Showing posts with label życie nocne/ nightlife. Show all posts
Showing posts with label życie nocne/ nightlife. Show all posts

Tuesday, 10 April 2012

Tour po malowniczych pueblos/ Tour through charming pueblos

Majorka jest niedużą wyspą, 100 km szerokości i 75 km długości, tak więc przemieszczenie się ¡z jednego końca wyspy na drugi nie zajmuje dużo czasu. Ze względu na wygodę postanowiliśmy wynająć samochód, by jak najwięcej zwiedzić podczas naszego krótkiego pobytu. Ceny wynajmu przed sezonem są sporo niższe (Ewa widziała auta za 10€ za dzień, ale to było w styczniu) i do tego byliśmy w 4, więc nie trzeba było namawiać nikogo na to rozwiązanie transportowe.

Tym razem wiedziałam, że stroną organizacyjną naszego pobytu i planowaniem miejsc wartych zobaczenia zajmie się Ajka oraz że możemy liczyć na rady Ewy, więc przed urlopem jedynie pobieżnie przejrzałam przewodnik. Czasami dobrze jest móc podążać za kimś i nie być głównym głosem decydującym gdzie/co/kiedy.

Pierwszym przystankiem byla Valldemossa, miasteczko w którym Fryderyk Chopin i George Sand spędzili zimę. Podobno Valldemossa niezbyt im się spodobała, nam jednak wydała się urokliwa, z tego też powodu do muzeum poświęconemu Chopinowi nie weszliśmy, woleliśmy powłóczyć się po malowniczych uliczkach. Zwróciłam uwagę, że zdobniczym motywem przewodnim wielu domów byly zawieszone na ścianach donice z kwiatami oraz kafelki ze scenami z życia świętej Cataliny (potem wygooglowalam, że Catalina Thomas jest jedyną świętą pochodzącą z Majorki, stąd pewnie nie było kafli z innymi świętymi).


W Hiszpanii każdy region, podregion, czy miasto ma jakiś lokalny przysmak z jakiego jest znany. Jadąc na Majorkę wiedziałam zatem, że musimy spróbować ensaimady, a w Valldemossa na każdej cukierni/kawiarni ogłaszano, że są dostępne cocas de patata. Nie było wyjścia, musiałam spróbować, kolejny jednak raz hiszpańskie słodycze nas nie zachwyciły, cocas smakują jak zwykle słodkie bułki. Ensaimada to w sumie ciasto francuskie posypane cukrem pudrem, czasami z kremem budyniowym w środku, smakuje, ale szału nie robi .


Po słodkiej przerwie ruszyliśmy dalej w drogę, do Deia, ponoć, jeśli wierzyć słowom kilku przewodników, najpiękniejszemu miasteczku na Majorce. Może pozostaliśmy oporni na uroki Deia, ale po kilkuminutowej wspinaczce stromymi uliczkami i okrążeniu kościoła wraz z cmentarzem, jedynym komentarzem z naszej strony było :to już to? jest coś więcej do zobaczenia? Wsiedliśmy więc do niebieskiej wynajętej pandy.


W Puerto del Soller, zadziwiająco ładnym miasteczku portowym, gdzie patrząc na zacumowane łodzie rozmarzyliśmy się, by jakoś w przyszłości wybrać się na rejsik (najchętniej po greckich wyspach lub Chorwacji), zjedliśmy lunch złożony z tapas.
Na Majorce dużo jest miejscowości, które mają swój odpowiednik portowy, jak Soller ma Port de Soller, Alcudia, Port d’Alcudia. Ewa powiedziała, że to dlatego, żeby bronić się przed piratami i "prawdziwe" miasta znajdowały się wgłąb interioru.


Soller to typowe hiszpańskie miasteczko, gdzie życie toczy się przy głównym, placu, gdzie stoi katedra i ratusz i niezliczone bary i kafejki. Przez środek Placu Konstytucji biegną tory zabytkowego tramwaju (dla mnie wygląda jak tramwaj, ale tak na prawdę jest to kolejka wąskotorowa) o sugestywnej nazwie "Czerwona Strzała". Kolejka łączy Palmę z Sóller, a na trasie można podziwiać piękne widoki, wdychać aromat cytrusów, bowiem uprawia się tu pomarańcze, cytryny i mandarynki i powietrze nasiąka ich intensywnym zapachem.


Ostatnim przystankiem było Fornalutx, urocze, małe miasteczko słynne z pysznych pomarańczy , więc zakończyliśmy podróż na tarasie, każdy ze szklanką świeżo wyciśniętego soczku :)


A wieczorem miała miejsce wyżerka u Ewy :) Kupiliśmy kilka rodzajów oliwek, fuet, chorizo, ser, bagietkę (Nuno zrobił pan amb tomaquet), tortillę, a na deser sałatka owocowa :)


Mallorca is a relatively small island, 100 km wide and 75 km long, so getting from one point of the island to the other doesn't take much time or effort. We wanted some comfort and having to depend on the bus schedule was something we wanted to avoid, so we opted for renting a car, which also made it so much easier to get to all the small cities we wanted to visit. Before the high season car rental prices were quite attractive. Ewa assured us than in January you could rent a car for 10€/day), we weren´t that lucky, cause by the end of March this price doubled.

This time, as I knew that all the organizing and planning is taken care of by Ajka, and we could always depend on Ewa´s help, I only skimmed through the guide before coming to Mallorca. Sometimes I enjoy following someone and not being in charge of deciding where/what/when. Even an organizing freak that I am needs a break from time to time.

The first stop on Friday was Valldemossa, a small town where Frederic Chopin and George Sand spent one winter. Apparently they didn´t like it that much, but we found it quite charming, for this reason, we decided to skip entering a museum devoted to Chopin, as wandering through picturesque streets seemed way more exciting. I noticed that many houses have a decorative theme in common- pots of flowers hanging on the walls and tiles with scenes from the life of Saint Catalina (I googled later that Catalina Thomas was Majorca's only saint which explained why there weren´t any other saints pained on the tiles).


In Spain every single region, if not every city or even the smallest town, is famous for some local food, some typical plate that you must try when visiting it. Going to Mallorca I already knew that I would try ensaimada, and when I saw that in Valldemossa on every single bakery/café there was a poster with "Hay coca de patata", I just had to eat it. Well, honestly, I am not a big fan of typical Spanish confectionery (as much as I love good cakes, ice cream, or almost anything that is labeled as a dessert), and once again it was confirmed, first my the ensaimada, that tasted good but I would say it tasted as any other puff pastry with powdered sugar on the top and cocas de patata tasted like sweet rolls.


After a sweet break, we continued our road trip to Deia, which was called the most charming little town in Mallorca by our guidebooks. Maybe we remained resistant to its charm, as after a short climb on a steep hill to see a church, cemetery and view on the town, the only comment we were able to make was: is it all? Should we see something more? Instead of thinking too much, we just hopped in our blue rented panda and drive off.


In Puerto del Soller, surprisingly cute harbor town where looking at grounded boats, we dreamt about going on a cruise (preferably Greek Islands or Croatia). It is very common in Mallorca, that some villages have their "port" equivalent, as it is the case with Soller - Port de Soller, Alcudia-Port d’Alcudia Ewa explained that it is because of defending the villages against pirates and that the "real" towns were constructed deeper into the interior of the island.


Soller is a typical small Spanish town, where life happens at the main square, where the main monuments, that is cathedral and town hall, are located next to countless bars and cafes. What makes it more special, are the tram tracks that divides the square in two. Taking a tram, suggestively called the Red Arrow, is one of the major attractions of the island. You start this unforgettable journey in Palma, then all along the way you can enjoy beautiful views, breathe the aroma of citrus, as the air is saturated with their heavy smell of orange, lemon and tangerine trees growing right next to the tracks.


The last stop was Fornalutx, a charming, tiny town famous for its delicious and juicy oranges, so we couldn´t finished our day in another way than drinking a freshly squeezes juice on a lovely terrace.


And in the evening, we ended up in Eva´s flat, having a real Spanish feast. We A gorge in the evening took place at Eva :) We bought several types of olives, fuet, chorizo, cheese, baguette (Nuno prepared pan amd tomàquet), tortillas, and fruit salad for dessert :)

Sunday, 22 January 2012

Dry Martini i ukryta restauracja/ Dry Martini and a hidden restaurant

Świętowanie urodzin Nuno (trochę spóźnione) i moich imienin zasługiwało na jakąś specjalną oprawę. A może po prostu musieliśmy mieć jakąś wymówkę, żeby wybrać się do legendarnego koktajlbaru Dry Martini. Po baskijskich przekąskach w Maitea, która mieści się z trzy ulice od Dry Martini, znaleźliśmy się w innym świecie. Szyk, elegancja, wyszukane koktajle. I jeden z sekretów Barcelony, ukryta restauracja Speakeasy. Pisać z doświadczenia mogę jedynie o Dry Martini, bo do restauracji nie mieliśmy rezerwacji, którą trzeba zrobić dużo wcześniej. I trzeba wiedzieć, jak Speakasy znaleźć, bo szyldu nie ma, a wejście ukryte jest za drzwiami w koktajlbarze, kelner prowadzi nas do sali restauracyjnej.


Nam wystarczyły jednak dwa idealne koktajle. Nie bez powodu Dry Martini zajmuje 12 miejsce na światowej liście najlepszych barów. Wystrój baru nie do końca pasuje do naszego głośnego i przejaskrawionego XXI wieku. Czujemy się, jakbyśmy przenieśli się w czasie o kilka dekad, obsługują nas kelnerzy w białych uniformach, a koktajle przygotowują starsi barmani. Jako że nie ma karty drinków (oprócz kilku kombinacji smakowych mojito czy Martini), można wdać się w rozmowę z barmanem, który po wypytaniu jakie smaki lubimy, potrafi wyczarować idealny koktajl.


This Saturday we celebrated Nuno’s birthday (bit late, but still) and my name day. Or maybe we just needed a valid excuse to a legendary cocktail bar, Dry Martini. After some basque montatidos in Taberna Maitea, which is located just three blocks from Dry Martini, we found ourselves in another world. It can be only described by being chic, elegant, sophisticated And it is also where one of Barcelona’s cuisine secrets is hidden, a restaurant Speakeasy. I can only write about Dry Martini though, as we didn’t have a reservation for Speakasy (it it said that reservation is obligatory and you can make it at the very last moment). But you still have to know where to look for it, as there is no sign and the entrance is hidden at the back of the cocktail bar, where a waiter awaits to show you a way to a dining room. Everything seem a top secret.


We were there for the cocktails, and I must say they were one of the most I’ve ever tasted. Well, no wonder Dry Martini appears on the 12th place of 50 best bars in the world. The place makes you feel special. The décor doesn’t really fit our hectic, too noisy, too flashy 21th century As you walk in, you feel as if you travelled few decades in the past. The place is classy, you are being served by a waiter in a white uniform and your cocktail is prepared by an elderly bartender. Since there is no a proper cocktail card, you can just say what alcohols and flavors you like, and a bartender prepares you the perfect cocktail.

Sunday, 30 January 2011

Barcelona nocą/ Barcelona by night

Piątek wieczór, zmęczeni całym tygodniem pracy, ja pobudką o 6 (bo wypadała moja wcześniejsza zmiana w pracy, czyli na 8 lub 9, wolę się poświęcić i wcześniej wstać, aby o 17 wyjść z pracy i rozkoszować się dłuższym dniem), Nuno stresem związanym z kupnem auta, nie mieliśmy najmniejszej ochoty na imprezowanie. Ale już za bardzo przypominamy starą i nudną parę, za dużo filmów oglądamy (co potwierdza poprzednie zdanie), znajomych mamy jeszcze niewielu, tak więc nie mogliśmy sobie pozwolić na odrzucenie zaproszenia na imprezę pożegnalną koleżanki z Nuno z pracy. Drzemeczka była jednak obowiązkowa, pote, wyjść z domu nie było jednak łatwo, bo jak na złość zaczęło lać. Uzbrojeni w parasole zakupione u chińczyka, przeskakiwaliśmy kałuże, starając się zdążyć na ferrocaril (w weekend bowiem pociągi podmiejskie jeżdżą rzadko). Umówiliśmy się ze znajomymi Nuno przy stacji metra o 22.50, na szczęście Joan jest nietypowo, jak na Hiszpana, punktualny, więc zamiast marznąć i moknąć czekając na resztę ekipy wybraliśmy się do baru, który jest nieopodal, miejsca magicznego, a znajdującego się na Ramblas.

El Bosc des Fades (Las wróżek) to bar o niezwykłej atmosferze wykreowanej przez wystój wnętrza, który, jak już podpowiada nazwa, przypominać ma las. Mamy więc drzewa, grotę, mały strumyczek, różnorakie rośliny. Siedzieć się na taborecie-pniu drzewa, niektóre stoliki wbudowane są w drzewa, jedno pomieszczenie odbiega wystrojem od pozostałych, przypomina pokój, może wróżki właśnie?

El Bosc des Fades to dziwne miejsce na drinka. Nawet w dzień panuje tu mroczna i tajemnicza atmosfera (choć samo miejsce nie jest ukryte, znajduje się przy Muzeum figur woskowych przy Ramblas). Lokalizacja sprawia, że spora część gości to turyści. Mój aparat (nowy jeszcze nie wrócił z reklamacji) nie radzi sobie dobrze w trudnych warunkach oświetleniowych, więc aby pokazać atmosferę tego baru zapożyczyłam kilka zdjęć ze strony http://www.trivago.com.


Z lasu wróżek poszliśmy do innego baru, w którym też panowała specyficzna atmosfera, acz zupełnie innego rodzaju. Bar El cangrejo (czyli krab) to bar gay friendly, gdzie drag queens mają swoje spektakle/ stand-up. Atmosferę dopełnia kiczowaty wystrój, na suficie złoty krab, na ścianach zdjęcia i lalki, kiczowata muzyka pop, przeplatana hitami hiszpańskimi. My trafiliśmy na 3 podstarzałe drag queens, które rozbawiały publiczność żartami oraz imitacjami znanych piosenek. Publika nie była tylko biernym obserwatorem spektaklu, ale uczestniczyła w nim, często była też tematem żartów opowiadanych przez performerki. Dowcipy, najczęściej o zabarwieniu seksualnym, przerysowana atmosfera, ale wbrew naszym obawom, bawiliśmy się nieźle. El cangrejo ma naprawdę dobrą opinię, wśród lokalnych imprezowiczów, jak także wśród turystów. Nie da się określić przedziału wiekowego, bo jest bardzo zróżnicowany, lokal uczęszczany jest zarówno przez osoby hetero jak i homoseksualne (para heteroseksualna była chyba jedyną parą niesmacznie obściskującą się na środku parkietu), po zakończeniu przedstawienia drag queens parkiet zapełnił się po brzegi ludźmi podskakującymi w rytm przebojów z Dirty Dancing albo śpiewających popowe hiszpańskie przeboje z lat 70 i 80.






Pośmialiśmy się, natańczyliśmy się, nie spóźniliśmy się na nocny tak więc noc można zaliczyć do udanych. Następna za kilka tygodni :)


Friday evening, we were exhausted after the whole week, me after waking up at 6 am (it was my early shift this week, so I could start at 8 or 9, I prefer to get up earlier, even if it is quite a sacrifice, so that I can finish at 5 pm and enjoy a longer evening), and Nuno after stressing out about buying a car, we really didn’t feel like going out. But we already behave like an old&boring couple, we watch way too many movies (which only proves the above statement), we still have only few friends here, so we just couldn’t afford rejecting any invitation (in this case it was a goodbye party of one of Nuno’s colleagues that was transferred to Madrid). A short nap was a must, afterwards it wasn’t easy to leave a warm and cosy bed, and to make it even more difficult, it started raining heavily.
Armed with umbrellas, cheap quality bough at the Chinese, we were jumping over puddles, trying to catch the ferrocaril (on the weekend trains run infrequently.) We were meeting Nuno’s friends ad 22.50 at the metro entrance. Fortunately one of them, Joan, is untypically punctual, so we didn’t have to wait in cold and rain for the others to arrive. Instead we went for a drink to a magical place, that was just on the Ramblas.

El Bosc des Fades (The Forest of the Fairies) is a bar with quite unique atmosphere that is created mainly by the interior decor, which, as the name already suggests, resembles a forest. So we have trees, artificial cave, small brook, a variety of plants. You sit on a wooden tree trunk, some tables are built in trees, one room decor differs from the others- it looks like a room, may fairies’ room?


El Bosc des Fades is a strange place to go for a drink. Even during the day, it is a dark and mysterious, with no music- at least there was no music on Friday night. The place itself is not hidden, it is just next to Wax Museum on the Ramblas, so that is why this is quite a popular spot among tourists. My camera (my new one still hasn’t been repaired) is not doing well in difficult lighting conditions, so to show the atmosphere of the bar, I “borrowed” some pictures from the http://www.trivago.com.


After spending some times in this magical forest, we moved to another bar, who also had unusual charm and ambience, but of a different kind. Bar El cangrejo (Crab) is a gay-friendly venue where drag queens have their performances / stand-ups. Atmosphere is enhanced by kitschy decor, golden crab on the ceiling, pictures and dolls on the walls, kitschy pop music, with Spanish hits. We saw a performance of 3 elderly drag queens who were amusing the audience with jokes and their peculiar interpretations of famous songs. The audience was not just a passive observer of the spectacle, but had to participate, responding the questions, or being objet of jokes. Jokes, mostly of sexual nature, exaggerated environment didn’t make is feel uncomfortable, as we had feared, on the contrary, we had quite the fun time. El cangrejo has a really good reputation among local clubbers, as well among tourists. It is impossible to determine the average age or sexual orientation of the guests, as it is really varied, it is frequented by young people who mainly arrive after the prformance, middle age or even older, we have hetero, homo- bi- sexual people dancing and enjoying themselves (strangely enough in a gay bar, the only couple that was making out in the middle of the dance floor, was a heterosexual one) with music from Dirty Dancing or Spanish pop hits from the 70s and 80s.




We laughed, we danced, we didn’t miss the night bus, so I can say that the night was a blast. Next party in few weeks? :)
Showing posts with label życie nocne/ nightlife. Show all posts
Showing posts with label życie nocne/ nightlife. Show all posts

Tuesday, 10 April 2012

Tour po malowniczych pueblos/ Tour through charming pueblos

Majorka jest niedużą wyspą, 100 km szerokości i 75 km długości, tak więc przemieszczenie się ¡z jednego końca wyspy na drugi nie zajmuje dużo czasu. Ze względu na wygodę postanowiliśmy wynająć samochód, by jak najwięcej zwiedzić podczas naszego krótkiego pobytu. Ceny wynajmu przed sezonem są sporo niższe (Ewa widziała auta za 10€ za dzień, ale to było w styczniu) i do tego byliśmy w 4, więc nie trzeba było namawiać nikogo na to rozwiązanie transportowe.

Tym razem wiedziałam, że stroną organizacyjną naszego pobytu i planowaniem miejsc wartych zobaczenia zajmie się Ajka oraz że możemy liczyć na rady Ewy, więc przed urlopem jedynie pobieżnie przejrzałam przewodnik. Czasami dobrze jest móc podążać za kimś i nie być głównym głosem decydującym gdzie/co/kiedy.

Pierwszym przystankiem byla Valldemossa, miasteczko w którym Fryderyk Chopin i George Sand spędzili zimę. Podobno Valldemossa niezbyt im się spodobała, nam jednak wydała się urokliwa, z tego też powodu do muzeum poświęconemu Chopinowi nie weszliśmy, woleliśmy powłóczyć się po malowniczych uliczkach. Zwróciłam uwagę, że zdobniczym motywem przewodnim wielu domów byly zawieszone na ścianach donice z kwiatami oraz kafelki ze scenami z życia świętej Cataliny (potem wygooglowalam, że Catalina Thomas jest jedyną świętą pochodzącą z Majorki, stąd pewnie nie było kafli z innymi świętymi).


W Hiszpanii każdy region, podregion, czy miasto ma jakiś lokalny przysmak z jakiego jest znany. Jadąc na Majorkę wiedziałam zatem, że musimy spróbować ensaimady, a w Valldemossa na każdej cukierni/kawiarni ogłaszano, że są dostępne cocas de patata. Nie było wyjścia, musiałam spróbować, kolejny jednak raz hiszpańskie słodycze nas nie zachwyciły, cocas smakują jak zwykle słodkie bułki. Ensaimada to w sumie ciasto francuskie posypane cukrem pudrem, czasami z kremem budyniowym w środku, smakuje, ale szału nie robi .


Po słodkiej przerwie ruszyliśmy dalej w drogę, do Deia, ponoć, jeśli wierzyć słowom kilku przewodników, najpiękniejszemu miasteczku na Majorce. Może pozostaliśmy oporni na uroki Deia, ale po kilkuminutowej wspinaczce stromymi uliczkami i okrążeniu kościoła wraz z cmentarzem, jedynym komentarzem z naszej strony było :to już to? jest coś więcej do zobaczenia? Wsiedliśmy więc do niebieskiej wynajętej pandy.


W Puerto del Soller, zadziwiająco ładnym miasteczku portowym, gdzie patrząc na zacumowane łodzie rozmarzyliśmy się, by jakoś w przyszłości wybrać się na rejsik (najchętniej po greckich wyspach lub Chorwacji), zjedliśmy lunch złożony z tapas.
Na Majorce dużo jest miejscowości, które mają swój odpowiednik portowy, jak Soller ma Port de Soller, Alcudia, Port d’Alcudia. Ewa powiedziała, że to dlatego, żeby bronić się przed piratami i "prawdziwe" miasta znajdowały się wgłąb interioru.


Soller to typowe hiszpańskie miasteczko, gdzie życie toczy się przy głównym, placu, gdzie stoi katedra i ratusz i niezliczone bary i kafejki. Przez środek Placu Konstytucji biegną tory zabytkowego tramwaju (dla mnie wygląda jak tramwaj, ale tak na prawdę jest to kolejka wąskotorowa) o sugestywnej nazwie "Czerwona Strzała". Kolejka łączy Palmę z Sóller, a na trasie można podziwiać piękne widoki, wdychać aromat cytrusów, bowiem uprawia się tu pomarańcze, cytryny i mandarynki i powietrze nasiąka ich intensywnym zapachem.


Ostatnim przystankiem było Fornalutx, urocze, małe miasteczko słynne z pysznych pomarańczy , więc zakończyliśmy podróż na tarasie, każdy ze szklanką świeżo wyciśniętego soczku :)


A wieczorem miała miejsce wyżerka u Ewy :) Kupiliśmy kilka rodzajów oliwek, fuet, chorizo, ser, bagietkę (Nuno zrobił pan amb tomaquet), tortillę, a na deser sałatka owocowa :)


Mallorca is a relatively small island, 100 km wide and 75 km long, so getting from one point of the island to the other doesn't take much time or effort. We wanted some comfort and having to depend on the bus schedule was something we wanted to avoid, so we opted for renting a car, which also made it so much easier to get to all the small cities we wanted to visit. Before the high season car rental prices were quite attractive. Ewa assured us than in January you could rent a car for 10€/day), we weren´t that lucky, cause by the end of March this price doubled.

This time, as I knew that all the organizing and planning is taken care of by Ajka, and we could always depend on Ewa´s help, I only skimmed through the guide before coming to Mallorca. Sometimes I enjoy following someone and not being in charge of deciding where/what/when. Even an organizing freak that I am needs a break from time to time.

The first stop on Friday was Valldemossa, a small town where Frederic Chopin and George Sand spent one winter. Apparently they didn´t like it that much, but we found it quite charming, for this reason, we decided to skip entering a museum devoted to Chopin, as wandering through picturesque streets seemed way more exciting. I noticed that many houses have a decorative theme in common- pots of flowers hanging on the walls and tiles with scenes from the life of Saint Catalina (I googled later that Catalina Thomas was Majorca's only saint which explained why there weren´t any other saints pained on the tiles).


In Spain every single region, if not every city or even the smallest town, is famous for some local food, some typical plate that you must try when visiting it. Going to Mallorca I already knew that I would try ensaimada, and when I saw that in Valldemossa on every single bakery/café there was a poster with "Hay coca de patata", I just had to eat it. Well, honestly, I am not a big fan of typical Spanish confectionery (as much as I love good cakes, ice cream, or almost anything that is labeled as a dessert), and once again it was confirmed, first my the ensaimada, that tasted good but I would say it tasted as any other puff pastry with powdered sugar on the top and cocas de patata tasted like sweet rolls.


After a sweet break, we continued our road trip to Deia, which was called the most charming little town in Mallorca by our guidebooks. Maybe we remained resistant to its charm, as after a short climb on a steep hill to see a church, cemetery and view on the town, the only comment we were able to make was: is it all? Should we see something more? Instead of thinking too much, we just hopped in our blue rented panda and drive off.


In Puerto del Soller, surprisingly cute harbor town where looking at grounded boats, we dreamt about going on a cruise (preferably Greek Islands or Croatia). It is very common in Mallorca, that some villages have their "port" equivalent, as it is the case with Soller - Port de Soller, Alcudia-Port d’Alcudia Ewa explained that it is because of defending the villages against pirates and that the "real" towns were constructed deeper into the interior of the island.


Soller is a typical small Spanish town, where life happens at the main square, where the main monuments, that is cathedral and town hall, are located next to countless bars and cafes. What makes it more special, are the tram tracks that divides the square in two. Taking a tram, suggestively called the Red Arrow, is one of the major attractions of the island. You start this unforgettable journey in Palma, then all along the way you can enjoy beautiful views, breathe the aroma of citrus, as the air is saturated with their heavy smell of orange, lemon and tangerine trees growing right next to the tracks.


The last stop was Fornalutx, a charming, tiny town famous for its delicious and juicy oranges, so we couldn´t finished our day in another way than drinking a freshly squeezes juice on a lovely terrace.


And in the evening, we ended up in Eva´s flat, having a real Spanish feast. We A gorge in the evening took place at Eva :) We bought several types of olives, fuet, chorizo, cheese, baguette (Nuno prepared pan amd tomàquet), tortillas, and fruit salad for dessert :)

Sunday, 22 January 2012

Dry Martini i ukryta restauracja/ Dry Martini and a hidden restaurant

Świętowanie urodzin Nuno (trochę spóźnione) i moich imienin zasługiwało na jakąś specjalną oprawę. A może po prostu musieliśmy mieć jakąś wymówkę, żeby wybrać się do legendarnego koktajlbaru Dry Martini. Po baskijskich przekąskach w Maitea, która mieści się z trzy ulice od Dry Martini, znaleźliśmy się w innym świecie. Szyk, elegancja, wyszukane koktajle. I jeden z sekretów Barcelony, ukryta restauracja Speakeasy. Pisać z doświadczenia mogę jedynie o Dry Martini, bo do restauracji nie mieliśmy rezerwacji, którą trzeba zrobić dużo wcześniej. I trzeba wiedzieć, jak Speakasy znaleźć, bo szyldu nie ma, a wejście ukryte jest za drzwiami w koktajlbarze, kelner prowadzi nas do sali restauracyjnej.


Nam wystarczyły jednak dwa idealne koktajle. Nie bez powodu Dry Martini zajmuje 12 miejsce na światowej liście najlepszych barów. Wystrój baru nie do końca pasuje do naszego głośnego i przejaskrawionego XXI wieku. Czujemy się, jakbyśmy przenieśli się w czasie o kilka dekad, obsługują nas kelnerzy w białych uniformach, a koktajle przygotowują starsi barmani. Jako że nie ma karty drinków (oprócz kilku kombinacji smakowych mojito czy Martini), można wdać się w rozmowę z barmanem, który po wypytaniu jakie smaki lubimy, potrafi wyczarować idealny koktajl.


This Saturday we celebrated Nuno’s birthday (bit late, but still) and my name day. Or maybe we just needed a valid excuse to a legendary cocktail bar, Dry Martini. After some basque montatidos in Taberna Maitea, which is located just three blocks from Dry Martini, we found ourselves in another world. It can be only described by being chic, elegant, sophisticated And it is also where one of Barcelona’s cuisine secrets is hidden, a restaurant Speakeasy. I can only write about Dry Martini though, as we didn’t have a reservation for Speakasy (it it said that reservation is obligatory and you can make it at the very last moment). But you still have to know where to look for it, as there is no sign and the entrance is hidden at the back of the cocktail bar, where a waiter awaits to show you a way to a dining room. Everything seem a top secret.


We were there for the cocktails, and I must say they were one of the most I’ve ever tasted. Well, no wonder Dry Martini appears on the 12th place of 50 best bars in the world. The place makes you feel special. The décor doesn’t really fit our hectic, too noisy, too flashy 21th century As you walk in, you feel as if you travelled few decades in the past. The place is classy, you are being served by a waiter in a white uniform and your cocktail is prepared by an elderly bartender. Since there is no a proper cocktail card, you can just say what alcohols and flavors you like, and a bartender prepares you the perfect cocktail.

Sunday, 30 January 2011

Barcelona nocą/ Barcelona by night

Piątek wieczór, zmęczeni całym tygodniem pracy, ja pobudką o 6 (bo wypadała moja wcześniejsza zmiana w pracy, czyli na 8 lub 9, wolę się poświęcić i wcześniej wstać, aby o 17 wyjść z pracy i rozkoszować się dłuższym dniem), Nuno stresem związanym z kupnem auta, nie mieliśmy najmniejszej ochoty na imprezowanie. Ale już za bardzo przypominamy starą i nudną parę, za dużo filmów oglądamy (co potwierdza poprzednie zdanie), znajomych mamy jeszcze niewielu, tak więc nie mogliśmy sobie pozwolić na odrzucenie zaproszenia na imprezę pożegnalną koleżanki z Nuno z pracy. Drzemeczka była jednak obowiązkowa, pote, wyjść z domu nie było jednak łatwo, bo jak na złość zaczęło lać. Uzbrojeni w parasole zakupione u chińczyka, przeskakiwaliśmy kałuże, starając się zdążyć na ferrocaril (w weekend bowiem pociągi podmiejskie jeżdżą rzadko). Umówiliśmy się ze znajomymi Nuno przy stacji metra o 22.50, na szczęście Joan jest nietypowo, jak na Hiszpana, punktualny, więc zamiast marznąć i moknąć czekając na resztę ekipy wybraliśmy się do baru, który jest nieopodal, miejsca magicznego, a znajdującego się na Ramblas.

El Bosc des Fades (Las wróżek) to bar o niezwykłej atmosferze wykreowanej przez wystój wnętrza, który, jak już podpowiada nazwa, przypominać ma las. Mamy więc drzewa, grotę, mały strumyczek, różnorakie rośliny. Siedzieć się na taborecie-pniu drzewa, niektóre stoliki wbudowane są w drzewa, jedno pomieszczenie odbiega wystrojem od pozostałych, przypomina pokój, może wróżki właśnie?

El Bosc des Fades to dziwne miejsce na drinka. Nawet w dzień panuje tu mroczna i tajemnicza atmosfera (choć samo miejsce nie jest ukryte, znajduje się przy Muzeum figur woskowych przy Ramblas). Lokalizacja sprawia, że spora część gości to turyści. Mój aparat (nowy jeszcze nie wrócił z reklamacji) nie radzi sobie dobrze w trudnych warunkach oświetleniowych, więc aby pokazać atmosferę tego baru zapożyczyłam kilka zdjęć ze strony http://www.trivago.com.


Z lasu wróżek poszliśmy do innego baru, w którym też panowała specyficzna atmosfera, acz zupełnie innego rodzaju. Bar El cangrejo (czyli krab) to bar gay friendly, gdzie drag queens mają swoje spektakle/ stand-up. Atmosferę dopełnia kiczowaty wystrój, na suficie złoty krab, na ścianach zdjęcia i lalki, kiczowata muzyka pop, przeplatana hitami hiszpańskimi. My trafiliśmy na 3 podstarzałe drag queens, które rozbawiały publiczność żartami oraz imitacjami znanych piosenek. Publika nie była tylko biernym obserwatorem spektaklu, ale uczestniczyła w nim, często była też tematem żartów opowiadanych przez performerki. Dowcipy, najczęściej o zabarwieniu seksualnym, przerysowana atmosfera, ale wbrew naszym obawom, bawiliśmy się nieźle. El cangrejo ma naprawdę dobrą opinię, wśród lokalnych imprezowiczów, jak także wśród turystów. Nie da się określić przedziału wiekowego, bo jest bardzo zróżnicowany, lokal uczęszczany jest zarówno przez osoby hetero jak i homoseksualne (para heteroseksualna była chyba jedyną parą niesmacznie obściskującą się na środku parkietu), po zakończeniu przedstawienia drag queens parkiet zapełnił się po brzegi ludźmi podskakującymi w rytm przebojów z Dirty Dancing albo śpiewających popowe hiszpańskie przeboje z lat 70 i 80.






Pośmialiśmy się, natańczyliśmy się, nie spóźniliśmy się na nocny tak więc noc można zaliczyć do udanych. Następna za kilka tygodni :)


Friday evening, we were exhausted after the whole week, me after waking up at 6 am (it was my early shift this week, so I could start at 8 or 9, I prefer to get up earlier, even if it is quite a sacrifice, so that I can finish at 5 pm and enjoy a longer evening), and Nuno after stressing out about buying a car, we really didn’t feel like going out. But we already behave like an old&boring couple, we watch way too many movies (which only proves the above statement), we still have only few friends here, so we just couldn’t afford rejecting any invitation (in this case it was a goodbye party of one of Nuno’s colleagues that was transferred to Madrid). A short nap was a must, afterwards it wasn’t easy to leave a warm and cosy bed, and to make it even more difficult, it started raining heavily.
Armed with umbrellas, cheap quality bough at the Chinese, we were jumping over puddles, trying to catch the ferrocaril (on the weekend trains run infrequently.) We were meeting Nuno’s friends ad 22.50 at the metro entrance. Fortunately one of them, Joan, is untypically punctual, so we didn’t have to wait in cold and rain for the others to arrive. Instead we went for a drink to a magical place, that was just on the Ramblas.

El Bosc des Fades (The Forest of the Fairies) is a bar with quite unique atmosphere that is created mainly by the interior decor, which, as the name already suggests, resembles a forest. So we have trees, artificial cave, small brook, a variety of plants. You sit on a wooden tree trunk, some tables are built in trees, one room decor differs from the others- it looks like a room, may fairies’ room?


El Bosc des Fades is a strange place to go for a drink. Even during the day, it is a dark and mysterious, with no music- at least there was no music on Friday night. The place itself is not hidden, it is just next to Wax Museum on the Ramblas, so that is why this is quite a popular spot among tourists. My camera (my new one still hasn’t been repaired) is not doing well in difficult lighting conditions, so to show the atmosphere of the bar, I “borrowed” some pictures from the http://www.trivago.com.


After spending some times in this magical forest, we moved to another bar, who also had unusual charm and ambience, but of a different kind. Bar El cangrejo (Crab) is a gay-friendly venue where drag queens have their performances / stand-ups. Atmosphere is enhanced by kitschy decor, golden crab on the ceiling, pictures and dolls on the walls, kitschy pop music, with Spanish hits. We saw a performance of 3 elderly drag queens who were amusing the audience with jokes and their peculiar interpretations of famous songs. The audience was not just a passive observer of the spectacle, but had to participate, responding the questions, or being objet of jokes. Jokes, mostly of sexual nature, exaggerated environment didn’t make is feel uncomfortable, as we had feared, on the contrary, we had quite the fun time. El cangrejo has a really good reputation among local clubbers, as well among tourists. It is impossible to determine the average age or sexual orientation of the guests, as it is really varied, it is frequented by young people who mainly arrive after the prformance, middle age or even older, we have hetero, homo- bi- sexual people dancing and enjoying themselves (strangely enough in a gay bar, the only couple that was making out in the middle of the dance floor, was a heterosexual one) with music from Dirty Dancing or Spanish pop hits from the 70s and 80s.




We laughed, we danced, we didn’t miss the night bus, so I can say that the night was a blast. Next party in few weeks? :)