Showing posts with label plaża/beach. Show all posts
Showing posts with label plaża/beach. Show all posts

Thursday, 25 October 2012

Słoneczna niedziela w Spiddal/ Sunny Sunday in Spiddal



W Irlandii w słoneczny dzień grzechem jest siedzieć w domu. W niedzielny poranek,  mimo że wstaliśmy zmęczeni po sobotnim pub crawlingu poprzedzonym oglądaniem po raz pierwszy na żywo meczy rugby,  wiedzieliśmy, że z lenistwa nic nie wyjdzie. Musimy na zapas wykorzystać pogodę, bo niedługo mogą nas czekać tylko deszczowe i zimne weekendy, a wtedy trudniej będzie się zmobilizować do zwiedzania. Na razie wybieramy i tak najbliższe okolice, bo Nuno nie za bardzo lubi jeździć naszym autem z kierownicą po złej stronie. 

Nuno kiedyś wspomniał ( i to niejednokrotnie), że nie może mieszkać na stałe w mieście, które nie ma dostępu do morza.  Dla mnie wychowanej w Bydgoszczy, gdzie do morza jest kilka godzin, nie jest to wystarczający argument, który decyduje o przeprowadzce.  Ale jakoś tak się złożyło, że zarówno Barcelona, jak i Galway mają plażę. Jest tylko mała różnica, na jednej można się opalać przez kilka miesięcy w roku, a na drugiej kilka dni. Zgadnijcie, która jest która :) Ale spacerowanie po plaży też uwielbiam, więc nie miałam nic przeciwko odkryciu Spiddal, małej rybackiej wioski, oddalonej o ok. 20 km od Galway. 


W samej wiosce można niewiele zobaczyć, jest port rybacki, przystań, mały cmentarz i urokliwy biały domek. Ale i tak jest urokliwie, w taki nienarzucający się sposób. Po zgiełku i tłumach turystów w Barcelonie, niczym nie zmącony spokój i brak zabytków może być  miłą odmianą. Na plażach o tej porze roku są pustki, nie licząc rodzin z dziećmi i psami. 


Zapraszam do galerii facebooka na większą porcję zdjęć oraz do polubienia strony, bo to tam będę wrzucać większość zdjęć i informacji o naszych podróżach i życiu w Irlandii. 

Mam nadzieję, że podobają się Wam okolice Galway. Potrzebujecie słońca, morza i plaży do wyboru idealnego miasta, w którym chcielibyście zamieszkać?


In Ireland on a sunny day you can do everything except stay at home. So even though on Sunday  we woke up exhausted after the pub crawl and watching our first rugby game on a stadium, we knew we couldn’t just lay on the sofa watching tv series. Anyway, it’s not my thing, when I see sun, I feel this pressure to be active. And we don’t know if we will be lucky to have many more rain-free weekends, so instead of risking, we just got in the car and went to explore what Galway county has to offer. For now, we only visit places that are quite close, as Nuno doesn’t really like driving with the the steering wheel on the wrong side.


Nuno has mentioned  on numerous occasions that he can’t imagine living permanently in a city that doesn’t have access to the sea. For me, born and raised in Bydgoszcz, too far from the seaside to go there more than few times a year (and that if I was lucky), sea isn’t something that would influence my decision of choosing a city to live in. But by pure coincidence, both Galway and Barcelona have access to the beach. There is just a tiny difference, a sunny weather that allows the sunbathing for few months on one of them and  for few days on another. Take a guess and match the beach with the city. Anyway, sunbathing isn’t the only thing you can do on the beach, and I actually enjoy even more strolling down a deserted beach. It was a reason good enough to go to Spiddal, a small fishing village, located about 20 miles from Galway.


There is fishing port, marina, small cemetery and charming white house. Nothing  more, but still it is a delightful little village. And after the hustle and bustle and crowds of tourists in Barcelona, peace and lack of famous monuments can be quite a nice change. And tranquility is what you find on the beaches near Galway in October, not counting few families with kids and dogs, they were deserted. 


Check out the facebook gallery for more photos from our sunny Sunday escapade to Spiddal, and like it if you still haven’t as it is there where I post a lot of photos and information about our travels and life in Ireland.

Do you like Irish beaches? Do you need beach, sun, sea to help you choose your perfect destination?

Tuesday, 3 July 2012

Relaks na Costa Brava/ Relax on the Costa Brava

Od czasu do czasu Nuno aktywnie włącza się w organizację naszego czasu wolnego. W poprzedni weekend nie wiedziałam nawet, gdzie będziemy dokładnie i co będziemy robić. Miła odmiana. Choć wiedziałam, że plaża i odpoczynek to główny plan na sobotę i niedzielę, nie musiałam jednak nic planować.

W sobotę wstaliśmy dość wcześnie, wklepaliśmy do GPS namiary na plażę przy miasteczku Palamós. Jednak poprowadził nas on do ścieżki rowerowej, nie odważyliśmy się podążyć za wskazówkami i zamiast na wąską plażę (Cala estreta) pojechaliśmy na playa la Fosca. Zanotujcie sobie tę nazwę, bo jest to jedna z ładniejszych, według nas, plaż na Costa Brava. Szeroka, piaszczysta, czysta i co najważniejsze, nie aż tak zatłoczona spragnionymi słońca plażowiczami.


Po kilku godzinach plażowania z babskimi gazetkami (Nuno bardziej ambitnie czytał książkę na moim ebooku), poprzeplatanych chwilami orzeźwienia w morzu, pojechaliśmy do naszego hotelu. Znajdował się on w przysłowiowym gdzie diabeł mówi dobranoc, w tym konkretnym przypadku tym „gdzie” było pole golfowe. Problemem ze spontanicznymi wypadami na Costa Brava jest brak miejsc noclegowych, większość jest zarezerwowanych, albo przekracza nasze możliwości finansowe.


Zatrzymaliśmy się więc w hotelu położonym 20 km od Girony, tam też pojechaliśmy na kolację połączoną z oglądaniem meczu Francja-Hiszpania. Poszukiwanie otwartego baru z transmisją meczu było trudniejsze niż się spodziewaliśmy, ale mieliśmy szczęście i weszliśmy do pierwszego napotkanego baru, który na drzwiach miał wywieszoną informację o meczu. I trafiliśmy na kulinarny raj montaditos. Jedne z najlepszych, jakie jedliśmy i na pewno najtańsze (gdzie w Barcelonie zjesz montadito/ tapas za 1 euro?- pytanie czysto retoryczne). Na deser wybraliśmy się do osławionej lodziarni Rocambolesc (nie byłam jednak sobą i nie zrobiłam żadnych zdjęć, więc odsyłam do linka, bo wystrój jest bajkowy).


W niedzielę nasze lenistwo osiągnęło szczyty. Nie ruszyliśmy się z basenu hotelowego, przenosiliśmy się tylko z leżaka do basenu, z basenu do wiklinowego „jajka”, by w cieniu podrzemać. Plan mieliśmy ambitniejszy, mieliśmy odkryć nową plażę, ale czasami plany trzeba odłożyć lub zmienić. Czasami trzeba zrelaksować się maksymalnie, podładować akumulatory, wyłączyć myślenie, że coś trzeba zrobić, bo inaczej to strata czasu. Dla mnie to szczególnie trudne, planowanie mam chyba w genach, nie do końca umiem wrzucić na luz i nic nie robić.




From time to time, Nuno is the one that organize our weekend. Last time he was an active planner and I didn’t even know exactly where we were staying and what was the schedule. A small correction, with Nuno’s as a planner, there is no strict schedule. I knew I could expect relax on the beach.

On Saturday we got up relatively early, input GPS coordinates of a nice beach near Palamós (Cala estreta). It led us to a bike path, we didn’t dare to follow the gps’s questionable instructions so we turned and went instead to Playa la Fosca. Write down this name, cause we found it to be one of the nicest beach of Costa Brava. It is wide, sandy, clean and most importantly, not so crowded.


We spent several hours of sunbathing and doing nothing, if you don’t count reading some magazines (normally I don’t buy them, but I just can’t imagine relax on the beach without reading them. Nuno was more ambitious and was reading a book on my ebook instead.) When we finally got tired of the sun and sea, we went to our hotel. It was located in the middle of nowhere, and in this particular case “nowhere” was a golf course. The problem with spontaneous trips to the Costa Brava is that many times everything is overbooked or overpriced.


So we decided to stay in a hotel 20 km from Girona, and more than half an hour from the seaside. As Girona is a really nice city, we decided to have a dinner there and watch a football game, France against Spain. Finding an open bar with a TV broadcasting the game turned out to be a challenge . We were lucky to find one and it was a culinary paradise of montaditos. Some of the best we have eaten and definitely the cheapest ones (if you know where to have a montadito for 1 euro in Barcelona, please let me know). For dessert, as a meal isn’t finished without something sweet, we went to a famous ice cream shop Rocambolesc. I wasn’t myself as I didn’t take a single picture, so please check this link a the décor is just fabulous.


On Sunday, we couldn’t be more lazy :) We were supposed to spend some time by the pool and then discover some nice beach. But instead we spent the whole day by the pool, moving from sun lounger to the pool. Sometimes you need to relax, recharge the batteries, forget about everything. For me it is difficult, not making plans is harder than being spontaneous. Really, it seems that I have developed some planning gene, and just can’t help but organize everything to the smallest details. This weekend was about all but planning. And I enjoyed it.

Thursday, 28 June 2012

Tego lata zakochaj się w Barcelonie/ This summer fall in love with Barcelona

Un estiu per enamorar-te de Barcelona (czyli dosłownie wakacje do zakochania się w Barcelonie) to slogan z plakatu urzędu miasta, na który zwróciłam uwagę kilka dni temu idąc do metra. Tak jak podoba mi się hasło (niewiele się różniące, jeśli ominiemy porę roku) promujące stolicę Polski, czyli Zakochaj się w Warszawie, tak samo myślę, że letnie miesiące są idealne, aby poddać się urokowi Barcelony. Co wcale oczywiście nie znaczy, że podczas miesięcy zimowych czy jesiennych można się tu nudzić czy się nią nie zachwycić. Ale to podczas wiosny i lata, gdy slońce i temperatura sprawiają, że całe życie barcelończyków przenosi się na ulice i plaże naprawdę trudno oprzeć się urokowi tego miasta.

Dzięki letniej akcji promującej Barcelonę, nikt się nie bedzie nudzil w miesiącach letnich, do wyboru mamy bowiem niezliczone koncerty (np. w parkach), pokazy filmów na świeżym powietrzu, fiestas mayores wielu dzielnic, niezliczone ogródki restauracyjne oraz plaże miejskie (nie tylko Barceloneta, na odważniejszych czeka plaża nudystów). Szczegóły do zobaczenia na stronie Ayuntamiento, atrakcje podzielone są tematycznie : co się dzieje, plaże, baseny, muzyka, noce letnie, lato i dzieci, lokalne święta, parki i ogrody, Municipal measures albo ze względu na ich lokalizację. Z wielu propozycji na pewno skorzystamy. W zeszłym roku byliśmy na bardzo fajnym festiwalu filmów krótkometrażowych Mecal Air, gdzie za grosze można spędzić miły piątkowy wieczór w Poble Espanyol. Jutro idziemy na inaugurację kina pod chmurką (film poprzedzony koncertem oraz filmem krotkometrazowym) przy zamku na Montjuicku, wyposażeni w kocyk i koszyk piknikowy. Inną propozycją jest zaczynający się 1 lipca Grec Festival, czyli coś dla milośników teatru i spekatakli muzycznych i tanecznych.


Ciekawy też może być pokaz balonów :) odbywa się on od 4 do 10 lipca, w miasteczku Igualada, bardzo blisko i dobrze skomunikowanym z Barceloną. Wyobraźcie sobie niebo pełne kolorowych balonów, kontrastujących z błękitem nieba i bielą chmur. Niestety, w tym czasie jesteśmy na urlopie, więc mogę to sobie tylko wyobrazić...

Jeśli wy wybieracie Barcelonę na wasz urlop, nie zapomnijcie, że oprócz zwiedzania zabytków (ciekawostka: Pedrera ma ciekawą letnią propozycję nocnego zwiedzania), możecie skorzystać z licznych propozycji kulturalnych (za darmo lub za niewielką opłatę) i wybrać się na jakiś fajny koncert w parku lub uczestniczyć w świętowaniu dzielnicy (najbardziej bajkowe są przystrojone ulice Gracii w sierpniu, ale Raval czy Poble Sec mają swoje fiestas w lipcu, więc warto się zapoznać z atrakcjami przygotowanymi z tej okazji). A jak zmęczą was upały, Barcelona zaprasza na plażę :) Przygotujcie się jednak, że są one zatłoczone i po wyjściu z wody ciężko znaleźć własny ręcznik, o czym niedawno przekonał się Nuno :) Można jednak podjechać pociągiem do plaż poza Barceloną czy wynająć samochód i odkryć sekrety Costa Brava.




Un estiu per enamorar-te de Barcelona (which means a summer to fall in love with Barcelona) was a catchphrase I saw few days ago on a poster by city hall on my way to metro. Instantly I liked it, it is fun and makes you smile. But it also made my think about all the things I love in Barcelona and why I think that summer is a perfect time to be charmed by this city. Of course, there is nothing wrong with being in Barcelona during autumn and winter, it is just that with sun and good weather Barcelona gains the whole new dimension. It is when the life of all the Barcelonians moves to streets and beaches and you find yourself under the spell of this magic city.

And with the rich offer promoting Barcelona on many levels, nobody can possibly be bored this summer. One can choose between countless concerts (in different venues, some take place in parks), fresh air cinema, fiestas mayores of many districts, hundreds of terraces to enjoy a nice drink, or enjoy a day on one of urban beaches (don´t limit yourself to Barceloneta, there is a beach for nudist, so try it if you are brave enough!). Check more details on Ayuntamiento´s website, you can either consult it by subject: what is happening, beaches, swimming pools, music, summer nights, summer and children, local festivals, parks and gardens , municipal measures or by the districts. We will definitely participate in many of the activities listed there. Last year I enjoyed a great short movie festival Mecal Air, so definitely it is a must this summer as well; it is a cheap way to have fun on a Friday evening in Poble Espanyol. Tomorrow we are going for the first movie show outdoor (before a movie there is a concert and a short movie projection as well) at the castle of Montjuick, and we are going well equipped with a blanket and picnic basket (and wine of course). Another nice idea for those who enjoys theater and music/dance spectacles is Grec Festival, which starts on the 1st of July.


There is another festival that I discovered and it is quite a funny and alternative one. A balloons show takes place from 4th to 10th July, in Igualada, a town that is very close to Barcelona and well connected. Just picture a sky covered with colorful balloons, contrasting with the blue sky and white clouds. Unfortunately, since we are on holidays, we can´t participate in what seems like a fun event.

If you choose Barcelona as your holiday destination, don´t limit your stay to sightseeing only (although there are also some interesting proposals, as Pedrera´s summer night tour). to participate in many outdoor cultural activities (many are free or very cheap) will make your stay unforgettable. Just go for a nice concert in a park or have fun during Barcelona districts´parties (the most popular are decorated streets of Gracia that look like taken from fairytales but Raval and Poble Sec have their fiestas in July, so you might want to google interesting activities for fiesta mayor). And if you get tired of walking in the sun, you can have a rest on a beach. Be prepared, however, that all Barcelona´s beaches are crowded and after swimming it may be hard to find your own towel (Nuno knows something about it). Good alternative is to take a train and go to some nice beaches outside Barcelona or rent a car and discover the secrets of Costa Brava.

Sunday, 6 May 2012

Formentor, Pollença & calas

Pobyt na Majorce wydaje się tak odległy...Minęło prawie półtora miesiąca, czas wiec najwyższy zakończyć blogową relację z naszych mini-wakacji i spotkania z bloggerkami.
W sobotę Ewa pracowała tylko do 10, więc całą piątką wsiedliśmy do podstarzałej i wydających czasami dziwne odgłosy pandy, by wybrać się na półwysep Formentor (jest to najdalej wysunięty na północ punkt wyspy) . Największe wrażenie robi sama podróż (będąca nieaz prawdziwym wyzwaniem dla kierowcy), krętą trasą. Wąska droga pełna jest ostrych zakrętów, do tego trzeba dodać niezliczone grupki rowerzystów, których jakoś trzeba wyminąć, ale piękne widoki rekompensują stres przy wyprzedzaniu czy wchodzeniu w kolejny zakręt. Zatrzymaliśmy się przy punkcie widokowym (widoki z przylądka Cap de Formentor, na który autobusy nie mogą wjechać, bo droga jest tak wąska, że się nie mieszczą, nas rozczarowały), z którego podziwialiśmy turkus morza kontrastujący z barwą ostro poszarpanych klifów i bielą łódeczek.


Potem ostro pod górę i po kilkudziesięciu (jeśli nie kilkuset zakrętach) dojechaliśmy do przylądka, na którym mieści się latarnia morska i z którego według przewodnika, rozciąga się wspaniały widok. Po raz kolejny nie mogliśmy się zgodzić z autorami wyżej wymienionego przewodnika, z przylądka bowiem ledwo co było widać, zdjęć zrobiłam chyba tylko 10 (w tym 2 latarni, kolejne 4 samochodom i krętej drodze na przylądek).


Głód dawał nam się troszkę we znaki, więc zwiedzanie średniowiecznego miasteczka Pollença zostało przełożone na czas lunchu w Port de Pollença (niezbyt atrakcyjna plaża przy porcie, niezbyt atrakcyjne miasteczko). Spokojne i ciche miasteczko (cisza sporadycznie przerywana odgłosem bicia dzwonów kościelnych czy okrzykami radości dzieciaków zjeżdżających na hulajnodze), otoczone resztkami murów średniowiecznych (gwoli ścisłości mury są zredukowane do bramy :)


To było ostatnie miasteczko, jakie zwiedziliśmy na Majorce, bo ostatni dzień zarezerwowaliśmy sobie na calas, czyli to, co Nuno lubi najbardziej. Calas to plaże- zatoczki ukryte między skałami.
Zanotowaliśmy sobie kilka nazw, wklepaliśmy pierwszą z nich- Cala de Pi, do GPS-u, gdzie czekała nas jedna z najprzyjemniejszych niespodzianek całego pobytu. Podczas robienia zdjęć rybakom, którzy czyścili sieci i złowione rybki, jeden z nich rozpoznał Ewę.


Okazało się, że był on kierowcą na lotnisku, gdzie Ewa pracowała. Po kilku słowach przywitania, rybak/kierowca zaprosił nas na krótki rejsik swoją łódką, żeby pokazać, jak wygląda Cala de Pi widziana z morza, oraz niedostępna prawie od lądu Cala Beltrana. Lubię takie niespodziewane spotkania i jeszcze bardziej zaskakujące miłe propozycje. Potem odpoczynek na 2 plażach i z żalem opuszczaliśmy Majorkę.


It seems like it has been ages since we were on Mallorca. After six weeks, it is really high time I finish the last post about our mini-holidays and meeting with 2 Polish bloggers.
As Ewa was not on holidays, we normally met her in the evening, but since on Saturday she had unbelievably early shift and finished at 10 am, five of us squeezed in a blue panda, that sometimes surprised us with strange noises. Our destination was peninsula of Formentor (this is the northernmost point of the island). What is the most impressive, is a journey itself (quite a challenge for a driver). The narrow road is full of sharp turns, and from January-April it is full of smaller and larger (sometimes solitary) groups of cyclists, that you have to pass somehow. The view completely compensate for the stress that you may sometimes experience by passing a car/cyclist or entering a yet another sharp curve.
We stopped at a really nice viewpoint (views from the advertised cape Cap de Formentor are really exaggerated and rather disappointing. The only plus is that the buses can’t reach it because the road is simply too narrow and too curvy, so the number of the tourists is limited.) We could admire the turquoise sea contrasting with sharply jagged cliffs and with the whiteness of small boats (imagining of course us being on this boat drinking martini/mojito/beer) .


Then after a very steep point if the road, after a few dozen (if not hundreds) of curves, we reached the cape with a small white lighthouse (its main attraction). According to my guide, the views from the Cap de Formentor are wonderful. Well, once again I could only disagree with the authors, you could barely see anything, so I only took 10 photos (2 of a lighthouse and 4 of cars on a curvy road).


After such an exciting road trip, we felt hungry so we stopped in Port de Pollença (honestly, its beach and the town aren’t really attractive, jumped in the car and went to Pollença, a medieval town, that was the last charming pueblo we visited on Mallorca. It was really quiet and peaceful town (the silence were occasionally interrupted by church bell or screaming kids riding down on a scooter). The town was supposed to be surrounded by medieval walls, which in reality are reduced to one gate. After wandering through the charming streets of Pollença, we went back to Arenal. The last day was booked to visit some calas (hidden beaches/small bays)


We wrote down some cala’s names, after putting the first one- Cala de Pi, into the GPS system, we were ready to go. When we saw how intensively blue was the water, we knew we would spend a great time. What we hadn’t expect was a nice surprise of being in the right place at the right time. While taking photos of two fishermen who were cleaning their fishing nests, one of them recognized Ewa.


It turned out that he was a driver at the airport, where Ewa is working. After a small chit-chat, fisherman / driver invited us for a short boat trip so that we can see how Cala de Pi looked like from a sea perspective and to show us Cala Beltran, which was almost impossible to access without a boat. I really like such unexpected gifts from people we barely know. Afterwards, in a great mood, we visited 2 more calas and unfortunately had to catch a plane back to BCN.


Sunday, 22 January 2012

Zima?!?/ Winter?!

Aż trudno uwierzyć, że to końcówka stycznia. 16 stopni. Słońce. Ach, za to właśnie lubimy Barcelonę. Nie ma nic lepszego w leniwą niedzielę niż spacer po plaży. Jak się można domyśleć nie byliśmy zbyt oryginalni, na deptaku tłumy. Ale nam nic nie przeszkadzało, bo jednak słońce napełnia wszystkich optymizmem i poprawia nastrój nawet największym ponurakom.
Plaża w Barcelonie na pewni nie jest nudna, można tu grać w siatkówkę plażową (jak widać nawet zimą w t shircie), możne się opalać, nawet w styczniu, dla bardziej aktywnych jest rower i rolki oraz urządzenia do ćwiczeń.


Wiem, że mi trochę zazdrościcie. W końcu z tego co słyszałam w Polsce raczej typowo zimowa pogoda.


It's hard to believe that it is the end of January. 16 degrees. Sun. That is why we like it here in Barcelona. And there is nothing better to do on a lazy Sunday that to have a walk along the beach. As you can guess we were not too original, it seemed as half of the population of the city got the same idea. But we didn’t mind the crowds, I think it was the sun that made us optimistic and in a really good mood.
The beach in Barcelona for sure is not boring, you can play beach volleyball (even in winter, in t-shirt), you can ride a bike or skate.

I know that you are little bit jelous now, as I’ve heard the weather in Poland is rather typical for January.

Showing posts with label plaża/beach. Show all posts
Showing posts with label plaża/beach. Show all posts

Thursday, 25 October 2012

Słoneczna niedziela w Spiddal/ Sunny Sunday in Spiddal



W Irlandii w słoneczny dzień grzechem jest siedzieć w domu. W niedzielny poranek,  mimo że wstaliśmy zmęczeni po sobotnim pub crawlingu poprzedzonym oglądaniem po raz pierwszy na żywo meczy rugby,  wiedzieliśmy, że z lenistwa nic nie wyjdzie. Musimy na zapas wykorzystać pogodę, bo niedługo mogą nas czekać tylko deszczowe i zimne weekendy, a wtedy trudniej będzie się zmobilizować do zwiedzania. Na razie wybieramy i tak najbliższe okolice, bo Nuno nie za bardzo lubi jeździć naszym autem z kierownicą po złej stronie. 

Nuno kiedyś wspomniał ( i to niejednokrotnie), że nie może mieszkać na stałe w mieście, które nie ma dostępu do morza.  Dla mnie wychowanej w Bydgoszczy, gdzie do morza jest kilka godzin, nie jest to wystarczający argument, który decyduje o przeprowadzce.  Ale jakoś tak się złożyło, że zarówno Barcelona, jak i Galway mają plażę. Jest tylko mała różnica, na jednej można się opalać przez kilka miesięcy w roku, a na drugiej kilka dni. Zgadnijcie, która jest która :) Ale spacerowanie po plaży też uwielbiam, więc nie miałam nic przeciwko odkryciu Spiddal, małej rybackiej wioski, oddalonej o ok. 20 km od Galway. 


W samej wiosce można niewiele zobaczyć, jest port rybacki, przystań, mały cmentarz i urokliwy biały domek. Ale i tak jest urokliwie, w taki nienarzucający się sposób. Po zgiełku i tłumach turystów w Barcelonie, niczym nie zmącony spokój i brak zabytków może być  miłą odmianą. Na plażach o tej porze roku są pustki, nie licząc rodzin z dziećmi i psami. 


Zapraszam do galerii facebooka na większą porcję zdjęć oraz do polubienia strony, bo to tam będę wrzucać większość zdjęć i informacji o naszych podróżach i życiu w Irlandii. 

Mam nadzieję, że podobają się Wam okolice Galway. Potrzebujecie słońca, morza i plaży do wyboru idealnego miasta, w którym chcielibyście zamieszkać?


In Ireland on a sunny day you can do everything except stay at home. So even though on Sunday  we woke up exhausted after the pub crawl and watching our first rugby game on a stadium, we knew we couldn’t just lay on the sofa watching tv series. Anyway, it’s not my thing, when I see sun, I feel this pressure to be active. And we don’t know if we will be lucky to have many more rain-free weekends, so instead of risking, we just got in the car and went to explore what Galway county has to offer. For now, we only visit places that are quite close, as Nuno doesn’t really like driving with the the steering wheel on the wrong side.


Nuno has mentioned  on numerous occasions that he can’t imagine living permanently in a city that doesn’t have access to the sea. For me, born and raised in Bydgoszcz, too far from the seaside to go there more than few times a year (and that if I was lucky), sea isn’t something that would influence my decision of choosing a city to live in. But by pure coincidence, both Galway and Barcelona have access to the beach. There is just a tiny difference, a sunny weather that allows the sunbathing for few months on one of them and  for few days on another. Take a guess and match the beach with the city. Anyway, sunbathing isn’t the only thing you can do on the beach, and I actually enjoy even more strolling down a deserted beach. It was a reason good enough to go to Spiddal, a small fishing village, located about 20 miles from Galway.


There is fishing port, marina, small cemetery and charming white house. Nothing  more, but still it is a delightful little village. And after the hustle and bustle and crowds of tourists in Barcelona, peace and lack of famous monuments can be quite a nice change. And tranquility is what you find on the beaches near Galway in October, not counting few families with kids and dogs, they were deserted. 


Check out the facebook gallery for more photos from our sunny Sunday escapade to Spiddal, and like it if you still haven’t as it is there where I post a lot of photos and information about our travels and life in Ireland.

Do you like Irish beaches? Do you need beach, sun, sea to help you choose your perfect destination?

Tuesday, 3 July 2012

Relaks na Costa Brava/ Relax on the Costa Brava

Od czasu do czasu Nuno aktywnie włącza się w organizację naszego czasu wolnego. W poprzedni weekend nie wiedziałam nawet, gdzie będziemy dokładnie i co będziemy robić. Miła odmiana. Choć wiedziałam, że plaża i odpoczynek to główny plan na sobotę i niedzielę, nie musiałam jednak nic planować.

W sobotę wstaliśmy dość wcześnie, wklepaliśmy do GPS namiary na plażę przy miasteczku Palamós. Jednak poprowadził nas on do ścieżki rowerowej, nie odważyliśmy się podążyć za wskazówkami i zamiast na wąską plażę (Cala estreta) pojechaliśmy na playa la Fosca. Zanotujcie sobie tę nazwę, bo jest to jedna z ładniejszych, według nas, plaż na Costa Brava. Szeroka, piaszczysta, czysta i co najważniejsze, nie aż tak zatłoczona spragnionymi słońca plażowiczami.


Po kilku godzinach plażowania z babskimi gazetkami (Nuno bardziej ambitnie czytał książkę na moim ebooku), poprzeplatanych chwilami orzeźwienia w morzu, pojechaliśmy do naszego hotelu. Znajdował się on w przysłowiowym gdzie diabeł mówi dobranoc, w tym konkretnym przypadku tym „gdzie” było pole golfowe. Problemem ze spontanicznymi wypadami na Costa Brava jest brak miejsc noclegowych, większość jest zarezerwowanych, albo przekracza nasze możliwości finansowe.


Zatrzymaliśmy się więc w hotelu położonym 20 km od Girony, tam też pojechaliśmy na kolację połączoną z oglądaniem meczu Francja-Hiszpania. Poszukiwanie otwartego baru z transmisją meczu było trudniejsze niż się spodziewaliśmy, ale mieliśmy szczęście i weszliśmy do pierwszego napotkanego baru, który na drzwiach miał wywieszoną informację o meczu. I trafiliśmy na kulinarny raj montaditos. Jedne z najlepszych, jakie jedliśmy i na pewno najtańsze (gdzie w Barcelonie zjesz montadito/ tapas za 1 euro?- pytanie czysto retoryczne). Na deser wybraliśmy się do osławionej lodziarni Rocambolesc (nie byłam jednak sobą i nie zrobiłam żadnych zdjęć, więc odsyłam do linka, bo wystrój jest bajkowy).


W niedzielę nasze lenistwo osiągnęło szczyty. Nie ruszyliśmy się z basenu hotelowego, przenosiliśmy się tylko z leżaka do basenu, z basenu do wiklinowego „jajka”, by w cieniu podrzemać. Plan mieliśmy ambitniejszy, mieliśmy odkryć nową plażę, ale czasami plany trzeba odłożyć lub zmienić. Czasami trzeba zrelaksować się maksymalnie, podładować akumulatory, wyłączyć myślenie, że coś trzeba zrobić, bo inaczej to strata czasu. Dla mnie to szczególnie trudne, planowanie mam chyba w genach, nie do końca umiem wrzucić na luz i nic nie robić.




From time to time, Nuno is the one that organize our weekend. Last time he was an active planner and I didn’t even know exactly where we were staying and what was the schedule. A small correction, with Nuno’s as a planner, there is no strict schedule. I knew I could expect relax on the beach.

On Saturday we got up relatively early, input GPS coordinates of a nice beach near Palamós (Cala estreta). It led us to a bike path, we didn’t dare to follow the gps’s questionable instructions so we turned and went instead to Playa la Fosca. Write down this name, cause we found it to be one of the nicest beach of Costa Brava. It is wide, sandy, clean and most importantly, not so crowded.


We spent several hours of sunbathing and doing nothing, if you don’t count reading some magazines (normally I don’t buy them, but I just can’t imagine relax on the beach without reading them. Nuno was more ambitious and was reading a book on my ebook instead.) When we finally got tired of the sun and sea, we went to our hotel. It was located in the middle of nowhere, and in this particular case “nowhere” was a golf course. The problem with spontaneous trips to the Costa Brava is that many times everything is overbooked or overpriced.


So we decided to stay in a hotel 20 km from Girona, and more than half an hour from the seaside. As Girona is a really nice city, we decided to have a dinner there and watch a football game, France against Spain. Finding an open bar with a TV broadcasting the game turned out to be a challenge . We were lucky to find one and it was a culinary paradise of montaditos. Some of the best we have eaten and definitely the cheapest ones (if you know where to have a montadito for 1 euro in Barcelona, please let me know). For dessert, as a meal isn’t finished without something sweet, we went to a famous ice cream shop Rocambolesc. I wasn’t myself as I didn’t take a single picture, so please check this link a the décor is just fabulous.


On Sunday, we couldn’t be more lazy :) We were supposed to spend some time by the pool and then discover some nice beach. But instead we spent the whole day by the pool, moving from sun lounger to the pool. Sometimes you need to relax, recharge the batteries, forget about everything. For me it is difficult, not making plans is harder than being spontaneous. Really, it seems that I have developed some planning gene, and just can’t help but organize everything to the smallest details. This weekend was about all but planning. And I enjoyed it.

Thursday, 28 June 2012

Tego lata zakochaj się w Barcelonie/ This summer fall in love with Barcelona

Un estiu per enamorar-te de Barcelona (czyli dosłownie wakacje do zakochania się w Barcelonie) to slogan z plakatu urzędu miasta, na który zwróciłam uwagę kilka dni temu idąc do metra. Tak jak podoba mi się hasło (niewiele się różniące, jeśli ominiemy porę roku) promujące stolicę Polski, czyli Zakochaj się w Warszawie, tak samo myślę, że letnie miesiące są idealne, aby poddać się urokowi Barcelony. Co wcale oczywiście nie znaczy, że podczas miesięcy zimowych czy jesiennych można się tu nudzić czy się nią nie zachwycić. Ale to podczas wiosny i lata, gdy slońce i temperatura sprawiają, że całe życie barcelończyków przenosi się na ulice i plaże naprawdę trudno oprzeć się urokowi tego miasta.

Dzięki letniej akcji promującej Barcelonę, nikt się nie bedzie nudzil w miesiącach letnich, do wyboru mamy bowiem niezliczone koncerty (np. w parkach), pokazy filmów na świeżym powietrzu, fiestas mayores wielu dzielnic, niezliczone ogródki restauracyjne oraz plaże miejskie (nie tylko Barceloneta, na odważniejszych czeka plaża nudystów). Szczegóły do zobaczenia na stronie Ayuntamiento, atrakcje podzielone są tematycznie : co się dzieje, plaże, baseny, muzyka, noce letnie, lato i dzieci, lokalne święta, parki i ogrody, Municipal measures albo ze względu na ich lokalizację. Z wielu propozycji na pewno skorzystamy. W zeszłym roku byliśmy na bardzo fajnym festiwalu filmów krótkometrażowych Mecal Air, gdzie za grosze można spędzić miły piątkowy wieczór w Poble Espanyol. Jutro idziemy na inaugurację kina pod chmurką (film poprzedzony koncertem oraz filmem krotkometrazowym) przy zamku na Montjuicku, wyposażeni w kocyk i koszyk piknikowy. Inną propozycją jest zaczynający się 1 lipca Grec Festival, czyli coś dla milośników teatru i spekatakli muzycznych i tanecznych.


Ciekawy też może być pokaz balonów :) odbywa się on od 4 do 10 lipca, w miasteczku Igualada, bardzo blisko i dobrze skomunikowanym z Barceloną. Wyobraźcie sobie niebo pełne kolorowych balonów, kontrastujących z błękitem nieba i bielą chmur. Niestety, w tym czasie jesteśmy na urlopie, więc mogę to sobie tylko wyobrazić...

Jeśli wy wybieracie Barcelonę na wasz urlop, nie zapomnijcie, że oprócz zwiedzania zabytków (ciekawostka: Pedrera ma ciekawą letnią propozycję nocnego zwiedzania), możecie skorzystać z licznych propozycji kulturalnych (za darmo lub za niewielką opłatę) i wybrać się na jakiś fajny koncert w parku lub uczestniczyć w świętowaniu dzielnicy (najbardziej bajkowe są przystrojone ulice Gracii w sierpniu, ale Raval czy Poble Sec mają swoje fiestas w lipcu, więc warto się zapoznać z atrakcjami przygotowanymi z tej okazji). A jak zmęczą was upały, Barcelona zaprasza na plażę :) Przygotujcie się jednak, że są one zatłoczone i po wyjściu z wody ciężko znaleźć własny ręcznik, o czym niedawno przekonał się Nuno :) Można jednak podjechać pociągiem do plaż poza Barceloną czy wynająć samochód i odkryć sekrety Costa Brava.




Un estiu per enamorar-te de Barcelona (which means a summer to fall in love with Barcelona) was a catchphrase I saw few days ago on a poster by city hall on my way to metro. Instantly I liked it, it is fun and makes you smile. But it also made my think about all the things I love in Barcelona and why I think that summer is a perfect time to be charmed by this city. Of course, there is nothing wrong with being in Barcelona during autumn and winter, it is just that with sun and good weather Barcelona gains the whole new dimension. It is when the life of all the Barcelonians moves to streets and beaches and you find yourself under the spell of this magic city.

And with the rich offer promoting Barcelona on many levels, nobody can possibly be bored this summer. One can choose between countless concerts (in different venues, some take place in parks), fresh air cinema, fiestas mayores of many districts, hundreds of terraces to enjoy a nice drink, or enjoy a day on one of urban beaches (don´t limit yourself to Barceloneta, there is a beach for nudist, so try it if you are brave enough!). Check more details on Ayuntamiento´s website, you can either consult it by subject: what is happening, beaches, swimming pools, music, summer nights, summer and children, local festivals, parks and gardens , municipal measures or by the districts. We will definitely participate in many of the activities listed there. Last year I enjoyed a great short movie festival Mecal Air, so definitely it is a must this summer as well; it is a cheap way to have fun on a Friday evening in Poble Espanyol. Tomorrow we are going for the first movie show outdoor (before a movie there is a concert and a short movie projection as well) at the castle of Montjuick, and we are going well equipped with a blanket and picnic basket (and wine of course). Another nice idea for those who enjoys theater and music/dance spectacles is Grec Festival, which starts on the 1st of July.


There is another festival that I discovered and it is quite a funny and alternative one. A balloons show takes place from 4th to 10th July, in Igualada, a town that is very close to Barcelona and well connected. Just picture a sky covered with colorful balloons, contrasting with the blue sky and white clouds. Unfortunately, since we are on holidays, we can´t participate in what seems like a fun event.

If you choose Barcelona as your holiday destination, don´t limit your stay to sightseeing only (although there are also some interesting proposals, as Pedrera´s summer night tour). to participate in many outdoor cultural activities (many are free or very cheap) will make your stay unforgettable. Just go for a nice concert in a park or have fun during Barcelona districts´parties (the most popular are decorated streets of Gracia that look like taken from fairytales but Raval and Poble Sec have their fiestas in July, so you might want to google interesting activities for fiesta mayor). And if you get tired of walking in the sun, you can have a rest on a beach. Be prepared, however, that all Barcelona´s beaches are crowded and after swimming it may be hard to find your own towel (Nuno knows something about it). Good alternative is to take a train and go to some nice beaches outside Barcelona or rent a car and discover the secrets of Costa Brava.

Sunday, 6 May 2012

Formentor, Pollença & calas

Pobyt na Majorce wydaje się tak odległy...Minęło prawie półtora miesiąca, czas wiec najwyższy zakończyć blogową relację z naszych mini-wakacji i spotkania z bloggerkami.
W sobotę Ewa pracowała tylko do 10, więc całą piątką wsiedliśmy do podstarzałej i wydających czasami dziwne odgłosy pandy, by wybrać się na półwysep Formentor (jest to najdalej wysunięty na północ punkt wyspy) . Największe wrażenie robi sama podróż (będąca nieaz prawdziwym wyzwaniem dla kierowcy), krętą trasą. Wąska droga pełna jest ostrych zakrętów, do tego trzeba dodać niezliczone grupki rowerzystów, których jakoś trzeba wyminąć, ale piękne widoki rekompensują stres przy wyprzedzaniu czy wchodzeniu w kolejny zakręt. Zatrzymaliśmy się przy punkcie widokowym (widoki z przylądka Cap de Formentor, na który autobusy nie mogą wjechać, bo droga jest tak wąska, że się nie mieszczą, nas rozczarowały), z którego podziwialiśmy turkus morza kontrastujący z barwą ostro poszarpanych klifów i bielą łódeczek.


Potem ostro pod górę i po kilkudziesięciu (jeśli nie kilkuset zakrętach) dojechaliśmy do przylądka, na którym mieści się latarnia morska i z którego według przewodnika, rozciąga się wspaniały widok. Po raz kolejny nie mogliśmy się zgodzić z autorami wyżej wymienionego przewodnika, z przylądka bowiem ledwo co było widać, zdjęć zrobiłam chyba tylko 10 (w tym 2 latarni, kolejne 4 samochodom i krętej drodze na przylądek).


Głód dawał nam się troszkę we znaki, więc zwiedzanie średniowiecznego miasteczka Pollença zostało przełożone na czas lunchu w Port de Pollença (niezbyt atrakcyjna plaża przy porcie, niezbyt atrakcyjne miasteczko). Spokojne i ciche miasteczko (cisza sporadycznie przerywana odgłosem bicia dzwonów kościelnych czy okrzykami radości dzieciaków zjeżdżających na hulajnodze), otoczone resztkami murów średniowiecznych (gwoli ścisłości mury są zredukowane do bramy :)


To było ostatnie miasteczko, jakie zwiedziliśmy na Majorce, bo ostatni dzień zarezerwowaliśmy sobie na calas, czyli to, co Nuno lubi najbardziej. Calas to plaże- zatoczki ukryte między skałami.
Zanotowaliśmy sobie kilka nazw, wklepaliśmy pierwszą z nich- Cala de Pi, do GPS-u, gdzie czekała nas jedna z najprzyjemniejszych niespodzianek całego pobytu. Podczas robienia zdjęć rybakom, którzy czyścili sieci i złowione rybki, jeden z nich rozpoznał Ewę.


Okazało się, że był on kierowcą na lotnisku, gdzie Ewa pracowała. Po kilku słowach przywitania, rybak/kierowca zaprosił nas na krótki rejsik swoją łódką, żeby pokazać, jak wygląda Cala de Pi widziana z morza, oraz niedostępna prawie od lądu Cala Beltrana. Lubię takie niespodziewane spotkania i jeszcze bardziej zaskakujące miłe propozycje. Potem odpoczynek na 2 plażach i z żalem opuszczaliśmy Majorkę.


It seems like it has been ages since we were on Mallorca. After six weeks, it is really high time I finish the last post about our mini-holidays and meeting with 2 Polish bloggers.
As Ewa was not on holidays, we normally met her in the evening, but since on Saturday she had unbelievably early shift and finished at 10 am, five of us squeezed in a blue panda, that sometimes surprised us with strange noises. Our destination was peninsula of Formentor (this is the northernmost point of the island). What is the most impressive, is a journey itself (quite a challenge for a driver). The narrow road is full of sharp turns, and from January-April it is full of smaller and larger (sometimes solitary) groups of cyclists, that you have to pass somehow. The view completely compensate for the stress that you may sometimes experience by passing a car/cyclist or entering a yet another sharp curve.
We stopped at a really nice viewpoint (views from the advertised cape Cap de Formentor are really exaggerated and rather disappointing. The only plus is that the buses can’t reach it because the road is simply too narrow and too curvy, so the number of the tourists is limited.) We could admire the turquoise sea contrasting with sharply jagged cliffs and with the whiteness of small boats (imagining of course us being on this boat drinking martini/mojito/beer) .


Then after a very steep point if the road, after a few dozen (if not hundreds) of curves, we reached the cape with a small white lighthouse (its main attraction). According to my guide, the views from the Cap de Formentor are wonderful. Well, once again I could only disagree with the authors, you could barely see anything, so I only took 10 photos (2 of a lighthouse and 4 of cars on a curvy road).


After such an exciting road trip, we felt hungry so we stopped in Port de Pollença (honestly, its beach and the town aren’t really attractive, jumped in the car and went to Pollença, a medieval town, that was the last charming pueblo we visited on Mallorca. It was really quiet and peaceful town (the silence were occasionally interrupted by church bell or screaming kids riding down on a scooter). The town was supposed to be surrounded by medieval walls, which in reality are reduced to one gate. After wandering through the charming streets of Pollença, we went back to Arenal. The last day was booked to visit some calas (hidden beaches/small bays)


We wrote down some cala’s names, after putting the first one- Cala de Pi, into the GPS system, we were ready to go. When we saw how intensively blue was the water, we knew we would spend a great time. What we hadn’t expect was a nice surprise of being in the right place at the right time. While taking photos of two fishermen who were cleaning their fishing nests, one of them recognized Ewa.


It turned out that he was a driver at the airport, where Ewa is working. After a small chit-chat, fisherman / driver invited us for a short boat trip so that we can see how Cala de Pi looked like from a sea perspective and to show us Cala Beltran, which was almost impossible to access without a boat. I really like such unexpected gifts from people we barely know. Afterwards, in a great mood, we visited 2 more calas and unfortunately had to catch a plane back to BCN.


Sunday, 22 January 2012

Zima?!?/ Winter?!

Aż trudno uwierzyć, że to końcówka stycznia. 16 stopni. Słońce. Ach, za to właśnie lubimy Barcelonę. Nie ma nic lepszego w leniwą niedzielę niż spacer po plaży. Jak się można domyśleć nie byliśmy zbyt oryginalni, na deptaku tłumy. Ale nam nic nie przeszkadzało, bo jednak słońce napełnia wszystkich optymizmem i poprawia nastrój nawet największym ponurakom.
Plaża w Barcelonie na pewni nie jest nudna, można tu grać w siatkówkę plażową (jak widać nawet zimą w t shircie), możne się opalać, nawet w styczniu, dla bardziej aktywnych jest rower i rolki oraz urządzenia do ćwiczeń.


Wiem, że mi trochę zazdrościcie. W końcu z tego co słyszałam w Polsce raczej typowo zimowa pogoda.


It's hard to believe that it is the end of January. 16 degrees. Sun. That is why we like it here in Barcelona. And there is nothing better to do on a lazy Sunday that to have a walk along the beach. As you can guess we were not too original, it seemed as half of the population of the city got the same idea. But we didn’t mind the crowds, I think it was the sun that made us optimistic and in a really good mood.
The beach in Barcelona for sure is not boring, you can play beach volleyball (even in winter, in t-shirt), you can ride a bike or skate.

I know that you are little bit jelous now, as I’ve heard the weather in Poland is rather typical for January.