Showing posts with label tradycje/tradition. Show all posts
Showing posts with label tradycje/tradition. Show all posts

Monday, 27 August 2012

Fiesta i sjesta/ Fiesta&siesta


Czasami ciężko uciec od stereotypowego myślenia o jakimś kraju. W kontekście Hiszpanii nie mogę nie wspomnieć fiesty i sjesty. Dla mnie fiesta to nie tyle typowa impreza (a takie jest jedno ze znaczeń tego słowa), co uwielbiane przeze mnie imprezy tematyczne, organizowane w regionach, miastach, miasteczkach. Staram się wyszukać te najciekawsze, najdziwniejsze z punkt widzenia osoby przyjezdnej, w niektórych było mi dane uczestniczyć, o innych mogłam przeczytać. (odsyłam do etykiety tradycje, jeśli przeoczyliście). Myślę, że Nuno kiedyś wykorzysta przeciwko mnie, że ciągnęłam go ze sobą na wszystkie te, które były wystarczająco blisko Barcelony, żeby w nich uczestniczyć.

Po tygodniowej nieprzerwanej imprezie dzielnicy Gracia, także Sants przystroiło się (skromniej) i świętowało. Nie miałam już jednak siły na życie nocne i poszłam tylko obejrzeć dekoracje, na swoje wytłumaczenie mając tylko falę upałów, która daje mi się we znaki i skutecznie wysysa ze mnie pokłady energii. Większość dekoracji nie wywarła na mnie dużego wrażenia, w porównaniu z tymi z Gracia, wypadają blado, ale to co zawsze będę podziwiać to zaangażowanie sąsiadów w organizację. Fajnie, że komuś się chce. Wymyślić pomysł, przygotować a potem jeszcze uczestniczyć.

 

Sants jest dla mnie dzielnicą nieznaną. Wygląda jak małe miasteczko, czuć tu klimat barrio. Jeśli jesteś turystą spędzającym kilka dni w Barcelonie, szanse, że przypadkiem znajdziesz się w Sants są niewielkie. Ale tracisz też niewiele.


A wracając do sjesty z tematu, to coraz bardziej zaczynam rozumieć potrzebę popołudniowego odpoczynku, kiedy ulice emanują dziwnym spokojem i miasta zamierają. Post krótki, bo nadeszła pora na sjestę :)


Sometimes it is hard to escape from stereotypes. When I think of Spain, I can’t avoid not to mention fiesta and siesta. When I picture a fiesta, I don’t think of a typical party in a disco (well, maybe when  somebody mentions Ibiza). I imagine instead some local celebrations, be it for a Saint’s day, Carnaval or basically any other occasions. They are organized even in the smallest towns all over Spain. I recognize that I am bit of fiesta freak, always trying to find some weird and odd traditional celebrations and check my calendar for availability (I think Nuno secretly hates me for dragging him with me to yet another fiesta I heard about). I was lucky enough to participate in quite a few (if you missed the posts or are new to the blog, check “traditions” label)


After a week of continuous party in the Gracia district, Sants also put on (more modest) decorations and show how Spaniards love to have fun. I was too tired to go there during the night, so I missed all the concert and drinking on the streets, and I have only one excuse, that the heat wave sucked all the energy out of me. As I missed the Sants Fiesta Mayor last year, I forced myself to see some decorations, but to be honest, they fall pale in comparison to the ones in Gracia.  What I do admire us how neighbors get involved: come up with original idea, prepare the decorations and then have energy to party for days and nights.


 

Sants is a totally unknown district for me, it looks like a small town and it is a typical barrio. But if you are in Barcelona only as a tourist, chances of getting here are slim. But don’t worry, I don’t think you miss much.


Getting back to siesta from the post’s title. I finally begin to understand the need to have some rest in the afternoon, when the streets are so deserted that is seems surreal, and even a big city is strangely quiet and peaceful. It is a short post, as I feel like sleeping my siesta…  

Wednesday, 15 August 2012

Uliczny bal przebierańców/ Street costume party


W tym roku 16 ulic i 2 place zostały udekorowane podczas tej najważniejszej imprezy letniej w Barcelonie. Początek obchodów Festa Mayor de Gracia przypadł akurat na dzień wolny, więc rano spacerkiem poszłam w towarzystwie mojego aparatu podziwiać przebraną dzielnicę Gracia.  To już moja trzecia przebierana fiesta, na pierwszą trafiłam przypadkiem podczas mojej pierwszej wizyty w Barcelonie (nie muszę chyba wyjaśniać, że była ona jednym z czynników, dzięki  którym marzyłam o zamieszkaniu w Barcelonie i chyba wtedy zaczęła się moja mała obsesja na punkcie uczestniczenia we najdziwniejszych nawet tradycjach Hiszpańskich), zeszłoroczne dekoracje możecie zobaczyć tutaj, a teraz zapraszam was na uliczny bal przebierańców (więcej zdjęć na stronie fcb).

 

Moim faworytem w konkursie na najlepszą dekorację jest Dziki Zachód na Carrer Verdi. Indianie, saloon, listy gończe, rewolwery, kondory.




Calle Berga w zeszłym roku postawiła na kurnik, w tym jest to ul., jest żółto i słodko. Kolorowo, za sprawą kostek Rubika, jest na calle Torteda, a zimno się robi na Joan Blanques, gdzie przenosimy się na biegun północny. Są pingwiny, płatki śniegu, igloo i Eskimosi.

 

Jak widać na zdjęciach, tłumy przyszły podziwiać dekorację, frajdę mają nie tylko najmłodsi. Ja sama na widok niektórych pomysłów otwierałam szeroko oczy.

Fiestas de Gracia noca przybierają inny wymiar. Są koncerty, zabawa na ulicy, z kubkiem sangrii czy cerveza w ręku. W dzień jest spokojnie, choć tłumnie. Są stoliki, gdzie przygotowane są zajęcia dla dzieci, albo gdzie dziadkowie mogą pograć sobie w warcaby. Fiestas de Gracia łączy pokolenia. Także poprzez zawiązania do starych gier czy starych magnetofonów.

 

Prawie każda dekoracja ma jakiś element „interaktywny”, przy którym można sobie zrobić zdjęcie i stać się tym samym elementem przebieranki.


 

Chyba nie muszę was zachęcać, byście kiedyś tak zaplanowali wyprawę do Barcelony, by wypadała ona w tym samym czasie co Fiesta Major de Gracia?


This year, 16 streets and two squares are decorated during this most important summer event in Barcelona.  The celebrations of Festa Mayor de Gracia started today, and as it happens to be day off,  I decided to take quite a walk with my camera to admire this year’s decorations. This was my third street dress-up party, I happened to be in the right place at the right time during my first trip to Barcelona (lucky my, I think it is when my obsession with traditional Spanish fiestas begun and it was one of the things thanks to which I really fell in love with Barcelona ), last year I couldn’t miss it for either, so you can check the post. This year I also decided to remember what it is like to be kid and be surprised all the time (more photos on my fcb page). 

 

Definitely the Wild West is my favourite decoration. On Carrer Verdi you can meet the Indians, enter the saloon, have condors flying above your head. Wanted lists, revolvers and all sort of small details really transport you back in time. 

 

Last year you could admire a gen house on Calle Berga, this year you enter a beehive. The street us yellow and sweet. Calle Torteda is colorful thanks to countless Rubik's cubes. You can feel bit cold on Joan Blanques, as you find yourself on the North Pole. There are penguins, snowflakes, igloos and Eskimos.

 

As you can see in the pictures, the decorated streets are really crowded, the whole families come to admire the fantasy and creativity. I felt like a kid with my eyes wide opened and a big smile on my face as I saw some fantastic ideas. 



At night Fiesta de Gracia transforms. There are concerts, street parties with a cup of sangria or cerveza (version low cost). During the day there are not that many activities, most of the people just came to admire and compare the decorated streets. Fiestas de Gracia connects generations. Grandparents can play checkers, kids can dance on an empty stage. And thanks to some decorations parents can remind old good times when they played Mario or Packman and has a cassette player. 



Many decorations have an “interactive" element  thanks to which you can become for a moment part of the street’s dress-up. 


I think you are already convinced to book a plane ticket and plan a trip to Barcelona at the same time as the Fiesta Major de Gracia of 2013.

Monday, 30 April 2012

Trochę Andaluzji w Barcelonie/ A little bit of Andalucia in Barcelona

Flamenco, suknie w groszki, okrzyki olé, pescaito frito... Innymi słowy Feria de Abril, a raczej jej uboższa wersja , bo znana fiest andaluzyjska w Katalonii wypada dość żałośnie. Taki jarmark dla ubogich, ewentualnie dla turystów. Może nie tak ubogich, bo za dość marne jedzenie (które jednak wizualnie wyglądało bardzo zachęcająco), skasowali nas jak w restauracji z wyższej półki. Ale po kolei...


Po ciężkim tygodniu, poprzedzonym przedłużonym intensywnym weekendem w Madrycie (tak, między innymi tym można wytłumaczyć mój brak aktywności na blogu, nielicznym stałym czytelnikom obiecuję poprawę) plany na weekend mieliśmy raczej mało atrakcyjne- odpoczywanie, sprzątanie, zakupy spożywcze. Nie byłabym jednak sobą, gdybym odpoczywała całe 2 dni. W piątek moja team leaderka, której rodzina pochodzi z Andaluzji, zadała mi niewinne pytanie, czy wybieram się na Feria de Abril do Parku Forum. I tym sposobem w grafiku weekendowym znalazło się miejsce na zobaczenie tego święta andaluzyjskich emigrantów w Barcelonie.


Patri wzgardziła naszym zaproszeniem, ale mój włoski kolega Domenico z dawnych czasów erasmusa w Lleidzie, który od kilku miesięcy mieszka w Barcelonie, zgodził się uczestniczyć w tym dość dziwnym niedzielnym planie.
Już od wejścia czuje się taką jarmarkową atmosferę, wrażenie potęgują liczne budki z watą cukrową i churros, fantami do gier loteryjnych, balonami.


Akcentem andaluzyjskim są stroje: kiczowate sukienki w groszki, wachlarze, grzebienie do podtrzymywania koków, do tego glośna muzyka i pokazy tańców. Feria pełna jest dużych namiotów (zwanych casetas), które mogą być własnością prywatną, bądź należeć do różnych firm, organizacji, a nawet partii politycznych. To właśnie w casetach odbywają się pokazy flamenco oraz tu można zjeść tapasy z południa Hiszpanii. Na marginesie ostrzegam, skonsultujcie najpierw ceny w menu, bo potem możecie być niemiło zaskoczeni. My byliśmy w szoku, bo za 6 piw estrella w puszce, 2 pintxos morunos (czyli takie szaszłyki) na chlebie posmarowanym papką pomidorową z puszki, solomillo, 3 malutkie kiełbaski chorizo, pescaito frito i boquerones (czyli sardele chyba), zapłaciliśmy prawie 100€ Za darmo była za to dość nieuprzejma kelnerka. Zdegustowani po posiłku, nie byliśmy dłużej w nastroju do uczestniczenia w ferii. Nuno nie chciał nawet pobawić się w strzelanie i wygrać dla mnie jakiegoś fanta.


Po piwku w chiringuito na plaży, dołączyła do nas Patri. Pogoda w Polsce już letnia, tutaj dla odmiany chłodny wiatr zmusił nas do powrotu do domu, gdzie Nuno pobawił się w barmana i udało nam się troszkę zredukować nasze alkoholowe zapasy.


Feria trwa do 6 maja, w Parc del Forum, więc jeśli kogoś nie zniechęciła moja relacja, ma jeszcze czas wybrać się na podróbkę andaluzyjskiej ferii.


Flamenco, a polka-dot dresses, olé, pescaito frito ... In other words: Feria de Abril, or rather its poorer version, as this famous Andalusian fiesta falls rather miserably on Catalan soil. The fiesta seems designated more for the tourists and Andalusian imigrants. And be warned, the prices are sky high. All those yummy specialties that look great and you feel your mouth watering just by looking, result not to be so tasty and yes, so way too expensive. But let’s start go back in time a little bit..


After a hard week at work, preceded by a prolonged and very intensive weekend in Madrid (yes, my lack of new posts can be partially explained by my short trip to the capital, and yes, I promise to me few followers that I will make up for it with posts) our plans for the weekend were really unattractive- resting, cleaning, grocery shopping. But I wouldn’t be myself if I just did nothing the whole 2 days. On Friday my team leader, who is originally from Andalusia, asked me an innocent question: if I was planning to go to the Feria de Abril in the Park Forum. And with that question I found a gap in my schedule. Patri turned down our invitation, but an Italian friend of mine, Domenico, who I spent my Erasmus in Lleida with and who has moved to Barcelona, agreed to meet us at the Feria (honestly, what lack of company makes with people to agree to such a strange Sunday plan?)


The festive atmosphere, loud music, numerous food stands, smell of cotton candy and churros, lottery games, balloons- it is what you get. Well, you can add some andalusian accents, which are kitsch polka-dot dresses, fans, combs for holding buns, flamenco. Feria is full of large tents (called casetas), that are either private or owned by some company, organization or even political party. It is where flemenco shows are held and where you can taste some typical tapas from the south of Spain. A word of warning: don’t repeat our mistake and consult prices before ordering, otherwise you can be unpleasantly surprised. We were in shock to end up witha bill for a nearly 100 € for ordeing 6 cans of estrella, 2 morunos pintxos (that is skewers) on a slice of bread smeared with a tomato pulp from a can, solomillo, 3 tiny chorizo sausages, pescaito frito and boquerones (anchovy). What we got for free was a rude waitress. Dissapointed after the meal, we really weren’t in the mood to enjoy the fair. Nuno even didn’t feel like shooting and getting me a prize in a lottery.


After a beer in a chiringuito on the beach, Patri joined us. For same strange reason, the weather in Poland is much better than here, so we decided to go back home, as the cold wind and low temperatures didn’t invite to stay in a terrace. At home, with Nuno as a bartender, we were able to reduce our alcohol stock.


Feria lasts till 6th of May, so if you don’t feel discourage with my post, you still have the chance to go to the Parc del Forum, and participate in this fake Andalusian feria.

Showing posts with label tradycje/tradition. Show all posts
Showing posts with label tradycje/tradition. Show all posts

Monday, 27 August 2012

Fiesta i sjesta/ Fiesta&siesta


Czasami ciężko uciec od stereotypowego myślenia o jakimś kraju. W kontekście Hiszpanii nie mogę nie wspomnieć fiesty i sjesty. Dla mnie fiesta to nie tyle typowa impreza (a takie jest jedno ze znaczeń tego słowa), co uwielbiane przeze mnie imprezy tematyczne, organizowane w regionach, miastach, miasteczkach. Staram się wyszukać te najciekawsze, najdziwniejsze z punkt widzenia osoby przyjezdnej, w niektórych było mi dane uczestniczyć, o innych mogłam przeczytać. (odsyłam do etykiety tradycje, jeśli przeoczyliście). Myślę, że Nuno kiedyś wykorzysta przeciwko mnie, że ciągnęłam go ze sobą na wszystkie te, które były wystarczająco blisko Barcelony, żeby w nich uczestniczyć.

Po tygodniowej nieprzerwanej imprezie dzielnicy Gracia, także Sants przystroiło się (skromniej) i świętowało. Nie miałam już jednak siły na życie nocne i poszłam tylko obejrzeć dekoracje, na swoje wytłumaczenie mając tylko falę upałów, która daje mi się we znaki i skutecznie wysysa ze mnie pokłady energii. Większość dekoracji nie wywarła na mnie dużego wrażenia, w porównaniu z tymi z Gracia, wypadają blado, ale to co zawsze będę podziwiać to zaangażowanie sąsiadów w organizację. Fajnie, że komuś się chce. Wymyślić pomysł, przygotować a potem jeszcze uczestniczyć.

 

Sants jest dla mnie dzielnicą nieznaną. Wygląda jak małe miasteczko, czuć tu klimat barrio. Jeśli jesteś turystą spędzającym kilka dni w Barcelonie, szanse, że przypadkiem znajdziesz się w Sants są niewielkie. Ale tracisz też niewiele.


A wracając do sjesty z tematu, to coraz bardziej zaczynam rozumieć potrzebę popołudniowego odpoczynku, kiedy ulice emanują dziwnym spokojem i miasta zamierają. Post krótki, bo nadeszła pora na sjestę :)


Sometimes it is hard to escape from stereotypes. When I think of Spain, I can’t avoid not to mention fiesta and siesta. When I picture a fiesta, I don’t think of a typical party in a disco (well, maybe when  somebody mentions Ibiza). I imagine instead some local celebrations, be it for a Saint’s day, Carnaval or basically any other occasions. They are organized even in the smallest towns all over Spain. I recognize that I am bit of fiesta freak, always trying to find some weird and odd traditional celebrations and check my calendar for availability (I think Nuno secretly hates me for dragging him with me to yet another fiesta I heard about). I was lucky enough to participate in quite a few (if you missed the posts or are new to the blog, check “traditions” label)


After a week of continuous party in the Gracia district, Sants also put on (more modest) decorations and show how Spaniards love to have fun. I was too tired to go there during the night, so I missed all the concert and drinking on the streets, and I have only one excuse, that the heat wave sucked all the energy out of me. As I missed the Sants Fiesta Mayor last year, I forced myself to see some decorations, but to be honest, they fall pale in comparison to the ones in Gracia.  What I do admire us how neighbors get involved: come up with original idea, prepare the decorations and then have energy to party for days and nights.


 

Sants is a totally unknown district for me, it looks like a small town and it is a typical barrio. But if you are in Barcelona only as a tourist, chances of getting here are slim. But don’t worry, I don’t think you miss much.


Getting back to siesta from the post’s title. I finally begin to understand the need to have some rest in the afternoon, when the streets are so deserted that is seems surreal, and even a big city is strangely quiet and peaceful. It is a short post, as I feel like sleeping my siesta…  

Wednesday, 15 August 2012

Uliczny bal przebierańców/ Street costume party


W tym roku 16 ulic i 2 place zostały udekorowane podczas tej najważniejszej imprezy letniej w Barcelonie. Początek obchodów Festa Mayor de Gracia przypadł akurat na dzień wolny, więc rano spacerkiem poszłam w towarzystwie mojego aparatu podziwiać przebraną dzielnicę Gracia.  To już moja trzecia przebierana fiesta, na pierwszą trafiłam przypadkiem podczas mojej pierwszej wizyty w Barcelonie (nie muszę chyba wyjaśniać, że była ona jednym z czynników, dzięki  którym marzyłam o zamieszkaniu w Barcelonie i chyba wtedy zaczęła się moja mała obsesja na punkcie uczestniczenia we najdziwniejszych nawet tradycjach Hiszpańskich), zeszłoroczne dekoracje możecie zobaczyć tutaj, a teraz zapraszam was na uliczny bal przebierańców (więcej zdjęć na stronie fcb).

 

Moim faworytem w konkursie na najlepszą dekorację jest Dziki Zachód na Carrer Verdi. Indianie, saloon, listy gończe, rewolwery, kondory.




Calle Berga w zeszłym roku postawiła na kurnik, w tym jest to ul., jest żółto i słodko. Kolorowo, za sprawą kostek Rubika, jest na calle Torteda, a zimno się robi na Joan Blanques, gdzie przenosimy się na biegun północny. Są pingwiny, płatki śniegu, igloo i Eskimosi.

 

Jak widać na zdjęciach, tłumy przyszły podziwiać dekorację, frajdę mają nie tylko najmłodsi. Ja sama na widok niektórych pomysłów otwierałam szeroko oczy.

Fiestas de Gracia noca przybierają inny wymiar. Są koncerty, zabawa na ulicy, z kubkiem sangrii czy cerveza w ręku. W dzień jest spokojnie, choć tłumnie. Są stoliki, gdzie przygotowane są zajęcia dla dzieci, albo gdzie dziadkowie mogą pograć sobie w warcaby. Fiestas de Gracia łączy pokolenia. Także poprzez zawiązania do starych gier czy starych magnetofonów.

 

Prawie każda dekoracja ma jakiś element „interaktywny”, przy którym można sobie zrobić zdjęcie i stać się tym samym elementem przebieranki.


 

Chyba nie muszę was zachęcać, byście kiedyś tak zaplanowali wyprawę do Barcelony, by wypadała ona w tym samym czasie co Fiesta Major de Gracia?


This year, 16 streets and two squares are decorated during this most important summer event in Barcelona.  The celebrations of Festa Mayor de Gracia started today, and as it happens to be day off,  I decided to take quite a walk with my camera to admire this year’s decorations. This was my third street dress-up party, I happened to be in the right place at the right time during my first trip to Barcelona (lucky my, I think it is when my obsession with traditional Spanish fiestas begun and it was one of the things thanks to which I really fell in love with Barcelona ), last year I couldn’t miss it for either, so you can check the post. This year I also decided to remember what it is like to be kid and be surprised all the time (more photos on my fcb page). 

 

Definitely the Wild West is my favourite decoration. On Carrer Verdi you can meet the Indians, enter the saloon, have condors flying above your head. Wanted lists, revolvers and all sort of small details really transport you back in time. 

 

Last year you could admire a gen house on Calle Berga, this year you enter a beehive. The street us yellow and sweet. Calle Torteda is colorful thanks to countless Rubik's cubes. You can feel bit cold on Joan Blanques, as you find yourself on the North Pole. There are penguins, snowflakes, igloos and Eskimos.

 

As you can see in the pictures, the decorated streets are really crowded, the whole families come to admire the fantasy and creativity. I felt like a kid with my eyes wide opened and a big smile on my face as I saw some fantastic ideas. 



At night Fiesta de Gracia transforms. There are concerts, street parties with a cup of sangria or cerveza (version low cost). During the day there are not that many activities, most of the people just came to admire and compare the decorated streets. Fiestas de Gracia connects generations. Grandparents can play checkers, kids can dance on an empty stage. And thanks to some decorations parents can remind old good times when they played Mario or Packman and has a cassette player. 



Many decorations have an “interactive" element  thanks to which you can become for a moment part of the street’s dress-up. 


I think you are already convinced to book a plane ticket and plan a trip to Barcelona at the same time as the Fiesta Major de Gracia of 2013.

Monday, 30 April 2012

Trochę Andaluzji w Barcelonie/ A little bit of Andalucia in Barcelona

Flamenco, suknie w groszki, okrzyki olé, pescaito frito... Innymi słowy Feria de Abril, a raczej jej uboższa wersja , bo znana fiest andaluzyjska w Katalonii wypada dość żałośnie. Taki jarmark dla ubogich, ewentualnie dla turystów. Może nie tak ubogich, bo za dość marne jedzenie (które jednak wizualnie wyglądało bardzo zachęcająco), skasowali nas jak w restauracji z wyższej półki. Ale po kolei...


Po ciężkim tygodniu, poprzedzonym przedłużonym intensywnym weekendem w Madrycie (tak, między innymi tym można wytłumaczyć mój brak aktywności na blogu, nielicznym stałym czytelnikom obiecuję poprawę) plany na weekend mieliśmy raczej mało atrakcyjne- odpoczywanie, sprzątanie, zakupy spożywcze. Nie byłabym jednak sobą, gdybym odpoczywała całe 2 dni. W piątek moja team leaderka, której rodzina pochodzi z Andaluzji, zadała mi niewinne pytanie, czy wybieram się na Feria de Abril do Parku Forum. I tym sposobem w grafiku weekendowym znalazło się miejsce na zobaczenie tego święta andaluzyjskich emigrantów w Barcelonie.


Patri wzgardziła naszym zaproszeniem, ale mój włoski kolega Domenico z dawnych czasów erasmusa w Lleidzie, który od kilku miesięcy mieszka w Barcelonie, zgodził się uczestniczyć w tym dość dziwnym niedzielnym planie.
Już od wejścia czuje się taką jarmarkową atmosferę, wrażenie potęgują liczne budki z watą cukrową i churros, fantami do gier loteryjnych, balonami.


Akcentem andaluzyjskim są stroje: kiczowate sukienki w groszki, wachlarze, grzebienie do podtrzymywania koków, do tego glośna muzyka i pokazy tańców. Feria pełna jest dużych namiotów (zwanych casetas), które mogą być własnością prywatną, bądź należeć do różnych firm, organizacji, a nawet partii politycznych. To właśnie w casetach odbywają się pokazy flamenco oraz tu można zjeść tapasy z południa Hiszpanii. Na marginesie ostrzegam, skonsultujcie najpierw ceny w menu, bo potem możecie być niemiło zaskoczeni. My byliśmy w szoku, bo za 6 piw estrella w puszce, 2 pintxos morunos (czyli takie szaszłyki) na chlebie posmarowanym papką pomidorową z puszki, solomillo, 3 malutkie kiełbaski chorizo, pescaito frito i boquerones (czyli sardele chyba), zapłaciliśmy prawie 100€ Za darmo była za to dość nieuprzejma kelnerka. Zdegustowani po posiłku, nie byliśmy dłużej w nastroju do uczestniczenia w ferii. Nuno nie chciał nawet pobawić się w strzelanie i wygrać dla mnie jakiegoś fanta.


Po piwku w chiringuito na plaży, dołączyła do nas Patri. Pogoda w Polsce już letnia, tutaj dla odmiany chłodny wiatr zmusił nas do powrotu do domu, gdzie Nuno pobawił się w barmana i udało nam się troszkę zredukować nasze alkoholowe zapasy.


Feria trwa do 6 maja, w Parc del Forum, więc jeśli kogoś nie zniechęciła moja relacja, ma jeszcze czas wybrać się na podróbkę andaluzyjskiej ferii.


Flamenco, a polka-dot dresses, olé, pescaito frito ... In other words: Feria de Abril, or rather its poorer version, as this famous Andalusian fiesta falls rather miserably on Catalan soil. The fiesta seems designated more for the tourists and Andalusian imigrants. And be warned, the prices are sky high. All those yummy specialties that look great and you feel your mouth watering just by looking, result not to be so tasty and yes, so way too expensive. But let’s start go back in time a little bit..


After a hard week at work, preceded by a prolonged and very intensive weekend in Madrid (yes, my lack of new posts can be partially explained by my short trip to the capital, and yes, I promise to me few followers that I will make up for it with posts) our plans for the weekend were really unattractive- resting, cleaning, grocery shopping. But I wouldn’t be myself if I just did nothing the whole 2 days. On Friday my team leader, who is originally from Andalusia, asked me an innocent question: if I was planning to go to the Feria de Abril in the Park Forum. And with that question I found a gap in my schedule. Patri turned down our invitation, but an Italian friend of mine, Domenico, who I spent my Erasmus in Lleida with and who has moved to Barcelona, agreed to meet us at the Feria (honestly, what lack of company makes with people to agree to such a strange Sunday plan?)


The festive atmosphere, loud music, numerous food stands, smell of cotton candy and churros, lottery games, balloons- it is what you get. Well, you can add some andalusian accents, which are kitsch polka-dot dresses, fans, combs for holding buns, flamenco. Feria is full of large tents (called casetas), that are either private or owned by some company, organization or even political party. It is where flemenco shows are held and where you can taste some typical tapas from the south of Spain. A word of warning: don’t repeat our mistake and consult prices before ordering, otherwise you can be unpleasantly surprised. We were in shock to end up witha bill for a nearly 100 € for ordeing 6 cans of estrella, 2 morunos pintxos (that is skewers) on a slice of bread smeared with a tomato pulp from a can, solomillo, 3 tiny chorizo sausages, pescaito frito and boquerones (anchovy). What we got for free was a rude waitress. Dissapointed after the meal, we really weren’t in the mood to enjoy the fair. Nuno even didn’t feel like shooting and getting me a prize in a lottery.


After a beer in a chiringuito on the beach, Patri joined us. For same strange reason, the weather in Poland is much better than here, so we decided to go back home, as the cold wind and low temperatures didn’t invite to stay in a terrace. At home, with Nuno as a bartender, we were able to reduce our alcohol stock.


Feria lasts till 6th of May, so if you don’t feel discourage with my post, you still have the chance to go to the Parc del Forum, and participate in this fake Andalusian feria.