Showing posts with label Smaczny świad/Tasty world. Show all posts
Showing posts with label Smaczny świad/Tasty world. Show all posts

Wednesday, 15 October 2014

Sardynki w Essaouira/ Sardines in Essaouira

W Essouira spędziliśmy 2 leniwe dni. Czasu było wystarczająco, nie musieliśmy się nigdzie spieszyć. Był długi spacer po plaży i wypoczynek przy basenie. W Essouira kupiliśmy większość pamiątek- czyli kolorowe ceramiczne misy i miseczki, bo sprzedawcy nie są tak namolni, jak w Marakeszu. Doznaliśmy jednak rozczarowania, że nie byli aż tak skorzy do negocjacji. Po kilku minutach pertraktacji proponowane ceny nadal były bardzo zawyżone, więc w końcu kupiliśmy wszystko na stoiskach z ustalonymi z góry cenami (ciekawostka: wszystkie były prowadzone przez kobiety) i zapłaciliśmy mniej.



We spent two lazy days in Essaouira. We didn’t have to rush anywhere, we just relaxed and took it easy. We took a long walk on the beach and relaxed by the pool. It was in Essouira where we bought most of our souvenirs: smaller and bigger colorful ceramic bowls. It just seemed easier and less overwhelming as street sellers were not that pushy, they left more space than those in Marrakesh. We were disappointed that they seemed unwilling to negotiate as much as we expected them. After few minutes of bargaining they would not lower the price to some acceptable level. The final result was that we bought all the things in a stand with fixed prices (funny fact, all the stalls with fixed prices that we saw were run by women) and we ended up paying less than what we were offered after tough bargaining.

Ale nie o zakupach miał być ten post. Ja nawet zakupów zbytnio nie lubię. Essaouira jest miastem portowym. A w porcie, jak wiadomo, łowi się ryby. A my lubimy ryby i owoce morza. Tak więc wybór miejsca na kolację nie był trudny. 


I wasn’t supposed to blog about shopping. I even do not like to go for shopping. Essaouira is a port city. And in the port, as  we all know, fish are caught. We  like fish and seafood. So deciding what to eat for dinner was easy


Poszperałam w internecie i na jakimś blogu podróżujących smakoszów (jak po polsku powiedzieć foodie?) przeczytałam, że najbardziej autentycznym miejscem jest hala rybna znajdująca się w medynie. Pewnie innych wystraszyły komentarze, że miejsce jest niehigieniczne czy inne tego typu argumenty, bo pełno było lokalnych, a z obcokrajowców nie było poza nami nikogo. Wiadomo, że do wszystkiego trzeba podchodzić z rozsądkiem, lepiej nie jeść sałatek, bo nie wiadomo czy warzywa są dobrze umyte i jakiej jakości była woda. Kranówkę i otwartą wodę też trzeba omijać szerokim krokiem. Nam po zjedzeniu grillowanych sardynek, kalmarów i krewetek nic się nie stało (ja naiwnie wierzę, że cola zabija wszystkie bakterie i to dzięki temu nie mieliśmy żadnych przebojów żołądkowych, ale to moja teoria). Nie będę nikogo przekonywać, ale uważam, że to ciekawe doświadczenie: od wybierania ryb, po ustalenie ceny końcowej (po odrzuceniu połowy oferowanych nam ryb, bo nie wiem czemu pan sprzedawca myślał, że bylibyśmy w stanie zjeść 3 razy więcej niż zamówiliśmy i ignorował nas trochę, jak mówiliśmy, że starczy).


I found a foodie post mentioning fish hall located in the medina as being the real deal and a truly authentic place to eat fresh fish. Probably other tourists got scared with the comments stating that the place is dirty, unsanitary and should be avoided as it was full with locals but we the only foreigners there. Of course you have to be alert and pay attention to where and what you eat. It would be better to skip the salad (as you don’t know if veggies were washed properly and what was the quality of water), avoid tap water and opened water bottles. We ate grilled sardines, squid and shrimps and we were perfectly fine afterwards (I have my theory that it is all thanks to coke that kills all bacteria, but that's just my small silly theory). I will not try to convince anyone to go to a certain place to eat, but I think it's an interesting experience: you choose your own fish, you bargain for the final price, you see it being grilled next to you. We had to pay attention as the eager fishmonger wanted to put 3 times as much fish as we wanted pretending he didn’t hear or understand us when we were saying: 6 sardines, that’s enough, we don’t need more…


Następnego dnia poszliśmy z rana do twierdzy Kasbah de la Skala, z której rozciąga się widok na Atlantyk i plażę. Nie wiem czy też tak macie, ale na Nuno widok morza czy oceanu działa uspokajająco i może spędzić dłuższą chwilę wpatrując się w horyzont i wdychając morski zapach.



The next day we went in the morning to see the fortress of Kasbah de la Scala, which overlooks the Atlantic Ocean and the beach. I don’t know how about you, but Nuno is immediately soothed by the view of the sea/ocean/big water and could spend quite a long while just staring at the horizon and smell the sea and breathing fresh air.


Z biało-niebieską zabudową miasteczka idealnie komponują się łódki i rybackie kutry zacumowane w porcie. Z murów można poobserwować rybaków czyszczących sieci czy ryby i porobić pocztówkowe zdjęcia.

White-and-blue seaside village, colorful fishing boats in the harbor- in other words, you have a postcard picture to share on Facebook, instagram or pinterest :) City walls make a good observation point when you can spot fishermen cleaning the nets and preparing the fish.


Podobała Wam się Essaouira?Może kogoś przekonałam, że warto tam się wybrać.  My byśmy chętnie wrócili…



I hope you have enjoyed posts about Essaouira and that maybe you visit it one day. We wouldn’t mind to come back there again someday…


Wednesday, 8 October 2014

Smaki Maroka i lekcja gotowania/ Tastes of Morocco and cooking class

Jeśli miałabym wybrać sobie zawód marzeń i ktoś magicznie by mi taką robotę zaproponował, to wiem doskonale kim bym chciała być. Takim Anthony Bourdain w spódnicy. Co jest bowiem lepszego od jedzenia, picia i podróżowania? Niestety, na razie praca w korporacji jest rzeczywistością, choć mam nadzieję, że nie na całe życie. Ale podczas podróży jedzenie dominuje zdecydowanie nad muzeami i innymi takimi „atrakcjami”. Z czym jedzeniowo kojarzy się Maroko? Tadżiny i kuskusy w różnych odmianach, przesłodkie desery, świeżo wyciśnięty sok z pomarańczy, kilogramy daktyli, przyprawy o zapachu tak intensywnym, że aż kręci ci się w nosie. Było pysznie i jakoś magicznie tym razem waga została w miejscu (albo tak mi się zdaje). Może to zasługa przechodzonych godzin i ograniczonego do minimum jedzenia słodyczy (które po prostu były dla mnie za słodkie)?


If somebody asked me what my dream job was and could miraculously offer me it for life, I wouldn’t hesitate for a second. The answer would be simple: I would be kind of female version of Anthony Bourdain. There is nothing better than to combine eating, drinking with travelling, at least I can’t imagine there is. For now, I am stuck in my 9 to 5 work, corporate world is my reality. When we travel, eating is definitely more important for us than museums or similar "attractions". When you think Morocco, you immediately picture tagines, couscous, super sweet desserts, freshly squeezed orange juice, kilograms of dates, spices… Somehow during week we spent in Morocco, even when eating all I wanted, I magically didn’t put any weight. Was it all the walking? Or maybe the fact I almost didn’t touch any sweets as they were too… sweet for my taste (don’t get me wrong, I love desserts, but there need to be right balance, too sweet is just not my thing)?


Myślę, że długo w mojej pamięci zostaną idealne śniadania zjedzone na dachu naszego riadu w Marakeszu: sok pomarańczowy, domowej robot konfitury i marokańskie naleśniki zjedzone na świeżym powietrzu z widokiem na Medinę.

Albo zaskakująco pyszne połączenie mięsa i słodkich dodatków (miód, cynamon) w -marokańskiej pastilli, którą zamawialiśmy, gdy już nam się znudził tadżin? Wcześniej myślałam, że nie będę mieć dość kuchni marokańskiej, ale problemem było to, że w większości miejsc menu było takie same, a po zjedzeniu 3 (mimo że z różnym nadzieniem i dodatkami) tadżinów, mieliśmy ochotę na coś innego.



I will not forget the perfect breakfast eaten on the roof of our riad in Marrakesh: fresh orange juice, homemade jams and Moroccan pancakes eaten on the terrace overlooking the Medina.

Or a surprisingly delicious combination of meat and sweet honey and cinnamon –Moroccan pastilla, that we ordered once we got bored of tagine. I would never expect that you can actually end up fed up with those typical Moroccan dished. The problem  was that every single place had almost the same things on the menu. And after eating 3 tagines, delicious and with different ingredients, we just wanted something else.




W takich sytuacjach przesytu tymi daniami, zawsze jest kilka innych opcji: pyszna i sycąca zupa harira, grillowane mięso oraz dobry chleb. Do tego litry słodkiej miętowej herbaty, której picie jest osobnym rytuałem.

So when you are done eating them, try dlicious and filling harira soup, grilled meet and good bread. And drink liters and liters of sweet mint tea. It is a separate ritual.


Jedno jest pewne, każdy smakosz znajdzie coś dla siebie. Nam najbardziej smakowały dania, które sami przygotowaliśmy pod okiem i z wytycznymi Samiry. Na przystawkę sałatka z grillowanych pomidorów i papryki, briouate (czyli małe trójkątne ciasteczka z ciasta podobnego do filo, z nadzieniem serowym, przyprawami i kolendrą), na główne danie tadżin z jagnięciny z migdałami i śliwkami a na deser orzeźwiająca sałatka z pomarańczy z  wodą różaną. Pierwszy raz uczestniczyliśmy w lekcji gotowania, ale było to tak udane doświadczenie, że przy następnej podróży spróbujemy też znaleźć czas. Gotowanie poprzedzone było zakupami na lokalnym souku, dzięki czemu zaopatrzyłam się w przyprawy na kilka miesięcy i mogłam poobserwować życie Marokańczyków. Z Samirą, której uśmiech nie schodził z twarzy ani na chwilę, byliśmy pod ochroną i nikt nas nie zaczepiał. Mogliśmy więc bezkarnie gapić się na towary i zaglądać w głąb sklepików. Ciekawe doświadczenie, bo rzeźnik w Marakeszu wygląda zupełnie inaczej niż ten europejski, do którego jesteśmy przyzwyczajeni.




One thing is sure, every foodie will find something delicious. What we liked the most was a 4 course meal that we prepared under the supervision and guidance of lovely Samira. For an appetizer we had warm salad with grilled tomatoes and peppers, briouate (small triangular pastries made from phyllo-like dough, filled with cheese, spices and coriander), for the main course we made lamb tagine with almonds and plums and for dessert, a refreshing salad of oranges with rosewater. It was our first cooking class, and it was such a fun experience that we will definitely try to find some offers during the upcoming trips (not that we have anything planned already). Before the cooking class, we went shopping at the local souk, where I also bought spices. This time shopping was a nice experience, as we were accompanied by always smiling Samira and nobody harassedous. So we could observe the locals and have a look at the stalls and small shops. It was an interesting experience, as a butcher in Marrakesh looks completely different than the European one, you see livestock around and the aroma of spices is intense…



Zgłodniałam… Na szczęście mam jeszcze kilka daktyli, które zostały z kilograma zakupionego w Marakeszu. A w weekend chyba zrobimy tadżin, bo jedną z pamiątek (oprócz daktyli, przypraw i kilku kolorowych ceramicznych naczyń), jakie przywieźliśmy to właśnie gliniane naczynie do tadżin.

A wy wzięliście kiedyś udział w kursie gotowania? Albo po powrocie do domu odtworzyliście jakieś dania poznane podczas podróży? Czy jako pamiątki kupujecie może właśnie jakieś lokalne produkty?


I’m getting hungry ... Fortunately, I still have some dates left (we bought a kilo to bring back as an edible souvenir). I may even make a tagine on Saturday, as apart from dates, spices and few colorful ceramic dishes, we also bought a tagine clay pot.

Have you ever took a part in a cooking class? Or when you get home you try to recreate recipes of the dishes you ate during your trip? Or maybe you ring some local products as souvenirs?



Friday, 14 December 2012

Smaczny świat odcinek 1

Dzisiejszy post jest postem gościnnym, napisany przez Marzenę z firmy Smaki Portugalii, która zgodziła się przybliżyć Wam smaki Portugalii właśnie (ja mogłabym być za stronnicza i posądzona, że to Nuno dyktował mi, co mam napisać. Nie mogłam się powstrzymać i dodałam moje 3 grosze).

Kuchnia portugalska jest niezwykle wyjątkowa i bogata, zupełnie innych przysmaków skosztujemy na północy kraju w regionie Trás-os-Montes, co innego zaserwują nam w Algarve na samym południu, a inne dania są w menu na wyspach- Maderze i Azorach. Z jakiegoś powodu kuchnia portugalska  to wciąż mało odkryty ląd.  Próbujemy to zmieniać.

Zacznijmy od produktów, które są charakterystyczne dla tego najbardziej wysuniętego na zachód państwa Europy. W kuchni każdego szanującego się Portugalczyka nie może zabraknąć portugalskiej oliwy, która ze względu na swe walory smakowe i najwyższą jakość, nazywana jest płynnym złotem.Oliwa z oliwek zaliczana jest do skarbów kulinarnych Portugalii. Część z tych, którzy jej spróbowali, uważa, że jest najlepsza na świecie (Nuno jest wręcz o tym przekonany). Inne popularne portugalskie produkty to : oliwki (zawsze z pestką), ryby, chleb (polany oliwą pyszny!) , owoce morza, kawa, dojrzewająca szynka – presunto, kiełbasy – chouriços (byłam od krok od kupienia specjalnego  naczynia assador de chouriço, żeby je serwować znajomym), kiełbasa wytwarzana z krwi (morcela), alheira, sery (szczególnie płynne sery Queijo da Serra, Queijo de Azeitão oraz twardy ser o intensywnym smaku queijo da Ilha z Azorów), owoce: ananasy z Azorów, pomarańcze, figi i migdały z Algarve, śliwki z Alentejo, gruszka pêra-rocha, czereśnie (te z Resende podobno najlepsze, tak twierdzi mój domowy ekspert), truskawki z Ribatejo, melony i wiele, wiele innych (proszę zwrócić uwagę, że Portugalczycy dumni są ze swoich dóbr regionalnych, u nas w Polsce nie zwracamy uwagi na to, skąd dokładnie pochodzą produkty, które kupujemy, nie ma to bowiem zasadniczego wpływu na ich smak czy sposób przygotowania).





Nie możemy nie wspomnieć  o portugalskich winach, docenianych przez znawców na całym świecie. Żeby daleko nie szukać dowodu: w maju tego roku wino Poliphonia Signature 2008 z regionu Alentejo zostało wybrane na konkursie w Brukseli najlepszym winem świata.Oprócz wina czerwonego i białego, w Portugalii możemy napić się również wina zielonego – lekko musującego, delikatanie kwaskowatego,  idealnego na upalne dni (moja mama po wakacjach w Portugalii się właśnie od  vinho verde uzależniła, na szczęście można je już kupić w Polsce). Najlepiej rozpoznawalnym winem, które rozsławiło Portugalię jest Porto. Niewiele jest chyba osób, które nigdy o nim nie słyszało. Ale jeśli należysz do tej grupy to wyjaśniam, że należy ono do win wzmacnianych, w odpowiednim momencie fermentacji dodaje się do niego brandy. Innym wzmacnianym winem jest Madera, do której dodaje się alkoholu destylowanego.



To co wyróżnia portugalską kuchnię, to nie tylko doskonałe produkty, z których przygotowywane są dania, to również celebracja, z jaką są spożywane. Godziny posiłków wyznaczają rytm dnia i są absolutną świętością w Portugalii (coś o tym wiem, musiałam się przestawić na celebrowanie posiłków, a teraz nie wyobrażam sobie innego podejścia do jedzenia).Śniadanie, to szybki posiłek w drodze do pracy: zazwyczaj kawa z mlekiem i coś słodkiego. Obiad spożywany jest najczęściej osobno na mieście, podczas godzinnej przerwy w pracy. Jednak na kolację, cała rodzina zbiera się przy wspólnym stole. To bardzo ważny posiłek dnia. Nie przypomina zupełnie polskiej kolacji. Składa się najczęściej  z 2 dań.Każdy posiłek kończy się najczęściej małą filiżanką kawy (Nuno po wszystkich naszych podróżach twierdzi, że jedynie we Włoszech i Portugalii wiedzą, jak przygotować dobrą kawę. Nie potwierdzam ani nie zaprzeczam, kawy nie pijam) .

O daniach portugalskich można by napisać książkę (niejedną i zapewne wiele już powstało), trudno wybrać kilka najbardziej charakterystycznych, bo jak wspominałam, wszystko zależy od regionu. Im bardziej na północ i wgłąb kraju, tym więcej spożywa się mięsa. Od dań mięsnych też zacznijmy: leitão da Bairrada (pieczone prosię), bitoque (stek serwowany z jajkiem sadzonym oraz frytkami i ryżem), bifana – niezwykle prosta i bardzo popularna bułka z kawałkiem mięsa i musztardą (podobno posiłek obowiązkowy, jak się umawiasz z kumplami w barze na oglądanie meczu), tripas à moda do Porto (flaki z Porto), Francesinha (rodzaj kanapki z wielu warstw z mięsem, sosem i jajkiem/ ja dodam tylko, że nie do końca rozumiem sławę tego dania, ale Nuno często na emigracji wspomina właśnie smak francesinhi), feijoada à transmontana (fasolada z regionu Trás-os-Montes).




Rybnymi symbolami Portugalii i jednym z najbardziej popularnych dańsą grillowanie sardynki i suszony dorsz. Będąc w Portugalii nie można nie spróbować jednej z tysiąca potraw z bacalhau-dorsza, prawdziwego portugalskiego króla ryb. A do tego warto zamówić ( innego dnia, bo porcje w Portugalii są raczej pokaźnych rozmiarów) sardynki grillowane, ośmiornica pieczona w piekarniku z oliwą i czosnkiem (polvo à lagareiro), arroz de marÍsco (ryż z owocami morza), Amêijoas à Bulhão Pato (rodzaj małży według przepisu poety Bulhão Pato). Wymienić można wiele przepysznych dań, warto więc zaplanować dłuższe wakacje w Portugalii, żeby móc ich wszystkich  spróbować.



Nie mogę też nie wspomnieć o słodyczach (Marzena chyba czyta w moich myślach, bo deserów nie można pominąć!).  W tym przypadku również są one charakterystyczne dla poszczególnych regionów: ovos moles de Aveiro, Dom Rodrigo z Algarve, queijada de Sintra, fofos de Belas, tarte de amêndoa, baba de camelo, lampreia de ovos, pão de ló, filhoses, sonhos, leite creme, arroz doce,  bolo de mel da Madeira.I oczywiście słynne pastel de nata, czyli babeczka z ciasta francuskiego wypełniona śmietankowo-budyniowym nadzieniem.  Pochodzi oryginalnie z cukierni w Belém w Lizbonie (pastel de Belém), a dokładna receptura jej produkcji ukrywana jest z powodzeniem od ponad 150 lat. Podawane są zazwyczaj ciepłe, posypane cukrem pudrem i cynamonem.



Tym słodkim akcentem kończymy relację. Mam nadzieję, że narobiłyśmy Wam smaku. Jeśli macie to szczęście i mieszkacie w Warszawie, możecie wybrać się w każdą sobotę na BioBazar przy ul. Żelaznej 51/53, od godziny 8:00 do 16:00 (stanowisko Smaków Portugalii znajduje się w hali po lewej stronie od bramy wjazdowej) i zrobić zapas portugalskiej oliwy, oliwek,  konserw rybnych oraz wielu innych produktów (pełną listę znajdziecie tutaj). A całą resztę odsyłam do sklepu internetowego, gdzie można kupić przepyszne portugalskie produkty. Polub stronę Smaków Portugalii na facebooku , dzięki temu będziesz na bieżąco!

W poprzednim poście wyjaśniłam, że to jest pierwszy post z cyklu postów gościnnych "Smaczny świat". Jeśli chciałbyś też napisać smacznego posta, proszę o kontakt.

Wednesday, 12 December 2012

Smaczny świat/ Tasty world


Uwielbiam odkrywać nowe miejsca. Uwielbiam też odkrywać nowe smaki. Z połączenia tych dwóch składników- podróżowania i jedzenia powstał pomysł serii gościnnych postów „Smaczny świat”. Od jakiegoś już czasu chciałam stworzyć cykl postów zadedykowanych kuchniom czy potrawom różnych zakątków świata. W wielu krajach kuchnia i jedzenie to ważny element kultury i osobiście uwielbiam czytać blogi, które między posty podróżnicze wplatają wątki kulinarne. A jeśli do tego jeszcze SA one zobrazowane apetycznymi zdjęciami, to już przepadłam. 

Moja siostra przeglądając nasze zdjęcia z Brazylii, skomentowała, że połowa zdjęć przedstawia nas jedzących lub pijących, albo co gorsza, na zdjęciu jest wyłącznie jedzenie. Pewnie trochę przesadziła, ale faktem jest, że czasem potrafimy sobie odmówić  zwiedzenia  kolejnego zabytku, ale nigdy nie przepuścimy okazji, by posmakować jakiegoś lokalnego przysmaku. Nie wiem czy się ze mną zgodzicie, ale uważam, że niepełne jest poznanie miasta, regionu, czy kraju który odwiedzamy, jeśli nie zjemy w nim kilku posiłków (oczywiście w barach i restauracjach, gdzie stołują się lokalni mieszkańcy).

Zaprosiłam do współpracy kilku bloggerów, dla których jedzenie jest ważnym dodatkiem do zaliczania zabytków podczas podróży. Będziecie mogli poczytać ich gościnne posty od stycznia 2013, jeśli też jesteście smakoszami, którzy podróżują albo turystami, którzy lubią jeść i chcielibyście włączyć się do mojego projektu „Smaczny świat”, proszę o kontakt na maila lub kontakt przez facebooka.

A żeby narobić Wam smaku, już jutro będzie można przeczytać o kuchni, która najbliższa jest mojemu sercu. Zgadniecie o jaką chodzi?


I love to discover new places. But I also love to discover new flavors. I always say that I am a foodie who travels or someone who can’t travel without tasting new local dishes. Travel and eating are kind of inseparable for me, so I’ve came up with an idea of starting a series of guest posts called “Tasty world”. I’ve wanted to start this project for some time now as I believe that in many countries, food is an important part of culture, and personally I love to read blogs where you can find not only posts about travel  but also tasty culinary entries. And if they happen to include some appetizing photos, then I’m lost!

When my sister was looking at our pictures from Brazil, she commented ironically that half of them showed us eating or drinking, or worse, there was only food captured.  She may have exaggerated, but it’s true that sometimes we skip a visit to yet another famous monument, but we never miss  the opportunity to taste a local dish. Do you agree that you can’t say that you know a place (be it city, region or country) without having at least few meals there (I don’t need to add that they should be ordered in bars and restaurants where locals eat).

I invited a few bloggers to take part in my project, for all of them food is an important part of every trip. Just be patient, as it is only in January that you will read their delicious entries. If you are a foodie yourself and want to write a guest post, please contact me via email or facebook and I’ll get back to you with more details.

Showing posts with label Smaczny świad/Tasty world. Show all posts
Showing posts with label Smaczny świad/Tasty world. Show all posts

Wednesday, 15 October 2014

Sardynki w Essaouira/ Sardines in Essaouira

W Essouira spędziliśmy 2 leniwe dni. Czasu było wystarczająco, nie musieliśmy się nigdzie spieszyć. Był długi spacer po plaży i wypoczynek przy basenie. W Essouira kupiliśmy większość pamiątek- czyli kolorowe ceramiczne misy i miseczki, bo sprzedawcy nie są tak namolni, jak w Marakeszu. Doznaliśmy jednak rozczarowania, że nie byli aż tak skorzy do negocjacji. Po kilku minutach pertraktacji proponowane ceny nadal były bardzo zawyżone, więc w końcu kupiliśmy wszystko na stoiskach z ustalonymi z góry cenami (ciekawostka: wszystkie były prowadzone przez kobiety) i zapłaciliśmy mniej.



We spent two lazy days in Essaouira. We didn’t have to rush anywhere, we just relaxed and took it easy. We took a long walk on the beach and relaxed by the pool. It was in Essouira where we bought most of our souvenirs: smaller and bigger colorful ceramic bowls. It just seemed easier and less overwhelming as street sellers were not that pushy, they left more space than those in Marrakesh. We were disappointed that they seemed unwilling to negotiate as much as we expected them. After few minutes of bargaining they would not lower the price to some acceptable level. The final result was that we bought all the things in a stand with fixed prices (funny fact, all the stalls with fixed prices that we saw were run by women) and we ended up paying less than what we were offered after tough bargaining.

Ale nie o zakupach miał być ten post. Ja nawet zakupów zbytnio nie lubię. Essaouira jest miastem portowym. A w porcie, jak wiadomo, łowi się ryby. A my lubimy ryby i owoce morza. Tak więc wybór miejsca na kolację nie był trudny. 


I wasn’t supposed to blog about shopping. I even do not like to go for shopping. Essaouira is a port city. And in the port, as  we all know, fish are caught. We  like fish and seafood. So deciding what to eat for dinner was easy


Poszperałam w internecie i na jakimś blogu podróżujących smakoszów (jak po polsku powiedzieć foodie?) przeczytałam, że najbardziej autentycznym miejscem jest hala rybna znajdująca się w medynie. Pewnie innych wystraszyły komentarze, że miejsce jest niehigieniczne czy inne tego typu argumenty, bo pełno było lokalnych, a z obcokrajowców nie było poza nami nikogo. Wiadomo, że do wszystkiego trzeba podchodzić z rozsądkiem, lepiej nie jeść sałatek, bo nie wiadomo czy warzywa są dobrze umyte i jakiej jakości była woda. Kranówkę i otwartą wodę też trzeba omijać szerokim krokiem. Nam po zjedzeniu grillowanych sardynek, kalmarów i krewetek nic się nie stało (ja naiwnie wierzę, że cola zabija wszystkie bakterie i to dzięki temu nie mieliśmy żadnych przebojów żołądkowych, ale to moja teoria). Nie będę nikogo przekonywać, ale uważam, że to ciekawe doświadczenie: od wybierania ryb, po ustalenie ceny końcowej (po odrzuceniu połowy oferowanych nam ryb, bo nie wiem czemu pan sprzedawca myślał, że bylibyśmy w stanie zjeść 3 razy więcej niż zamówiliśmy i ignorował nas trochę, jak mówiliśmy, że starczy).


I found a foodie post mentioning fish hall located in the medina as being the real deal and a truly authentic place to eat fresh fish. Probably other tourists got scared with the comments stating that the place is dirty, unsanitary and should be avoided as it was full with locals but we the only foreigners there. Of course you have to be alert and pay attention to where and what you eat. It would be better to skip the salad (as you don’t know if veggies were washed properly and what was the quality of water), avoid tap water and opened water bottles. We ate grilled sardines, squid and shrimps and we were perfectly fine afterwards (I have my theory that it is all thanks to coke that kills all bacteria, but that's just my small silly theory). I will not try to convince anyone to go to a certain place to eat, but I think it's an interesting experience: you choose your own fish, you bargain for the final price, you see it being grilled next to you. We had to pay attention as the eager fishmonger wanted to put 3 times as much fish as we wanted pretending he didn’t hear or understand us when we were saying: 6 sardines, that’s enough, we don’t need more…


Następnego dnia poszliśmy z rana do twierdzy Kasbah de la Skala, z której rozciąga się widok na Atlantyk i plażę. Nie wiem czy też tak macie, ale na Nuno widok morza czy oceanu działa uspokajająco i może spędzić dłuższą chwilę wpatrując się w horyzont i wdychając morski zapach.



The next day we went in the morning to see the fortress of Kasbah de la Scala, which overlooks the Atlantic Ocean and the beach. I don’t know how about you, but Nuno is immediately soothed by the view of the sea/ocean/big water and could spend quite a long while just staring at the horizon and smell the sea and breathing fresh air.


Z biało-niebieską zabudową miasteczka idealnie komponują się łódki i rybackie kutry zacumowane w porcie. Z murów można poobserwować rybaków czyszczących sieci czy ryby i porobić pocztówkowe zdjęcia.

White-and-blue seaside village, colorful fishing boats in the harbor- in other words, you have a postcard picture to share on Facebook, instagram or pinterest :) City walls make a good observation point when you can spot fishermen cleaning the nets and preparing the fish.


Podobała Wam się Essaouira?Może kogoś przekonałam, że warto tam się wybrać.  My byśmy chętnie wrócili…



I hope you have enjoyed posts about Essaouira and that maybe you visit it one day. We wouldn’t mind to come back there again someday…


Wednesday, 8 October 2014

Smaki Maroka i lekcja gotowania/ Tastes of Morocco and cooking class

Jeśli miałabym wybrać sobie zawód marzeń i ktoś magicznie by mi taką robotę zaproponował, to wiem doskonale kim bym chciała być. Takim Anthony Bourdain w spódnicy. Co jest bowiem lepszego od jedzenia, picia i podróżowania? Niestety, na razie praca w korporacji jest rzeczywistością, choć mam nadzieję, że nie na całe życie. Ale podczas podróży jedzenie dominuje zdecydowanie nad muzeami i innymi takimi „atrakcjami”. Z czym jedzeniowo kojarzy się Maroko? Tadżiny i kuskusy w różnych odmianach, przesłodkie desery, świeżo wyciśnięty sok z pomarańczy, kilogramy daktyli, przyprawy o zapachu tak intensywnym, że aż kręci ci się w nosie. Było pysznie i jakoś magicznie tym razem waga została w miejscu (albo tak mi się zdaje). Może to zasługa przechodzonych godzin i ograniczonego do minimum jedzenia słodyczy (które po prostu były dla mnie za słodkie)?


If somebody asked me what my dream job was and could miraculously offer me it for life, I wouldn’t hesitate for a second. The answer would be simple: I would be kind of female version of Anthony Bourdain. There is nothing better than to combine eating, drinking with travelling, at least I can’t imagine there is. For now, I am stuck in my 9 to 5 work, corporate world is my reality. When we travel, eating is definitely more important for us than museums or similar "attractions". When you think Morocco, you immediately picture tagines, couscous, super sweet desserts, freshly squeezed orange juice, kilograms of dates, spices… Somehow during week we spent in Morocco, even when eating all I wanted, I magically didn’t put any weight. Was it all the walking? Or maybe the fact I almost didn’t touch any sweets as they were too… sweet for my taste (don’t get me wrong, I love desserts, but there need to be right balance, too sweet is just not my thing)?


Myślę, że długo w mojej pamięci zostaną idealne śniadania zjedzone na dachu naszego riadu w Marakeszu: sok pomarańczowy, domowej robot konfitury i marokańskie naleśniki zjedzone na świeżym powietrzu z widokiem na Medinę.

Albo zaskakująco pyszne połączenie mięsa i słodkich dodatków (miód, cynamon) w -marokańskiej pastilli, którą zamawialiśmy, gdy już nam się znudził tadżin? Wcześniej myślałam, że nie będę mieć dość kuchni marokańskiej, ale problemem było to, że w większości miejsc menu było takie same, a po zjedzeniu 3 (mimo że z różnym nadzieniem i dodatkami) tadżinów, mieliśmy ochotę na coś innego.



I will not forget the perfect breakfast eaten on the roof of our riad in Marrakesh: fresh orange juice, homemade jams and Moroccan pancakes eaten on the terrace overlooking the Medina.

Or a surprisingly delicious combination of meat and sweet honey and cinnamon –Moroccan pastilla, that we ordered once we got bored of tagine. I would never expect that you can actually end up fed up with those typical Moroccan dished. The problem  was that every single place had almost the same things on the menu. And after eating 3 tagines, delicious and with different ingredients, we just wanted something else.




W takich sytuacjach przesytu tymi daniami, zawsze jest kilka innych opcji: pyszna i sycąca zupa harira, grillowane mięso oraz dobry chleb. Do tego litry słodkiej miętowej herbaty, której picie jest osobnym rytuałem.

So when you are done eating them, try dlicious and filling harira soup, grilled meet and good bread. And drink liters and liters of sweet mint tea. It is a separate ritual.


Jedno jest pewne, każdy smakosz znajdzie coś dla siebie. Nam najbardziej smakowały dania, które sami przygotowaliśmy pod okiem i z wytycznymi Samiry. Na przystawkę sałatka z grillowanych pomidorów i papryki, briouate (czyli małe trójkątne ciasteczka z ciasta podobnego do filo, z nadzieniem serowym, przyprawami i kolendrą), na główne danie tadżin z jagnięciny z migdałami i śliwkami a na deser orzeźwiająca sałatka z pomarańczy z  wodą różaną. Pierwszy raz uczestniczyliśmy w lekcji gotowania, ale było to tak udane doświadczenie, że przy następnej podróży spróbujemy też znaleźć czas. Gotowanie poprzedzone było zakupami na lokalnym souku, dzięki czemu zaopatrzyłam się w przyprawy na kilka miesięcy i mogłam poobserwować życie Marokańczyków. Z Samirą, której uśmiech nie schodził z twarzy ani na chwilę, byliśmy pod ochroną i nikt nas nie zaczepiał. Mogliśmy więc bezkarnie gapić się na towary i zaglądać w głąb sklepików. Ciekawe doświadczenie, bo rzeźnik w Marakeszu wygląda zupełnie inaczej niż ten europejski, do którego jesteśmy przyzwyczajeni.




One thing is sure, every foodie will find something delicious. What we liked the most was a 4 course meal that we prepared under the supervision and guidance of lovely Samira. For an appetizer we had warm salad with grilled tomatoes and peppers, briouate (small triangular pastries made from phyllo-like dough, filled with cheese, spices and coriander), for the main course we made lamb tagine with almonds and plums and for dessert, a refreshing salad of oranges with rosewater. It was our first cooking class, and it was such a fun experience that we will definitely try to find some offers during the upcoming trips (not that we have anything planned already). Before the cooking class, we went shopping at the local souk, where I also bought spices. This time shopping was a nice experience, as we were accompanied by always smiling Samira and nobody harassedous. So we could observe the locals and have a look at the stalls and small shops. It was an interesting experience, as a butcher in Marrakesh looks completely different than the European one, you see livestock around and the aroma of spices is intense…



Zgłodniałam… Na szczęście mam jeszcze kilka daktyli, które zostały z kilograma zakupionego w Marakeszu. A w weekend chyba zrobimy tadżin, bo jedną z pamiątek (oprócz daktyli, przypraw i kilku kolorowych ceramicznych naczyń), jakie przywieźliśmy to właśnie gliniane naczynie do tadżin.

A wy wzięliście kiedyś udział w kursie gotowania? Albo po powrocie do domu odtworzyliście jakieś dania poznane podczas podróży? Czy jako pamiątki kupujecie może właśnie jakieś lokalne produkty?


I’m getting hungry ... Fortunately, I still have some dates left (we bought a kilo to bring back as an edible souvenir). I may even make a tagine on Saturday, as apart from dates, spices and few colorful ceramic dishes, we also bought a tagine clay pot.

Have you ever took a part in a cooking class? Or when you get home you try to recreate recipes of the dishes you ate during your trip? Or maybe you ring some local products as souvenirs?



Friday, 14 December 2012

Smaczny świat odcinek 1

Dzisiejszy post jest postem gościnnym, napisany przez Marzenę z firmy Smaki Portugalii, która zgodziła się przybliżyć Wam smaki Portugalii właśnie (ja mogłabym być za stronnicza i posądzona, że to Nuno dyktował mi, co mam napisać. Nie mogłam się powstrzymać i dodałam moje 3 grosze).

Kuchnia portugalska jest niezwykle wyjątkowa i bogata, zupełnie innych przysmaków skosztujemy na północy kraju w regionie Trás-os-Montes, co innego zaserwują nam w Algarve na samym południu, a inne dania są w menu na wyspach- Maderze i Azorach. Z jakiegoś powodu kuchnia portugalska  to wciąż mało odkryty ląd.  Próbujemy to zmieniać.

Zacznijmy od produktów, które są charakterystyczne dla tego najbardziej wysuniętego na zachód państwa Europy. W kuchni każdego szanującego się Portugalczyka nie może zabraknąć portugalskiej oliwy, która ze względu na swe walory smakowe i najwyższą jakość, nazywana jest płynnym złotem.Oliwa z oliwek zaliczana jest do skarbów kulinarnych Portugalii. Część z tych, którzy jej spróbowali, uważa, że jest najlepsza na świecie (Nuno jest wręcz o tym przekonany). Inne popularne portugalskie produkty to : oliwki (zawsze z pestką), ryby, chleb (polany oliwą pyszny!) , owoce morza, kawa, dojrzewająca szynka – presunto, kiełbasy – chouriços (byłam od krok od kupienia specjalnego  naczynia assador de chouriço, żeby je serwować znajomym), kiełbasa wytwarzana z krwi (morcela), alheira, sery (szczególnie płynne sery Queijo da Serra, Queijo de Azeitão oraz twardy ser o intensywnym smaku queijo da Ilha z Azorów), owoce: ananasy z Azorów, pomarańcze, figi i migdały z Algarve, śliwki z Alentejo, gruszka pêra-rocha, czereśnie (te z Resende podobno najlepsze, tak twierdzi mój domowy ekspert), truskawki z Ribatejo, melony i wiele, wiele innych (proszę zwrócić uwagę, że Portugalczycy dumni są ze swoich dóbr regionalnych, u nas w Polsce nie zwracamy uwagi na to, skąd dokładnie pochodzą produkty, które kupujemy, nie ma to bowiem zasadniczego wpływu na ich smak czy sposób przygotowania).





Nie możemy nie wspomnieć  o portugalskich winach, docenianych przez znawców na całym świecie. Żeby daleko nie szukać dowodu: w maju tego roku wino Poliphonia Signature 2008 z regionu Alentejo zostało wybrane na konkursie w Brukseli najlepszym winem świata.Oprócz wina czerwonego i białego, w Portugalii możemy napić się również wina zielonego – lekko musującego, delikatanie kwaskowatego,  idealnego na upalne dni (moja mama po wakacjach w Portugalii się właśnie od  vinho verde uzależniła, na szczęście można je już kupić w Polsce). Najlepiej rozpoznawalnym winem, które rozsławiło Portugalię jest Porto. Niewiele jest chyba osób, które nigdy o nim nie słyszało. Ale jeśli należysz do tej grupy to wyjaśniam, że należy ono do win wzmacnianych, w odpowiednim momencie fermentacji dodaje się do niego brandy. Innym wzmacnianym winem jest Madera, do której dodaje się alkoholu destylowanego.



To co wyróżnia portugalską kuchnię, to nie tylko doskonałe produkty, z których przygotowywane są dania, to również celebracja, z jaką są spożywane. Godziny posiłków wyznaczają rytm dnia i są absolutną świętością w Portugalii (coś o tym wiem, musiałam się przestawić na celebrowanie posiłków, a teraz nie wyobrażam sobie innego podejścia do jedzenia).Śniadanie, to szybki posiłek w drodze do pracy: zazwyczaj kawa z mlekiem i coś słodkiego. Obiad spożywany jest najczęściej osobno na mieście, podczas godzinnej przerwy w pracy. Jednak na kolację, cała rodzina zbiera się przy wspólnym stole. To bardzo ważny posiłek dnia. Nie przypomina zupełnie polskiej kolacji. Składa się najczęściej  z 2 dań.Każdy posiłek kończy się najczęściej małą filiżanką kawy (Nuno po wszystkich naszych podróżach twierdzi, że jedynie we Włoszech i Portugalii wiedzą, jak przygotować dobrą kawę. Nie potwierdzam ani nie zaprzeczam, kawy nie pijam) .

O daniach portugalskich można by napisać książkę (niejedną i zapewne wiele już powstało), trudno wybrać kilka najbardziej charakterystycznych, bo jak wspominałam, wszystko zależy od regionu. Im bardziej na północ i wgłąb kraju, tym więcej spożywa się mięsa. Od dań mięsnych też zacznijmy: leitão da Bairrada (pieczone prosię), bitoque (stek serwowany z jajkiem sadzonym oraz frytkami i ryżem), bifana – niezwykle prosta i bardzo popularna bułka z kawałkiem mięsa i musztardą (podobno posiłek obowiązkowy, jak się umawiasz z kumplami w barze na oglądanie meczu), tripas à moda do Porto (flaki z Porto), Francesinha (rodzaj kanapki z wielu warstw z mięsem, sosem i jajkiem/ ja dodam tylko, że nie do końca rozumiem sławę tego dania, ale Nuno często na emigracji wspomina właśnie smak francesinhi), feijoada à transmontana (fasolada z regionu Trás-os-Montes).




Rybnymi symbolami Portugalii i jednym z najbardziej popularnych dańsą grillowanie sardynki i suszony dorsz. Będąc w Portugalii nie można nie spróbować jednej z tysiąca potraw z bacalhau-dorsza, prawdziwego portugalskiego króla ryb. A do tego warto zamówić ( innego dnia, bo porcje w Portugalii są raczej pokaźnych rozmiarów) sardynki grillowane, ośmiornica pieczona w piekarniku z oliwą i czosnkiem (polvo à lagareiro), arroz de marÍsco (ryż z owocami morza), Amêijoas à Bulhão Pato (rodzaj małży według przepisu poety Bulhão Pato). Wymienić można wiele przepysznych dań, warto więc zaplanować dłuższe wakacje w Portugalii, żeby móc ich wszystkich  spróbować.



Nie mogę też nie wspomnieć o słodyczach (Marzena chyba czyta w moich myślach, bo deserów nie można pominąć!).  W tym przypadku również są one charakterystyczne dla poszczególnych regionów: ovos moles de Aveiro, Dom Rodrigo z Algarve, queijada de Sintra, fofos de Belas, tarte de amêndoa, baba de camelo, lampreia de ovos, pão de ló, filhoses, sonhos, leite creme, arroz doce,  bolo de mel da Madeira.I oczywiście słynne pastel de nata, czyli babeczka z ciasta francuskiego wypełniona śmietankowo-budyniowym nadzieniem.  Pochodzi oryginalnie z cukierni w Belém w Lizbonie (pastel de Belém), a dokładna receptura jej produkcji ukrywana jest z powodzeniem od ponad 150 lat. Podawane są zazwyczaj ciepłe, posypane cukrem pudrem i cynamonem.



Tym słodkim akcentem kończymy relację. Mam nadzieję, że narobiłyśmy Wam smaku. Jeśli macie to szczęście i mieszkacie w Warszawie, możecie wybrać się w każdą sobotę na BioBazar przy ul. Żelaznej 51/53, od godziny 8:00 do 16:00 (stanowisko Smaków Portugalii znajduje się w hali po lewej stronie od bramy wjazdowej) i zrobić zapas portugalskiej oliwy, oliwek,  konserw rybnych oraz wielu innych produktów (pełną listę znajdziecie tutaj). A całą resztę odsyłam do sklepu internetowego, gdzie można kupić przepyszne portugalskie produkty. Polub stronę Smaków Portugalii na facebooku , dzięki temu będziesz na bieżąco!

W poprzednim poście wyjaśniłam, że to jest pierwszy post z cyklu postów gościnnych "Smaczny świat". Jeśli chciałbyś też napisać smacznego posta, proszę o kontakt.

Wednesday, 12 December 2012

Smaczny świat/ Tasty world


Uwielbiam odkrywać nowe miejsca. Uwielbiam też odkrywać nowe smaki. Z połączenia tych dwóch składników- podróżowania i jedzenia powstał pomysł serii gościnnych postów „Smaczny świat”. Od jakiegoś już czasu chciałam stworzyć cykl postów zadedykowanych kuchniom czy potrawom różnych zakątków świata. W wielu krajach kuchnia i jedzenie to ważny element kultury i osobiście uwielbiam czytać blogi, które między posty podróżnicze wplatają wątki kulinarne. A jeśli do tego jeszcze SA one zobrazowane apetycznymi zdjęciami, to już przepadłam. 

Moja siostra przeglądając nasze zdjęcia z Brazylii, skomentowała, że połowa zdjęć przedstawia nas jedzących lub pijących, albo co gorsza, na zdjęciu jest wyłącznie jedzenie. Pewnie trochę przesadziła, ale faktem jest, że czasem potrafimy sobie odmówić  zwiedzenia  kolejnego zabytku, ale nigdy nie przepuścimy okazji, by posmakować jakiegoś lokalnego przysmaku. Nie wiem czy się ze mną zgodzicie, ale uważam, że niepełne jest poznanie miasta, regionu, czy kraju który odwiedzamy, jeśli nie zjemy w nim kilku posiłków (oczywiście w barach i restauracjach, gdzie stołują się lokalni mieszkańcy).

Zaprosiłam do współpracy kilku bloggerów, dla których jedzenie jest ważnym dodatkiem do zaliczania zabytków podczas podróży. Będziecie mogli poczytać ich gościnne posty od stycznia 2013, jeśli też jesteście smakoszami, którzy podróżują albo turystami, którzy lubią jeść i chcielibyście włączyć się do mojego projektu „Smaczny świat”, proszę o kontakt na maila lub kontakt przez facebooka.

A żeby narobić Wam smaku, już jutro będzie można przeczytać o kuchni, która najbliższa jest mojemu sercu. Zgadniecie o jaką chodzi?


I love to discover new places. But I also love to discover new flavors. I always say that I am a foodie who travels or someone who can’t travel without tasting new local dishes. Travel and eating are kind of inseparable for me, so I’ve came up with an idea of starting a series of guest posts called “Tasty world”. I’ve wanted to start this project for some time now as I believe that in many countries, food is an important part of culture, and personally I love to read blogs where you can find not only posts about travel  but also tasty culinary entries. And if they happen to include some appetizing photos, then I’m lost!

When my sister was looking at our pictures from Brazil, she commented ironically that half of them showed us eating or drinking, or worse, there was only food captured.  She may have exaggerated, but it’s true that sometimes we skip a visit to yet another famous monument, but we never miss  the opportunity to taste a local dish. Do you agree that you can’t say that you know a place (be it city, region or country) without having at least few meals there (I don’t need to add that they should be ordered in bars and restaurants where locals eat).

I invited a few bloggers to take part in my project, for all of them food is an important part of every trip. Just be patient, as it is only in January that you will read their delicious entries. If you are a foodie yourself and want to write a guest post, please contact me via email or facebook and I’ll get back to you with more details.