Showing posts with label społeczeństwo/society. Show all posts
Showing posts with label społeczeństwo/society. Show all posts

Wednesday, 20 June 2012

Gorączka Euro2012 w Barcelonie/ Euro 2012 madness in Barcelona

Od 8 czerwca liczą się głównie mecze. Wiem, atmosfera poza Polską i Ukrainą, na pewno nie jest tak gorąca. Polska oszalała! Co wchodzę na stronę gazety, to główne newsy dotyczą europejskich gwiazd futbolu, gdzie śpią, co jedzą i tym podobne sensacyjne informacje. Gdy widzę zdjęcia moich znajomych ze strefy kibica czy z trybun stadionów, czuję zazdrość i jak nigdy wcześniej tęsknię za moim krajem. Bo pewnie nigdy już nie będziemy organizatorami imprezy na taką skalę. I trochę mi żal, że nie jestem częścią tej sportowej historii. Co nie znaczy, że mi się gorączka futbolowa nie udzieliła. Faza grupowa dobiega końca, Polska niestety już odpadła, teraz pozostaje mi kibicowanie Portugalii, która przedwczoraj wygrała z Holandią i tym samym wyszła z grupy i zmierzy się z Czechami w Warszawie (co bym dała, żeby tam być).

W Barcelonie, jakoś nie widać ogólnej euforii, może to dlatego, że Hiszpanie są święcie przekonani, że tytuł mistrza mają w kieszeni. Trochę z przekory im nie kibicuję. A mecze oglądam nie tylko ze względu na fakt, że jest to jeden z głównych tematów rozmów w pracy.

Meczu na otwarcie nie mogłam oglądać w całości, bo praca do 18.30 ma swoje minusy (plusów nie zauważam nadal), ale prawie każdego dnia oglądaliśmy jakiś pojedynek na murawie. Oglądanie w zaciszu domowym to nie jest to, więc staraliśmy się przynajmniej niektóre mecze (czytaj Polski, Portugalii i Włoch/Hiszpanii) oglądać w barze otoczeni kibicami, by razem z nimi dzielić emocje. Mecz Portugalia kontra Niemcy zbiegł się z obchodami dni Portugalii, z tej okazji organizatorzy postawili na placu telebim i retransmitowali mecz (trochę nas rozczarowała wielkość ekranu, przy tłumach Portugalczyków, którzy przyszli dopingować Ronaldo+ resztę drużyny nie zawsze było dobrze widać). Niestety, Niemcy wygrali, co nie przeszkodziło Portugalczykom dobrze się bawić na koncercie.


Następnego dnia mecz Hiszpania-Włochy oglądaliśmy w towarzystwie mojego włoskiego kolegi z Erasmusa, Domenico. Włosi to dopiero żywo komentują! Niestety nie mieliśmy szczęścia i neapolitański był tak napakowany fanami Squadra Azzurra, że musieliśmy poszukać alternatywnego lokalu, ale atmosfera nie była ta sama. Na szczęście wczoraj poszliśmy na tyle wcześniej, że udało nam się załapać na stolik i oprócz oglądania meczu zjedliśmy przepyszną pizzę i włoskie desery (polecam Sports Bar Italian Food na Carrer Ample, 90% klientów to Włosi, co jest rekomendacją samą w sobie). A jakie emocje!Te okrzyki i gestykulacje rękoma, komentowanie akcji z nieznanym sąsiadem ze stolika obok.


Atmosfera w Irish pubie, gdzie Polonia w Barcelonie zorganizowała wspólne oglądanie meczów reprezentacji Polski, nie była gorsza. Wsród okrzyków: “do boju”, “Polska, biało-czerwoni”, “ Polacy, my chcemy gola” i innych przyśpiewek, czuliśmy się, jak na stadionie. Na meczu z Rosją emocje sięgneły zenitu. Pierwszą połowę oglądaliśmy w barze Moritza, ale atmosfera była kiepska (Moritz promował wspieranie drużyny polskiej, a nie hiszpańskiej, bo ta nie jest katalońska, a katalończycy nazywani są polacos) i mimo, że serwowali polskiego hot-doga (z polską pyszną kiełbaską), to na 2 połowe przenieśliśmy się do Irish na Urquinaona, gdzie oglądaliśmy też mecz o wszystko z Czechami. I tym razem Polacy z Barcelony nie zawiedli i tłumnie się pojawili, by przed telewizorami wspierać naszą drużynę narodową.


W niedzielę przyszła kolej na kibicowanie Portugalii, po porażce Polski, mojej naturalnej ulubionej drużynie. Tym razem też wybraliśmy bar, gdzie mogliśmy liczyć na kibiców portugalskich oraz na portugalskie przysmaki (piwko Sagres+ francezinha). Bo połączenie futbol+zimne piwo+dobra zagryzka jest nie do przebicia :)



It all started on 8th of June. Every day there was a game, then commenting on how the players performed, who won and who should have won. You open a newspaper or website, and there was nothing but news about European football stars: where do they sleep, eat and all those spicy gossip. I know, the best atmosphere is in Poland and Ukraine, those countries went wild! When I see pictures of mu friends (most of them event don’t enjoy football that much) with Polish flags painted on their faces, supporting our team in the fan zone or lucky enough to be at the stadium, I feel jealous and miss being in my country. Especially now, as we probably will never again organize such a big and important event. I regret not being a part of sports history. The group stage is over, Poland unfortunately didn’t qualify so I am have no choice but to cheer for an obvious team, that is Portugal, after they won with the Dutch’s orange team on Sunday and qualify to quarter-finals and tomorrow will face the team of Czech Republic in Warsaw (I would give a lot to be there)

In Barcelona, I still haven’t notices euphoria or enthusiasm, but it may have something to do that Spanish people are convinced that they already have the title of European Championship guaranteed. And I am not a big fan of gloating and arrogant people, so I prefer supporting other teams. Anyway, since Spain eliminated Portugal in 2 years ago in South Africa Nuno wouldn’t let me cheer for La Roja (how Spanish national football team is called colloquially).

I couldn’t watch the first half of the opening game, as working till 6.30 p.m. has its drawbacks (I am still unable to find any positive sides). Almost every day we watched a match (especially when Poland/Portugal/Spain or Italy played). As staring at a screen at home isn’t quite as appealing as watching it surrounded by a crowd of cheering fans, we tried to go to different bars. Portugal vs Germany game coincided with Portugal day festival (we went last year as well). There were many activities organized, one of them was a big screen on which the game was broadcast. Well, organizers told it to be a huge one, but in fact if as many Portuguese fans gathered, sometimes you couldn’t see Ronaldo + rest of the team. Unfortunately, the Germans won, but we still were able to have a good time afterwards at the concert.


The following day we went to watch Spain-Italy with my Italian Erasmus friend, Domenico. To watch a football game with Italians- there is nothing comparable! Unfortunately, the first time we weren’t lucky enough and a small Neapolitan bar was so packed with Squadra Azzurra fans, that we had to find another, emptier bar. On Sunday, for a change, we arrived early enough to find a free table and were able to eat delicious pizza and desserts while enjoying the game. The atmosphere was really great (and loud): all the cheering up, energetic hand gestures, vivid comment with a complete stranger. (I really recommend Sports Bar Italian Food on Carrer Amle if you crave for real Italian food, 90% of the customers are Italian and that tell it all).


The atmosphere in the Irish pub, where the Polish community in Barcelona invited all the Poles to watch three games of our national team, was even better. At moments, I forgot I was in a bar in Barcelona- there were so many Polish people, wearing white and red colors and shouting really loud the typical football chants. During the game against Russia it seemed that there was no one else, but Polish football fans. We saw the first half in the Moritz bar, but we were quite disappointed. It was strange enough for the bar to support Polish team instead of the Spanish (read: is non Catalan one and Catalans are called polacos, so they supports us, polacos), but hearing girls’ irritating screams at all the wrong moments of the game, was just a bit too much. And even the fact they were serving a Polish hot dog (with a delicious Polish sausage), we decided to watch the 2nd half in the Irish pub on Urquinaona. It was there also that we went to see the game that decided that we didn’t make it out of our group phase. We lost, but it was better to experience among the numerous crowd formed by Polish people from Barcelona.


On Sunday it was time to cheer for Portugal, after the Polish defeat, my natural favorite team. This time we choose a bar where we could count on the fans from Portugal and Portuguese specialties (beer Sagres + francezinha). As the combination football + cold beer + tasty snack is just perfect :)

Monday, 9 April 2012

Semana Santa czyli procesje i mona/ Semana Santa-processions and mona

W tym roku Wielkanoc spędzić mi przyszło na obczyźnie, z dala od rodziny, bez jajek faszerowanych, sernika i wszystkich innych pyszności, pod którymi pewnie uginał się stół. Zamiast się jednak smucić, postanowiliśmy pójść przykładem Hiszpanów i wyjechać za miasto na ten 3 dniowy weekend. A drugim plusem jest możliwość opisania kilku zwyczajów wielkanocnych, które, jak się można domyślić, są zupełnie odmienne od polskich. I mimo, że Barcelona i ogólnie Katalonia słabo wypadają w porównaniu z najbardziej znanymi procesjami, które mają miejsce w Sewilli, to i tak jest o czym opowiadać.

Na początek podobne obchody Niedzieli Palmowej (Domingo de Ramos), od której zaczyna się Wielki Tydzień. W tym przypadku różnica jest niewielka, bo tradycja w sumie ta sama, jedynie wygląd palemek jest odmienny.


Tym, z czego słynie Hiszpania to procesje męczenników, na czas Semana Santa do Sewilli ściągają tłumy i to chyba bardziej ze względu na koloryt lokalny tych widowiskowych procesji, niż z religijnych pobudek. Procesje trwają codziennie, aż do niedzieli palmowej. Każdego wieczoru ulicami miast wyruszają bractwa, pokutnicy niosący na swoich barkach figury świętych. W różnych regionach procesje mają odmienny charakter. W gorącej Andaluzji są krzyki, płacze, głośne śpiewy, więcej jest emocji (wiedzę tym razem opieram na relacjach uczestników, bo nie miałam okazji uczestniczyć na żywo) . Północ jest bardziej powściągliwa, procesje często odbywane są w ciszy. Najczęściej jednak nikt nie pozostaje obojętny wobec podniosłej atmosfery, mimo że czasami jest to raczej religijność na pokaz i podążanie za tradycją, niż głębokie przeżywanie wiary (niektórzy wierni na procesji zajęli miejsca siedzące, aby się ogrzać przynieśli kocyk, a inny kanapkę). Zakapturzeni pokutnicy, twarze oświetlone blaskiem świec, dudniący hałas bębnów…


W procesjach uczestniczą cofradias (bractwa), można je rozróżnić po kolorach strojów oraz po figurach ze swoimi świętymi, które niosą na swoich barkach (niektórzy oszukują i platformy, na których znajdują się bogato zdobione figury mają kółka). Procesje trwać mogą kilka a nawet kilkanaście godzin, a platformy ważyć kilka ton.


My mieliśmy okazję uczestniczyć w Wielkopiątkowej procesji w Tarragonie. Najpierw, o godzinie 17, każde bractwo wyniosło swojego świętego (przystrojonego kwiatami i świecami) z parafii i wąskimi uliczkami, przy akompaniamencie bębnów, trąbek i dud, zakończyło pochód na głównym placu. Tam przez następnych kilka godzin można było podziwiać wszystkie platformy- ołtarze, niektóre okryte plastikowymi płachtami z obawy przed deszczem (w niektórych miejscowościach procesje zostały odwołane ze względu na niesprzyjającą pogodę, deszcz mógłby bowiem zniszczyć drewniane, nierzadko wiekowe, ołtarze).


Po zmierzchu, bractwa ponownie wyruszyły w pochód, niosąc na swych barkach świętych. Musicie uwierzyć mi na słowo, atmosfera była podniosła, w powietrzu unosił się zapach świec i kadzideł, rozmowy zagłuszone były przez dźwięk bębnów, kilka rzędów Hiszpanów obserwujących procesje (musieli chyba zająć dobre miejscówki z dużym wyprzedzeniem) skutecznie uniemożliwiały robienie zdjęć. Gdy już straciłam nadzieję, w drodze powrotnej do hotelu, niespodziewanie z zza rogu wyłonił się kilka bractw- jedni przebrani za Rzymian, inni w charakterystycznych spiczastych kapturach (zwanych capirotes).



W Hiszpanii nie ma zwyczaju malowania pisanek, co innego się je, coraz więcej osób zamiast świętować Zmartwychwstanie Jezusa wybiera eskapady poza miasto. W Katalonii w poniedziałek wielkanocny rodzice chrzestni obowiązkowo obdarowują tradycyjnym ciastem, zwanym Mona de Pascua. Tradycyjnie powinno być udekorowane tylko pomalowanymi jajkami, ale coraz częściej są to czekoladowe figurki, cukiernicy dają się także ponieść fantazji.

Dziś idąc do pracy nie musiałam się bać, że z zza rogu niespodziewanie wyskoczy jakiś młodzieniaszek z pistoletem na wodę, czy o zgroza, z wiadrem. Co kraj, to obyczaj. Ale w przyszłym roku chyba nie odpuszczę sernika, chyba że kosztem procesji w Andaluzji.


This year I spent Easter in Spain, away from my family and friends, away from my mum´s delicious cheesecake, babka and stuffed eggs. Instead of being sad and thinking of how much I miss being home, we decided to follow many Spaniards who tend to make the advantage of the long weekend and escape the city. And staying in Catalonia means I can share with you some Easter traditions, which, as you may guess, differs from Polish ones. Every Spanish region celebrate Easter bit differently, and in spite that Barcelona and Catalonia are not really famous for its traditions, and comparing to the craziness of Semana Santa in Sevilla, Andalucía, they are not considered top destination during the Holy Week, there are still few things worth mentioning.

To begin with, Holy Week begins on Palm Sunday (Domingo de Ramos) with a procession and blessing of the palms. It is basically the same traditions as in other Catholic countries, the only difference of what palms are made.


Spain is really famous by its stunning processions. During Semana Santa thousands of people choose to go to Sevilla to assist one of many processions, and they do so probably more due to all the reasons but religious. Processions take place daily in almost every city and small town. Every evening fraternities and brotherhoods and devotes and participants inundate the streets, penitents carry on their shoulders statues of the saints, crosses and candles, the atmosphere is unique, although it varies from region to region.


In hot Andalucía, the processions are more intense, with thousands of people singing, crying, and screaming, while in the north the atmosphere is more sober, people observe in silence the religious figures as they pass. All in all, no matter where you witness these days of fervor, it is impossible to stay indifferent to the solemn atmosphere of Semana Santa. Even if the religiosity seems artificial and most of the people who attend it do that because of simply following the tradition or to experience what they believe to be real Spanish culture. Indeed, it is very pintoresque to see rows and rows of hooded penitents, their faces lit by candles, moving to the beat of drums...


You can distinguish various cofradías (religious fraternities ) by the color of their costumes and the figures of the saints they carry on their shoulders (some floats of the richly decorated figures can weigh several tons) during several hours.


This year, as we went for a small trip, we participated in the Good Friday Procession in Tarragona. First, at 5 pm, every saint (decorated with candles and flowers) was carried from its parish by the cofradía, and the procession flew through narrow streets (sometimes the float could hardly fit), to the accompaniment of drums, trumpets and bagpipes, till it reached the main square. There, for the following hours, all the floats-altars could be admired; some were covered with plastic as to protect the wooden figures (in some cities the processions were cancelled due to the bad weather, as the rain could damage ancient and precious altars). After the nightfall, once again the figures were lifted, once again the sound of the drums was overwhelming, the smell of candles and incense in the air, several row of Spaniard observing the processions (I wonder what time they got there to take a good spot, some of them also brought a blanket, as the night was bit chilly, other a sandwich) made it nearly impossible to see, let alone take photos. When I lost all the hope and decided to give up, on the way back to the hotel, several fraternities suddenly emerged from behind the corner, some dressed as Romans, others in the characteristic pointy hoods (called capirotes).


In Spain there is no tradition of painting Easter eggs, as we do in Poland, the food is different and nowadays more and more people instead of celebrating the Resurrection of Jesus Christ, tend to make short escapades outside the city. In Catalonia, on Easter Monday godparents give the traditional cake called Mona de Pascua. Traditionally, it should only be decorated with painted hard boiled eggs, but bakers create modern versions in all shapes and colors, often inspired by Disney characters or Spanish celebrities.

Today, on my way to work, I didn´t have to be afraid that suddenly somebody appears with a squirt gun or worse, bucket of water (yes, we also have some strange Polish traditions, to know more google śmingus dyngus). Every country has its traditions. But I think next year I will choose my mum´s cheesecake, which I could only give up to see the famous procession in Andalusía.

Monday, 20 February 2012

Ostatni weekend karnawału/ Last weekend of Carnival

Karnawał w Europie wypada blado przy tym jedynym prawdziwym, czyli brazylijskim. Kataloński też do najbardziej hucznych w Hiszpanii nie należy. Podobno w Sitges zabawa jest świetna i Barcelona może się schować, ale po raz kolejny nie było nam dane tego doświadczyć. Do tego w tym roku nie było jednej wielkiej parady na Av. Parallel, jak w zeszłym roku, a zamiast tego kilkadziesiąt mniejszych (podobno około 30) w różnych dzielnicach .


Tym razem Nuno zastrajkował i na ostatni dzień obchodów karnawału w Barcelonie wybrałam się sama. Nie powiem, czułam się trochę dziwnie po a) nie byłam przebrana b) nie byłam tam z dzieckiem. Ale zdjęcia są, mimo, że dobre ujęcia ruszających się dzieci są trudne oraz parady (zostałam wypchnięta z pierwszego rzędu, co przy moich gabarytach równało się zdjęciom, na których połowę kadru stanowi czyjaś głowa). Do tego w połowie parady uczestnicy zmienili trasę. Nie narzekam jednak, bo lubię takie świętowanie Hiszpanów na ulicach, w których uczestniczą całe rodziny, od małych dzieci w wózkach po pokolenie dziadków. W Polsce karnawał ograniczony jest tylko (chyba- jeśli się nic od moich czasów nie zmieniło) do balu w szkole i ewentualnie imprez tematycznych w dyskotece. Tu dzieci przez kilka dni przychodzą przebrane do szkoły a do tego w weekend uczestniczą z rodzicami w przeróżnych atrakcjach.


Gdzieś przeczytałam, że w tym roku organizatorzy chcieli, żeby obchody karnawałowe były jak najbardziej tradycyjne. Mieliśmy więc bal maskowy na Bornie, bitwa na confetti i pomarańczowe piłki (co nawiązywało do tradycyjnej walki na zepsute pomarańcze, która odbywała się na Ramblas, ale została zabroniona).


Kilka faktów o karnawale. W Tłusty Czwartek (Jueves Ladrero) Katalończycy nie objadają się pączkami, ale jedzą coques de lladrons, tortillę oraz butifarra d'ou. Jak wiemy po karnawale, w środę popielcową (miércoles de ceniza) rozpoczyna się Wielki Post (Cuaresma). W Hiszpanii oprócz sypania głowy popiołem (choć nie do końca wiem, czy na pewno się to praktykuje), ma miejsce pogrzeb sardynki (sic! a do tego o 11, więc chyba nigdy nie będę miała okazji uczestniczyć) i pali się króla karnawału, Rei Carnestoltes. Król ma symboliczne znaczenie: niesie na swych barkach wszystkie grzechy i bierze odpowiedzialność za wszystkie złe rzeczy, króre wydarzyły się w tym roku. Ostatniego dnia karnawału czyta się przed zgromadzonym tłumem jego testament, po czym tłum skazuje króla na spalenie.


Poniżej (po wersji angielskiej) załączam video z fajnej inicjatywy: nie ma to jak się fajnie przebrań w miejscu tak codziennym, jak targowisko :)


Pamiętam, że ja kiedyś byłam japonką, cyganką, biedronką, księżycem i tradycyjnie księżniczką. A wy jakie mieliście przebrania?


Carnival in Europe comparing to one and only Brazilian one seems really boring. The celebrations in Catalonia are not the most famous in Spain. Well, the one in Sitges would be worth mentioning, but once again we missed it and stayed in Barcelona. And I must admit, that this year it was a huge disappointment (if it wasn’t for the blog, I would have definitely skipped it). Instead of organizing a huge parade on Av. Parallel as last year, somebody decided it would be better to organize dozens of smaller in various districts. This year Nuno protested and didn’t keep me company, so I went alone. I felt a bit weird, because a) I was not dressed up b) there were almost only families with children. But I don’t regret going, I admired some costumes, but believe me when I say it was impossible to get nice shots, as children are moving extremely fast and the parade changed its route in the middle of the show, so I was unable to get a spot from where I could see anything. All in all, I love the way Spaniard tend to celebrate, with the whole family. In Poland you celebrate the carnival in primary school where you dress up for a small party (or if there is a themed party in disco. Here, children dress up to school during few days and then on the weekend participate in various activities, and it is not uncommon to see their parents/ grandparents dressed up in matching costumes.


I read somewhere that this year the organizers wanted the carnival celebrations be more traditional. So we had a masquerade ball at Born, the battle of confetti and orange balls (which was a reference to a traditional battle of rotten oranges, which used to take place on the Ramblas, but was prohibited)


Maybe not all of you know how el carnaval is celebrated in Spain, so here are few facts: the Fat Tuesday is not celebrate, instead they have Fat Thursday (jueves Ladrero), in Catalonia you should traditionally eat coca de lladrons, tortillas and butifarra d'ou. The carnival finishes on Ash Wednesday (miércoles de Ceniza) and then Lent starts (Cuaresma). In Spain, on Ash Wednesday a strange tradition is celebrated: sardine's funeral (in Barcelona it always takes place during the day so I can’t participate because of work) and the King of the Carnival, Rei Carnestoltes, is burned down. The King has a symbolic meaning: he carries on his shoulders all the sins of the world and takes responsibility for all the bad things that happened. On the last his last will is read aloud before the crowd that later on condemn him to be burned.


I found a funny video of yet another initiative showing that Spanish people really takes having fun to another level. Dressing up in a place so common as a market, it could happen only (?) in Spain.


I remember being dressed up as Japanese, gypsy, ladybug, moon and traditionally princess. What was your best costume?


1e43162c88c10d73ea0de00702a66c0c
Showing posts with label społeczeństwo/society. Show all posts
Showing posts with label społeczeństwo/society. Show all posts

Wednesday, 20 June 2012

Gorączka Euro2012 w Barcelonie/ Euro 2012 madness in Barcelona

Od 8 czerwca liczą się głównie mecze. Wiem, atmosfera poza Polską i Ukrainą, na pewno nie jest tak gorąca. Polska oszalała! Co wchodzę na stronę gazety, to główne newsy dotyczą europejskich gwiazd futbolu, gdzie śpią, co jedzą i tym podobne sensacyjne informacje. Gdy widzę zdjęcia moich znajomych ze strefy kibica czy z trybun stadionów, czuję zazdrość i jak nigdy wcześniej tęsknię za moim krajem. Bo pewnie nigdy już nie będziemy organizatorami imprezy na taką skalę. I trochę mi żal, że nie jestem częścią tej sportowej historii. Co nie znaczy, że mi się gorączka futbolowa nie udzieliła. Faza grupowa dobiega końca, Polska niestety już odpadła, teraz pozostaje mi kibicowanie Portugalii, która przedwczoraj wygrała z Holandią i tym samym wyszła z grupy i zmierzy się z Czechami w Warszawie (co bym dała, żeby tam być).

W Barcelonie, jakoś nie widać ogólnej euforii, może to dlatego, że Hiszpanie są święcie przekonani, że tytuł mistrza mają w kieszeni. Trochę z przekory im nie kibicuję. A mecze oglądam nie tylko ze względu na fakt, że jest to jeden z głównych tematów rozmów w pracy.

Meczu na otwarcie nie mogłam oglądać w całości, bo praca do 18.30 ma swoje minusy (plusów nie zauważam nadal), ale prawie każdego dnia oglądaliśmy jakiś pojedynek na murawie. Oglądanie w zaciszu domowym to nie jest to, więc staraliśmy się przynajmniej niektóre mecze (czytaj Polski, Portugalii i Włoch/Hiszpanii) oglądać w barze otoczeni kibicami, by razem z nimi dzielić emocje. Mecz Portugalia kontra Niemcy zbiegł się z obchodami dni Portugalii, z tej okazji organizatorzy postawili na placu telebim i retransmitowali mecz (trochę nas rozczarowała wielkość ekranu, przy tłumach Portugalczyków, którzy przyszli dopingować Ronaldo+ resztę drużyny nie zawsze było dobrze widać). Niestety, Niemcy wygrali, co nie przeszkodziło Portugalczykom dobrze się bawić na koncercie.


Następnego dnia mecz Hiszpania-Włochy oglądaliśmy w towarzystwie mojego włoskiego kolegi z Erasmusa, Domenico. Włosi to dopiero żywo komentują! Niestety nie mieliśmy szczęścia i neapolitański był tak napakowany fanami Squadra Azzurra, że musieliśmy poszukać alternatywnego lokalu, ale atmosfera nie była ta sama. Na szczęście wczoraj poszliśmy na tyle wcześniej, że udało nam się załapać na stolik i oprócz oglądania meczu zjedliśmy przepyszną pizzę i włoskie desery (polecam Sports Bar Italian Food na Carrer Ample, 90% klientów to Włosi, co jest rekomendacją samą w sobie). A jakie emocje!Te okrzyki i gestykulacje rękoma, komentowanie akcji z nieznanym sąsiadem ze stolika obok.


Atmosfera w Irish pubie, gdzie Polonia w Barcelonie zorganizowała wspólne oglądanie meczów reprezentacji Polski, nie była gorsza. Wsród okrzyków: “do boju”, “Polska, biało-czerwoni”, “ Polacy, my chcemy gola” i innych przyśpiewek, czuliśmy się, jak na stadionie. Na meczu z Rosją emocje sięgneły zenitu. Pierwszą połowę oglądaliśmy w barze Moritza, ale atmosfera była kiepska (Moritz promował wspieranie drużyny polskiej, a nie hiszpańskiej, bo ta nie jest katalońska, a katalończycy nazywani są polacos) i mimo, że serwowali polskiego hot-doga (z polską pyszną kiełbaską), to na 2 połowe przenieśliśmy się do Irish na Urquinaona, gdzie oglądaliśmy też mecz o wszystko z Czechami. I tym razem Polacy z Barcelony nie zawiedli i tłumnie się pojawili, by przed telewizorami wspierać naszą drużynę narodową.


W niedzielę przyszła kolej na kibicowanie Portugalii, po porażce Polski, mojej naturalnej ulubionej drużynie. Tym razem też wybraliśmy bar, gdzie mogliśmy liczyć na kibiców portugalskich oraz na portugalskie przysmaki (piwko Sagres+ francezinha). Bo połączenie futbol+zimne piwo+dobra zagryzka jest nie do przebicia :)



It all started on 8th of June. Every day there was a game, then commenting on how the players performed, who won and who should have won. You open a newspaper or website, and there was nothing but news about European football stars: where do they sleep, eat and all those spicy gossip. I know, the best atmosphere is in Poland and Ukraine, those countries went wild! When I see pictures of mu friends (most of them event don’t enjoy football that much) with Polish flags painted on their faces, supporting our team in the fan zone or lucky enough to be at the stadium, I feel jealous and miss being in my country. Especially now, as we probably will never again organize such a big and important event. I regret not being a part of sports history. The group stage is over, Poland unfortunately didn’t qualify so I am have no choice but to cheer for an obvious team, that is Portugal, after they won with the Dutch’s orange team on Sunday and qualify to quarter-finals and tomorrow will face the team of Czech Republic in Warsaw (I would give a lot to be there)

In Barcelona, I still haven’t notices euphoria or enthusiasm, but it may have something to do that Spanish people are convinced that they already have the title of European Championship guaranteed. And I am not a big fan of gloating and arrogant people, so I prefer supporting other teams. Anyway, since Spain eliminated Portugal in 2 years ago in South Africa Nuno wouldn’t let me cheer for La Roja (how Spanish national football team is called colloquially).

I couldn’t watch the first half of the opening game, as working till 6.30 p.m. has its drawbacks (I am still unable to find any positive sides). Almost every day we watched a match (especially when Poland/Portugal/Spain or Italy played). As staring at a screen at home isn’t quite as appealing as watching it surrounded by a crowd of cheering fans, we tried to go to different bars. Portugal vs Germany game coincided with Portugal day festival (we went last year as well). There were many activities organized, one of them was a big screen on which the game was broadcast. Well, organizers told it to be a huge one, but in fact if as many Portuguese fans gathered, sometimes you couldn’t see Ronaldo + rest of the team. Unfortunately, the Germans won, but we still were able to have a good time afterwards at the concert.


The following day we went to watch Spain-Italy with my Italian Erasmus friend, Domenico. To watch a football game with Italians- there is nothing comparable! Unfortunately, the first time we weren’t lucky enough and a small Neapolitan bar was so packed with Squadra Azzurra fans, that we had to find another, emptier bar. On Sunday, for a change, we arrived early enough to find a free table and were able to eat delicious pizza and desserts while enjoying the game. The atmosphere was really great (and loud): all the cheering up, energetic hand gestures, vivid comment with a complete stranger. (I really recommend Sports Bar Italian Food on Carrer Amle if you crave for real Italian food, 90% of the customers are Italian and that tell it all).


The atmosphere in the Irish pub, where the Polish community in Barcelona invited all the Poles to watch three games of our national team, was even better. At moments, I forgot I was in a bar in Barcelona- there were so many Polish people, wearing white and red colors and shouting really loud the typical football chants. During the game against Russia it seemed that there was no one else, but Polish football fans. We saw the first half in the Moritz bar, but we were quite disappointed. It was strange enough for the bar to support Polish team instead of the Spanish (read: is non Catalan one and Catalans are called polacos, so they supports us, polacos), but hearing girls’ irritating screams at all the wrong moments of the game, was just a bit too much. And even the fact they were serving a Polish hot dog (with a delicious Polish sausage), we decided to watch the 2nd half in the Irish pub on Urquinaona. It was there also that we went to see the game that decided that we didn’t make it out of our group phase. We lost, but it was better to experience among the numerous crowd formed by Polish people from Barcelona.


On Sunday it was time to cheer for Portugal, after the Polish defeat, my natural favorite team. This time we choose a bar where we could count on the fans from Portugal and Portuguese specialties (beer Sagres + francezinha). As the combination football + cold beer + tasty snack is just perfect :)

Monday, 9 April 2012

Semana Santa czyli procesje i mona/ Semana Santa-processions and mona

W tym roku Wielkanoc spędzić mi przyszło na obczyźnie, z dala od rodziny, bez jajek faszerowanych, sernika i wszystkich innych pyszności, pod którymi pewnie uginał się stół. Zamiast się jednak smucić, postanowiliśmy pójść przykładem Hiszpanów i wyjechać za miasto na ten 3 dniowy weekend. A drugim plusem jest możliwość opisania kilku zwyczajów wielkanocnych, które, jak się można domyślić, są zupełnie odmienne od polskich. I mimo, że Barcelona i ogólnie Katalonia słabo wypadają w porównaniu z najbardziej znanymi procesjami, które mają miejsce w Sewilli, to i tak jest o czym opowiadać.

Na początek podobne obchody Niedzieli Palmowej (Domingo de Ramos), od której zaczyna się Wielki Tydzień. W tym przypadku różnica jest niewielka, bo tradycja w sumie ta sama, jedynie wygląd palemek jest odmienny.


Tym, z czego słynie Hiszpania to procesje męczenników, na czas Semana Santa do Sewilli ściągają tłumy i to chyba bardziej ze względu na koloryt lokalny tych widowiskowych procesji, niż z religijnych pobudek. Procesje trwają codziennie, aż do niedzieli palmowej. Każdego wieczoru ulicami miast wyruszają bractwa, pokutnicy niosący na swoich barkach figury świętych. W różnych regionach procesje mają odmienny charakter. W gorącej Andaluzji są krzyki, płacze, głośne śpiewy, więcej jest emocji (wiedzę tym razem opieram na relacjach uczestników, bo nie miałam okazji uczestniczyć na żywo) . Północ jest bardziej powściągliwa, procesje często odbywane są w ciszy. Najczęściej jednak nikt nie pozostaje obojętny wobec podniosłej atmosfery, mimo że czasami jest to raczej religijność na pokaz i podążanie za tradycją, niż głębokie przeżywanie wiary (niektórzy wierni na procesji zajęli miejsca siedzące, aby się ogrzać przynieśli kocyk, a inny kanapkę). Zakapturzeni pokutnicy, twarze oświetlone blaskiem świec, dudniący hałas bębnów…


W procesjach uczestniczą cofradias (bractwa), można je rozróżnić po kolorach strojów oraz po figurach ze swoimi świętymi, które niosą na swoich barkach (niektórzy oszukują i platformy, na których znajdują się bogato zdobione figury mają kółka). Procesje trwać mogą kilka a nawet kilkanaście godzin, a platformy ważyć kilka ton.


My mieliśmy okazję uczestniczyć w Wielkopiątkowej procesji w Tarragonie. Najpierw, o godzinie 17, każde bractwo wyniosło swojego świętego (przystrojonego kwiatami i świecami) z parafii i wąskimi uliczkami, przy akompaniamencie bębnów, trąbek i dud, zakończyło pochód na głównym placu. Tam przez następnych kilka godzin można było podziwiać wszystkie platformy- ołtarze, niektóre okryte plastikowymi płachtami z obawy przed deszczem (w niektórych miejscowościach procesje zostały odwołane ze względu na niesprzyjającą pogodę, deszcz mógłby bowiem zniszczyć drewniane, nierzadko wiekowe, ołtarze).


Po zmierzchu, bractwa ponownie wyruszyły w pochód, niosąc na swych barkach świętych. Musicie uwierzyć mi na słowo, atmosfera była podniosła, w powietrzu unosił się zapach świec i kadzideł, rozmowy zagłuszone były przez dźwięk bębnów, kilka rzędów Hiszpanów obserwujących procesje (musieli chyba zająć dobre miejscówki z dużym wyprzedzeniem) skutecznie uniemożliwiały robienie zdjęć. Gdy już straciłam nadzieję, w drodze powrotnej do hotelu, niespodziewanie z zza rogu wyłonił się kilka bractw- jedni przebrani za Rzymian, inni w charakterystycznych spiczastych kapturach (zwanych capirotes).



W Hiszpanii nie ma zwyczaju malowania pisanek, co innego się je, coraz więcej osób zamiast świętować Zmartwychwstanie Jezusa wybiera eskapady poza miasto. W Katalonii w poniedziałek wielkanocny rodzice chrzestni obowiązkowo obdarowują tradycyjnym ciastem, zwanym Mona de Pascua. Tradycyjnie powinno być udekorowane tylko pomalowanymi jajkami, ale coraz częściej są to czekoladowe figurki, cukiernicy dają się także ponieść fantazji.

Dziś idąc do pracy nie musiałam się bać, że z zza rogu niespodziewanie wyskoczy jakiś młodzieniaszek z pistoletem na wodę, czy o zgroza, z wiadrem. Co kraj, to obyczaj. Ale w przyszłym roku chyba nie odpuszczę sernika, chyba że kosztem procesji w Andaluzji.


This year I spent Easter in Spain, away from my family and friends, away from my mum´s delicious cheesecake, babka and stuffed eggs. Instead of being sad and thinking of how much I miss being home, we decided to follow many Spaniards who tend to make the advantage of the long weekend and escape the city. And staying in Catalonia means I can share with you some Easter traditions, which, as you may guess, differs from Polish ones. Every Spanish region celebrate Easter bit differently, and in spite that Barcelona and Catalonia are not really famous for its traditions, and comparing to the craziness of Semana Santa in Sevilla, Andalucía, they are not considered top destination during the Holy Week, there are still few things worth mentioning.

To begin with, Holy Week begins on Palm Sunday (Domingo de Ramos) with a procession and blessing of the palms. It is basically the same traditions as in other Catholic countries, the only difference of what palms are made.


Spain is really famous by its stunning processions. During Semana Santa thousands of people choose to go to Sevilla to assist one of many processions, and they do so probably more due to all the reasons but religious. Processions take place daily in almost every city and small town. Every evening fraternities and brotherhoods and devotes and participants inundate the streets, penitents carry on their shoulders statues of the saints, crosses and candles, the atmosphere is unique, although it varies from region to region.


In hot Andalucía, the processions are more intense, with thousands of people singing, crying, and screaming, while in the north the atmosphere is more sober, people observe in silence the religious figures as they pass. All in all, no matter where you witness these days of fervor, it is impossible to stay indifferent to the solemn atmosphere of Semana Santa. Even if the religiosity seems artificial and most of the people who attend it do that because of simply following the tradition or to experience what they believe to be real Spanish culture. Indeed, it is very pintoresque to see rows and rows of hooded penitents, their faces lit by candles, moving to the beat of drums...


You can distinguish various cofradías (religious fraternities ) by the color of their costumes and the figures of the saints they carry on their shoulders (some floats of the richly decorated figures can weigh several tons) during several hours.


This year, as we went for a small trip, we participated in the Good Friday Procession in Tarragona. First, at 5 pm, every saint (decorated with candles and flowers) was carried from its parish by the cofradía, and the procession flew through narrow streets (sometimes the float could hardly fit), to the accompaniment of drums, trumpets and bagpipes, till it reached the main square. There, for the following hours, all the floats-altars could be admired; some were covered with plastic as to protect the wooden figures (in some cities the processions were cancelled due to the bad weather, as the rain could damage ancient and precious altars). After the nightfall, once again the figures were lifted, once again the sound of the drums was overwhelming, the smell of candles and incense in the air, several row of Spaniard observing the processions (I wonder what time they got there to take a good spot, some of them also brought a blanket, as the night was bit chilly, other a sandwich) made it nearly impossible to see, let alone take photos. When I lost all the hope and decided to give up, on the way back to the hotel, several fraternities suddenly emerged from behind the corner, some dressed as Romans, others in the characteristic pointy hoods (called capirotes).


In Spain there is no tradition of painting Easter eggs, as we do in Poland, the food is different and nowadays more and more people instead of celebrating the Resurrection of Jesus Christ, tend to make short escapades outside the city. In Catalonia, on Easter Monday godparents give the traditional cake called Mona de Pascua. Traditionally, it should only be decorated with painted hard boiled eggs, but bakers create modern versions in all shapes and colors, often inspired by Disney characters or Spanish celebrities.

Today, on my way to work, I didn´t have to be afraid that suddenly somebody appears with a squirt gun or worse, bucket of water (yes, we also have some strange Polish traditions, to know more google śmingus dyngus). Every country has its traditions. But I think next year I will choose my mum´s cheesecake, which I could only give up to see the famous procession in Andalusía.

Monday, 20 February 2012

Ostatni weekend karnawału/ Last weekend of Carnival

Karnawał w Europie wypada blado przy tym jedynym prawdziwym, czyli brazylijskim. Kataloński też do najbardziej hucznych w Hiszpanii nie należy. Podobno w Sitges zabawa jest świetna i Barcelona może się schować, ale po raz kolejny nie było nam dane tego doświadczyć. Do tego w tym roku nie było jednej wielkiej parady na Av. Parallel, jak w zeszłym roku, a zamiast tego kilkadziesiąt mniejszych (podobno około 30) w różnych dzielnicach .


Tym razem Nuno zastrajkował i na ostatni dzień obchodów karnawału w Barcelonie wybrałam się sama. Nie powiem, czułam się trochę dziwnie po a) nie byłam przebrana b) nie byłam tam z dzieckiem. Ale zdjęcia są, mimo, że dobre ujęcia ruszających się dzieci są trudne oraz parady (zostałam wypchnięta z pierwszego rzędu, co przy moich gabarytach równało się zdjęciom, na których połowę kadru stanowi czyjaś głowa). Do tego w połowie parady uczestnicy zmienili trasę. Nie narzekam jednak, bo lubię takie świętowanie Hiszpanów na ulicach, w których uczestniczą całe rodziny, od małych dzieci w wózkach po pokolenie dziadków. W Polsce karnawał ograniczony jest tylko (chyba- jeśli się nic od moich czasów nie zmieniło) do balu w szkole i ewentualnie imprez tematycznych w dyskotece. Tu dzieci przez kilka dni przychodzą przebrane do szkoły a do tego w weekend uczestniczą z rodzicami w przeróżnych atrakcjach.


Gdzieś przeczytałam, że w tym roku organizatorzy chcieli, żeby obchody karnawałowe były jak najbardziej tradycyjne. Mieliśmy więc bal maskowy na Bornie, bitwa na confetti i pomarańczowe piłki (co nawiązywało do tradycyjnej walki na zepsute pomarańcze, która odbywała się na Ramblas, ale została zabroniona).


Kilka faktów o karnawale. W Tłusty Czwartek (Jueves Ladrero) Katalończycy nie objadają się pączkami, ale jedzą coques de lladrons, tortillę oraz butifarra d'ou. Jak wiemy po karnawale, w środę popielcową (miércoles de ceniza) rozpoczyna się Wielki Post (Cuaresma). W Hiszpanii oprócz sypania głowy popiołem (choć nie do końca wiem, czy na pewno się to praktykuje), ma miejsce pogrzeb sardynki (sic! a do tego o 11, więc chyba nigdy nie będę miała okazji uczestniczyć) i pali się króla karnawału, Rei Carnestoltes. Król ma symboliczne znaczenie: niesie na swych barkach wszystkie grzechy i bierze odpowiedzialność za wszystkie złe rzeczy, króre wydarzyły się w tym roku. Ostatniego dnia karnawału czyta się przed zgromadzonym tłumem jego testament, po czym tłum skazuje króla na spalenie.


Poniżej (po wersji angielskiej) załączam video z fajnej inicjatywy: nie ma to jak się fajnie przebrań w miejscu tak codziennym, jak targowisko :)


Pamiętam, że ja kiedyś byłam japonką, cyganką, biedronką, księżycem i tradycyjnie księżniczką. A wy jakie mieliście przebrania?


Carnival in Europe comparing to one and only Brazilian one seems really boring. The celebrations in Catalonia are not the most famous in Spain. Well, the one in Sitges would be worth mentioning, but once again we missed it and stayed in Barcelona. And I must admit, that this year it was a huge disappointment (if it wasn’t for the blog, I would have definitely skipped it). Instead of organizing a huge parade on Av. Parallel as last year, somebody decided it would be better to organize dozens of smaller in various districts. This year Nuno protested and didn’t keep me company, so I went alone. I felt a bit weird, because a) I was not dressed up b) there were almost only families with children. But I don’t regret going, I admired some costumes, but believe me when I say it was impossible to get nice shots, as children are moving extremely fast and the parade changed its route in the middle of the show, so I was unable to get a spot from where I could see anything. All in all, I love the way Spaniard tend to celebrate, with the whole family. In Poland you celebrate the carnival in primary school where you dress up for a small party (or if there is a themed party in disco. Here, children dress up to school during few days and then on the weekend participate in various activities, and it is not uncommon to see their parents/ grandparents dressed up in matching costumes.


I read somewhere that this year the organizers wanted the carnival celebrations be more traditional. So we had a masquerade ball at Born, the battle of confetti and orange balls (which was a reference to a traditional battle of rotten oranges, which used to take place on the Ramblas, but was prohibited)


Maybe not all of you know how el carnaval is celebrated in Spain, so here are few facts: the Fat Tuesday is not celebrate, instead they have Fat Thursday (jueves Ladrero), in Catalonia you should traditionally eat coca de lladrons, tortillas and butifarra d'ou. The carnival finishes on Ash Wednesday (miércoles de Ceniza) and then Lent starts (Cuaresma). In Spain, on Ash Wednesday a strange tradition is celebrated: sardine's funeral (in Barcelona it always takes place during the day so I can’t participate because of work) and the King of the Carnival, Rei Carnestoltes, is burned down. The King has a symbolic meaning: he carries on his shoulders all the sins of the world and takes responsibility for all the bad things that happened. On the last his last will is read aloud before the crowd that later on condemn him to be burned.


I found a funny video of yet another initiative showing that Spanish people really takes having fun to another level. Dressing up in a place so common as a market, it could happen only (?) in Spain.


I remember being dressed up as Japanese, gypsy, ladybug, moon and traditionally princess. What was your best costume?


1e43162c88c10d73ea0de00702a66c0c