Showing posts with label ogólnie/general. Show all posts
Showing posts with label ogólnie/general. Show all posts

Friday, 4 January 2013

Szczęśliwa 13?/ Lucky 13?


Trochę się spóźniłam z podsumowaniem roku 2012… Tak się zastanawiałam przez chwilę, czy powinnam sobie podsumowanie odpuścić, tak jak postanowiłam w tym roku nie robić żadnych postanowień noworocznych. Mimo że uwielbiam planować i zastanawiać się nad tym, co przyszłość mi przyniesie, nauczona doświadczeniem wolę być zaskakiwana przez los, bo z moich planów, przynajmniej w 2012 niewiele wyszło.  Czytając inne blogi podróżnicze poczułam ukłucie zazdrości i się zmobilizowałam, po napisaniu posta stwierdziłam, że jest to wpis chyba bardziej dla mnie niż dla Was, powspominałam sobie miniony rok, odwiedzone miejsca i spotkane osoby. Jeśli przegapiliście jakieś posty, to w tym znajdziecie dużo linków :)


Rzut okiem na archiwum blogowe i przypominam sobie, jak spędziłam poszczególne miesiące (przyznaję się, że niektóre posty powstały z dużym opóźnieniem, więc daty poszczególnych wyjazdów muszę zweryfikować). 2012 przyniósł kilka niespodzianek, największą z ich była oczywiście przeprowadzka do Irlandii. Po 3 zmianie nie tylko miasta i kraju zamieszkania jestem chyba ekspertką w pakowaniu, zostawianiu rzeczy niepotrzebnych i zaczynania życia od nowa. 2012 minął bardzo szybko, pomiędzy krótkimi europejskimi wypadami (tym razem nie udała się powtórka z zeszłego roku czyli długi, 3 tygodniowy wypad w jakieś egzotyczne miejsca), odkrywaniem sekretów Barcelony, pakowaniem, odwiedzinami w Polsce i szukaniem pracy, zanim się obejrzałam a lecieliśmy do domu na Święta. Zakończyłam ten rok rodzinnie i w gronie znajomych.

Styczeń upłynął nam pod znakiem przyjemności gastronomicznych. Mieliśmy okazję spróbować tapas w słynnym el Tickets Ferrana Adria, jest do kulinarne przeżycie trudne do opisania. Chętnie bym powtórzyła przygodę w takim stylu, bo uwielbiam odkrywać nowe smaki. Pod koniec stycznia wybraliśmy się też na calçotada, bo gdzie fiesta, a szczególnie związana z jedzeniem, tam staram się zaciągnąć Nuno.


W marcu wybraliśmy się na kolejną hiszpańską fiestę (jakbyście jeszcze nie zauważyli to taka moja mała obsesja), tym razem do Walencji na Fallas. Kraje Południa wiedzą, jak się dobrze bawić! Był głośno, ogniście i kolorowo. Marzec to był także miesiąc spotkań bloggerskich- z  bloggerami z Barcelony wybrałam się w poszukiwanie Hermesa, a na Majorkę odkrywałam z Ajką z Całe życie w podróży i Ewą z Daleko niedaleko. 

W kwietniu odkryliśmy uroki małych katalońskich miasteczek, w Wielkanoc wybraliśmy się do Tarragony, gdzie byliśmy świadkami mrocznej procesji i do delty Ebru, gdzie wypożyczyliśmy stare rowery. W kwietniu wybrałam się odkrywać na nowo Madryt, który na nowo zachwycił mnie kulinarnie, ale zabytkowo już nie za bardzo. Na szczęście towarzystwo nie zawiodło, do niedawna w Madrycie mieszkała moja przyjaciółka ze studiów Weronika, a do tego w stolicy Hiszpanii mieszka Maria, która z 7 lat temu była na Erasmusie w Warszawie.

Maj to  mój ulubiony miesiąc. I to nie dlatego, że w maju są moje urodziny. Maj to wiosna, eksplozja kolorów, feeria kwiatów, pogoda idealna do jazdy na rowerze i spacerów nad brzegiem morza (jeśli tylko mamy to szczęście, że nad morzem mieszkamy- nam się udało w 2012 i w 2013, choć nie liczę, że pogodowo będzie podobnie). W maju wybraliśmy się do Amsterdamu, który miałam ochotę odwiedzić od kilku lat, ale nigdy nie było mi po drodze. I zakochałam się na tyle, że Nuno na poważnie szukał tam pracy, gdy już wiedział, że musi szukać czegoś nowego. Mam nadzieję, że kiedyś jeszcze do Amsterdamu wrócimy, ale na razie jest jeszcze tyle miast, które czekają na odkrycie, że musimy rewizytę odłożyć.

Czerwiec to gorączka Euro, odczuwalna także w Barcelonie oraz festiwale muzyczne. A lipiec to wakacje. Najpierw kilkudniowy wypad do Paryża, gdzie nie tylko zwiedzaliśmy miasto, ale przede wszystkim byliśmy na ślubie Basi i Thomasa, którzy są winni tego, że w październiku po kilku latach odwiedziłam Warszawę. Potem zabraliśmy moich rodziców na wakacje do Portugalii, by poznali ten piękny kraj, do którego mogę wracać i wracać, zawsze odkrywając nieznane zakątki i smaki. Mamie tak się spodobało, że nie miała by nic przeciwko temu, abyśmy tam zamieszkali. My też nie, tylko ten kryzys.


W sierpniu Nuno wyjechał do Irlandii, a do mnie w odwiedziny przyjechała mama z moją siostrą. Babski wypad do Granady i zwiedzanie tego miasta w nieznośnych upałach będę wspominać bardzo miło. Szczególnie zimą. Zapach mięty przywołuje miłe wspomnienia.
Wrzesień minął błyskawicznie, krótka wizyta taty, pod pretekstem pójścia na mecz FC Barcelony, pakowanie, pożegnania i wyprowadzka z Barcelony. W październiku spędziłam trochę czasu w domu, szukałam pracy i odkrywałam uroki Galway.

Listopad poświęciliśmy na odkrywanie uroków Irlandii i zawieranie nowych znajomości. Grudzień to czas oczekiwania na święta w gronie rodziny i spotkania ze znajomymi, jedzenie polskich przysmaków i naładowanie akumulatorów na nadchodzący rok.

Po 2012 pozostały tylko wspomnienia. Żałuję, że nie pojeździłam więcej po Hiszpanii. Gdybym tylko wiedziała, że się będę z Barcelony wyprowadzać. Zatem 2013 poświęcę na odkrycie każdego wartego zobaczenia zakątka Zielonej Wyspy.  



I’m running  a bit late with posting a summary of 2012. I wasn’t quite sure if I even should write it or just let the memories of 2012 stay in the blog’s archive. But then on every travel blog I read the stories of how many great places they visited in the last year and I got jealous. I usually don’t make any New Year's resolutions, even though I’m a big planner, but as 2012 confirmed, life has a way to mess with my plans. I believe this post is more for my pleasure of reviving the past travels, places I visited and people I met than for you, but as there are a lot of links to old post, in case you missed them.

When writing a travel blog, it’s really easy to remember where I went and when. I just have to check the archive and then correct some dates as some posts are written with quite a delay (it’s just me being super lazy or super busy). 2012 brought few surprises, the biggest was of course moving to Ireland, a country I had never considered as my expat destination. But here I am, after changing countries/cities 4 times in the past 3 years. Can I already be called an expert in packing, throwing away unnecessary things, leaving friends behind and starting a new life? 2012 passes quickly, between short European trips (last year we didn’t manage to go for a longer vacation to some exotic country), discovering the secrets of Barcelona, packing, getting some rest in Poland,  looking for a job, 12 months passed and I was on the plane flying home for Christmas.

January was all about culinary pleasures. We went to el Tickets, famous tapas bar by renowned Ferran Adria. It’s a great gastronomic experience, difficult to describe how much fun we had trying some unexpected tapas. I'd love to repeat one day something similar, for foodie there is nothing better. Well, maybe when eating is combined with travelling. We ended January in Valls, small Catalan village, in the middle of nowhere, where we went for a  calçotada to try special onions. Where is a fiesta, and in particular one food related, it is where I’m trying to drag Nuno. 

In March we went for yet another Spanish fiesta (yes, you are right, I’m a little obsessed with local celebrations), this time o another Spanish fiesta, this time to Valencia for Fallas. Southern countries definitely know how to have fun! It was loud, bright and colorful. March was also a month full of meetings with fellow bloggers. First I searched for Hermes statues with bloggers from Barcelona and then I discovered Mallorca with Polish bloggers Ajka and Ewa.

In April, we decided to discover charming and small Catalan towns during Easter: we went to Tarragona, where we witnessed a solemn procession. Then we went to delta of Ebro, where we rented old bikes to discover a beautiful scenery. Some days later I went to Madrid to rediscover the city after few years and it impressed me again, well, the tapas culture and nightlife as touristically Spanish capital is not my favorite. Fortunately, the company I spent those few days couldn’t be better, as  y friend from the University, Weronika, lived there until recently and I got to spend some quality time with Maria, who was on Erasmus in Warsaw seven years ago and with whom I went on Interrail tour, we got robbed on our train so I will never forget this trip (for that any many other, more positive, things). 

May is my favorite month and it has nothing to do with the fact my Bday is in May. I love it because it is synonym of spring, colors, flowers, riding a bike or going for walk on the seaside (if you are lucky enough to live by the sea, as we were in 2012 and will be in 2013, although I don’t expect the weather to be that good this year due to our location). I always go for a short trip to celebrate my Bday, last year we went  to Amsterdam, a city I had on my to-visit-list for quite some time. fell in love with this city so much that Nuno was looking for a job there once we knew he wouldn’t get his contract renewed in Barcelona. I hope that one day I got the chance for a revisit, but there are so many cities I want to discover first, that it has to wait.  


June was all about Euro fever and music festivals. July equals holidays. First we went for few days to Paris, but not only for sightseeing, but to assist quite a posh wedding of our dear friends. Later we took my parents on a road trip so that they could discover how beautiful and tasty Portugal is. I can return to this country again and again, and there is always something new that surprises me. My mom liked it so much that she said she wouldn’t mind if it was our next destination. If it wasn’t for the crisis, we would seriously consider it. 

August was a month when Nuno left Barcelona and went to Ireland, I couldn’t go with him and I really would like to go for a road trip through France, take a ferry and spent the first days in Galway with him. Instead I spent some time with my mum and sister who decided that they had seen enough of Barcelona and needed a trip. We went to Granada and I have now nice memories from this beautiful city. Especially in winter when I remember how hot it was in Andalucia in the summer. 

September passed quickly, between my dad’s short visit (it was a last chance to go for a FC Barcelona match), packing, saying goodbye to all my friends  and moving, 30 days passed in the blink of an eye.In October, I spent 2 weeks at home, went to rediscover Warsaw, got to like my new temporary city and looked for a job.  

November was when we discovered some Irish gems and met new friends. December was all about waiting for Xmas and being with my friends and family, Polish delicacies and getting the energy for the upcoming year.

I have now only memories left from 2012. I wish I had traveled more in Spain. If only I knew I would be leaving… So 2013 will be all about discovering every corner in Ireland. Stay tuned. 

Monday, 26 November 2012

Czemu wyjechałam z Polski/ Why I left my country


Niedawno zaczęłam nową pracę, niedawno się przeprowadziłam do nowego miasta, do nowego kraju, a wydaje się także, że tak niedawno wyjechałam z Polski. Te 3 lata minęły tak szybko; zanim się obejrzałam wyjechałam z Bukaresztu, pierwszego przystanku na mojej prywatnej mapie emigracyjnej. Potem przyszła pora na Barcelonę, ale i ta przygoda skończyła się szybciej, niż myślałam. 26 września wylądowałam na lotnisku w Dublinie, wsiadłam w autobus do Galway i zaczęłam moje życie na Zielonej Wyspie, miejsca popularnego wśród polskiej emigracji, ale którego wcześniej nie brałam nigdy pod uwagę. Życie jednak jest tak nieprzewidywalne, że nawet nie chcę zgadywać, co nas czeka w niedalekiej przyszłości. 

Nowa praca to nowe znajomości i small talk, czyli rozmowy o niczym, albo standardowe pytania : kiedy i dlaczego przyjechałam do Irlandii. Nie wiem, ile razy opowiadałam naszą historię. Zawsze starałam się, jak najmniej poruszać na blogu sprawy prywatne, pisząc ogólnie o podróżach czy różnych aspektach mieszkania w Barcelonie. Znajomi wiedzą, kiedy i gdzie się z Nuno poznaliśmy i dlaczego wyjechałam z Polski, nie czułam zatem większej potrzeby, żeby tę historię opowiedzieć albo żeby wyjaśnić powody mojej emigracji. Ostatnio jednak dostałam od czytelniczki pytanie właśnie o te powody, niejednokrotnie też pojawiły się komentarze, że miałam ogromne szczęście mieszkać w Barcelonie i czy mogłabym poradzić, jak tam znaleźć pracę. Dzisiejszy post będzie więc pośrednio odpowiedzią na te właśnie pytania.

Będąc na studiach marzyła mi się emigracja w jakimś fajnym kraju. Nie umiałam jednak określić, jaki kraj byłby tym fajnym ani czy wyjazd za graniczę trwałby kilka lat czy był  na całe życie. Na ostatnim roku studiów poznałam Nuno, ale przez głowę mi nie przeszło, że coś, co zapowiadało się na związek trwający, tyle, co jego Erasmus w Warszawie, przetrwa przeprowadzki do 3 krajów. Moje emigracje nie były nigdy spowodowane poszukiwaniem lepszej pracy, atrakcyjnych zarobków, czy po prostu lepszego życia. Ja walizki spakowałam, by sprawdzić, czy spotkany w Polsce Portugalczyk jest tym, z którym chcę być.


Z każdego kraju wyjeżdżałam bez pracy, nie zawsze z optymistycznym nastawieniem, raczej z lękami, czy moja decyzja była słuszna. Pierwszy wyjazd był najtrudniejszy, postawiłam bowiem wszystko na jedną kartę, jaką był nasz związek. Tylko z perspektywy czasu będziemy wiedzieć , czy nasz wybór był słuszny. Ja nie żałuję, ale rozumiem też tych, którzy na takie ryzyko nie są gotowi. 

Życie emigrantów nie zawsze jest łatwe. Ja przyznaję, że miałam szczęście i moje poszukiwania pracy nie trwały dłużej niż 3 tygodnie. Ale nie tylko bezrobocie jest problemem, z którym trzeba się zmierzyć poza granicami kraju. Dochodzi czasami brak znajomości języka, co utrudnia codzienne życie. Najgorsze jest jednak rozstanie z rodziną i przyjaciółmi, którzy zostali w kraju. 

Życie na emigracji to nie jest jedna niekończąca się przygoda. Spędzenie w jakimś kraju wakacji, a przeprowadzka na stałe, to coś zupełnie innego. Dlatego warto się zastanowić, czy nie jest to chwilowy kaprys. Uważam jednak, że w przyszłości żałujemy tego, czego nie zrobiliśmy i jeśli komuś marzy się mieszkanie w Barcelonie, Irlandii, czy jakimkolwiek innym miejscu na świecie, to powinien podążyć za tym marzeniem. Jeśli zderzenie z rzeczywistością okaże się zbyt brutalne, zawsze można wrócić. I nie musi to oznaczać porażki. Przed wyjazdem do jakiegokolwiek kraju warto się przygotować: poszukać stron z ogłoszeniami o pracę i zobaczyć, czy ofert tych jest sporo (z mojego doświadczenia wynika, że wysyłając CV będąc jeszcze nie w kraju, do którego się chcemy przeprowadzić, odzew jest raczej nijaki, ale Nuno miał to szczęście, że dwukrotnie zatrudnili go tylko na podstawie rozmów telefonicznych, więc nie ma reguł), zobaczyć, jakich formalności trzeba dopełnić przed i po przeprowadzce, poczytać fora czy blogi innych emigrantów. Nie ma jednak złotej reguły, która sprawdzi się we wszystkich przypadkach, dużo zależy od szczęścia. 


Jeśli macie jakieś konkretne pytania dotyczące życia w Bukareszcie, Barcelonie czy Irlandii, zostawcie komentarz, wiadomość na facebooku lub napiszcie maila na visenna7@gmail.com, a obiecuję, że na wszystko odpiszę.  Aha, możecie też poczytać trochę o mnie tu i tutaj.


I recently started a new job , I recently moved to a new city, a new country, but somehow I still have an impression that I left Poland not a long time ago. Three years have passed so quickly, it feels like I left Bucharest last week. A first stop on my personal immigration map was bit unexpected, as never before had I traveled east to Poland. Then we moved to Barcelona, but our Catalan adventure was over faster than we expected it would last. On 26th of September I landed at the airport in Dublin, hopped on a bus to Galway and started my life on the Green Island, a place destination among Polish immigrants, but  where I hadn’t had intentions to live. But as you can see, life is full of surprises and here I am and don’t even ask me what my plans are, as I’d rather not plan anything. 

The  first few weeks at new work means meaning new people and having a lot of small talks. You can bet that almost every day you would be asked the same questions: how long have you been in Ireland? And why have you chosen this country? I lost count how many times I’ve had to tell the same story to different people, first in Romania, then in Spain and now in Ireland. I’ve tried to keep my blog as impersonal as I could, writing about our trips, general impressions on things and various aspects of living in Barcelona. My friends and family know why and when I decided to leave my job in Poland and follow Nuno to Bucharest. On the other hand, I find it interesting to read on other expats’ blogs what reasons they had to move abroad and I also got some questions from my readers about my motives. Today I will try to shed some light on that issue. 


When I was at the university, I secretly dreamt about moving abroad to a nice country. I just didn’t know what country would be nice, so I didn’t really plan anything seriously. I wasn’t even sure for how long I would like to live abroad. Then during my last year at the Uni, I met Nuno. And something I believed would last as long as his Erasmus exchange, survived changing countries 4 times! So now, you probably have guessed what (or better said:: who) was my motive to leave my job, friends and family behind. I’ve never emigrated to get a better job, earn more money, to look for a better life. I’ve packed all my belongings into 2 suitcases for 4 times so far just to be with this Portuguese guy I met in Warsaw. And I’ve never regretted this decision.  

I moved to 3 different countries in the last 3 years and I always left job-less. It’s never an easy decision, especially if you don’t have savings. I was afraid that I wouldn’t find a job, wouldn’t make any friends… The first relocation was the hardest one, as I bet everything on one card, that is, our relationship. Now I know that I made a right choice, but I understand that not everybody is ready to take such risk.

The life of immigrants is far from being easy, at least at the beginning. You leave with no work, no friends, and all you can know about your future is a big question mark. I was lucky to find a job within the first 3-4 weeks and always found people that I liked. But still, living in a country that nobody speaks your language, with your family hundreds or thousands kilometers away, is a challenge. 


Life of an expat is not one  endless adventure as it may seem. Well, it is an adventure as well, but  it isn’t like going on holidays to one country, moving there permanently is a different story. But I still believe that it is worth to leave your comfort zone (read: your country) and try leaving abroad for some time. You only regret thinks that you haven’t tried, and you can always go back home if something doesn’t go quite the way you wanted. Still, remember to check few things before packing your luggage: find some websites with job offers and see if there are some that you could apply (from my personal experience, when applying from abroad and without having the local mobile number, the chances if the company contacting you are quite slim, but for Nuno it worked great- he got his 2 last jobs thanks to phone interviews only, so there are no rules), make sure that you know what paperwork you have to deal with before and after moving abroad, read forums and expat blogs for tips.  But as with everything in life, there is no golden rule, a lot depends on pure luck. So good luck!

If you have any questions about life in Bucharest, Barcelona and Ireland, please leave a comment below the post, sent a message via facebook or just write my email (visenna7@gmail.com), and I promise to answer. And by the way, you can read two interviews with me, here and here. 


Friday, 7 October 2011

Przeprowadzka, noga w gipsie, formalności/ Moving out, casted leg, formalities

Ostatnie tygodnie były szalone. Brak czasu wolnego, potem nadmiar czasu wolnego, ale brak internetu i Nuno z nogą w gipsie. Ale zacznijmy opowieść od początku…

Na początek mieliśmy wizytę Sirio i Natashy, którzy przyjechali motorem z Włoch. Niestety chyba tak się ostatnio zdarza, że goście z którymi byśmy chcieli spędzic więcej czasu, przyjeżdżaj akurat, jak czasu wolnego mamy jak na lekarstwo.Tym razem nie tylko musieliśmy pracować, ale wieczorami oglądaliśmy też mieszkania do wynajęcia. O szukaniu mieszkania, a raczej horrorze z tym związanym, napiszę w końcu jakiegoś posta, bo może komuś, kto planuje przeprowadzkę do Barcelony przyda się taka informacja praktyczna. Do tego podczas ich pobytu mieliśmy małą awarię w łazience. Istne déjà vu, bo w ostatnim tygodniu mojego mieszkania w Bukareszcie poszła rura i zalałam sąsiadów, co nie było idealnym zakończeniem mojego pobytu w Rumunii…
Potem przyjechała moja erasmusowa i warszawska współlokatorka Kasia, która wybierała się z chłopakiem do Andaluzji i zatrzymali się u nas na kilka dni. Akurat jak musieliśmy pakować pudła i logistycznie przygotować przeprowadzkę.


Na szczęście przysługiwał nam dzień wolny na przeprowadzkę, który nie jest urlopem, a który wykorzystaliśmy nie tyle na przewóz rzeczy, ile na załatwienie wszystkich formalności w urzędach. Wyprawa do ayuntamiento, czyli urzędu miasta, była punktem najłatwiejszym, potrzeba tylko kontraktu i dowodu/paszportu i NIE (numer identyfikacji obcokrajowców), aby wyrobić sobie nowe zameldowanie (czyli padrón). Potem wybraliśmy się do oddziałuurzędu miejskiego wydającego karty Zona Verde, czyli zielone miejsca parkingowe dla rezydentów danej dzielnicy.

Tu pojawił się problem, bowiem auto zarejestrowane było w Rubi, nie przysługuje wtedy miejsce parkingowe w Barcelonie, musieliśmy przerejestrować auto, czego nie da sie zrobić telefonicznie, w DGT (Dirección General de Tráfico), czyli Głównym oddziale ruchu drogowego, w Campana, gdzie panował taki chaos,że szkoda mówić. A, jak byliśmy na Plaza Carles Pi i Sunyer (gdzie nie udało nam sie zdobyę karty na Zona Verde, która zamówiliśmy przez internet po przerejestrowaniu samochodu) skorzystaliśmy z okazji, żeby wyrobić sobie kartę na bicing (o tym w innym poście). Uff. Nie znoszę formalności, ale przynajmniej (nie jak w przypadku Rumunii) nie miałam problemu z porozumieniem się z urzędnikami. Niestety nie umiem powiedzieć, czy ktoś władający jedynie angielskim załatwiłby wszystko bezproblemowo.

Jak jesteśmy przy temacie parkowania, to może wspomnę, że istnieją tu różne oznaczenia miejsc parkingowych: zielone (dla zameldowanych mieszkańców danej dzielnicy, trzeba mieć wymagane oznaczenie samochodu oraz uiścić opłatę, 1 €/tydzień, na zielonych od 20 do 8 mogą parkować wszyscy, ale najczęściej nie ma już miejsc wolnych), niebieskie- płatne w wyznaczonych godzinach, trzeba opłatę uiścić w parkometrze, jak się można domyślić godzina wychodzi drogo. Miejsca niebieskie objęte są limitem postoju (po prostu nie można jednorazowo zapłacić za więcej), ale są wolne od opłat najczęściej przed 8 i po 20 oraz w święta i w sierpniu, kiedy miasto pustoszeje. Innym kolorem, najbardziej pożądanym jest biały, który oznacza miejsca darmowe dla wszystkich, ale w centrum Barcelony takich prawie nie uświadczysz. Dodatkowo oczywiście rozrzucone są po mieście parking płatne.

Koniec dygresji, powrót do przeprowadzki. Część rzeczy zwieźliśmy już wcześniej, część w środę, na szczęście oba mieszkania są w pełni umeblowane, więc odpadł nam jakiś problem. Myśleliśmy, że po przeprowadzce mamy już z górki. Niestety, byliśmy optymistami. W piątek Nuno wrócił z pracy z nogą w gipsie, kulami i tygodniowym zwolnieniem, co za tym idzie zakupy, gotowanie i sprzątanie mieszkania w Rubí spadły na mnie. Optymistami byliśmy też w sprawie instalacji Internetu, co wbrew pozorom nie jest kwestią godzin czy 2-3 dni. Do dziś zresztą nie mamy swojego, bo technik przychodzi w piątek (po 2 tygodniach od podpisania umowy). Wspomnę tylko, że obojętnie z jakiej sieci się korzysta, obowiązkowo trzeba płacić ok 17€ Telefonice, która ma monopol na linie.


Przestaję jednak narzekać, bo jednak mieszkanie w centrum ma nieporównanie więcej zalet i po załatwieniu wszystkich formalności, instalacji Internetu i zdjęciu gipsu, możemy w końcu korzystać w pełni z wszystkiego, co oferuje Barcelona.


The past few weeks have been a bit crazy and chaotic. At the beginning we had almost no free time, later on we had too much of free time, but no internet connection at our new place and Nuno was stuck at home whit his leg in cast. But let´s start from the beginning….
At the beginning out friends Sirio and Natasha visited us, coming all the way from Italy on a motorbike. Unfortunately, it seems that lately all the friends who we haven´t seen for ages and with whom we would like to spend endless hours, are coming over exactly when we have so many things to do. This time we not only had to work, but also spent afternoons flat hunting. (I should write a separate post about flat hunting, somebody planning to move to Barcelona might use some tips and practical information on how to find a flat/room to rent here.) In addition during their stay we had a small water outage. It was a déjà vu of my last week in Bucharest when an old pipe in my flat broke flooding the neighbors, which was less than perfect end of my stay in Romania…

Then my erasmus and Warsaw roommate Kasia visited with her boyfriend on their way to Andalucía. They stayed few days with us, but those few days where exactly when we had to pack, sign a contract and plan the whole moving out from Rubí to Barcelona.


Fortunately, we had the right to take a day off for moving house, and it is not counted as holiday, we mostly spent it dealing with all the formalities we had as we had already transported many things. First we went to Ayuntamiento, that is city hall, to get a new padrón (register the place you live) . Basically you need to bring NIE (foreign identification number), rental contract and you passport. As it took less than half an hour, we decided to apply for the card for Zona Verde that is parking spaces for residents for the district where we live.

In this office, we had to deal with the first inconvenience. Since our car was registered in Rubi, we had to change it so that we could be entitled to park in the residents only zone. You can do it only in one place, personally, so we had to go to DGT (Dirección General de trafico), Traffic Department, located in Campana. The place is so chaotic and bureaucratic that it took us more than hour to get what we needed. Fortunately later on we could ask for Zona Verde on-line, so need to go back to Plaza Carles Pi Sunye to get it. Going there was not a total waste as we applied for our bicing cards (more about bicing in a separate post). We went to three different offices in one morning, which for my taste is three too many, as I hate dealing with all formalities and document you need. Fortunately, as we speak fluently Spanish, we had no problems communicating (I still remember how stressful it was for me in Romania, even going to post office was not an easy thing).

Since I mentioned the residents´ green zone, I may as well mention all the other that you have in Barcelona. So there is the green parking space, for registered residents of a determined zone, where you can park your car if you have a Zona Verde card, and pay a 1€/week fee. All other cars can be parked in green zone after 20 and before 8, but generally it is difficult to find a free spot. The we have a blue zone, it is paid one, and the time is limited- you simply can´t pay for more time that is allowed, as you can imagine price per hour is quite high, but then after 20 and on holidays you can park for free (and in August most of blue zones are free as well as the city empties). The white parking zones are the most desirables, as white means free, and free for all, but unfortunately in the strict city center You almost don’t find them. Of course there are many private car parks.

Getting back to the story… Since both flats are fully furnished, we only had to pack and transport our clothes, books, and all the things we accumulated during last year. We thought that after moving in to our new flat, we can rest for some time. Unfortunately, we were not that lucky. On Friday Nuno came back from work with his leg in a cast, crutches and a weekly sick leave so I was the one who did all the shopping, cooking and spend 4 hours cleaning the flat in Rubí. We were also too optimistic about the time they need in Spain to install the internet. We still (after more than 2 weeks) don´t have it, as a technician comes on Friday. And it is a standard waiting time. Not to mention a surprising and obligatory fee for Telefonica for maintenance of the line, no matter with which company you sign a contract, you still have to add about 17€ for Telefonica.


I should stop complaining, as finally my dream of living in the center of Barcelona came true and after dealing with all the formalities, having the internet installed and Nuno´s leg freed from cast, we can start to enjoy all the benefits of our new location.

Monday, 31 January 2011

Nostalgia/ Nostalgy

Dzisiaj sobie uświadomiłam, że dokładnie rok temu i 1 dzień wylądowałam na lotnisku w Bukareszcie… Nowe wyzwania, nowe przygody, nowe znajomości. Jak zaczęłam się już bardziej asymilować, rozpoczęłam kolejna przygodę: powróciłam po kilku latach na ziemie katalońskie.
Tyle zmian zaszło w ciągu roku…. Czy 2011 też będzie pełen niespodzianek? Styczeń był spokojny, za kilka dni minie mi 3 miesiąc pracy w AP i wygląda na to, że w tej strefie nie zanosi się na żadne zmiany niestety w najbliższym czasie.
Luty zacznie się kolejnymi odwiedzinami z Portugalii, więc dwa pierwsze weekendy będą zajęte, ale takie są konsekwencje mieszkania w fajnym mieście, w Bukareszcie nie było tego problemu.

Z nowości to dziś Nuno załatwił całą papierkową robotę związaną z kupnem auta i od dziś jest właścicielem małego czarnego samochodu (nie będziemy robić produkt placementu). Tak więc wiosną zamierzamy eksplorować okolice i planować weekendowe eskapady.




Today I realized that exactly one year and one day ago I landed at the airport in Bucharest ... New challenges, new adventures, new friends. As I began to adapt and adjust, I had to leave, well I chose to leave and begin my new adventure. I quit my job, I followed Nuno and returned after several years to Catalunya. So many things happened in just 12 months. I am curious if 2011 will be also so full of surprises? January was quite a quiet month, in few days I will celebrate 3 months of working in AP, and it seems that there won’t be any changes in that field any time soon,unfortunatey. February starts with some visits from Portugal, so busy weekends are ahead, but those are the consequences of living in interesting city (in Bucharest I had only 2 visits over 9 months).

And we finished a month with buying a car- after some complicated paperwork Nuno is owner of a small black car (I won’t do a product placement.) So now I am looking forward for spring to begin, so that we can star planning some weekend escapade.

Friday, 28 January 2011

Fala zimna/ A cold wave

Płaszcz zimowy, szalik, rękawiczki. Zestaw obowiązkowy, bez którego nie wychodzę z domu. Dwa tygodnie temu pogoda iście wiosenna, 18 stopni, słońce, kurteczka wiosenna wystarczała. Teraz jednak zima wróciła, w niektórych regionach obowiązywał nawet alarm pogodowy. Synoptycy podczas prognozy pogody ostrzegają przed zimnem, pokazują zdjęcia z rożnych regionów, śnieg, zamarznięte jeziora. (zdjęcia można między innymi zobaczyć na stronie dziennika El País). Czy nie wiedząc, gdzie zostały zrobione zdjęcia, rozpoznalibyście na nich Hiszpanię?

Jak dzisiaj szłam do pracy termometr po drodze wskazywał -2, jak dojechałam do pracy już było 0 stopni, w ciągu dnia jest kilka na plusie. Ale to w Barcelonie. W niektórych miastach interioru temperatura spada do 10 stopni poniżej zera. W porównaniu z polskimi zimami takie wyniki nie robią wrażenia, ale dla osób, które myśl, że Hiszpania to ciepły kraj, takie temperatury mogą rozczarować. Mnie po rocznym pobycie w Lleidzie już nie zaskakuje zimno, gdzie często temperatury zimą spadały poniżej zera, gdzie zmuszona byłam kupić płaszcz zimowy, bo mój jesienny, który miał być wystarczając na zimy hiszpańskie w moim przekonaniu, jednak nie był wystarczająco ciepły.

W gazetach i prognozach pojawia sie określenie frío polar, zimno polarne, ale dla mnie to w porównaniu ze srogimi polskimi zimami wyrażenie wywołuje ironiczny uśmiech. Alarm pogodowy w Burgos, León, Palencia, Kantabrii i Asturii, to znaczy temperatury średnie -4 a -9ºC, w Pirenejach do -10. Pomarańczowy alarm (wysokie zagrożenie) ogłoszono między innymi w katalońskich prowincjach Girona i Lleida, gdzie temperatura może spaść do -12. (pamiętam zimne ranki i wieczory w Lleidzie, gdzie moi meksykańscy koledzy zmrożeni przemykali przez ulice).

Z utęsknieniem czekamy na powrót wiosny.



Winter coat, scarf, gloves- you must not forget anything if you don’t want to freeze. Two weeks ago we had a great weather, with temperatures up to 18 degrees, you felt spring in the air (and you could just take a light jacket for a walk on Barceloneta beach). Now, the winter is back, in some regions cold weather alert was declared. Weather forecasters are warning people against the cold, they show pictures from different zones, comment on snow, frozen lakes, law temperatures. You can check pictures on the website of daily newspaper El País.
If you didn’t know where they were taken, would you be able to recognize Spain on them?

Last Tuesday when I was going to work, the thermometer on the pharmacy in Rubi was showing -2 degrees, when I reached my office it was already 0 degrees, and during the day it still warmed up a bit. But this is Barcelona I am talking about, as there are some cities in the interior of the country where temperatures dropped 10-15 degrees below zero. Well, in comparison with Polish winters, such results don’t impress, but for those who think that Spain is a warm country, these temperatures may be disappointing. I am not surprised, After spending one year in Lleida, where diring winter temperatures are really law, where I had to buy a winter coat, cause mine that I had taken with me (and which I had expected to be warm enough for Spanish winters) was too thin.

In newspapers and weather forecast you can hear about frío polar, that is polar cold, which raise an ironic smile. Weather alert in Burgos, León, Palencia, Cantabria and Asturias, it means that the average temperature is between -4 and -9 degrees, reaching -10 in the Pyrenees. Orange alert was announced in some provinces, also in Catalunya: in Girona and Lleida, where temperatures are predicted to reach 12 degrees below zero.

I really want spring to begin, so that we can start exploring the region.

Tuesday, 9 November 2010

Papież w Sagrada Familia/ Pope in Sagrada Familia

W niedzielę Benedykt XVI poświęcił najsłynniejszy kościół w Barcelonie, Sagrada Familia (Kościół Świętej Rodziny).
Budowa kościoła rozpoczęła się w 1882 roku i trwa nieprzerwanie do dnia dzisiejszego (koniec planowany jest na rok 2026, w rocznicę śmierci Gaudiego, który pracował nad budową aż do swojej tragicznej śmierci, poświęcił jej łącznie prawie 40 lat swojego życia). Po jego śmierci kilku architektów było odpowiedzialnych za dokończenie dzieła. Jako że w czasie wojny domowej projekty i szkice Gaudiego zaginęły, nie wiadomo było jak do końca ma wyglądać ta bazylika. Powstało wiele kontrowersji, rozważano zaprzestanie budowy. Sagrada Familia to wizytówka Barcelony, trudno wyobrazić sobie stolicę Katalonii bez tego jednego z najbardziej znanych kościołów.


Wracając do wizyty papieża… Niektórzy starali się na niej zarobić, wynajmując balkony wiernym, dla których zabrakło miejsca w świątyni lub na placu przed Sagradą, inni wynajmują mieszkania, pokoje dla turystów. Do tego pamiątkarze liczyli na dobry utarg, z tego co pisały hiszpańskie gazety, ani jedni ani drudzy nie zarobili.

Jak się można spodziewać wizyta papieża podzieliła społeczeństwo.

Około 62 tys. ludzi uczestniczyło we mszy świętej, podczas której Benedykt XVI konsekrował Bazylikę. Już sobotniego wieczoru zbierali się na trasie przejazdu papa mobile, żeby zagwarantować sobie dobre miejsce.

Z drugiej strony, kilka protestów środowisk antykościelnych także było widocznych. Wywieszali w oknach flagi z napisami „Jo no t'espero”- ja na ciebie nie czekam. Środowiska gejowskie zorganizowały flashmob, który miał nawet swoją stronę na Facebooku- pary homoseksualne całowały się na trasie przejazdu papieża, wyrażając w ten sposób protest przeciwko jego polityce. W sobotę po południu trafiliśmy też na manifestację przeciwko wizycie papieża, na której więcej policji było niż protestujących. Ale późnym wieczorem na Plaza Sant Jaume było podobno około 3000 protestujących.



On Sunday, Pope Benedict XVI consecrated the most famous church in Barcelona, the Sagrada Familia (Church of the Holy Family)
Construction of the church began in 1882 and it is planned it should finish in 2026 (the centennial of Gaudí's tragic death). Gaudi sacrificed many years working on the biggest project of his live, and after his death, few architects were responsible for completing his work. As during the Civil War Gaudi’s plans and sketches were lost or destroyed, the final version of the Basilica was modified and reinvented by his successors. There have been quite a few controversies linked to whether this one of most famous churches should be finished. Today it is hard to picture Barcelona without one of its symbols.


Back to the Pope’s visit... Some people tried to make some money on his visit, one were renting their balconies , other rooms or whole flats. Souvenir sellers expected to earn some serious money, but unfortunately due to the crisis, there weren’t many people interested in any of those things.

As you might expect the Pope's visit split the Catalan society.
About 62 thousand people attended the mass, during which Benedykt XVI consecrated the Basilica. People were already gathering on Saturday evening to have best position to see the Pope, they must have spend night there, and autumn nights in Barcelona are quite chilly. There were many people flying from other cities and countries for this event.

On the other hand, there were some protests organized by anti-church societies. Some people put flags with a slogan “Jo no t'espero= I’am not waiting for you”. The gay and lesbian community organized a flashmob, that even had its own Facebook page and quite many followers.


Several protests and anti-church circles were visible. Flago hung in the windows saying "no t'espero Jo" - I'm not waiting for you. Environment organized a flashmob Gay, who had even my own page on Facebook-sex couples kissing the pope's route, thereby expressing a protest against Catholic Church policies . On Saturday we witnessed also a demonstration against the Pope,but there were more police officers than protesters at this time. Later that day, on Plaza Sant Jaume, there was a much bigger manifestation, that gathered around 3000 people that expressed their discontent.


(zdjęcia z papieżem pochodzą ze stron/ Photos of the Pope are from the following website
http://www.papabarcelona2010.cat, http://www.elespectador.com
a zdjęcie z flasmobu z/
And a photo from the flashmobe from: http://www.larioja.com, http://www.sentidog.com)

Wednesday, 13 October 2010

Día de la Hispanidad

12 października to święto narodowe w Hiszpanii, upamiętniające dzień, w którym Krzysztof Kolumb przybył do Ameryki. Jako że przypada we wtorek, dla wielu Hiszpanów był to puente (most), czyli po naszemu długi weekend. Niestety, Nuno szedł do pracy w poniedziałek, ale i tak cieszył nas wspólnie spędzony dzień, który spędziliśmy w Barcelonie. Spacer zatłoczoną Ramblą, włóczenie się uliczkami Barri Gòtic, czyli Dzielnicy Gotyckiej, to doskonały sposób na spędzenie kilku godzin.



12th of October is a national holiday in Spain, commemorating the day when Christopher Columbus arrived in America. As this year it falls on Tuesday, it means that many Spanish people enjoy puente (bridge), meaning extended weekend. Unfortunately Nuno had to work on Monday, so no puente for us, but we still enjoyed our free day that we spent in Barcelona. We walked on crowded Ramblas, getting lost in the labyrinth of the streets of Barri Gòtic, just a perfect way to spend few hours.



Monday, 11 October 2010

Katalońskiej przygody część kolejna/ Catalan adventure, next part

10 października dokładnie w południe wylądowałam na lotnisku w Gironie, które po rocznym pobycie na Erasmusie w Lleidzie znam jak własną kieszeń (chociaż podczas mojej „nieobecności” rozbudowało się troszkę). Hiszpańska pogoda tego dnia nie dopisała, padało i było zimno. Czyli zdanie ”The rain in Spain stays maliny on the plane” okazało się nieprawdziwe, przynajmniej w tej części Hiszpanii. (Na marginesie: to zdanie było hitem naszego babskiego wypadu do Kraju Basków 3 lata temu, gdzie lało chyba codziennie. W maju, co podobno tam jest standardem.)
Dokładnie po 248 dniach, które spędziłam w Bukareszcie, kilku dniach w domu, gdzie zregenerowałam siły, wróciłam do Katalonii. Wszystko potoczyło się niespodziewanie, ale przecież kiedyś o cichu marzyłam, żeby mieszkać właśnie w Barcelonie. I dziwnym zbiegiem okoliczności, po krótkim epizodzie w Rumunii, to właśnie to miasto jest kolejnym przystankiem na mojej drodze. Mojej i Nuno.
Skoro przy temacie Nuno jesteśmy, to myślałam, że jak już odbiorę bagaże, będzie na mnie czekał. Niekoniecznie z transparentem czy bukietem kwiatów, aż taka wymagająca (czy raczej naiwna) to nie jestem. Niestety, mój portugalski chłopak nie sprawdził wcześniej godzin odjazdów autobusów na lotnisko, więc przyszło mi czekać na lotnisku godzinę. (Mam nadzieję, że wynagrodzi mi to przez udzielanie się aktywne na tym blogu, to może będzie wersja w 3 językach)

Ale potem jazda autobusem, znaną trasą, widok z okna na Sagrada Familia, przejście na stację metra przy Arc de Triomf, przez moment nie czułam się zagubiona, jak to miało miejsce w Bukareszcie, które do końca pozostało miastem, które mnie nie przekonało. Tak więc teraz na planie rzeczy absolutnie koniecznych, jest znalezienie pracy. Ale pozostaję optymistką w tym temacie, wierząc, że skoro przeżyłam to, co przeżyłam w Rumunii, to tutaj, szczególnie po Iberystyce i ze znajomością języków i wsparciem Nuno, po kilku tygodniach moje życie będzie trochę mniej chaotyczne.
Ten blog zawierać będzie moje przemyślenia, obserwacje i ogólnie subiektywne opinie na temat Hiszpanii, będzie także zawierać informacje na temat, co się z nami dzieje, bo blog ten to także mój sposób, aby utrzymać kontakt z rodziną i znajomymi, gdziekolwiek się oni znajdują w tym momencie. Komentarze i maile są mile widziane.



October 10, exactly at noon I landed at Girona airport, the airport that I knew almost like my own pocket after spending one year in Lleida on my Erasmus (although during my "absence" it has expanded a little).Spain welcomed me with clouds and rain, so the phrase “The rain in Spain stays mainly on the plane” turned out to be far from reality, at least in this part of Spain. (This phrase was the hey phrase during our girls' trip to the Pais Vasco three years ago, during which it rained every day. In May, which apparently was something absolutely normal.)
After exactly 248 days that I spent in Bucharest, after spending few days with my family, I’ve come back to Catalonia. It all happened so fast and was totally unexpected, but then I remembered that back in the past, I was secretly dreaming about maybe living in Barcelona one day And oddly enough, after a short adventure in Romania, it is exactly this city that happens to be the next stop in my life. Mine and Nuno’s.

Since I’ve mentioned Nuno, back me arriving to Girona. I thougt that the moment I had my luggage, I would see him waiting for me. Not necessarily with a banner with my name o it or with flowers, I am not that demanding (or naive). Well, I was wrong, as my Portuguese boyfriend hadn’t checked the timetable for the shuttle bus and arrived one hour later than I had landed. I was disappointed. (I hope he makes up for that by being active on this blog so maybe at some point there are 3 language versions).
But then taking a bus, driving a known way to Barcelona, seeing Sagrada Familia from the bus window, going to take a subway next to Arc de Triomf, and not feeling lost, not even for a minute, made me feel happy. Bucharest remained the city in which I never totally felt fine. Now that I am in the city that I like, the first thing on the to-do-list is to find a job. But I try to remain optimist about that, believing that after all the problems I had to overcome in Romania, being a graduate from Hispanic studies, speaking languages and counting with Nuno’s support, after few weeks my life would be little less chaotic.

This blog is where I write down my subjective opinions and observation about Spain, it contains up-to-date information about us, so that I can keep in touch with family and friends, wherever they are. Comments and emails are more than welcome.
Showing posts with label ogólnie/general. Show all posts
Showing posts with label ogólnie/general. Show all posts

Friday, 4 January 2013

Szczęśliwa 13?/ Lucky 13?


Trochę się spóźniłam z podsumowaniem roku 2012… Tak się zastanawiałam przez chwilę, czy powinnam sobie podsumowanie odpuścić, tak jak postanowiłam w tym roku nie robić żadnych postanowień noworocznych. Mimo że uwielbiam planować i zastanawiać się nad tym, co przyszłość mi przyniesie, nauczona doświadczeniem wolę być zaskakiwana przez los, bo z moich planów, przynajmniej w 2012 niewiele wyszło.  Czytając inne blogi podróżnicze poczułam ukłucie zazdrości i się zmobilizowałam, po napisaniu posta stwierdziłam, że jest to wpis chyba bardziej dla mnie niż dla Was, powspominałam sobie miniony rok, odwiedzone miejsca i spotkane osoby. Jeśli przegapiliście jakieś posty, to w tym znajdziecie dużo linków :)


Rzut okiem na archiwum blogowe i przypominam sobie, jak spędziłam poszczególne miesiące (przyznaję się, że niektóre posty powstały z dużym opóźnieniem, więc daty poszczególnych wyjazdów muszę zweryfikować). 2012 przyniósł kilka niespodzianek, największą z ich była oczywiście przeprowadzka do Irlandii. Po 3 zmianie nie tylko miasta i kraju zamieszkania jestem chyba ekspertką w pakowaniu, zostawianiu rzeczy niepotrzebnych i zaczynania życia od nowa. 2012 minął bardzo szybko, pomiędzy krótkimi europejskimi wypadami (tym razem nie udała się powtórka z zeszłego roku czyli długi, 3 tygodniowy wypad w jakieś egzotyczne miejsca), odkrywaniem sekretów Barcelony, pakowaniem, odwiedzinami w Polsce i szukaniem pracy, zanim się obejrzałam a lecieliśmy do domu na Święta. Zakończyłam ten rok rodzinnie i w gronie znajomych.

Styczeń upłynął nam pod znakiem przyjemności gastronomicznych. Mieliśmy okazję spróbować tapas w słynnym el Tickets Ferrana Adria, jest do kulinarne przeżycie trudne do opisania. Chętnie bym powtórzyła przygodę w takim stylu, bo uwielbiam odkrywać nowe smaki. Pod koniec stycznia wybraliśmy się też na calçotada, bo gdzie fiesta, a szczególnie związana z jedzeniem, tam staram się zaciągnąć Nuno.


W marcu wybraliśmy się na kolejną hiszpańską fiestę (jakbyście jeszcze nie zauważyli to taka moja mała obsesja), tym razem do Walencji na Fallas. Kraje Południa wiedzą, jak się dobrze bawić! Był głośno, ogniście i kolorowo. Marzec to był także miesiąc spotkań bloggerskich- z  bloggerami z Barcelony wybrałam się w poszukiwanie Hermesa, a na Majorkę odkrywałam z Ajką z Całe życie w podróży i Ewą z Daleko niedaleko. 

W kwietniu odkryliśmy uroki małych katalońskich miasteczek, w Wielkanoc wybraliśmy się do Tarragony, gdzie byliśmy świadkami mrocznej procesji i do delty Ebru, gdzie wypożyczyliśmy stare rowery. W kwietniu wybrałam się odkrywać na nowo Madryt, który na nowo zachwycił mnie kulinarnie, ale zabytkowo już nie za bardzo. Na szczęście towarzystwo nie zawiodło, do niedawna w Madrycie mieszkała moja przyjaciółka ze studiów Weronika, a do tego w stolicy Hiszpanii mieszka Maria, która z 7 lat temu była na Erasmusie w Warszawie.

Maj to  mój ulubiony miesiąc. I to nie dlatego, że w maju są moje urodziny. Maj to wiosna, eksplozja kolorów, feeria kwiatów, pogoda idealna do jazdy na rowerze i spacerów nad brzegiem morza (jeśli tylko mamy to szczęście, że nad morzem mieszkamy- nam się udało w 2012 i w 2013, choć nie liczę, że pogodowo będzie podobnie). W maju wybraliśmy się do Amsterdamu, który miałam ochotę odwiedzić od kilku lat, ale nigdy nie było mi po drodze. I zakochałam się na tyle, że Nuno na poważnie szukał tam pracy, gdy już wiedział, że musi szukać czegoś nowego. Mam nadzieję, że kiedyś jeszcze do Amsterdamu wrócimy, ale na razie jest jeszcze tyle miast, które czekają na odkrycie, że musimy rewizytę odłożyć.

Czerwiec to gorączka Euro, odczuwalna także w Barcelonie oraz festiwale muzyczne. A lipiec to wakacje. Najpierw kilkudniowy wypad do Paryża, gdzie nie tylko zwiedzaliśmy miasto, ale przede wszystkim byliśmy na ślubie Basi i Thomasa, którzy są winni tego, że w październiku po kilku latach odwiedziłam Warszawę. Potem zabraliśmy moich rodziców na wakacje do Portugalii, by poznali ten piękny kraj, do którego mogę wracać i wracać, zawsze odkrywając nieznane zakątki i smaki. Mamie tak się spodobało, że nie miała by nic przeciwko temu, abyśmy tam zamieszkali. My też nie, tylko ten kryzys.


W sierpniu Nuno wyjechał do Irlandii, a do mnie w odwiedziny przyjechała mama z moją siostrą. Babski wypad do Granady i zwiedzanie tego miasta w nieznośnych upałach będę wspominać bardzo miło. Szczególnie zimą. Zapach mięty przywołuje miłe wspomnienia.
Wrzesień minął błyskawicznie, krótka wizyta taty, pod pretekstem pójścia na mecz FC Barcelony, pakowanie, pożegnania i wyprowadzka z Barcelony. W październiku spędziłam trochę czasu w domu, szukałam pracy i odkrywałam uroki Galway.

Listopad poświęciliśmy na odkrywanie uroków Irlandii i zawieranie nowych znajomości. Grudzień to czas oczekiwania na święta w gronie rodziny i spotkania ze znajomymi, jedzenie polskich przysmaków i naładowanie akumulatorów na nadchodzący rok.

Po 2012 pozostały tylko wspomnienia. Żałuję, że nie pojeździłam więcej po Hiszpanii. Gdybym tylko wiedziała, że się będę z Barcelony wyprowadzać. Zatem 2013 poświęcę na odkrycie każdego wartego zobaczenia zakątka Zielonej Wyspy.  



I’m running  a bit late with posting a summary of 2012. I wasn’t quite sure if I even should write it or just let the memories of 2012 stay in the blog’s archive. But then on every travel blog I read the stories of how many great places they visited in the last year and I got jealous. I usually don’t make any New Year's resolutions, even though I’m a big planner, but as 2012 confirmed, life has a way to mess with my plans. I believe this post is more for my pleasure of reviving the past travels, places I visited and people I met than for you, but as there are a lot of links to old post, in case you missed them.

When writing a travel blog, it’s really easy to remember where I went and when. I just have to check the archive and then correct some dates as some posts are written with quite a delay (it’s just me being super lazy or super busy). 2012 brought few surprises, the biggest was of course moving to Ireland, a country I had never considered as my expat destination. But here I am, after changing countries/cities 4 times in the past 3 years. Can I already be called an expert in packing, throwing away unnecessary things, leaving friends behind and starting a new life? 2012 passes quickly, between short European trips (last year we didn’t manage to go for a longer vacation to some exotic country), discovering the secrets of Barcelona, packing, getting some rest in Poland,  looking for a job, 12 months passed and I was on the plane flying home for Christmas.

January was all about culinary pleasures. We went to el Tickets, famous tapas bar by renowned Ferran Adria. It’s a great gastronomic experience, difficult to describe how much fun we had trying some unexpected tapas. I'd love to repeat one day something similar, for foodie there is nothing better. Well, maybe when eating is combined with travelling. We ended January in Valls, small Catalan village, in the middle of nowhere, where we went for a  calçotada to try special onions. Where is a fiesta, and in particular one food related, it is where I’m trying to drag Nuno. 

In March we went for yet another Spanish fiesta (yes, you are right, I’m a little obsessed with local celebrations), this time o another Spanish fiesta, this time to Valencia for Fallas. Southern countries definitely know how to have fun! It was loud, bright and colorful. March was also a month full of meetings with fellow bloggers. First I searched for Hermes statues with bloggers from Barcelona and then I discovered Mallorca with Polish bloggers Ajka and Ewa.

In April, we decided to discover charming and small Catalan towns during Easter: we went to Tarragona, where we witnessed a solemn procession. Then we went to delta of Ebro, where we rented old bikes to discover a beautiful scenery. Some days later I went to Madrid to rediscover the city after few years and it impressed me again, well, the tapas culture and nightlife as touristically Spanish capital is not my favorite. Fortunately, the company I spent those few days couldn’t be better, as  y friend from the University, Weronika, lived there until recently and I got to spend some quality time with Maria, who was on Erasmus in Warsaw seven years ago and with whom I went on Interrail tour, we got robbed on our train so I will never forget this trip (for that any many other, more positive, things). 

May is my favorite month and it has nothing to do with the fact my Bday is in May. I love it because it is synonym of spring, colors, flowers, riding a bike or going for walk on the seaside (if you are lucky enough to live by the sea, as we were in 2012 and will be in 2013, although I don’t expect the weather to be that good this year due to our location). I always go for a short trip to celebrate my Bday, last year we went  to Amsterdam, a city I had on my to-visit-list for quite some time. fell in love with this city so much that Nuno was looking for a job there once we knew he wouldn’t get his contract renewed in Barcelona. I hope that one day I got the chance for a revisit, but there are so many cities I want to discover first, that it has to wait.  


June was all about Euro fever and music festivals. July equals holidays. First we went for few days to Paris, but not only for sightseeing, but to assist quite a posh wedding of our dear friends. Later we took my parents on a road trip so that they could discover how beautiful and tasty Portugal is. I can return to this country again and again, and there is always something new that surprises me. My mom liked it so much that she said she wouldn’t mind if it was our next destination. If it wasn’t for the crisis, we would seriously consider it. 

August was a month when Nuno left Barcelona and went to Ireland, I couldn’t go with him and I really would like to go for a road trip through France, take a ferry and spent the first days in Galway with him. Instead I spent some time with my mum and sister who decided that they had seen enough of Barcelona and needed a trip. We went to Granada and I have now nice memories from this beautiful city. Especially in winter when I remember how hot it was in Andalucia in the summer. 

September passed quickly, between my dad’s short visit (it was a last chance to go for a FC Barcelona match), packing, saying goodbye to all my friends  and moving, 30 days passed in the blink of an eye.In October, I spent 2 weeks at home, went to rediscover Warsaw, got to like my new temporary city and looked for a job.  

November was when we discovered some Irish gems and met new friends. December was all about waiting for Xmas and being with my friends and family, Polish delicacies and getting the energy for the upcoming year.

I have now only memories left from 2012. I wish I had traveled more in Spain. If only I knew I would be leaving… So 2013 will be all about discovering every corner in Ireland. Stay tuned. 

Monday, 26 November 2012

Czemu wyjechałam z Polski/ Why I left my country


Niedawno zaczęłam nową pracę, niedawno się przeprowadziłam do nowego miasta, do nowego kraju, a wydaje się także, że tak niedawno wyjechałam z Polski. Te 3 lata minęły tak szybko; zanim się obejrzałam wyjechałam z Bukaresztu, pierwszego przystanku na mojej prywatnej mapie emigracyjnej. Potem przyszła pora na Barcelonę, ale i ta przygoda skończyła się szybciej, niż myślałam. 26 września wylądowałam na lotnisku w Dublinie, wsiadłam w autobus do Galway i zaczęłam moje życie na Zielonej Wyspie, miejsca popularnego wśród polskiej emigracji, ale którego wcześniej nie brałam nigdy pod uwagę. Życie jednak jest tak nieprzewidywalne, że nawet nie chcę zgadywać, co nas czeka w niedalekiej przyszłości. 

Nowa praca to nowe znajomości i small talk, czyli rozmowy o niczym, albo standardowe pytania : kiedy i dlaczego przyjechałam do Irlandii. Nie wiem, ile razy opowiadałam naszą historię. Zawsze starałam się, jak najmniej poruszać na blogu sprawy prywatne, pisząc ogólnie o podróżach czy różnych aspektach mieszkania w Barcelonie. Znajomi wiedzą, kiedy i gdzie się z Nuno poznaliśmy i dlaczego wyjechałam z Polski, nie czułam zatem większej potrzeby, żeby tę historię opowiedzieć albo żeby wyjaśnić powody mojej emigracji. Ostatnio jednak dostałam od czytelniczki pytanie właśnie o te powody, niejednokrotnie też pojawiły się komentarze, że miałam ogromne szczęście mieszkać w Barcelonie i czy mogłabym poradzić, jak tam znaleźć pracę. Dzisiejszy post będzie więc pośrednio odpowiedzią na te właśnie pytania.

Będąc na studiach marzyła mi się emigracja w jakimś fajnym kraju. Nie umiałam jednak określić, jaki kraj byłby tym fajnym ani czy wyjazd za graniczę trwałby kilka lat czy był  na całe życie. Na ostatnim roku studiów poznałam Nuno, ale przez głowę mi nie przeszło, że coś, co zapowiadało się na związek trwający, tyle, co jego Erasmus w Warszawie, przetrwa przeprowadzki do 3 krajów. Moje emigracje nie były nigdy spowodowane poszukiwaniem lepszej pracy, atrakcyjnych zarobków, czy po prostu lepszego życia. Ja walizki spakowałam, by sprawdzić, czy spotkany w Polsce Portugalczyk jest tym, z którym chcę być.


Z każdego kraju wyjeżdżałam bez pracy, nie zawsze z optymistycznym nastawieniem, raczej z lękami, czy moja decyzja była słuszna. Pierwszy wyjazd był najtrudniejszy, postawiłam bowiem wszystko na jedną kartę, jaką był nasz związek. Tylko z perspektywy czasu będziemy wiedzieć , czy nasz wybór był słuszny. Ja nie żałuję, ale rozumiem też tych, którzy na takie ryzyko nie są gotowi. 

Życie emigrantów nie zawsze jest łatwe. Ja przyznaję, że miałam szczęście i moje poszukiwania pracy nie trwały dłużej niż 3 tygodnie. Ale nie tylko bezrobocie jest problemem, z którym trzeba się zmierzyć poza granicami kraju. Dochodzi czasami brak znajomości języka, co utrudnia codzienne życie. Najgorsze jest jednak rozstanie z rodziną i przyjaciółmi, którzy zostali w kraju. 

Życie na emigracji to nie jest jedna niekończąca się przygoda. Spędzenie w jakimś kraju wakacji, a przeprowadzka na stałe, to coś zupełnie innego. Dlatego warto się zastanowić, czy nie jest to chwilowy kaprys. Uważam jednak, że w przyszłości żałujemy tego, czego nie zrobiliśmy i jeśli komuś marzy się mieszkanie w Barcelonie, Irlandii, czy jakimkolwiek innym miejscu na świecie, to powinien podążyć za tym marzeniem. Jeśli zderzenie z rzeczywistością okaże się zbyt brutalne, zawsze można wrócić. I nie musi to oznaczać porażki. Przed wyjazdem do jakiegokolwiek kraju warto się przygotować: poszukać stron z ogłoszeniami o pracę i zobaczyć, czy ofert tych jest sporo (z mojego doświadczenia wynika, że wysyłając CV będąc jeszcze nie w kraju, do którego się chcemy przeprowadzić, odzew jest raczej nijaki, ale Nuno miał to szczęście, że dwukrotnie zatrudnili go tylko na podstawie rozmów telefonicznych, więc nie ma reguł), zobaczyć, jakich formalności trzeba dopełnić przed i po przeprowadzce, poczytać fora czy blogi innych emigrantów. Nie ma jednak złotej reguły, która sprawdzi się we wszystkich przypadkach, dużo zależy od szczęścia. 


Jeśli macie jakieś konkretne pytania dotyczące życia w Bukareszcie, Barcelonie czy Irlandii, zostawcie komentarz, wiadomość na facebooku lub napiszcie maila na visenna7@gmail.com, a obiecuję, że na wszystko odpiszę.  Aha, możecie też poczytać trochę o mnie tu i tutaj.


I recently started a new job , I recently moved to a new city, a new country, but somehow I still have an impression that I left Poland not a long time ago. Three years have passed so quickly, it feels like I left Bucharest last week. A first stop on my personal immigration map was bit unexpected, as never before had I traveled east to Poland. Then we moved to Barcelona, but our Catalan adventure was over faster than we expected it would last. On 26th of September I landed at the airport in Dublin, hopped on a bus to Galway and started my life on the Green Island, a place destination among Polish immigrants, but  where I hadn’t had intentions to live. But as you can see, life is full of surprises and here I am and don’t even ask me what my plans are, as I’d rather not plan anything. 

The  first few weeks at new work means meaning new people and having a lot of small talks. You can bet that almost every day you would be asked the same questions: how long have you been in Ireland? And why have you chosen this country? I lost count how many times I’ve had to tell the same story to different people, first in Romania, then in Spain and now in Ireland. I’ve tried to keep my blog as impersonal as I could, writing about our trips, general impressions on things and various aspects of living in Barcelona. My friends and family know why and when I decided to leave my job in Poland and follow Nuno to Bucharest. On the other hand, I find it interesting to read on other expats’ blogs what reasons they had to move abroad and I also got some questions from my readers about my motives. Today I will try to shed some light on that issue. 


When I was at the university, I secretly dreamt about moving abroad to a nice country. I just didn’t know what country would be nice, so I didn’t really plan anything seriously. I wasn’t even sure for how long I would like to live abroad. Then during my last year at the Uni, I met Nuno. And something I believed would last as long as his Erasmus exchange, survived changing countries 4 times! So now, you probably have guessed what (or better said:: who) was my motive to leave my job, friends and family behind. I’ve never emigrated to get a better job, earn more money, to look for a better life. I’ve packed all my belongings into 2 suitcases for 4 times so far just to be with this Portuguese guy I met in Warsaw. And I’ve never regretted this decision.  

I moved to 3 different countries in the last 3 years and I always left job-less. It’s never an easy decision, especially if you don’t have savings. I was afraid that I wouldn’t find a job, wouldn’t make any friends… The first relocation was the hardest one, as I bet everything on one card, that is, our relationship. Now I know that I made a right choice, but I understand that not everybody is ready to take such risk.

The life of immigrants is far from being easy, at least at the beginning. You leave with no work, no friends, and all you can know about your future is a big question mark. I was lucky to find a job within the first 3-4 weeks and always found people that I liked. But still, living in a country that nobody speaks your language, with your family hundreds or thousands kilometers away, is a challenge. 


Life of an expat is not one  endless adventure as it may seem. Well, it is an adventure as well, but  it isn’t like going on holidays to one country, moving there permanently is a different story. But I still believe that it is worth to leave your comfort zone (read: your country) and try leaving abroad for some time. You only regret thinks that you haven’t tried, and you can always go back home if something doesn’t go quite the way you wanted. Still, remember to check few things before packing your luggage: find some websites with job offers and see if there are some that you could apply (from my personal experience, when applying from abroad and without having the local mobile number, the chances if the company contacting you are quite slim, but for Nuno it worked great- he got his 2 last jobs thanks to phone interviews only, so there are no rules), make sure that you know what paperwork you have to deal with before and after moving abroad, read forums and expat blogs for tips.  But as with everything in life, there is no golden rule, a lot depends on pure luck. So good luck!

If you have any questions about life in Bucharest, Barcelona and Ireland, please leave a comment below the post, sent a message via facebook or just write my email (visenna7@gmail.com), and I promise to answer. And by the way, you can read two interviews with me, here and here. 


Friday, 7 October 2011

Przeprowadzka, noga w gipsie, formalności/ Moving out, casted leg, formalities

Ostatnie tygodnie były szalone. Brak czasu wolnego, potem nadmiar czasu wolnego, ale brak internetu i Nuno z nogą w gipsie. Ale zacznijmy opowieść od początku…

Na początek mieliśmy wizytę Sirio i Natashy, którzy przyjechali motorem z Włoch. Niestety chyba tak się ostatnio zdarza, że goście z którymi byśmy chcieli spędzic więcej czasu, przyjeżdżaj akurat, jak czasu wolnego mamy jak na lekarstwo.Tym razem nie tylko musieliśmy pracować, ale wieczorami oglądaliśmy też mieszkania do wynajęcia. O szukaniu mieszkania, a raczej horrorze z tym związanym, napiszę w końcu jakiegoś posta, bo może komuś, kto planuje przeprowadzkę do Barcelony przyda się taka informacja praktyczna. Do tego podczas ich pobytu mieliśmy małą awarię w łazience. Istne déjà vu, bo w ostatnim tygodniu mojego mieszkania w Bukareszcie poszła rura i zalałam sąsiadów, co nie było idealnym zakończeniem mojego pobytu w Rumunii…
Potem przyjechała moja erasmusowa i warszawska współlokatorka Kasia, która wybierała się z chłopakiem do Andaluzji i zatrzymali się u nas na kilka dni. Akurat jak musieliśmy pakować pudła i logistycznie przygotować przeprowadzkę.


Na szczęście przysługiwał nam dzień wolny na przeprowadzkę, który nie jest urlopem, a który wykorzystaliśmy nie tyle na przewóz rzeczy, ile na załatwienie wszystkich formalności w urzędach. Wyprawa do ayuntamiento, czyli urzędu miasta, była punktem najłatwiejszym, potrzeba tylko kontraktu i dowodu/paszportu i NIE (numer identyfikacji obcokrajowców), aby wyrobić sobie nowe zameldowanie (czyli padrón). Potem wybraliśmy się do oddziałuurzędu miejskiego wydającego karty Zona Verde, czyli zielone miejsca parkingowe dla rezydentów danej dzielnicy.

Tu pojawił się problem, bowiem auto zarejestrowane było w Rubi, nie przysługuje wtedy miejsce parkingowe w Barcelonie, musieliśmy przerejestrować auto, czego nie da sie zrobić telefonicznie, w DGT (Dirección General de Tráfico), czyli Głównym oddziale ruchu drogowego, w Campana, gdzie panował taki chaos,że szkoda mówić. A, jak byliśmy na Plaza Carles Pi i Sunyer (gdzie nie udało nam sie zdobyę karty na Zona Verde, która zamówiliśmy przez internet po przerejestrowaniu samochodu) skorzystaliśmy z okazji, żeby wyrobić sobie kartę na bicing (o tym w innym poście). Uff. Nie znoszę formalności, ale przynajmniej (nie jak w przypadku Rumunii) nie miałam problemu z porozumieniem się z urzędnikami. Niestety nie umiem powiedzieć, czy ktoś władający jedynie angielskim załatwiłby wszystko bezproblemowo.

Jak jesteśmy przy temacie parkowania, to może wspomnę, że istnieją tu różne oznaczenia miejsc parkingowych: zielone (dla zameldowanych mieszkańców danej dzielnicy, trzeba mieć wymagane oznaczenie samochodu oraz uiścić opłatę, 1 €/tydzień, na zielonych od 20 do 8 mogą parkować wszyscy, ale najczęściej nie ma już miejsc wolnych), niebieskie- płatne w wyznaczonych godzinach, trzeba opłatę uiścić w parkometrze, jak się można domyślić godzina wychodzi drogo. Miejsca niebieskie objęte są limitem postoju (po prostu nie można jednorazowo zapłacić za więcej), ale są wolne od opłat najczęściej przed 8 i po 20 oraz w święta i w sierpniu, kiedy miasto pustoszeje. Innym kolorem, najbardziej pożądanym jest biały, który oznacza miejsca darmowe dla wszystkich, ale w centrum Barcelony takich prawie nie uświadczysz. Dodatkowo oczywiście rozrzucone są po mieście parking płatne.

Koniec dygresji, powrót do przeprowadzki. Część rzeczy zwieźliśmy już wcześniej, część w środę, na szczęście oba mieszkania są w pełni umeblowane, więc odpadł nam jakiś problem. Myśleliśmy, że po przeprowadzce mamy już z górki. Niestety, byliśmy optymistami. W piątek Nuno wrócił z pracy z nogą w gipsie, kulami i tygodniowym zwolnieniem, co za tym idzie zakupy, gotowanie i sprzątanie mieszkania w Rubí spadły na mnie. Optymistami byliśmy też w sprawie instalacji Internetu, co wbrew pozorom nie jest kwestią godzin czy 2-3 dni. Do dziś zresztą nie mamy swojego, bo technik przychodzi w piątek (po 2 tygodniach od podpisania umowy). Wspomnę tylko, że obojętnie z jakiej sieci się korzysta, obowiązkowo trzeba płacić ok 17€ Telefonice, która ma monopol na linie.


Przestaję jednak narzekać, bo jednak mieszkanie w centrum ma nieporównanie więcej zalet i po załatwieniu wszystkich formalności, instalacji Internetu i zdjęciu gipsu, możemy w końcu korzystać w pełni z wszystkiego, co oferuje Barcelona.


The past few weeks have been a bit crazy and chaotic. At the beginning we had almost no free time, later on we had too much of free time, but no internet connection at our new place and Nuno was stuck at home whit his leg in cast. But let´s start from the beginning….
At the beginning out friends Sirio and Natasha visited us, coming all the way from Italy on a motorbike. Unfortunately, it seems that lately all the friends who we haven´t seen for ages and with whom we would like to spend endless hours, are coming over exactly when we have so many things to do. This time we not only had to work, but also spent afternoons flat hunting. (I should write a separate post about flat hunting, somebody planning to move to Barcelona might use some tips and practical information on how to find a flat/room to rent here.) In addition during their stay we had a small water outage. It was a déjà vu of my last week in Bucharest when an old pipe in my flat broke flooding the neighbors, which was less than perfect end of my stay in Romania…

Then my erasmus and Warsaw roommate Kasia visited with her boyfriend on their way to Andalucía. They stayed few days with us, but those few days where exactly when we had to pack, sign a contract and plan the whole moving out from Rubí to Barcelona.


Fortunately, we had the right to take a day off for moving house, and it is not counted as holiday, we mostly spent it dealing with all the formalities we had as we had already transported many things. First we went to Ayuntamiento, that is city hall, to get a new padrón (register the place you live) . Basically you need to bring NIE (foreign identification number), rental contract and you passport. As it took less than half an hour, we decided to apply for the card for Zona Verde that is parking spaces for residents for the district where we live.

In this office, we had to deal with the first inconvenience. Since our car was registered in Rubi, we had to change it so that we could be entitled to park in the residents only zone. You can do it only in one place, personally, so we had to go to DGT (Dirección General de trafico), Traffic Department, located in Campana. The place is so chaotic and bureaucratic that it took us more than hour to get what we needed. Fortunately later on we could ask for Zona Verde on-line, so need to go back to Plaza Carles Pi Sunye to get it. Going there was not a total waste as we applied for our bicing cards (more about bicing in a separate post). We went to three different offices in one morning, which for my taste is three too many, as I hate dealing with all formalities and document you need. Fortunately, as we speak fluently Spanish, we had no problems communicating (I still remember how stressful it was for me in Romania, even going to post office was not an easy thing).

Since I mentioned the residents´ green zone, I may as well mention all the other that you have in Barcelona. So there is the green parking space, for registered residents of a determined zone, where you can park your car if you have a Zona Verde card, and pay a 1€/week fee. All other cars can be parked in green zone after 20 and before 8, but generally it is difficult to find a free spot. The we have a blue zone, it is paid one, and the time is limited- you simply can´t pay for more time that is allowed, as you can imagine price per hour is quite high, but then after 20 and on holidays you can park for free (and in August most of blue zones are free as well as the city empties). The white parking zones are the most desirables, as white means free, and free for all, but unfortunately in the strict city center You almost don’t find them. Of course there are many private car parks.

Getting back to the story… Since both flats are fully furnished, we only had to pack and transport our clothes, books, and all the things we accumulated during last year. We thought that after moving in to our new flat, we can rest for some time. Unfortunately, we were not that lucky. On Friday Nuno came back from work with his leg in a cast, crutches and a weekly sick leave so I was the one who did all the shopping, cooking and spend 4 hours cleaning the flat in Rubí. We were also too optimistic about the time they need in Spain to install the internet. We still (after more than 2 weeks) don´t have it, as a technician comes on Friday. And it is a standard waiting time. Not to mention a surprising and obligatory fee for Telefonica for maintenance of the line, no matter with which company you sign a contract, you still have to add about 17€ for Telefonica.


I should stop complaining, as finally my dream of living in the center of Barcelona came true and after dealing with all the formalities, having the internet installed and Nuno´s leg freed from cast, we can start to enjoy all the benefits of our new location.

Monday, 31 January 2011

Nostalgia/ Nostalgy

Dzisiaj sobie uświadomiłam, że dokładnie rok temu i 1 dzień wylądowałam na lotnisku w Bukareszcie… Nowe wyzwania, nowe przygody, nowe znajomości. Jak zaczęłam się już bardziej asymilować, rozpoczęłam kolejna przygodę: powróciłam po kilku latach na ziemie katalońskie.
Tyle zmian zaszło w ciągu roku…. Czy 2011 też będzie pełen niespodzianek? Styczeń był spokojny, za kilka dni minie mi 3 miesiąc pracy w AP i wygląda na to, że w tej strefie nie zanosi się na żadne zmiany niestety w najbliższym czasie.
Luty zacznie się kolejnymi odwiedzinami z Portugalii, więc dwa pierwsze weekendy będą zajęte, ale takie są konsekwencje mieszkania w fajnym mieście, w Bukareszcie nie było tego problemu.

Z nowości to dziś Nuno załatwił całą papierkową robotę związaną z kupnem auta i od dziś jest właścicielem małego czarnego samochodu (nie będziemy robić produkt placementu). Tak więc wiosną zamierzamy eksplorować okolice i planować weekendowe eskapady.




Today I realized that exactly one year and one day ago I landed at the airport in Bucharest ... New challenges, new adventures, new friends. As I began to adapt and adjust, I had to leave, well I chose to leave and begin my new adventure. I quit my job, I followed Nuno and returned after several years to Catalunya. So many things happened in just 12 months. I am curious if 2011 will be also so full of surprises? January was quite a quiet month, in few days I will celebrate 3 months of working in AP, and it seems that there won’t be any changes in that field any time soon,unfortunatey. February starts with some visits from Portugal, so busy weekends are ahead, but those are the consequences of living in interesting city (in Bucharest I had only 2 visits over 9 months).

And we finished a month with buying a car- after some complicated paperwork Nuno is owner of a small black car (I won’t do a product placement.) So now I am looking forward for spring to begin, so that we can star planning some weekend escapade.

Friday, 28 January 2011

Fala zimna/ A cold wave

Płaszcz zimowy, szalik, rękawiczki. Zestaw obowiązkowy, bez którego nie wychodzę z domu. Dwa tygodnie temu pogoda iście wiosenna, 18 stopni, słońce, kurteczka wiosenna wystarczała. Teraz jednak zima wróciła, w niektórych regionach obowiązywał nawet alarm pogodowy. Synoptycy podczas prognozy pogody ostrzegają przed zimnem, pokazują zdjęcia z rożnych regionów, śnieg, zamarznięte jeziora. (zdjęcia można między innymi zobaczyć na stronie dziennika El País). Czy nie wiedząc, gdzie zostały zrobione zdjęcia, rozpoznalibyście na nich Hiszpanię?

Jak dzisiaj szłam do pracy termometr po drodze wskazywał -2, jak dojechałam do pracy już było 0 stopni, w ciągu dnia jest kilka na plusie. Ale to w Barcelonie. W niektórych miastach interioru temperatura spada do 10 stopni poniżej zera. W porównaniu z polskimi zimami takie wyniki nie robią wrażenia, ale dla osób, które myśl, że Hiszpania to ciepły kraj, takie temperatury mogą rozczarować. Mnie po rocznym pobycie w Lleidzie już nie zaskakuje zimno, gdzie często temperatury zimą spadały poniżej zera, gdzie zmuszona byłam kupić płaszcz zimowy, bo mój jesienny, który miał być wystarczając na zimy hiszpańskie w moim przekonaniu, jednak nie był wystarczająco ciepły.

W gazetach i prognozach pojawia sie określenie frío polar, zimno polarne, ale dla mnie to w porównaniu ze srogimi polskimi zimami wyrażenie wywołuje ironiczny uśmiech. Alarm pogodowy w Burgos, León, Palencia, Kantabrii i Asturii, to znaczy temperatury średnie -4 a -9ºC, w Pirenejach do -10. Pomarańczowy alarm (wysokie zagrożenie) ogłoszono między innymi w katalońskich prowincjach Girona i Lleida, gdzie temperatura może spaść do -12. (pamiętam zimne ranki i wieczory w Lleidzie, gdzie moi meksykańscy koledzy zmrożeni przemykali przez ulice).

Z utęsknieniem czekamy na powrót wiosny.



Winter coat, scarf, gloves- you must not forget anything if you don’t want to freeze. Two weeks ago we had a great weather, with temperatures up to 18 degrees, you felt spring in the air (and you could just take a light jacket for a walk on Barceloneta beach). Now, the winter is back, in some regions cold weather alert was declared. Weather forecasters are warning people against the cold, they show pictures from different zones, comment on snow, frozen lakes, law temperatures. You can check pictures on the website of daily newspaper El País.
If you didn’t know where they were taken, would you be able to recognize Spain on them?

Last Tuesday when I was going to work, the thermometer on the pharmacy in Rubi was showing -2 degrees, when I reached my office it was already 0 degrees, and during the day it still warmed up a bit. But this is Barcelona I am talking about, as there are some cities in the interior of the country where temperatures dropped 10-15 degrees below zero. Well, in comparison with Polish winters, such results don’t impress, but for those who think that Spain is a warm country, these temperatures may be disappointing. I am not surprised, After spending one year in Lleida, where diring winter temperatures are really law, where I had to buy a winter coat, cause mine that I had taken with me (and which I had expected to be warm enough for Spanish winters) was too thin.

In newspapers and weather forecast you can hear about frío polar, that is polar cold, which raise an ironic smile. Weather alert in Burgos, León, Palencia, Cantabria and Asturias, it means that the average temperature is between -4 and -9 degrees, reaching -10 in the Pyrenees. Orange alert was announced in some provinces, also in Catalunya: in Girona and Lleida, where temperatures are predicted to reach 12 degrees below zero.

I really want spring to begin, so that we can start exploring the region.

Tuesday, 9 November 2010

Papież w Sagrada Familia/ Pope in Sagrada Familia

W niedzielę Benedykt XVI poświęcił najsłynniejszy kościół w Barcelonie, Sagrada Familia (Kościół Świętej Rodziny).
Budowa kościoła rozpoczęła się w 1882 roku i trwa nieprzerwanie do dnia dzisiejszego (koniec planowany jest na rok 2026, w rocznicę śmierci Gaudiego, który pracował nad budową aż do swojej tragicznej śmierci, poświęcił jej łącznie prawie 40 lat swojego życia). Po jego śmierci kilku architektów było odpowiedzialnych za dokończenie dzieła. Jako że w czasie wojny domowej projekty i szkice Gaudiego zaginęły, nie wiadomo było jak do końca ma wyglądać ta bazylika. Powstało wiele kontrowersji, rozważano zaprzestanie budowy. Sagrada Familia to wizytówka Barcelony, trudno wyobrazić sobie stolicę Katalonii bez tego jednego z najbardziej znanych kościołów.


Wracając do wizyty papieża… Niektórzy starali się na niej zarobić, wynajmując balkony wiernym, dla których zabrakło miejsca w świątyni lub na placu przed Sagradą, inni wynajmują mieszkania, pokoje dla turystów. Do tego pamiątkarze liczyli na dobry utarg, z tego co pisały hiszpańskie gazety, ani jedni ani drudzy nie zarobili.

Jak się można spodziewać wizyta papieża podzieliła społeczeństwo.

Około 62 tys. ludzi uczestniczyło we mszy świętej, podczas której Benedykt XVI konsekrował Bazylikę. Już sobotniego wieczoru zbierali się na trasie przejazdu papa mobile, żeby zagwarantować sobie dobre miejsce.

Z drugiej strony, kilka protestów środowisk antykościelnych także było widocznych. Wywieszali w oknach flagi z napisami „Jo no t'espero”- ja na ciebie nie czekam. Środowiska gejowskie zorganizowały flashmob, który miał nawet swoją stronę na Facebooku- pary homoseksualne całowały się na trasie przejazdu papieża, wyrażając w ten sposób protest przeciwko jego polityce. W sobotę po południu trafiliśmy też na manifestację przeciwko wizycie papieża, na której więcej policji było niż protestujących. Ale późnym wieczorem na Plaza Sant Jaume było podobno około 3000 protestujących.



On Sunday, Pope Benedict XVI consecrated the most famous church in Barcelona, the Sagrada Familia (Church of the Holy Family)
Construction of the church began in 1882 and it is planned it should finish in 2026 (the centennial of Gaudí's tragic death). Gaudi sacrificed many years working on the biggest project of his live, and after his death, few architects were responsible for completing his work. As during the Civil War Gaudi’s plans and sketches were lost or destroyed, the final version of the Basilica was modified and reinvented by his successors. There have been quite a few controversies linked to whether this one of most famous churches should be finished. Today it is hard to picture Barcelona without one of its symbols.


Back to the Pope’s visit... Some people tried to make some money on his visit, one were renting their balconies , other rooms or whole flats. Souvenir sellers expected to earn some serious money, but unfortunately due to the crisis, there weren’t many people interested in any of those things.

As you might expect the Pope's visit split the Catalan society.
About 62 thousand people attended the mass, during which Benedykt XVI consecrated the Basilica. People were already gathering on Saturday evening to have best position to see the Pope, they must have spend night there, and autumn nights in Barcelona are quite chilly. There were many people flying from other cities and countries for this event.

On the other hand, there were some protests organized by anti-church societies. Some people put flags with a slogan “Jo no t'espero= I’am not waiting for you”. The gay and lesbian community organized a flashmob, that even had its own Facebook page and quite many followers.


Several protests and anti-church circles were visible. Flago hung in the windows saying "no t'espero Jo" - I'm not waiting for you. Environment organized a flashmob Gay, who had even my own page on Facebook-sex couples kissing the pope's route, thereby expressing a protest against Catholic Church policies . On Saturday we witnessed also a demonstration against the Pope,but there were more police officers than protesters at this time. Later that day, on Plaza Sant Jaume, there was a much bigger manifestation, that gathered around 3000 people that expressed their discontent.


(zdjęcia z papieżem pochodzą ze stron/ Photos of the Pope are from the following website
http://www.papabarcelona2010.cat, http://www.elespectador.com
a zdjęcie z flasmobu z/
And a photo from the flashmobe from: http://www.larioja.com, http://www.sentidog.com)

Wednesday, 13 October 2010

Día de la Hispanidad

12 października to święto narodowe w Hiszpanii, upamiętniające dzień, w którym Krzysztof Kolumb przybył do Ameryki. Jako że przypada we wtorek, dla wielu Hiszpanów był to puente (most), czyli po naszemu długi weekend. Niestety, Nuno szedł do pracy w poniedziałek, ale i tak cieszył nas wspólnie spędzony dzień, który spędziliśmy w Barcelonie. Spacer zatłoczoną Ramblą, włóczenie się uliczkami Barri Gòtic, czyli Dzielnicy Gotyckiej, to doskonały sposób na spędzenie kilku godzin.



12th of October is a national holiday in Spain, commemorating the day when Christopher Columbus arrived in America. As this year it falls on Tuesday, it means that many Spanish people enjoy puente (bridge), meaning extended weekend. Unfortunately Nuno had to work on Monday, so no puente for us, but we still enjoyed our free day that we spent in Barcelona. We walked on crowded Ramblas, getting lost in the labyrinth of the streets of Barri Gòtic, just a perfect way to spend few hours.



Monday, 11 October 2010

Katalońskiej przygody część kolejna/ Catalan adventure, next part

10 października dokładnie w południe wylądowałam na lotnisku w Gironie, które po rocznym pobycie na Erasmusie w Lleidzie znam jak własną kieszeń (chociaż podczas mojej „nieobecności” rozbudowało się troszkę). Hiszpańska pogoda tego dnia nie dopisała, padało i było zimno. Czyli zdanie ”The rain in Spain stays maliny on the plane” okazało się nieprawdziwe, przynajmniej w tej części Hiszpanii. (Na marginesie: to zdanie było hitem naszego babskiego wypadu do Kraju Basków 3 lata temu, gdzie lało chyba codziennie. W maju, co podobno tam jest standardem.)
Dokładnie po 248 dniach, które spędziłam w Bukareszcie, kilku dniach w domu, gdzie zregenerowałam siły, wróciłam do Katalonii. Wszystko potoczyło się niespodziewanie, ale przecież kiedyś o cichu marzyłam, żeby mieszkać właśnie w Barcelonie. I dziwnym zbiegiem okoliczności, po krótkim epizodzie w Rumunii, to właśnie to miasto jest kolejnym przystankiem na mojej drodze. Mojej i Nuno.
Skoro przy temacie Nuno jesteśmy, to myślałam, że jak już odbiorę bagaże, będzie na mnie czekał. Niekoniecznie z transparentem czy bukietem kwiatów, aż taka wymagająca (czy raczej naiwna) to nie jestem. Niestety, mój portugalski chłopak nie sprawdził wcześniej godzin odjazdów autobusów na lotnisko, więc przyszło mi czekać na lotnisku godzinę. (Mam nadzieję, że wynagrodzi mi to przez udzielanie się aktywne na tym blogu, to może będzie wersja w 3 językach)

Ale potem jazda autobusem, znaną trasą, widok z okna na Sagrada Familia, przejście na stację metra przy Arc de Triomf, przez moment nie czułam się zagubiona, jak to miało miejsce w Bukareszcie, które do końca pozostało miastem, które mnie nie przekonało. Tak więc teraz na planie rzeczy absolutnie koniecznych, jest znalezienie pracy. Ale pozostaję optymistką w tym temacie, wierząc, że skoro przeżyłam to, co przeżyłam w Rumunii, to tutaj, szczególnie po Iberystyce i ze znajomością języków i wsparciem Nuno, po kilku tygodniach moje życie będzie trochę mniej chaotyczne.
Ten blog zawierać będzie moje przemyślenia, obserwacje i ogólnie subiektywne opinie na temat Hiszpanii, będzie także zawierać informacje na temat, co się z nami dzieje, bo blog ten to także mój sposób, aby utrzymać kontakt z rodziną i znajomymi, gdziekolwiek się oni znajdują w tym momencie. Komentarze i maile są mile widziane.



October 10, exactly at noon I landed at Girona airport, the airport that I knew almost like my own pocket after spending one year in Lleida on my Erasmus (although during my "absence" it has expanded a little).Spain welcomed me with clouds and rain, so the phrase “The rain in Spain stays mainly on the plane” turned out to be far from reality, at least in this part of Spain. (This phrase was the hey phrase during our girls' trip to the Pais Vasco three years ago, during which it rained every day. In May, which apparently was something absolutely normal.)
After exactly 248 days that I spent in Bucharest, after spending few days with my family, I’ve come back to Catalonia. It all happened so fast and was totally unexpected, but then I remembered that back in the past, I was secretly dreaming about maybe living in Barcelona one day And oddly enough, after a short adventure in Romania, it is exactly this city that happens to be the next stop in my life. Mine and Nuno’s.

Since I’ve mentioned Nuno, back me arriving to Girona. I thougt that the moment I had my luggage, I would see him waiting for me. Not necessarily with a banner with my name o it or with flowers, I am not that demanding (or naive). Well, I was wrong, as my Portuguese boyfriend hadn’t checked the timetable for the shuttle bus and arrived one hour later than I had landed. I was disappointed. (I hope he makes up for that by being active on this blog so maybe at some point there are 3 language versions).
But then taking a bus, driving a known way to Barcelona, seeing Sagrada Familia from the bus window, going to take a subway next to Arc de Triomf, and not feeling lost, not even for a minute, made me feel happy. Bucharest remained the city in which I never totally felt fine. Now that I am in the city that I like, the first thing on the to-do-list is to find a job. But I try to remain optimist about that, believing that after all the problems I had to overcome in Romania, being a graduate from Hispanic studies, speaking languages and counting with Nuno’s support, after few weeks my life would be little less chaotic.

This blog is where I write down my subjective opinions and observation about Spain, it contains up-to-date information about us, so that I can keep in touch with family and friends, wherever they are. Comments and emails are more than welcome.