trzy razy, pod koniec lipca chodzę w długich spodniach, jednym słowem jesteśmy rozczarowani pogodą podczas naszego pierwszego lata w Hiszpanii.

Każdy słoneczny dzień jest okazją do plażowania, albo chociaż jakiegoś pikniku w parku. W sobotni ranek obudziliśmy się i z niepokojem otworzyliśmy rolety. Ku naszemu zaskoczeniu, wbrew prognozom meteorologów, dzień zapowiadał się ciepły , na niebie nieliczne chmurki. Po szybkim śniadaniu i przygotowaniu popisowych bocadillos Nuno (z tortillą, chorizo, pomidorem, serem i szynką) wybraliśmy się z gośćmi na plaże Costa Brava.

Nie tylko my chcieliśmy wykorzystać dobrą pogodę, wyglądało, jakby wszyscy mieszkańcy Barcelony wpadli na ten sam pomysł. Gigantyczny korek przy wjeździe na autostradę, poruszanie się ślimaczym tempem, skłonilo nas do zmiany planów i zatrzymania się na najbliższej plaży, padło na Pineda de Mar. Taki typowy kurort, z hotelami przy plaży, plaża przy torach kolejowych. Plaża bez rewelacji, ludzi tłum, znalezienie miejsca parkingowego była prawdziwym wyzwaniem. W samym morzu nie było zbyt tłocznie, bo woda dość zimna była, Nuno i Danowi zajęło dobrych kilka minut zanurzenie się.



Latem znalezienie pustej i ładnej plaży na Costa Brava też nie należy do zadań łatwych. Nie poddaliśmy się jednak i udaliśmy się na krótką chwilę do Blanes, gdzie plaża jest o kilka punktów atrakcyjniejsza niż w Pineda. Blanes, Lloret de Mar czy Tossa de Mar to popularne miejsca, gdzie pełno turystów, między innymi z Polski. O ile Lloret to typowa imprezowania pełna dyskotek i szalejącej młodzieży, Tossa jest spokojnym i urokliwym miastem. Spacer po wzgórzu z murami obronnymi, z którego rozciąga się widok na malowniczą zatokę i po starówce był najmilszym punktem dnia spędzonego albo w korku albo na zatłoczonej plaży.



Recently the weather in Barcelona is disappointing. And by saying recently I mean not days but rather weeks. I know that in Poland it has been raining a lot (in Portugal, for a change, it is hot and sunny) , but if anyone feels envious about me living in Spain, I have to explain few things. When one thinks of Spain the first words that comes to mind are sun, beach and sangria, then from those lately you could only enjoy sangria, and drunk inside not on the terrace. This year we have been on a beach only three times, I wear long trousers at the end of July. In a word, we are more than disappointed with the weather during our first summer in Spain.

Every sunny day we try to spend outside, on a beach or in a park. On Saturday morning we woke up and anxiously opened the blinds. To our surprise, contrary to the predictions of meteorologists, the day promised to be warm, there were few clouds, but we decided to go to Costa Brava with our guests. After a quick breakfast and preparing Nuno’s special bocadillos (with tortilla, chorizo, tomato, cheese and ham), we went to discover some new beaches.

It seems as all Barcelonians had exactly the same idea of spending this sunny Saturday. The giant traffic jam at the entrance to the highway, moving at 20 km/h, made us change a bit the plans and stop at the nearest beach, which happened to be Pineda de Mar. This typical holiday resort, with hotels almost on the beach, the beach is just next to railway tracks. Beach is average that we probably will not come back, but was so crowded that finding a parking space was a real challenge. On the contrary to the crowd on the sand, in the sea there were only few people, as the water was quite cold, it took quite a long while for Nuno and Dan to dive.


During the summer finding a nice and empty beach on the Costa Brava, is definitely not easy. After spending some time in Pineda, we went to Blanes, where beach was bit better. Blanes, Lloret de Mar and Tossa de Mar are popular destination for low cost holidays. While Lloret is a typical place to party and get drunk and is full of discos and young people who want to have fun, Tossa is a quiet and charming town. So we passed Lloret and went directly to Tossa. We climbed the hill with a castle, we walked on the walls, and admired a nice view with picturesque bay and the old town. It was definitely the nicest part of the day spent mostly in the traffic or a crowded beach.
Showing posts with label Costa Brava. Show all posts
Showing posts with label Costa Brava. Show all posts

Tuesday, 3 July 2012

Relaks na Costa Brava/ Relax on the Costa Brava

Od czasu do czasu Nuno aktywnie włącza się w organizację naszego czasu wolnego. W poprzedni weekend nie wiedziałam nawet, gdzie będziemy dokładnie i co będziemy robić. Miła odmiana. Choć wiedziałam, że plaża i odpoczynek to główny plan na sobotę i niedzielę, nie musiałam jednak nic planować.

W sobotę wstaliśmy dość wcześnie, wklepaliśmy do GPS namiary na plażę przy miasteczku Palamós. Jednak poprowadził nas on do ścieżki rowerowej, nie odważyliśmy się podążyć za wskazówkami i zamiast na wąską plażę (Cala estreta) pojechaliśmy na playa la Fosca. Zanotujcie sobie tę nazwę, bo jest to jedna z ładniejszych, według nas, plaż na Costa Brava. Szeroka, piaszczysta, czysta i co najważniejsze, nie aż tak zatłoczona spragnionymi słońca plażowiczami.


Po kilku godzinach plażowania z babskimi gazetkami (Nuno bardziej ambitnie czytał książkę na moim ebooku), poprzeplatanych chwilami orzeźwienia w morzu, pojechaliśmy do naszego hotelu. Znajdował się on w przysłowiowym gdzie diabeł mówi dobranoc, w tym konkretnym przypadku tym „gdzie” było pole golfowe. Problemem ze spontanicznymi wypadami na Costa Brava jest brak miejsc noclegowych, większość jest zarezerwowanych, albo przekracza nasze możliwości finansowe.


Zatrzymaliśmy się więc w hotelu położonym 20 km od Girony, tam też pojechaliśmy na kolację połączoną z oglądaniem meczu Francja-Hiszpania. Poszukiwanie otwartego baru z transmisją meczu było trudniejsze niż się spodziewaliśmy, ale mieliśmy szczęście i weszliśmy do pierwszego napotkanego baru, który na drzwiach miał wywieszoną informację o meczu. I trafiliśmy na kulinarny raj montaditos. Jedne z najlepszych, jakie jedliśmy i na pewno najtańsze (gdzie w Barcelonie zjesz montadito/ tapas za 1 euro?- pytanie czysto retoryczne). Na deser wybraliśmy się do osławionej lodziarni Rocambolesc (nie byłam jednak sobą i nie zrobiłam żadnych zdjęć, więc odsyłam do linka, bo wystrój jest bajkowy).


W niedzielę nasze lenistwo osiągnęło szczyty. Nie ruszyliśmy się z basenu hotelowego, przenosiliśmy się tylko z leżaka do basenu, z basenu do wiklinowego „jajka”, by w cieniu podrzemać. Plan mieliśmy ambitniejszy, mieliśmy odkryć nową plażę, ale czasami plany trzeba odłożyć lub zmienić. Czasami trzeba zrelaksować się maksymalnie, podładować akumulatory, wyłączyć myślenie, że coś trzeba zrobić, bo inaczej to strata czasu. Dla mnie to szczególnie trudne, planowanie mam chyba w genach, nie do końca umiem wrzucić na luz i nic nie robić.




From time to time, Nuno is the one that organize our weekend. Last time he was an active planner and I didn’t even know exactly where we were staying and what was the schedule. A small correction, with Nuno’s as a planner, there is no strict schedule. I knew I could expect relax on the beach.

On Saturday we got up relatively early, input GPS coordinates of a nice beach near Palamós (Cala estreta). It led us to a bike path, we didn’t dare to follow the gps’s questionable instructions so we turned and went instead to Playa la Fosca. Write down this name, cause we found it to be one of the nicest beach of Costa Brava. It is wide, sandy, clean and most importantly, not so crowded.


We spent several hours of sunbathing and doing nothing, if you don’t count reading some magazines (normally I don’t buy them, but I just can’t imagine relax on the beach without reading them. Nuno was more ambitious and was reading a book on my ebook instead.) When we finally got tired of the sun and sea, we went to our hotel. It was located in the middle of nowhere, and in this particular case “nowhere” was a golf course. The problem with spontaneous trips to the Costa Brava is that many times everything is overbooked or overpriced.


So we decided to stay in a hotel 20 km from Girona, and more than half an hour from the seaside. As Girona is a really nice city, we decided to have a dinner there and watch a football game, France against Spain. Finding an open bar with a TV broadcasting the game turned out to be a challenge . We were lucky to find one and it was a culinary paradise of montaditos. Some of the best we have eaten and definitely the cheapest ones (if you know where to have a montadito for 1 euro in Barcelona, please let me know). For dessert, as a meal isn’t finished without something sweet, we went to a famous ice cream shop Rocambolesc. I wasn’t myself as I didn’t take a single picture, so please check this link a the décor is just fabulous.


On Sunday, we couldn’t be more lazy :) We were supposed to spend some time by the pool and then discover some nice beach. But instead we spent the whole day by the pool, moving from sun lounger to the pool. Sometimes you need to relax, recharge the batteries, forget about everything. For me it is difficult, not making plans is harder than being spontaneous. Really, it seems that I have developed some planning gene, and just can’t help but organize everything to the smallest details. This weekend was about all but planning. And I enjoyed it.

Tuesday, 16 August 2011

Puente na Costa Brava / Puente on Costa Brava

Długi weekend to doskonała okazja na małą eskapadę poza miasto. A jeśli można to połączyć ze spotkaniem z dawno niewidzianymi znajomymi, to jest to zapowiedź weekend idealnego. Plaża, morze, 3 dni wolne, a do tego spotkanie z Weroniką, moją dobrą koleżanką ze studiów, która od trzech lat mieszka w Madrycie ze swoim chłopakiem. Weronika i Greg już kilka tygodni temu poinformowali nas, że spędzają tydzień na Costa Brava i zaproponowali, żebyśmy chociaż na puente przyjechali. Jak to z nami ostatnio bywa, na rezerwacje noclegów zostawiliśmy na ostatnią chwilę a że do wyboru mieliśmy tylko miejscowość l’Estartit, jedyną dostępną opcją był camping. Pożyczyliśmy namiot i dzięki temu nie musieliśmy zmieniać planów. Jakoś tak się składa, że w ostatnie 3 wakacje spędziliśmy zawsze kilka nocy na campingu- na Helu, w Algarve i teraz na Costa Brava.

L'Estartit to typowa miejscowość wypoczynkowa na Costa Brava, latem tętni życiem i przyciąga międzynarodowych turystów, głównie Holendrów i Francuzów. Plaża nie wyróżnia się niczym szczególnym, ale jest duża i piaszczysta, woda dość płytka. Atrakcją są wyspy Medes, położone około 1 km od brzegu. Islas Medes są objęte ochroną, bo są rezerwatem fauny I flory. Na wyspy organizowane są rejsy statkiem z przezroczystym dnem, żeby można było podziwiać dno morskie i obserwować żyjące tam ryby i inne żyjątka. Wyspy są podobno idealne do nurkowania i podobno w przeszłości były schroniskiem dla piratów i przemytników.



W sezonie schronieniem nie są, bo schronić przed turystami się nie da. Ręcznik przy ręczniku, slalom aby dostać się do wody, to niestety rzeczywistość na większości plaż w regionie w sezonie. Z nostalgią wspominam wakacje nad Bałtykiem, gdzie po 10 minutowym spacerze mijamy wszystkich plażowiczów i możemy rozkoszować się ciszą, spokojem i samotnością. Ach, jeszcze sobie przypominam smak jagodzianek albo gofrów, które rekompensowały niepewność co do pogody. Z plaży lubię relaks z gazetką albo opalanie, woda jest nie do pływania a raczej do pluskania (jestem więc zupełnym przeciwieństwem Nuno, który w wodzie może spędzić cał godziny). Aby jednak nie ograniczyć się do leżenia plackiem, wynajęliśmy rowerek ze zjeżdżalnią, kupiliśmy paletki, a Werona materace dmuchane.




Wracając na słoneczną Costa Brava, pogoda w końcu osiągnęła hiszpańskie temperatury latem, ale jedno popołudnie padało, więc proszę nie zazdrościć aż tak bardzo. Nasz plan dnia był przewidywalny: plażowanie, prysznic, kolacja i drinkowanie z Weroniką i Gregiem.

Jednego dnia wybraliśmy się na Cala (cala to po prostu mała zatoczka z plażą) Montjoi, gdzie znajduje się jedna z najlepszych i najsłynniejszych restauracji na świecie, El Bulli. Nie wybraliśmy się tam jednak na posiłek, który trzeba rezerwować z rocznym wyprzedzeniem. Według wikipedii; Restauracja jest otwarta wyłącznie w sezonie od kwietnia do września. Rezerwacje są przyjmowane tylko w jednym dniu w roku, w październiku roku poprzedzającego rezerwację. Liczba ta jest ograniczona do 8000 posiłków w sezonie, przy 800 000 chętnych do rezerwacji ok. 400 chętnych na stolik. Średnia cena posiłku to 250 euro. Przy okazji researchu odkryłam, że restauracja została zamknięta, ale słynny kucharz Ferran Adrià nie wyklucza, że w przyszłości zamieni to kultowe miejsce w fundację.




Sama Cala – 310 metrów długości na 25 metrów szerokości, na zdjęciach (wydaje się, że z dodatkiem photoshopu) prezentuje się o niebo lepiej niż w rzeczywistości. Ale może z jednej z łódek perspektywa by nam się zmieniła :)

Na smaczek zostawiam wam reklamę piwa, która kręcona była właśnie na Cala Montjoi , w El Bulli, na przylądku Cap de Creus, w domu muzeum Salvador Dalí w Cadaqués (gdzie byliśmy wiosną) i w klasztorze Sant Pere de Rodes. (wideo pod wersją angielską)



Every long weekend is a great opportunity to make an escapade outside the city. And if at the same you can be with some friends you haven’t seen for ages, you have a perfect combination. Beach, sea, 3 days off, and on top of that meeting with Weronika, my good friend from the Uni, who has been living in Madrid for 3 years now with her French bf. Veronica and Greg informed us a long time ago about their summer plans of spending a whole week on Costa Brava and suggested we visited them during the puente. Recently we are really bad planners, so again we left reservations for the very last moment and then the only available option (as we were limited to find something in l'Estartit) was camping. We borrowed a tent, and thanks to that I could catch up with Veronica after long three years limited to facebook and mail only. I just realized that during the last 3 summers we always spent some night camping : Hel, Algarve and now Costa Brava.
L'Estartit is a typical holiday resort on Costa Brava, in the summer is vibrant small town that attracts international tourists, mainly Dutch and French. Beach is not outstanding or particularly attractive, but is quite large and sandy and water is shallow for many meters. Just opposite the beach, situated about 1 km from the shore, you can find Medes Islands. The small archipelago is a protected area, nature reserve, with interesting examples of flora and fauna. You can get there by boat that has transparent floor so you can admire the fish and other creatures. The islands are ideal for diving (at least it is what I read) and it is said that in the past they served as a refuge for pirates and smugglers who treated is as their safe place.


During the high season you can find all but refuge of refuge, as you cannot escape tourists. Towel next to a towel, slalom between people frying in the sun, is unfortunately the reality of most of beaches in the region. I recall with nostalgia summer holidays that I used to spent with my family on the Baltic seaside, where after a 10 minute walk, you passed all the sunbathers and could enjoy the tranquility, peace and solitude. Oh, I still remember the taste of small berry pies and waffles, that made up for the bad weather. Beach for me is a synonym of relaxing with a book or magazine and sunbathing, and water is just to refresh from time to time, so rather splash than swim- in this I am the opposite of Nuno who can spend whole hours in the water. We rented a water bike with a slide so not to spend the whole day just lying flat, and we bought small wooden paddle to play, and Weronika water mattresses :)





During the weekend we could finally enjoy some sun, and the temperature reach the level of summer temperatures that we should normally enjoy during the summer in Spain. Still, one afternoon it rained, so please do not envy me so much :P Our plan for the day was predictable: beach, shower, dinner and drinks with Weronika and Greg.
One day we went to Cala Montjoi (cala is just a small bay with a beach), where there one of the best and most famous restaurants in the world, El Bulli, is situated. We didn’t go to eat as you need to book a year in advance. According to Wikipedia: the restaurant is open only in season from April to September. Reservations are accepted only on one day a year, in October the year preceding the reservation. This number is limited to 8,000 meals in the season, with 800 000 people willing to book, 400 per the table. Average price of the meal is 250 euros. However, when I was doing some research I discovered that the restaurant was closed at the end of this July, but its famous Ferran Adrià affirmed that in few years it would be re-opened as a cultural center or foundation.


Cala itself- 310 meters long and 25 wide, looks much better on pictures we googled (some with touch of photoshop) than in reality. Perhaps the perspective changes if you are on one of the boats :)
For the end I leave you a beer commercial that was shot on Cala Montjoi, in El Bulli, on the Cap de Creus peninsula, the house-museum of Salvador Dalí in Cadaqués (where we went few months ago) and in the monastery of Sant Pere de Rodes. Hope you enjoy the summer music and views.

Thursday, 28 July 2011

Zatłoczona Costa Brava/ Crowded Costa Brava

Ostatnio pogoda w Barcelonie nie dopisuje. Ostatnio to nie od kilku dni, ale raczej od kilku tygodniu. Wiem, że w Polsce ciągle pada i wszyscy narzekają ( w Portugalii dla odmiany upały), więc jeśli ktoś mi zazdrości, to muszę wydać sprostowanie. Hiszpania, nawet jeśli słowa jakie pierwsze się nasuwają przeciętnemu osobnikowi to plaża, słońce i sangría, to z tych trzech rzeczy mógł się cieszyć jedynie sangríą i to pitą nie na tarasie. Na plaży w tym roku byliśmy z trzy razy, pod koniec lipca chodzę w długich spodniach, jednym słowem jesteśmy rozczarowani pogodą podczas naszego pierwszego lata w Hiszpanii.

Każdy słoneczny dzień jest okazją do plażowania, albo chociaż jakiegoś pikniku w parku. W sobotni ranek obudziliśmy się i z niepokojem otworzyliśmy rolety. Ku naszemu zaskoczeniu, wbrew prognozom meteorologów, dzień zapowiadał się ciepły , na niebie nieliczne chmurki. Po szybkim śniadaniu i przygotowaniu popisowych bocadillos Nuno (z tortillą, chorizo, pomidorem, serem i szynką) wybraliśmy się z gośćmi na plaże Costa Brava.

Nie tylko my chcieliśmy wykorzystać dobrą pogodę, wyglądało, jakby wszyscy mieszkańcy Barcelony wpadli na ten sam pomysł. Gigantyczny korek przy wjeździe na autostradę, poruszanie się ślimaczym tempem, skłonilo nas do zmiany planów i zatrzymania się na najbliższej plaży, padło na Pineda de Mar. Taki typowy kurort, z hotelami przy plaży, plaża przy torach kolejowych. Plaża bez rewelacji, ludzi tłum, znalezienie miejsca parkingowego była prawdziwym wyzwaniem. W samym morzu nie było zbyt tłocznie, bo woda dość zimna była, Nuno i Danowi zajęło dobrych kilka minut zanurzenie się.



Latem znalezienie pustej i ładnej plaży na Costa Brava też nie należy do zadań łatwych. Nie poddaliśmy się jednak i udaliśmy się na krótką chwilę do Blanes, gdzie plaża jest o kilka punktów atrakcyjniejsza niż w Pineda. Blanes, Lloret de Mar czy Tossa de Mar to popularne miejsca, gdzie pełno turystów, między innymi z Polski. O ile Lloret to typowa imprezowania pełna dyskotek i szalejącej młodzieży, Tossa jest spokojnym i urokliwym miastem. Spacer po wzgórzu z murami obronnymi, z którego rozciąga się widok na malowniczą zatokę i po starówce był najmilszym punktem dnia spędzonego albo w korku albo na zatłoczonej plaży.



Recently the weather in Barcelona is disappointing. And by saying recently I mean not days but rather weeks. I know that in Poland it has been raining a lot (in Portugal, for a change, it is hot and sunny) , but if anyone feels envious about me living in Spain, I have to explain few things. When one thinks of Spain the first words that comes to mind are sun, beach and sangria, then from those lately you could only enjoy sangria, and drunk inside not on the terrace. This year we have been on a beach only three times, I wear long trousers at the end of July. In a word, we are more than disappointed with the weather during our first summer in Spain.

Every sunny day we try to spend outside, on a beach or in a park. On Saturday morning we woke up and anxiously opened the blinds. To our surprise, contrary to the predictions of meteorologists, the day promised to be warm, there were few clouds, but we decided to go to Costa Brava with our guests. After a quick breakfast and preparing Nuno’s special bocadillos (with tortilla, chorizo, tomato, cheese and ham), we went to discover some new beaches.

It seems as all Barcelonians had exactly the same idea of spending this sunny Saturday. The giant traffic jam at the entrance to the highway, moving at 20 km/h, made us change a bit the plans and stop at the nearest beach, which happened to be Pineda de Mar. This typical holiday resort, with hotels almost on the beach, the beach is just next to railway tracks. Beach is average that we probably will not come back, but was so crowded that finding a parking space was a real challenge. On the contrary to the crowd on the sand, in the sea there were only few people, as the water was quite cold, it took quite a long while for Nuno and Dan to dive.


During the summer finding a nice and empty beach on the Costa Brava, is definitely not easy. After spending some time in Pineda, we went to Blanes, where beach was bit better. Blanes, Lloret de Mar and Tossa de Mar are popular destination for low cost holidays. While Lloret is a typical place to party and get drunk and is full of discos and young people who want to have fun, Tossa is a quiet and charming town. So we passed Lloret and went directly to Tossa. We climbed the hill with a castle, we walked on the walls, and admired a nice view with picturesque bay and the old town. It was definitely the nicest part of the day spent mostly in the traffic or a crowded beach.