Wednesday, 31 October 2012

Najpopularniejsze klify Irlandii/ The most popular cliffs in Ireland



Nie będziemy się rozdrabniać, zwiedzanie Irlandii zaczęliśmy od jednego z najpopularniejszych miejsc w kraju. Takiego figurującego na liście top 10, odwiedzanego rocznie przez ponad milion osób. Mowa o Klifach Moheru (alternatywna nazwa Moherowe klify), wystających z Atlantyku formacjach skalnych, długich na ok. 8 kilometrów, dochodzących do 214 metrów (w najwyższym miejscu). Te suche fakty nie oddają jednak tajemniczej i groźnej atmosfery tego miejsca (wrażenie to potęguje często niezbyt sprzyjająca pogoda: mgła, deszcze i silne wiatry). Grozy dodaje fakt, że oprócz samobójców, którzy wybierają to piękne i zielone urwisko w oczywistych celach, 5 osób rocznie ginie zdmuchniętych przez silny wiatr do oceanu. 


Klify mają bowiem wielką siłę przyciągania. Nie od dziś wiadomo, że to co niebezpieczne często jest bardziej atrakcyjne, dlatego wiele osób wychodzi poza oficjalny punkt widokowy, zbliża się niebezpiecznie blisko krawędzi, spaceruje dziką ścieżką, która często biegnie kilkanaście centymetrów od brzegu urwiska. My też chcieliśmy poczuć dreszczyk emocji i stanęliśmy na skraju urwiska. Patrząc w dół, można dostać zawrotów głowy, widząc wzburzone fale  z tej wysokości, można poczuć prawdziwą potęgę oceanu. 


Klify Moherowe to miejsce niezwykłe, można tam spędzić dobrych kilka godzin, które miną niepostrzeżenie. Przynajmniej ja, zapatrzyłam się w dal i podziwiając ten piękny i zarazem niepokojący cud natury zagubiłam się w moich myślach. 

Największą atrakcją są same klify, ale jeśli dla kogoś natura jest niewystarczająco ciekawa, może zajrzeć do zbudowanej w XIX wieku wieży O’Brien’s Tower. Dla mnie jednak ten punkt obserwacyjny nie był jakoś szczególnie godny uwagi, ale ładnie prezentuje się na zdjęciach. 


Moherowe zostały uwiecznione nie tylko na nielicznych zdjęciach. Tutaj filmowano sceny z filmu o Harrym Potterze (Harry Potter i Książę Półkrwi) oraz kilku innych filmów czy teledysków. Tak więc będąc w Irlandii musicie koniecznie zaplanować zobaczenie tego niepowtarzalnego miejsca. Nie tylko fani Harrego Pottera znajdą się pod urokiem dzikich i majestatycznych klifów. Ja na pewno tam wrócę, pewnie przy okazji pierwszej wizyty. I na pewno w okresie od marca do września, bo wtedy to, według ulotki, można tam spotkać puffiny (według wikipedi polska nazwa brzmi maskonur, ale ta nazwa odbiera im cały urok), najsłodsze chyba zwierzęta jakie widziałam. 

Nie mieliśmy szczęścia do pogody, ranek zapowiadał piękny i słoneczny dzień, co udokumentowaliśmy przy zamku Dunguaire , gdzie zatrzymaliśmy się po drodze. Ale po dojechaniu do klifów zaczęło padać. Ach ta irlandzka pogoda, nie można wyjść z domu bez kurtki przeciwdeszczowej i parasola. Na szczęście w pewnym momencie się rozpogodziło (choć wiatr wiał niemiłosiernie- niektóre podmuchy były tak silne, że przestały mnie dziwić statystyki o nieszczęśliwych wypadkach turystów). 


Macie w planie wycieczkę do Irlandii? Zachęciłam Was choć trochę? Kto ma ochotę, pod tym linkiem może zobaczyć więcej zdjęć z naszej wycieczki. 
A może już byliście i chcecie podzielić się wrażeniami?

On Monday we started our big mission- explore Ireland. And we chose one of the best attractions to begin our adventure. It is on every list of the places you absolutely have to visit when in Ireland, and its popularity is confirmed by more than million people who visit it annually. If the post’s title wasn’t a good hint, I have no choice but just to say the name of the place (well, it’s not any secret anyway). 
Cliffs of Moher is a 8 km long, stunning rock formation that rises 120 meters (up to 214 in the highest point) above the Atlantic Ocean. By simply reading those  facts, you can’t possibly picture how beautiful and mysterious at the same the cliffs are. The menacing atmosphere is brought out by Ireland’s weather: rain, strong wind and fog.  Then if you know that not counting the suicides who choose this beautiful and green cliff for obvious reasons, 5 people die by falling accidentally off the cliffs (winds can be pretty strong and can blow you over the edge so you shouldn’t get too close, even if the weather can seem nice).
But many people just ignore how dangerous they can be. And well, it is know not from today, that we often find danger more attractive. You can see many people going beyond the official viewpoint, some of them are dangerously close to the edge. We also wanted to feel the thrill and stand the edge of a cliff, where you can get dizzy when you look down and see the rough waves. You just feel how powerful the ocean can be. And when you walk the wild path, you find yourself just few inches from the edge of the cliff. It is exciting and scary, and somehow you can’t resist but to come closer. 


Cliffs of Moher is a truly beautiful place (my photos just don’t do them justice), where you can spend a few hours, which will pass unnoticed. I just got lost in my thoughts while looking at this beautiful and at the same time disturbing miracle of nature.  

I am not really a big fan of nature, I prefer big cities. But somehow I was really impressed by the cliffs even though the only thing you can visit there (not counting the XIX century O'Brien's Tower. It looks nice in the pictures though) are the cliffs. If you are also not that into nature, try to plan a trip there, as you may change your mind. 

If you need a preview of what to expect, you can check countless photos you may find online and as well watch some movies and music video clips that were filmed there. Harry Potter fans are among the visitors as scenes from Harry Potter and the Half-Blood Prince were shot at the Cliffs of Moher. And as Harry Potter fans can’t be wrong (just a joke), you definitely have to put visiting this Irish attraction on your bucket list. I know that I will be back and not because of the family&friends visits. I learnt from the brochure we were given at the entrance that from March to September you can see puffins (is it only me who finds them the cutest animals?), and I don’t know why it made my day and I didn’t even care that it was raining. 


 Last week we were lucky with the sunny weather, and this time I thought we would continue with good fortune and that rain would.. rain elsewhere. The morning was really beautiful and sunny, we can confirm it with the photos of a boring Dunguaire Castle that we wanted to visit on our way (it was closed, but somehow it didn’t bother us). But when we reaches the cliffs, it started to rain. Ah, you never know what to expect from the changing Irish weather, so you better have your rain jacket on or at least your umbrella. Fortunately, at some point, I was able to take some photos without raindrops on the objective. But the wind was really strong that I understood why the accidents take places there… and stepped away from the edge. 


Have you ever been to Ireland/ want to visit the green island? Do you agree it is really beautiful when it comes to the nature? If you want to check more photos from our trip, click this link.

Thursday, 25 October 2012

Słoneczna niedziela w Spiddal/ Sunny Sunday in Spiddal



W Irlandii w słoneczny dzień grzechem jest siedzieć w domu. W niedzielny poranek,  mimo że wstaliśmy zmęczeni po sobotnim pub crawlingu poprzedzonym oglądaniem po raz pierwszy na żywo meczy rugby,  wiedzieliśmy, że z lenistwa nic nie wyjdzie. Musimy na zapas wykorzystać pogodę, bo niedługo mogą nas czekać tylko deszczowe i zimne weekendy, a wtedy trudniej będzie się zmobilizować do zwiedzania. Na razie wybieramy i tak najbliższe okolice, bo Nuno nie za bardzo lubi jeździć naszym autem z kierownicą po złej stronie. 

Nuno kiedyś wspomniał ( i to niejednokrotnie), że nie może mieszkać na stałe w mieście, które nie ma dostępu do morza.  Dla mnie wychowanej w Bydgoszczy, gdzie do morza jest kilka godzin, nie jest to wystarczający argument, który decyduje o przeprowadzce.  Ale jakoś tak się złożyło, że zarówno Barcelona, jak i Galway mają plażę. Jest tylko mała różnica, na jednej można się opalać przez kilka miesięcy w roku, a na drugiej kilka dni. Zgadnijcie, która jest która :) Ale spacerowanie po plaży też uwielbiam, więc nie miałam nic przeciwko odkryciu Spiddal, małej rybackiej wioski, oddalonej o ok. 20 km od Galway. 


W samej wiosce można niewiele zobaczyć, jest port rybacki, przystań, mały cmentarz i urokliwy biały domek. Ale i tak jest urokliwie, w taki nienarzucający się sposób. Po zgiełku i tłumach turystów w Barcelonie, niczym nie zmącony spokój i brak zabytków może być  miłą odmianą. Na plażach o tej porze roku są pustki, nie licząc rodzin z dziećmi i psami. 


Zapraszam do galerii facebooka na większą porcję zdjęć oraz do polubienia strony, bo to tam będę wrzucać większość zdjęć i informacji o naszych podróżach i życiu w Irlandii. 

Mam nadzieję, że podobają się Wam okolice Galway. Potrzebujecie słońca, morza i plaży do wyboru idealnego miasta, w którym chcielibyście zamieszkać?


In Ireland on a sunny day you can do everything except stay at home. So even though on Sunday  we woke up exhausted after the pub crawl and watching our first rugby game on a stadium, we knew we couldn’t just lay on the sofa watching tv series. Anyway, it’s not my thing, when I see sun, I feel this pressure to be active. And we don’t know if we will be lucky to have many more rain-free weekends, so instead of risking, we just got in the car and went to explore what Galway county has to offer. For now, we only visit places that are quite close, as Nuno doesn’t really like driving with the the steering wheel on the wrong side.


Nuno has mentioned  on numerous occasions that he can’t imagine living permanently in a city that doesn’t have access to the sea. For me, born and raised in Bydgoszcz, too far from the seaside to go there more than few times a year (and that if I was lucky), sea isn’t something that would influence my decision of choosing a city to live in. But by pure coincidence, both Galway and Barcelona have access to the beach. There is just a tiny difference, a sunny weather that allows the sunbathing for few months on one of them and  for few days on another. Take a guess and match the beach with the city. Anyway, sunbathing isn’t the only thing you can do on the beach, and I actually enjoy even more strolling down a deserted beach. It was a reason good enough to go to Spiddal, a small fishing village, located about 20 miles from Galway.


There is fishing port, marina, small cemetery and charming white house. Nothing  more, but still it is a delightful little village. And after the hustle and bustle and crowds of tourists in Barcelona, peace and lack of famous monuments can be quite a nice change. And tranquility is what you find on the beaches near Galway in October, not counting few families with kids and dogs, they were deserted. 


Check out the facebook gallery for more photos from our sunny Sunday escapade to Spiddal, and like it if you still haven’t as it is there where I post a lot of photos and information about our travels and life in Ireland.

Do you like Irish beaches? Do you need beach, sun, sea to help you choose your perfect destination?

Tuesday, 23 October 2012

W Irlandii ciągle pada?!/ Does it really rain in Ireland all the time?!



Kiedy Nuno zaaplikował, a potem dostał pracę w Irlandii, wielu znajomych pukało się w głowę, że w ogóle rozważamy przeprowadzkę ze słonecznej Barcelony do deszczowej Irlandii. Deszcz to pierwsze słowo jakie przychodzi na myśl, gdy myślimy o Zielonej Wyspie (w końcu nie jest taka zielona z powodu upałów). Jak wpiszemy w wyszukiwarce hasło „pogoda w Irlandii” to w rezultatach znajdziemy opady, wilgotność, mgły i dość umiarkowane temperatury… Niezbyt zachęcająco, a do tego „życzliwi” straszą napadami depresji i przewidują, że na pewno będziemy żałować, bo przecież słońce to podstawa dobrego nastroju. Na razie trzymamy się dzielnie (zakup dobre kurtki przeciwdeszczowej to jednak podstawa) i w następnym poście udowodnię Wam, że mamy szczęście do pogody, bo 2 ostatnie weekendy były bardzo słoneczne i dzięki temu zwiedziliśmy okoliczne plaże. Mimo że stare powiedzenie mówi, że Irlandii nie odwiedza się dla pogody. 


Dziś jednak będzie o deszczu, bo za oknem tak trochę szaro i buro, więc jest to tematyka adekwatna. Wyobraźcie sobie taki obrazek: urlop zaplanowany, bilety kupione, od tygodni czekacie na ten wyjazd, wszystko dopięte jest na ostatni guzik (albo nie, bo jesteście tak spontaniczni, że planowanie ogranicza się tylko do zakupu biletu). A tu nagle pogoda krzyżuje wam szyki. Pada. I nie jest to przelotny deszczyk, niebo zasnute jest na chmurami co najmniej przez kilka godzin. Mieliście tak kiedyś? My już kilkakrotnie musieliśmy kupić nową parasolkę podczas podróży. 


Wydawać by się mogło, że nie mam szczęścia do świętowania moich urodzin, które wypadają w maju (wydawać by się mogło idealnym miesiącu do wyjazdów). Trzy lata z rzędu padało. W Amsterdamie pogoda jest niepewna chyba przez cały rok, ale spodziewałam się lepszej pogody wiosennej we Włoszech. W Rzymie zmuszeni byliśmy pożyczyć parasol od mojego przyjaciela, a rok później w Wenecji kupić nowy (a właściwie dwa, bo jeden był tak tandetny, że po godzinie był nie do użytku). Ale to my decydujemy, czy niekorzystna pogoda jest w stanie popsuć nam urlop. I zamiast kląć przed nosem, woleliśmy kupić parasol i nie przejmować się, bo Rzym i Wenecja pięknie się prezentują nie tylko skąpane w słońcu.  można powiedzieć nawet, że  deszcz dodaje im aurę romantyczności.  miastach byłam już podczas letnich upałów, więc cieszyłam się trochę na sesję z parasolami w roli głównej. Nuno był może mniej entuzjastyczny, a i potem przyszło nam zapłacić chorobą za wielogodzinne spacery w przemoczonych butach.  

W Rio liczyliśmy na plażowanie na Copacabanie lub Ipanemie, ale miasto przywitało nas deszczem. Na szczęście plaża to nie jedyna atrakcja tego cudownego miasta. Bo chyba najbardziej pechowi są ci, których deszcz dopadnie nad morzem. Zresztą na co dzień też. Komu się chce wychodzić z domu kiedy pada? Tylko szczerze. 


Na pocieszenie dla tych, którzy planują zwiedzanie Irlandii albo chcą mnie odwiedzić, zapewniam, że deszcz w Irlandii nie przeszkadza w życiu czy zwiedzaniu. Pada prawie codziennie, ale przelotnie, a w Polsce czy Hiszpanii, jak zacznie lać, to potrafi nie przestać przez kilka godzin. Zresztą pogoda nie zawsze jest najważniejsza. Mam nadzieję, ze was trochę przekonałam, bo siebie już prawie (podobno wielokrotne powtarzanie sprawia, że coś uznajemy za prawdziwe). 

Przypomniała mi się piosenka „I like London in the rain”… Lubicie jakieś miasta w deszczowej odsłonie? Dodaje im on uroku i aury tajemniczości? 



When Nuno applied for a job in Ireland and then got in, many of our friends were surprised that we even considered leaving sunny Barcelona to move to rainy Ireland.  As rain is the first thing that you picture when you think of Ireland, called the Green Island for a good reason, right? When you search “Irish weather or weather in Ireland” in google, the results will be probably: rain, fog, humidity, precipitation and  relatively moderate temperatures ... Well, the old saying  goes: You don't go to Ireland for the weather.” But somehow the weather was the last factor that had any influence on my decision. Although for many people sun is a synonym for a good mood,  I am not afraid to get depressed only because of living in a rainy country. I mean, I had to invest in a good rain jacket, but the weather hasn’t changed my habits. Besides, we’ve been quite lucky as the last two weekends were really sunny and we could explore the seaside. Post on that soon. 


This post is about rain as it is a typical grey autumn evening, so writing about beaches and sunny days would be a torture. So imagine: you have your plane tickets, everything planned for your dream trip, for weeks you are unable to think of anything else, you just picture yourself sunbathing on a desert beach/ discovering a new vibrant city/ hiking in beautiful mountains/ … (here choose a version that best suits your taste). And day before the trip you check the weather forecast. Your good mood suddenly disappears as instead of a perfect weather, they warn you against precipitation. You still hope that they are wrong, but when you reach your destination it really does rain. A lot. Not just a drizzle that can pass in a short moment. Have you ever had your holidays ruined because of bad weather?  We already had to buy a new umbrella during a trip few times but we tried to always look on a bright side. 


We aren’t lucky when going to celebrate my birthday, that is in May- one could argue a perfect month to travel, as it rained 3 years in a row. I mean weather in Amsterdam is quite unpredictable the whole year, but at least I expected some sun from Italy. We were forced to borrow an umbrella from our friend in Rome, and the next year, buy one in Venice (actually two, as one was so crappy that it broke after just one hour). But we wouldn’t let it destroy the trip. I was kind of happy to take some photos with umbrellas as the main motive, at least they are different from the ones I took when visiting the cities during the hot Italian summer. Nuno wasn’t that happy and we had to pay the consequences of walking for hours with water in our shoes. I think that Rome and Venice can also be truly beautiful in the rain, it king of create the romantic and mysterious atmosphere. 

When we traveled to Brasil last year, we were dreaming of sunny days spent on Copacabana or Ipanema. We still did get some sunny days, but Rio de Janeiro welcomed us with rain. Fortunately, its beaches aren’t the only the only place we could go. I think that what counts the most for those who decide to spend their holidays at the seaside, is the weather. In the city you have more options. But honestly, when it rains when you are not travelling, you probably stay at home. Who wants to go out when it rains?

I hope that my friends still want to visit me. You don’t have to bring your umbrella, I will lend you one. I mean, here it may rain every day, but after a short while it stops, so you can have a normal life here or visit the country. In Poland or Spain, when it rains, it rains for hours. And what makes the weather such an important thing to dedicate it a whole post?

I’ve just remembered a song, called "I like London in the rain" ... Do you know any city that impresses you in the rain?

Monday, 22 October 2012

Portrety barcelońskie/ Portraits in Barcelona


Dzisiaj napadł mnie tak zwany leń. Chyba podskórnie czuje, że to ostatni tydzień, kiedy może się obijać. Tak, tak, to znaczy dosłownie to: dostałam pracę i zaczynam w przyszłym tygodniu. Ponieważ jakiś czas temu obiecałam, że  postaram się zwiększyć swoją aktywność na blogu i poświęcę przynajmniej jeden wpis w tygodniu na tematykę związaną z Barceloną, postaram się dotrzymać zdania. Padło na poniedziałek. Hiszpański początek tygodnia, pasuje Wam? Dzisiejszy wpis trochę oszukany (trochę mało treści i informacji), ale obiecuję poprawę od przyszłego tygodnia. 


Uwielbiam tak zwaną sztukę ulicy. Graffiti, malunki w najbardziej zaskakujących miejscach, festiwale, które miejsce mają na ulicy, na świeżym powietrzu. Kilkakrotnie na moim blogu można było zobaczyć malowidła na zamkniętych metalowych roletach sklepów (jak się okazało na fotografowanie persianas wpadła też francuska artystka i miała nawet swoją wystawę, więc nie jestem taka oryginalna), dziś ten temat pojawia się chyba po raz ostatni. Na facebookowej stronie bloga utworzyłam bowiem album Street Art BCN, gdzie można zobaczyć wszystkie odkryte przeze mnie malunki. Nigdy nie zapisywałam, gdzie je znalazłam, ale mam nadzieję, że przy następnej wizycie w Barcelonie uda wam się kilka odnaleźć. Nie jest to trudne, a i pozwala odkryć stolicę Katalonii innym szlakiem niż od jednego zabytku do drugiego. 




Today I am super lazy. I think I know the reason, I subconsciously know it is my last week of freedom. Yes, it means exactly what you think it does: I got a job and start next week. Some time I ago I may have promised to myself to write more and dedicate more of my free time to blogging and wrote at least one post Barcelona or Spain related per week. To start a week with a Spanish post is a nice was to start a week, right? But today I may cheat a bit, as you won’t find much of information in this one, but I promise to do better next week.  


I love street art. I just love to go for a walk and discover a new graffiti or participate in outdoor activities. Spain was just perfect for such initiatives (all those local festivals and fiestas). If you are a follower of this blog, you remember that I dedicated few posts to show you paintings on metal blinds of the closed shops (as it turned out, I wasn’t too original, a French artist also showed interest in painted persianas and even had a photo exhibitions). This is probably the last blog on street art in Barcelona. If you want to check all the painted treasures I’ve discovered on the buildings, check the album Street Art BCN that I created on facebook. I hope that you will discover some new ones during your next visit in Barcelona. The Catalan capital is full of great paintings (not only in the museums and galleries) and it is always an alternative way to get to know the city. 

Friday, 19 October 2012

Portugalski likier wiśniowy/ Portuguese cherry liquor



Dziś piątek, więc post będzie lekki i przyjemny. Miało być o pożegnaniach, ostatnich tygodniach w Barcelonie, trudnych decyzjach. Ale to taki poważny temat, zostawię go sobie na po weekendzie. Dziś zapraszam was na kieliszek portugalskiej wiśniówki. 

Pisałam niejednokrotnie, że uwielbiam poznawać kraje poprzez ich kuchnię. Można też je poznać przez miejscowe trunki (tylko trzeba zachować umiar, żeby potem mieć jeszcze siłę na zwiedzanie). W lipcu mieliśmy okazję codziennie przez 10 dni kosztować świetne portugalskie wina (dopiero po tych wakacjach moja mama zrozumiała dlaczego Nuno uważa portugalskie wina na najlepsze i że wcale to nie jest spowodowane dumą z własnego kraju, no może troszkę). O road tripie z rodzicami i ich znajomymi opowiem innym razem, bo wycieczkę przygotowaliśmy im tak świetną, że może konkurować ze znanymi biurami podróży i tak się im podobała, że planują kolejne wakacje z nami (niekoniecznie ku naszej uciesze). 


Ginja (lub ginjinha) to likier wiśniowy, serwowany często z wisienką  (czasami ta wisienka ma silniejszy alkoholowy smak niż sam likier) i w czekoladowym kieliszku. 
Jest takie miejsce w Lizbonie, które idealnie nadaje się na pierwsze spróbowanie tego portugalskiego trunku. Miejsca tego nie można nawet nazwać chyba barem, bo nie ma w nim stolików, a ginjinhę pije się na ulicy. Ale cafe ‘A Ginjinha’ (Largo São Domingos 8), niedaleko Rossio, przy placu Dom Pedro IV. Ta nalewkarnia (tworzę chyba nowe słowo, ale, jak nazwać miejsce, gdzie serwują tylko i wyłącznie tę nalewkę?) to prawdziwa instytucja. I ma nawet kranik, żeby sobie ręce umyć, bo pan nalewa ginjinhę tak szczodrze, że nawet jak się troszkę upije, to trochę klejącego trunku spłynie nam po palcach. 


Ale jest inne miasteczko słynące właśnie z produkcji wiśniówki, którą tradycyjnie serwuje się w czekoladowym kieliszku. Mowa o Óbidos, malowniczym średniowiecznym białym miasteczku, gdzie w marcu odbywa się też słynny festiwal czekolady. 


To na zdrowie i miłego weekendu!



Today is Friday, so the post will pleasant. I was to write about how hard is to say goodbye, about our last weeks in Barcelona and that not all the decision are ease to take. But those topics are just too serious to start a weekend with. Instead, I invite you for a glass of Portuguese cherry liquor. 


I’ve already mentioned so many times that I’m a foodie , there is nothing for me than to explore a country or culture through their cuisine. And cuisine is not food, but local alcohol as well. In July we spent 10 days trying great local Portuguese wine for 10 days (after those holidays my mum finally understand why Nuno considered Portuguese wine the best, and it has nthing to do with the fact that he is really proud of his country). We took my parents and their friends for a 10 days long road trip and they all agree that Portugal is a perfect country to  visit. I’ll try to write soon more on the whole trip, which was planned and organized on a really advanced level (normally, when we travel alone, we tend to be more spontaneous), and could compete with what travel agencies. Our itinerary may come in handy if you ever plan to go to this beautiful country and not limit your visit to just one city. 

Ginja (or Ginjinha) is a cherry liqueur, served in a shot glass, often with one (or more) cherry (that has stronger alcohol flavor than the liquor itself) or even in a chocolate cup that you can eat afterwards. 
There is a place in Lisbon, which is just perfect for you to have your first ginja shot. It isn’t even a bar, as you won’t find there any tables and you have to drink your ginjinha on the street (don’t worry, even at 11 am you won’t be alone). The cafe 'A Ginjinha' (on Largo São Domingos 8), near Rossio or Square Dom Pedro IV is a must when you are in Lisbon. It specializes only in serving this delicious, sweet liquor. And once you have finished, you can use a small sink, as they generously serve the alcohol and even if you take a sip to be able to take a shot and drink it outside, some of the sticky drops will end on our fingers. 


And if you decide to travel around Portugal, don’t miss a tiny medieval white town, that is famous for serving ginjinha in a chocolate cup (this picturesque town is known for the chocolate festival that takes plane every March, so check your calendars!). Well, having a ginja in Óbidos and eating a chocolate cup afterwards must be included in some list of the things you absolutely must do when in Portugal (if not, I will create such a list). I fell in love with Óbidos and will tell you why soon. 



So cheers and have a nice weekend!

Wednesday, 17 October 2012

Moje miasto/ My hometown


Często zachwycamy się nowymi miejscami, bo są nieznane, egzotyczne, dalekie od bliskiej  nam szarej codzienności. Lepiej znamy obce kraje, potrafimy jednym tchem wymienić zabytki Paryża czy Rzymu, ale nie miasta, w którym mieszkamy. Kochamy podróże te zagraniczne, a do wakacji w Polsce się nie przyznajemy, jeśli w ogóle się na nie decydujemy.  Marzymy o dalekich wyprawach na inne kontynenty, a nie na drugi koniec ojczyzny. Też tak miałam, aż do momentu, kiedy zamieszkałam poza granicami Polski. Przy każdej wizycie zaczęłam na nowo odkrywać uroki mojego kraju i mojego miasta. Dziś pokażę wam fajne miasto. Moje miasto. Podczas ostatniej wizyty miałam okazję spojrzeć na Bydgoszcz świeżym spojrzeniem i naprawdę spodobało mi się to, co zobaczyłam. Kolorowe i tętniące życiem miasto. Pamiętam, jak lata temu narzekałam, że nie ma tu co robić, że jest brzydko i szaro, to metamorfoza, jaką przeszła Bydgoszcz jest godna podziwu. 


Największe wrażenie zrobiła na mnie Wyspa Młyńska, którą kojarzyłam jako miejsce, gdzie w liceum chodziło się na wagary z tanim winiarzem pod pachą. Teraz to jeden z najpiękniejszych zakątków miasta. W końcu ktoś miał fajny pomysł, jak wykorzystać rzekę Brdę przepływającą przez sam środek miasta. Nowe mostki (nie trzeba było czekać długo, żeby zawisły na nich kłódki miłości”), zadbany skwerek i zielone bulwary, plac zabaw, zachęcają do długich spacerów.  I gdyby tylko znalazły się pieniądze, by wyremontować kamienice tak szare i odrapane, to może określenie tej okolicy „Wenecją bydgoską” nie wywoływałoby ironicznego uśmieszku na twarzy. 


Spacer ulicą Długą i Gdańską to było dla mnie jak przeniesienie się do czasów licealnych. A po długim jesiennym spacerze nie ma nic lepszego, niż jedzonko. Tym razem zamiast iść do sławnego lokalu Sowy, który był obowiązkowym punktem podczas każdej wizyty w moim rodzinnym mieście, zdecydowałyśmy się z mamą zjeść lunch w małym lokaliku Kuchnia. Był to strzał w dziesiątkę, bo jedzenie przepyszne, a obsługa przemiła (choć pewnie niektórych „nadskakiwanie” może wkurzać, ale ja akurat lubię, gdy ktoś się nie ogranicza tylko do przyniesienia jedzenia i zapisania zamówienia). Nie ma menu, bo to zmienia się chyba codziennie, a zależy od świeżych składników, jakie uda się młodym kucharzom kupić. Możemy liczyć na pomoc przemiłej obsługi, która przy stoliku spędza tyle czasu, ile potrzeba, nie denerwując się, że chcemy wysłuchać całą listę dań dnia (mama zdecydowała się na polędwiczki z kurczaka z kuskusem, a ja na polędwiczki z warzywami z przepysznym sosem). Do tego otwarta kuchnia, fajny wystrój tworzący intymną i domową atmosferę, przyjemna i niedominująca muzyka w tle, pięknie podane dania, nie mogłam znaleźć nic, co by mi się nie podobało. Byłam tak zaabsorbowana pysznymi daniami i klimatem miejsca, że zrobiłam tylko 2 zdjęcia, więc odsyłam Was na stronę lokalu, który koniecznie powinniście odwiedzić, jak zawitacie do Bydgoszczy.


Miało być o urokach Bydgoszczy, a 1/3 postu zajmuje zachwyt nad jedzeniem. Ale co ja mogę poradzić, że uwielbiam dobrze zjeść i odkrywać  fajne lokalne knajpki? 

Dzięki Facebookowi dowiaduję się od moich znajomych o ciekawych inicjatywach, imprezach, koncertach i czasami aż mi szkoda, że nie mogę się teleportować, aby w nich uczestniczyć. Nie wiem, czy kilka lat temu naprawdę nic się nie działo, czy ja też nie byłam tym zainteresowana. 


Dopiero po kilku latach mieszkania poza miastem, a potem poza granicami kraju, to, co kiedyś dla mnie było znane i codzienne, stało się egzotyczne i nowe. Czy macie podobne doświadczenia odkrycia na nowo Waszego miasta? 

Więcej zdjęć ze spaceru po Bydgoszczy tutaj.


So many times we fall in love with new places just because they are new, unknown, exotic and different from often boring and reality. We are proud to know well foreign countries, we can name all the famous monuments in Rome or Paris but not in the city we live in. We love visiting other countries and when we have to spend holidays in our own, we tend to think we waste our days off and money.  We dream of a round-the-world trip or at least travel to another continent, and don’t even consider exploring what our own country has to offer. At least, I did think that way until I became an expat (first in Romania, then in Spain and now in Ireland).  Now, with every visit to Poland I try to rediscover the charms of my country and my city. Today I'll show you a cool city. My city. During the recent visit, I had the opportunity to take a fresh look at Bydgoszcz and I really liked what I saw: a colorful and vibrant city. I remember complaining  years ago that there was absolutely nothing to do or see and that the city was ugly and grey. The metamorphosis that my hometown Bydgoszcz has undergone is really admirable. Or maybe I just see it differently?


I was really impressed how Mill Island (Wyspa Młyńska) have changed. It used to be quite dodgy place where students from high school would go to have a beer while skipping classes. Now it is one of  the most beautiful parts of the city. It is really great to see that finally  someone had a great idea how to get the most out of Brda River that flows through the city centre. New bridges (it didn’t take long to see them filled with “love locks”), green boulevards, playground, it really is a great place for a Sunday walk. I just wish that shabby and grey buildings that overlook the river were renovated so the area could be called again “Bydgoszcz Venice”. Now the name seems like a joke. Dluga and Gdanska street have seen better days as well, but they bring nice memories of my high school years.  And what is better after a long autumn walk that a nice meal?


This time, instead of going to the famous Sowa restaurant (it has always been the place I had to go while being in my hometown, mostly for their delicious desserts), my mum took me to a small place called  simply Kuchnia (meaning Kitchen).  We couldn’t have chosen a better place to have an intimate mother-daughter lunch. The food was simply delicious and the service perfect (one of the best I’ve had in years). There is no menu,  as it changes every day depending what fresh ingredients young chefs find on the market and their imagination. You can count on their professional advice when choosing a plate, they really spend quite a lot time by one time, just to be sure that you order what would taste you the best, without rush (my mum decided to have chicken fillets with couscous, and I tenderloin with vegetables in a delicious sauce). And the décor is just perfect (I could almost imagine running a place like that): open kitchen so you can see how all the dishes are prepared (if you are lucky to sit close), they are beautifully served. Really, I really liked everything and I was so focused on how delicious my meal was that I only took 2 photos, so check their website for more. I really recommend the place if you are ever in Bydgoszcz. 

I was supposed to describe you why Bydgoszcz is such a cool city, and 30% of the post is about food. What can I do, I just love to discover nice local restaurants. 

Thanks to facebook I can stay up to date with many interesting events that take places in Bydgoszcz. I don’t know if few years ago there weren’t half as many things to do, or I just wasn’t so interested to find them.


It seems that after living several years in another city and then in different countries, what was once known, boring and routine, is now new and exotic. Do you have a similar experience to rediscover your city?

If you want to see more pictures from my last visit to Bydgoszcz, click here

Sunday, 14 October 2012

Parada, ostrygi i Guinness/ Parade, oysters and Guinness


Od piątku znowu jestem w Galway. Po 9 dniach pobytu w Polsce wróciłam zmęczona i zakatarzona. Jakoś tak to już jest, że odkąd mieszkam poza krajem, każda wizyta zapełniona jest do granic spotkaniami z rodziną, znajomymi, fryzjerami, lekarzami, zakupami… Tym razem na dokładkę wymyśliłam sobie krótki wypad do Warszawy, gdzie nie byłam od czasu skończenia studiów (o tym, jak pozytywne wrażenie sprawiła na mnie stolica chyba w następnym poście będzie). 


Dziś nie będzie o deszczowej pogodzie, o tym, jak to jest opuścić wielkie miasto, o tym, czy już nabawiłam się depresji (czego  chyba spodziewają się moi hiszpańscy znajomi i tylko przyjmują zakłady, jak długo mi to zajmie). Będzie o niespodziankach, jakie oferuje małe i urokliwe miasteczko, które przez następnych kilka miesięcy (czy lat- to się dopiero okaże) będziemy nazywać domem. 

Nuno wie, że uwielbiam planować. I że to przede wszystkim ja w naszym związku wymyślam, co będziemy robić w weekend, gdzie pojedziemy na wakacje… Nie jestem jednak dyktatorem (z małymi wyjątkami) i zgadzam się chętnie na wszystkie propozycje. Ucieszyłam się i zaskoczyłam jednocześnie, gdy zaproponował, żebyśmy poszli na festiwal ostryg, który każdego września ma miejsce w Galway. Nie ma to jak dobry początek nowego etapu życia. Plany, planami, a rzeczywistość swoje. Portugalskie podejście i odkładanie na ostatnią chwilę i okazało się, że wejściówki już wyprzedane. Zamiast na festiwal poszliśmy do pubu na ostrygi i guinnessa (wbrew pozorom połączenie jest idealne), a potem podczas spaceru trafiliśmy nieoczekiwanie na paradę z okazji festiwalu ostryg właśnie. Czasami nie ma co się sztywno trzymać planów. I mimo że zaczęło troszkę kropić, humoru mi to nie zepsuło i na razie dzielnie wszystkim powtarzam, że lubię Galway. A wam się podoba? Więcej zdjęć tutaj



I am back in Galway after 9 busy days in Poland. I don’t go home as often as I would like to, so every visit is planned to the smallest detail as I want to somehow meet all my friends, and family, and go shopping and cut my hair… This time I also ended up spending 2 days in Warsaw visiting my dear friends, I was really impressed how the city has changed since I graduated (I think the next post will be about Warsaw and why I recommend it as your next travel destination). 

I spent really great weekend in Ireland, so today  don’t expect any complaints about rain, and how hard it was to leave a big sunny city, or if I am already depressed (my Spanish friends take it for granted and are betting how long I will stay so positive). Today I want to share with you yet another small surprise that small but charming town that I will call home for the next few months (or years, you never know) had for me.


Nuno knows that I am obsessed with planning . It seems I can’t live normally without agenda. My dream job would be to plan lives/holidays/weekends for those who hate planning.  I like to know where we want to spend the New Years Eve few months ahead and I plan where to go for a long weekend or holidays. It doesn’t mean I automatically reject plans made by my friends or family. I am more than happy (with some exceptions) to go with the flow. So I was at the same time surprised and excited when Nuno suggested we went to the Galway Oyster Festival that takes place every year in September. There's nothing like a good festival to celebrate a new phase of life. But you can have a great plan and still the reality comes in the way. As Portuguese people aren’t really known for being planners, quite on the contrary, they tend to leave everything for the last moment, it turned out that all the tickets had been already sold out. So we went to have some oysters and Guinness (it really is a tasty combination!) in a pub.  I was kind of disappointed (and I don’t even like oysters that much) to miss the festival, but then, for my big surprise, we unexpectedly  walked into a parade. Nuno patiently waited for me, as he is already more than used to my small obsessions with local traditions and festivals. It was a second reason I found to like Galway (the first is a great Saturday market). So even though it rains almost every day, I am happy to be here and discover what Ireland has to offer. Do you like Galway so far? Click here for more photos.



Tuesday, 9 October 2012

Spektakl na Camp Nou/ Great game at Camp Nou

Święto La Merce, pożegnania ze znajomymi, odwiedziny mojej chrzestnej i taty- tak, ostatnie tygodnie w Barcelonie były bardzo intensywne. Jednym z fajniejszych momentów były 2 godziny spędzone na Camp Nou. Od razu zaznaczę, że nie jestem fanką piłki nożnej, choć niektóre mecze są bardziej ciekawe od innych, a jedni piłkarze przystojniejsi od innych. Za to uwielbiam atmosferę towarzyszącą meczom. Będąc z Nuno jestem troszkę zmuszona śledzić wyniki ligowe, oglądać niektóre mecze, kibicować FC Porto. Oglądanie meczu w domu przed telewizorem- to nie dla mnie. Nawet w barze jest zdecydowanie ciekawiej, bo kibice ubiorą koszulkę klubową lub szalik, komentują barwnie przebieg meczu, gestykulują, krzyczą... Jednym słowem, jest fajna atmosfera. Ale to i tak wypada blado, gdy porównamy z tym, czego możemy doświadczyć będąc na stadionie. Tu dziękuję Tacie, że zdecydował się na przyjazd w ostatni mój weekend w Barcelonie i zabrał mnie na mecz (nie był to może jakiś najważniejszy mecz sezonu). Najpierw małe rozczarowanie, bo kilku strategicznych graczy Barçy było kontuzjowanych (Puyol czy Pique), ale i tak z napięciem czekaliśmy na pierwszy gwizdek sędziego.
 

Trybuny powoli się zapełniały, gracze obu drużyn się rozgrzali, po odegraniu hymnu FC Barcelony zaczęło się. Ach te emocje, przy każdej niewykorzystanej okazji strzeleckiej (a tych było sporo- przed meczem spodziewaliśmy się co najmniej kilku bramek, bo Granada wydawała sie być łatwym przeciwnikiem), te gwizdy kibiców na sędziego, gdy jego decyzje się im nie podobały (i komentarz, że na pewno jest z Madrytu, bo taki kalosz) i gorący doping (szczególnie kibiców siedzących w trybunie tuż za bramką). Fajne jest to, że na stadiony przychodzą całe rodziny (widziałam nawet kilkumiesięczne, ale obowiązkowo w mini koszulce Barçy). Na gole musieliśmy czekać do ostatnich minut, więc emocje towarzyszyły nam przez całe 90 minut i doliczony czas (jedna z bramek już w doliczonym czasie padła). To, co się działo na trybunach, to też spektakl sam w sobie. Jednym słowem polecam, nie tylko fanom piłki nożnej.
 

A teraz garść informacji praktycznych. Najtrudniejszy jest zakup biletu, bo na najważniejsze mecze ligowe, jak na przykład El Classico (FC Barcelona z Realem Madryt) czy mecze Champions, kupienie biletu na oficjalnej stronie jest praktycznie niemożliwe. Wszystkie bilety są w posiadaniu członków klubu i tylko, kiedy rezygnują oni z pójścia na mecz, można je nabyć. Oczywiście na mniej ważne spotkania ligowe, takie jak wyżej opisany mecz z drużyną z Granady, biletów jest sporo. Dojazd jest łatwy (3 stacje blisko), na bilecie dostajemy wskazówki, z którego wejścia na trybuny skorzystać. I jak chcemy zachowywać się, jak prawdziwy culé, to nawet nie potrzebujemy koszulki klubowej, ale musimy podjadać pestki słonecznika (obowiązkowo z pestkami, które wypluwamy po prostu na podłogę) albo popcorn przez cały mecz. Cały stadion pachnie przez te popcorn jak jakiś multipleks.


Tradycyjnie więcej zdjęć na facebooku. Kliknij, polub, skomentuj.

Ktoś z Was miał okazję być kiedyś na stadionie?
 
 
 
As I have already mentioned, my last weeks in Barcelona were pretty hectic: Fiesta de La Merce, saying goodbye to my friends, my aunt's and my dad's visits, and yes, packing, cleaning, preparing for the big move. One of the most exciting moments was going to the famous Camp Nou stadium to watch a football game. I must say that even though I am not a big football fan (for me some games are more interesting than others, some players are prettier than others, and that would be it), the experience was unforgettable. Basically, the only thing I like about football games, is the ambience and emotions that real fans show. And sometimes being Nuno's girlfriend means that I have to keep track of the results, watch some of the games, cheer for FC Porto, I prefer going to a bar than watching it at home. It is just more exciting to be part of a group cheering for a team, commenting on passes, fouls, goals, or scream and gesticulate with them than just sit on the couch alone (well, even when we stay in, Nuno can't just sit and stare, our neighbors must wonder why he screams so much). But it still is nothing when compared with actually being at the stadium. So I really wanted to thank my dad for taking me to see FC Barcelona against Granada. He wanted to see a game on camp Nou since we moved to Barcelona, but getting a ticket for any important game he wanted to see was impossible. So he decided that experience of watching any game in Camp Nou was what counted and spend with me my last days in Barcelona. After being slightly dissapointed that several strategic Barça players were injured (Puyol and Pique), we waited impatiently for the first whistle.
 
 
We arrived good half an hour before, so that we could take some photos before the game started and observe the spectators. The tribunes were half empty when we arrived, but then fans kept coming and filled them, players of both teams warmed up and after the FC Barcelona anthem the game started. It is really different to watch a game at the stadium than on the TV, not only because there is no repetitions, but the atmosphere is great. The excitement, suspension, anger after not scoring (before  the game we had expected at least few easy goals as Granada didn't look as strong adversary), criticizing the referee's decisions (he wasn't too popular judging by the comments and accusations of being Real Madrid's dog), you could find all the emotions present at the stadium. The cool thing is that whole families come to the stadium (I even spotted a baby boy in a tiny Barça T-shirt). Even though we had to wait for the first goal until last minutes (the second one was scored during the additional time), the whole game was full of powerful emotions. I really was surprised to enjoy it so much, I really want to repeat the experience (maybe another stadium, another team or even another discipline). If you have a chance to go to see a game in Camp Nou, or at any stadium, don't think twice, the experience is really recommendable, not only football fans.

 
 
And now some practical information. For those who are now encouraged to watch a game during their next visit to Barcelona, a little warning. It is almost impossible to get ticket for important games of the Spanish league, like el Classico against Real Madrid, or Champions league games. It seems that all tickets are already given to the club's members, and only if they decide not to attend the game, they become available on the official website. Of course, getting the ticket for less important games is easy, you just enter the website and book a ticket depending on price you are willing to accept. Then you pick up the ticket or just print it out, you follow the indications how to get to the stadium (really easy, there are 2 metro stations near, and then just follow the crowd). And if you want to behave like a real culé, you may forget to wear a club  T-shirt, but you mustn't forget to eat sunflower seeds or popcorn. Now whenever I think of game, I remember the smell of popcorn.
You can find more photos on facebook, so if please check it, like it, comment on it.
 
Have you ever been to a live football game? How was it?

Monday, 1 October 2012

Sobotni targ/ Saturday market


Jestem w Galway niecały tydzień i muszę przyznać, że moje obawy, że miasta tego nie polubię okazały się bezpodstawne. Pogoda całkiem dopisuje, co w warunkach irlandzkich znaczy to tyle, że nie pada codziennie (zresztą tutaj pada troszkę i potem się rozpogadza), ludzie są strasznie sympatyczni (obsługa w sklepach i knajpach tak bardzo, że doznaję szoku po 2 latach w Barcelonie, gdzie niestety obsługa klienta pozostawia wiele do życzenia) i odkryłam targ podczas sobotniego spaceru. Uwielbiam targi, stragany pełne warzyw i owoców, gdzie dobra kupuje się prosto od rolników. Przypomina mi się dzieciństwo, kiedy towarzyszyłam mamie na rynek po jajka, ziemniaczki od pana z górki i sezonowe owoce. Albo czasu studiów, kiedy z moimi współlokatorkami na bazarku miałyśmy ulubioną piekarnię, stoisko, gdzie zawsze dostawałyśmy najlepsze warzywa i owoce.


Na targu w Galway (Church Lane; zajrzyj na ich stronę) można kupić wszystko: organiczne warzywa i owoce (następnym razem kupię rabarbar! Tak tęskniłam za jego smakiem przez ostatnie 3 lata, bo ani w Hiszpanii ani w Rumunii nie mogłam go nigdzie znaleźć) , jest stragan z samymi oliwkami, pieczywem i słodkimi wypiekami, są świeże zioła i stoisko z rybami (które polecał kolega Nuno z pracy, więc przy następnej wizycie musimy koniecznie kupić).  Więcej zdjęć tradycyjnie na facebooku, więc zachęcam do zajrzenia i polubienia strony.


A wy też chodzicie na lokalne targi? Jakie są wasze ulubione? 



After spending less than a week in Galway I must say that I really like this town. I was afraid that I wouldn’t find it charming and fortunately I was wrong. Weather has been quite nice and it definitely helps (meaning: in Ireland nice weather means it doesn’t rain every single day, and even if it rains, it stops after a bit and sun shyly  appears) and people are just so helpful and nice (I am still shocked as after 2 years in Barcelona where the customer service is quite bad, I am not used to see people smiling so much and always having a good word for the clients). Oh, and I discovered a nice market last Saturday when having a walk to get to know Galway. I just love markets, small stalls selling fruits and veggies, where you can buy fresh goods directly from the farmers. It  brings me back my childhood memories when I accompanied my mum to the market to buy eggs, potatoes and seasonal fruit. Or my student times, when with my flatmates we used to buy bread always in the same bakery and we had our favourite stand where two brothers were selling the best fruits and vegetables.

 

You can buy so many tasty things at the Galway market (Church Lane; check their website for details). You can find organic vegetables and fruits (next time I definitely have to buy rhubarb! I missed its flavor for the last 3 years, as I couldn’t find in neither in Spain nor in Romania), there is a big stand with olives, another various types of bread and sweet pastries, fresh herbs and one Nuno’s friend highly recommended- the fish stall.  You can find more photos on facebook, check it and like it! 


Do you also like shopping at the local markets? What are your favorite one?

Wednesday, 31 October 2012

Najpopularniejsze klify Irlandii/ The most popular cliffs in Ireland



Nie będziemy się rozdrabniać, zwiedzanie Irlandii zaczęliśmy od jednego z najpopularniejszych miejsc w kraju. Takiego figurującego na liście top 10, odwiedzanego rocznie przez ponad milion osób. Mowa o Klifach Moheru (alternatywna nazwa Moherowe klify), wystających z Atlantyku formacjach skalnych, długich na ok. 8 kilometrów, dochodzących do 214 metrów (w najwyższym miejscu). Te suche fakty nie oddają jednak tajemniczej i groźnej atmosfery tego miejsca (wrażenie to potęguje często niezbyt sprzyjająca pogoda: mgła, deszcze i silne wiatry). Grozy dodaje fakt, że oprócz samobójców, którzy wybierają to piękne i zielone urwisko w oczywistych celach, 5 osób rocznie ginie zdmuchniętych przez silny wiatr do oceanu. 


Klify mają bowiem wielką siłę przyciągania. Nie od dziś wiadomo, że to co niebezpieczne często jest bardziej atrakcyjne, dlatego wiele osób wychodzi poza oficjalny punkt widokowy, zbliża się niebezpiecznie blisko krawędzi, spaceruje dziką ścieżką, która często biegnie kilkanaście centymetrów od brzegu urwiska. My też chcieliśmy poczuć dreszczyk emocji i stanęliśmy na skraju urwiska. Patrząc w dół, można dostać zawrotów głowy, widząc wzburzone fale  z tej wysokości, można poczuć prawdziwą potęgę oceanu. 


Klify Moherowe to miejsce niezwykłe, można tam spędzić dobrych kilka godzin, które miną niepostrzeżenie. Przynajmniej ja, zapatrzyłam się w dal i podziwiając ten piękny i zarazem niepokojący cud natury zagubiłam się w moich myślach. 

Największą atrakcją są same klify, ale jeśli dla kogoś natura jest niewystarczająco ciekawa, może zajrzeć do zbudowanej w XIX wieku wieży O’Brien’s Tower. Dla mnie jednak ten punkt obserwacyjny nie był jakoś szczególnie godny uwagi, ale ładnie prezentuje się na zdjęciach. 


Moherowe zostały uwiecznione nie tylko na nielicznych zdjęciach. Tutaj filmowano sceny z filmu o Harrym Potterze (Harry Potter i Książę Półkrwi) oraz kilku innych filmów czy teledysków. Tak więc będąc w Irlandii musicie koniecznie zaplanować zobaczenie tego niepowtarzalnego miejsca. Nie tylko fani Harrego Pottera znajdą się pod urokiem dzikich i majestatycznych klifów. Ja na pewno tam wrócę, pewnie przy okazji pierwszej wizyty. I na pewno w okresie od marca do września, bo wtedy to, według ulotki, można tam spotkać puffiny (według wikipedi polska nazwa brzmi maskonur, ale ta nazwa odbiera im cały urok), najsłodsze chyba zwierzęta jakie widziałam. 

Nie mieliśmy szczęścia do pogody, ranek zapowiadał piękny i słoneczny dzień, co udokumentowaliśmy przy zamku Dunguaire , gdzie zatrzymaliśmy się po drodze. Ale po dojechaniu do klifów zaczęło padać. Ach ta irlandzka pogoda, nie można wyjść z domu bez kurtki przeciwdeszczowej i parasola. Na szczęście w pewnym momencie się rozpogodziło (choć wiatr wiał niemiłosiernie- niektóre podmuchy były tak silne, że przestały mnie dziwić statystyki o nieszczęśliwych wypadkach turystów). 


Macie w planie wycieczkę do Irlandii? Zachęciłam Was choć trochę? Kto ma ochotę, pod tym linkiem może zobaczyć więcej zdjęć z naszej wycieczki. 
A może już byliście i chcecie podzielić się wrażeniami?

On Monday we started our big mission- explore Ireland. And we chose one of the best attractions to begin our adventure. It is on every list of the places you absolutely have to visit when in Ireland, and its popularity is confirmed by more than million people who visit it annually. If the post’s title wasn’t a good hint, I have no choice but just to say the name of the place (well, it’s not any secret anyway). 
Cliffs of Moher is a 8 km long, stunning rock formation that rises 120 meters (up to 214 in the highest point) above the Atlantic Ocean. By simply reading those  facts, you can’t possibly picture how beautiful and mysterious at the same the cliffs are. The menacing atmosphere is brought out by Ireland’s weather: rain, strong wind and fog.  Then if you know that not counting the suicides who choose this beautiful and green cliff for obvious reasons, 5 people die by falling accidentally off the cliffs (winds can be pretty strong and can blow you over the edge so you shouldn’t get too close, even if the weather can seem nice).
But many people just ignore how dangerous they can be. And well, it is know not from today, that we often find danger more attractive. You can see many people going beyond the official viewpoint, some of them are dangerously close to the edge. We also wanted to feel the thrill and stand the edge of a cliff, where you can get dizzy when you look down and see the rough waves. You just feel how powerful the ocean can be. And when you walk the wild path, you find yourself just few inches from the edge of the cliff. It is exciting and scary, and somehow you can’t resist but to come closer. 


Cliffs of Moher is a truly beautiful place (my photos just don’t do them justice), where you can spend a few hours, which will pass unnoticed. I just got lost in my thoughts while looking at this beautiful and at the same time disturbing miracle of nature.  

I am not really a big fan of nature, I prefer big cities. But somehow I was really impressed by the cliffs even though the only thing you can visit there (not counting the XIX century O'Brien's Tower. It looks nice in the pictures though) are the cliffs. If you are also not that into nature, try to plan a trip there, as you may change your mind. 

If you need a preview of what to expect, you can check countless photos you may find online and as well watch some movies and music video clips that were filmed there. Harry Potter fans are among the visitors as scenes from Harry Potter and the Half-Blood Prince were shot at the Cliffs of Moher. And as Harry Potter fans can’t be wrong (just a joke), you definitely have to put visiting this Irish attraction on your bucket list. I know that I will be back and not because of the family&friends visits. I learnt from the brochure we were given at the entrance that from March to September you can see puffins (is it only me who finds them the cutest animals?), and I don’t know why it made my day and I didn’t even care that it was raining. 


 Last week we were lucky with the sunny weather, and this time I thought we would continue with good fortune and that rain would.. rain elsewhere. The morning was really beautiful and sunny, we can confirm it with the photos of a boring Dunguaire Castle that we wanted to visit on our way (it was closed, but somehow it didn’t bother us). But when we reaches the cliffs, it started to rain. Ah, you never know what to expect from the changing Irish weather, so you better have your rain jacket on or at least your umbrella. Fortunately, at some point, I was able to take some photos without raindrops on the objective. But the wind was really strong that I understood why the accidents take places there… and stepped away from the edge. 


Have you ever been to Ireland/ want to visit the green island? Do you agree it is really beautiful when it comes to the nature? If you want to check more photos from our trip, click this link.

Thursday, 25 October 2012

Słoneczna niedziela w Spiddal/ Sunny Sunday in Spiddal



W Irlandii w słoneczny dzień grzechem jest siedzieć w domu. W niedzielny poranek,  mimo że wstaliśmy zmęczeni po sobotnim pub crawlingu poprzedzonym oglądaniem po raz pierwszy na żywo meczy rugby,  wiedzieliśmy, że z lenistwa nic nie wyjdzie. Musimy na zapas wykorzystać pogodę, bo niedługo mogą nas czekać tylko deszczowe i zimne weekendy, a wtedy trudniej będzie się zmobilizować do zwiedzania. Na razie wybieramy i tak najbliższe okolice, bo Nuno nie za bardzo lubi jeździć naszym autem z kierownicą po złej stronie. 

Nuno kiedyś wspomniał ( i to niejednokrotnie), że nie może mieszkać na stałe w mieście, które nie ma dostępu do morza.  Dla mnie wychowanej w Bydgoszczy, gdzie do morza jest kilka godzin, nie jest to wystarczający argument, który decyduje o przeprowadzce.  Ale jakoś tak się złożyło, że zarówno Barcelona, jak i Galway mają plażę. Jest tylko mała różnica, na jednej można się opalać przez kilka miesięcy w roku, a na drugiej kilka dni. Zgadnijcie, która jest która :) Ale spacerowanie po plaży też uwielbiam, więc nie miałam nic przeciwko odkryciu Spiddal, małej rybackiej wioski, oddalonej o ok. 20 km od Galway. 


W samej wiosce można niewiele zobaczyć, jest port rybacki, przystań, mały cmentarz i urokliwy biały domek. Ale i tak jest urokliwie, w taki nienarzucający się sposób. Po zgiełku i tłumach turystów w Barcelonie, niczym nie zmącony spokój i brak zabytków może być  miłą odmianą. Na plażach o tej porze roku są pustki, nie licząc rodzin z dziećmi i psami. 


Zapraszam do galerii facebooka na większą porcję zdjęć oraz do polubienia strony, bo to tam będę wrzucać większość zdjęć i informacji o naszych podróżach i życiu w Irlandii. 

Mam nadzieję, że podobają się Wam okolice Galway. Potrzebujecie słońca, morza i plaży do wyboru idealnego miasta, w którym chcielibyście zamieszkać?


In Ireland on a sunny day you can do everything except stay at home. So even though on Sunday  we woke up exhausted after the pub crawl and watching our first rugby game on a stadium, we knew we couldn’t just lay on the sofa watching tv series. Anyway, it’s not my thing, when I see sun, I feel this pressure to be active. And we don’t know if we will be lucky to have many more rain-free weekends, so instead of risking, we just got in the car and went to explore what Galway county has to offer. For now, we only visit places that are quite close, as Nuno doesn’t really like driving with the the steering wheel on the wrong side.


Nuno has mentioned  on numerous occasions that he can’t imagine living permanently in a city that doesn’t have access to the sea. For me, born and raised in Bydgoszcz, too far from the seaside to go there more than few times a year (and that if I was lucky), sea isn’t something that would influence my decision of choosing a city to live in. But by pure coincidence, both Galway and Barcelona have access to the beach. There is just a tiny difference, a sunny weather that allows the sunbathing for few months on one of them and  for few days on another. Take a guess and match the beach with the city. Anyway, sunbathing isn’t the only thing you can do on the beach, and I actually enjoy even more strolling down a deserted beach. It was a reason good enough to go to Spiddal, a small fishing village, located about 20 miles from Galway.


There is fishing port, marina, small cemetery and charming white house. Nothing  more, but still it is a delightful little village. And after the hustle and bustle and crowds of tourists in Barcelona, peace and lack of famous monuments can be quite a nice change. And tranquility is what you find on the beaches near Galway in October, not counting few families with kids and dogs, they were deserted. 


Check out the facebook gallery for more photos from our sunny Sunday escapade to Spiddal, and like it if you still haven’t as it is there where I post a lot of photos and information about our travels and life in Ireland.

Do you like Irish beaches? Do you need beach, sun, sea to help you choose your perfect destination?

Tuesday, 23 October 2012

W Irlandii ciągle pada?!/ Does it really rain in Ireland all the time?!



Kiedy Nuno zaaplikował, a potem dostał pracę w Irlandii, wielu znajomych pukało się w głowę, że w ogóle rozważamy przeprowadzkę ze słonecznej Barcelony do deszczowej Irlandii. Deszcz to pierwsze słowo jakie przychodzi na myśl, gdy myślimy o Zielonej Wyspie (w końcu nie jest taka zielona z powodu upałów). Jak wpiszemy w wyszukiwarce hasło „pogoda w Irlandii” to w rezultatach znajdziemy opady, wilgotność, mgły i dość umiarkowane temperatury… Niezbyt zachęcająco, a do tego „życzliwi” straszą napadami depresji i przewidują, że na pewno będziemy żałować, bo przecież słońce to podstawa dobrego nastroju. Na razie trzymamy się dzielnie (zakup dobre kurtki przeciwdeszczowej to jednak podstawa) i w następnym poście udowodnię Wam, że mamy szczęście do pogody, bo 2 ostatnie weekendy były bardzo słoneczne i dzięki temu zwiedziliśmy okoliczne plaże. Mimo że stare powiedzenie mówi, że Irlandii nie odwiedza się dla pogody. 


Dziś jednak będzie o deszczu, bo za oknem tak trochę szaro i buro, więc jest to tematyka adekwatna. Wyobraźcie sobie taki obrazek: urlop zaplanowany, bilety kupione, od tygodni czekacie na ten wyjazd, wszystko dopięte jest na ostatni guzik (albo nie, bo jesteście tak spontaniczni, że planowanie ogranicza się tylko do zakupu biletu). A tu nagle pogoda krzyżuje wam szyki. Pada. I nie jest to przelotny deszczyk, niebo zasnute jest na chmurami co najmniej przez kilka godzin. Mieliście tak kiedyś? My już kilkakrotnie musieliśmy kupić nową parasolkę podczas podróży. 


Wydawać by się mogło, że nie mam szczęścia do świętowania moich urodzin, które wypadają w maju (wydawać by się mogło idealnym miesiącu do wyjazdów). Trzy lata z rzędu padało. W Amsterdamie pogoda jest niepewna chyba przez cały rok, ale spodziewałam się lepszej pogody wiosennej we Włoszech. W Rzymie zmuszeni byliśmy pożyczyć parasol od mojego przyjaciela, a rok później w Wenecji kupić nowy (a właściwie dwa, bo jeden był tak tandetny, że po godzinie był nie do użytku). Ale to my decydujemy, czy niekorzystna pogoda jest w stanie popsuć nam urlop. I zamiast kląć przed nosem, woleliśmy kupić parasol i nie przejmować się, bo Rzym i Wenecja pięknie się prezentują nie tylko skąpane w słońcu.  można powiedzieć nawet, że  deszcz dodaje im aurę romantyczności.  miastach byłam już podczas letnich upałów, więc cieszyłam się trochę na sesję z parasolami w roli głównej. Nuno był może mniej entuzjastyczny, a i potem przyszło nam zapłacić chorobą za wielogodzinne spacery w przemoczonych butach.  

W Rio liczyliśmy na plażowanie na Copacabanie lub Ipanemie, ale miasto przywitało nas deszczem. Na szczęście plaża to nie jedyna atrakcja tego cudownego miasta. Bo chyba najbardziej pechowi są ci, których deszcz dopadnie nad morzem. Zresztą na co dzień też. Komu się chce wychodzić z domu kiedy pada? Tylko szczerze. 


Na pocieszenie dla tych, którzy planują zwiedzanie Irlandii albo chcą mnie odwiedzić, zapewniam, że deszcz w Irlandii nie przeszkadza w życiu czy zwiedzaniu. Pada prawie codziennie, ale przelotnie, a w Polsce czy Hiszpanii, jak zacznie lać, to potrafi nie przestać przez kilka godzin. Zresztą pogoda nie zawsze jest najważniejsza. Mam nadzieję, ze was trochę przekonałam, bo siebie już prawie (podobno wielokrotne powtarzanie sprawia, że coś uznajemy za prawdziwe). 

Przypomniała mi się piosenka „I like London in the rain”… Lubicie jakieś miasta w deszczowej odsłonie? Dodaje im on uroku i aury tajemniczości? 



When Nuno applied for a job in Ireland and then got in, many of our friends were surprised that we even considered leaving sunny Barcelona to move to rainy Ireland.  As rain is the first thing that you picture when you think of Ireland, called the Green Island for a good reason, right? When you search “Irish weather or weather in Ireland” in google, the results will be probably: rain, fog, humidity, precipitation and  relatively moderate temperatures ... Well, the old saying  goes: You don't go to Ireland for the weather.” But somehow the weather was the last factor that had any influence on my decision. Although for many people sun is a synonym for a good mood,  I am not afraid to get depressed only because of living in a rainy country. I mean, I had to invest in a good rain jacket, but the weather hasn’t changed my habits. Besides, we’ve been quite lucky as the last two weekends were really sunny and we could explore the seaside. Post on that soon. 


This post is about rain as it is a typical grey autumn evening, so writing about beaches and sunny days would be a torture. So imagine: you have your plane tickets, everything planned for your dream trip, for weeks you are unable to think of anything else, you just picture yourself sunbathing on a desert beach/ discovering a new vibrant city/ hiking in beautiful mountains/ … (here choose a version that best suits your taste). And day before the trip you check the weather forecast. Your good mood suddenly disappears as instead of a perfect weather, they warn you against precipitation. You still hope that they are wrong, but when you reach your destination it really does rain. A lot. Not just a drizzle that can pass in a short moment. Have you ever had your holidays ruined because of bad weather?  We already had to buy a new umbrella during a trip few times but we tried to always look on a bright side. 


We aren’t lucky when going to celebrate my birthday, that is in May- one could argue a perfect month to travel, as it rained 3 years in a row. I mean weather in Amsterdam is quite unpredictable the whole year, but at least I expected some sun from Italy. We were forced to borrow an umbrella from our friend in Rome, and the next year, buy one in Venice (actually two, as one was so crappy that it broke after just one hour). But we wouldn’t let it destroy the trip. I was kind of happy to take some photos with umbrellas as the main motive, at least they are different from the ones I took when visiting the cities during the hot Italian summer. Nuno wasn’t that happy and we had to pay the consequences of walking for hours with water in our shoes. I think that Rome and Venice can also be truly beautiful in the rain, it king of create the romantic and mysterious atmosphere. 

When we traveled to Brasil last year, we were dreaming of sunny days spent on Copacabana or Ipanema. We still did get some sunny days, but Rio de Janeiro welcomed us with rain. Fortunately, its beaches aren’t the only the only place we could go. I think that what counts the most for those who decide to spend their holidays at the seaside, is the weather. In the city you have more options. But honestly, when it rains when you are not travelling, you probably stay at home. Who wants to go out when it rains?

I hope that my friends still want to visit me. You don’t have to bring your umbrella, I will lend you one. I mean, here it may rain every day, but after a short while it stops, so you can have a normal life here or visit the country. In Poland or Spain, when it rains, it rains for hours. And what makes the weather such an important thing to dedicate it a whole post?

I’ve just remembered a song, called "I like London in the rain" ... Do you know any city that impresses you in the rain?

Monday, 22 October 2012

Portrety barcelońskie/ Portraits in Barcelona


Dzisiaj napadł mnie tak zwany leń. Chyba podskórnie czuje, że to ostatni tydzień, kiedy może się obijać. Tak, tak, to znaczy dosłownie to: dostałam pracę i zaczynam w przyszłym tygodniu. Ponieważ jakiś czas temu obiecałam, że  postaram się zwiększyć swoją aktywność na blogu i poświęcę przynajmniej jeden wpis w tygodniu na tematykę związaną z Barceloną, postaram się dotrzymać zdania. Padło na poniedziałek. Hiszpański początek tygodnia, pasuje Wam? Dzisiejszy wpis trochę oszukany (trochę mało treści i informacji), ale obiecuję poprawę od przyszłego tygodnia. 


Uwielbiam tak zwaną sztukę ulicy. Graffiti, malunki w najbardziej zaskakujących miejscach, festiwale, które miejsce mają na ulicy, na świeżym powietrzu. Kilkakrotnie na moim blogu można było zobaczyć malowidła na zamkniętych metalowych roletach sklepów (jak się okazało na fotografowanie persianas wpadła też francuska artystka i miała nawet swoją wystawę, więc nie jestem taka oryginalna), dziś ten temat pojawia się chyba po raz ostatni. Na facebookowej stronie bloga utworzyłam bowiem album Street Art BCN, gdzie można zobaczyć wszystkie odkryte przeze mnie malunki. Nigdy nie zapisywałam, gdzie je znalazłam, ale mam nadzieję, że przy następnej wizycie w Barcelonie uda wam się kilka odnaleźć. Nie jest to trudne, a i pozwala odkryć stolicę Katalonii innym szlakiem niż od jednego zabytku do drugiego. 




Today I am super lazy. I think I know the reason, I subconsciously know it is my last week of freedom. Yes, it means exactly what you think it does: I got a job and start next week. Some time I ago I may have promised to myself to write more and dedicate more of my free time to blogging and wrote at least one post Barcelona or Spain related per week. To start a week with a Spanish post is a nice was to start a week, right? But today I may cheat a bit, as you won’t find much of information in this one, but I promise to do better next week.  


I love street art. I just love to go for a walk and discover a new graffiti or participate in outdoor activities. Spain was just perfect for such initiatives (all those local festivals and fiestas). If you are a follower of this blog, you remember that I dedicated few posts to show you paintings on metal blinds of the closed shops (as it turned out, I wasn’t too original, a French artist also showed interest in painted persianas and even had a photo exhibitions). This is probably the last blog on street art in Barcelona. If you want to check all the painted treasures I’ve discovered on the buildings, check the album Street Art BCN that I created on facebook. I hope that you will discover some new ones during your next visit in Barcelona. The Catalan capital is full of great paintings (not only in the museums and galleries) and it is always an alternative way to get to know the city. 

Friday, 19 October 2012

Portugalski likier wiśniowy/ Portuguese cherry liquor



Dziś piątek, więc post będzie lekki i przyjemny. Miało być o pożegnaniach, ostatnich tygodniach w Barcelonie, trudnych decyzjach. Ale to taki poważny temat, zostawię go sobie na po weekendzie. Dziś zapraszam was na kieliszek portugalskiej wiśniówki. 

Pisałam niejednokrotnie, że uwielbiam poznawać kraje poprzez ich kuchnię. Można też je poznać przez miejscowe trunki (tylko trzeba zachować umiar, żeby potem mieć jeszcze siłę na zwiedzanie). W lipcu mieliśmy okazję codziennie przez 10 dni kosztować świetne portugalskie wina (dopiero po tych wakacjach moja mama zrozumiała dlaczego Nuno uważa portugalskie wina na najlepsze i że wcale to nie jest spowodowane dumą z własnego kraju, no może troszkę). O road tripie z rodzicami i ich znajomymi opowiem innym razem, bo wycieczkę przygotowaliśmy im tak świetną, że może konkurować ze znanymi biurami podróży i tak się im podobała, że planują kolejne wakacje z nami (niekoniecznie ku naszej uciesze). 


Ginja (lub ginjinha) to likier wiśniowy, serwowany często z wisienką  (czasami ta wisienka ma silniejszy alkoholowy smak niż sam likier) i w czekoladowym kieliszku. 
Jest takie miejsce w Lizbonie, które idealnie nadaje się na pierwsze spróbowanie tego portugalskiego trunku. Miejsca tego nie można nawet nazwać chyba barem, bo nie ma w nim stolików, a ginjinhę pije się na ulicy. Ale cafe ‘A Ginjinha’ (Largo São Domingos 8), niedaleko Rossio, przy placu Dom Pedro IV. Ta nalewkarnia (tworzę chyba nowe słowo, ale, jak nazwać miejsce, gdzie serwują tylko i wyłącznie tę nalewkę?) to prawdziwa instytucja. I ma nawet kranik, żeby sobie ręce umyć, bo pan nalewa ginjinhę tak szczodrze, że nawet jak się troszkę upije, to trochę klejącego trunku spłynie nam po palcach. 


Ale jest inne miasteczko słynące właśnie z produkcji wiśniówki, którą tradycyjnie serwuje się w czekoladowym kieliszku. Mowa o Óbidos, malowniczym średniowiecznym białym miasteczku, gdzie w marcu odbywa się też słynny festiwal czekolady. 


To na zdrowie i miłego weekendu!



Today is Friday, so the post will pleasant. I was to write about how hard is to say goodbye, about our last weeks in Barcelona and that not all the decision are ease to take. But those topics are just too serious to start a weekend with. Instead, I invite you for a glass of Portuguese cherry liquor. 


I’ve already mentioned so many times that I’m a foodie , there is nothing for me than to explore a country or culture through their cuisine. And cuisine is not food, but local alcohol as well. In July we spent 10 days trying great local Portuguese wine for 10 days (after those holidays my mum finally understand why Nuno considered Portuguese wine the best, and it has nthing to do with the fact that he is really proud of his country). We took my parents and their friends for a 10 days long road trip and they all agree that Portugal is a perfect country to  visit. I’ll try to write soon more on the whole trip, which was planned and organized on a really advanced level (normally, when we travel alone, we tend to be more spontaneous), and could compete with what travel agencies. Our itinerary may come in handy if you ever plan to go to this beautiful country and not limit your visit to just one city. 

Ginja (or Ginjinha) is a cherry liqueur, served in a shot glass, often with one (or more) cherry (that has stronger alcohol flavor than the liquor itself) or even in a chocolate cup that you can eat afterwards. 
There is a place in Lisbon, which is just perfect for you to have your first ginja shot. It isn’t even a bar, as you won’t find there any tables and you have to drink your ginjinha on the street (don’t worry, even at 11 am you won’t be alone). The cafe 'A Ginjinha' (on Largo São Domingos 8), near Rossio or Square Dom Pedro IV is a must when you are in Lisbon. It specializes only in serving this delicious, sweet liquor. And once you have finished, you can use a small sink, as they generously serve the alcohol and even if you take a sip to be able to take a shot and drink it outside, some of the sticky drops will end on our fingers. 


And if you decide to travel around Portugal, don’t miss a tiny medieval white town, that is famous for serving ginjinha in a chocolate cup (this picturesque town is known for the chocolate festival that takes plane every March, so check your calendars!). Well, having a ginja in Óbidos and eating a chocolate cup afterwards must be included in some list of the things you absolutely must do when in Portugal (if not, I will create such a list). I fell in love with Óbidos and will tell you why soon. 



So cheers and have a nice weekend!

Wednesday, 17 October 2012

Moje miasto/ My hometown


Często zachwycamy się nowymi miejscami, bo są nieznane, egzotyczne, dalekie od bliskiej  nam szarej codzienności. Lepiej znamy obce kraje, potrafimy jednym tchem wymienić zabytki Paryża czy Rzymu, ale nie miasta, w którym mieszkamy. Kochamy podróże te zagraniczne, a do wakacji w Polsce się nie przyznajemy, jeśli w ogóle się na nie decydujemy.  Marzymy o dalekich wyprawach na inne kontynenty, a nie na drugi koniec ojczyzny. Też tak miałam, aż do momentu, kiedy zamieszkałam poza granicami Polski. Przy każdej wizycie zaczęłam na nowo odkrywać uroki mojego kraju i mojego miasta. Dziś pokażę wam fajne miasto. Moje miasto. Podczas ostatniej wizyty miałam okazję spojrzeć na Bydgoszcz świeżym spojrzeniem i naprawdę spodobało mi się to, co zobaczyłam. Kolorowe i tętniące życiem miasto. Pamiętam, jak lata temu narzekałam, że nie ma tu co robić, że jest brzydko i szaro, to metamorfoza, jaką przeszła Bydgoszcz jest godna podziwu. 


Największe wrażenie zrobiła na mnie Wyspa Młyńska, którą kojarzyłam jako miejsce, gdzie w liceum chodziło się na wagary z tanim winiarzem pod pachą. Teraz to jeden z najpiękniejszych zakątków miasta. W końcu ktoś miał fajny pomysł, jak wykorzystać rzekę Brdę przepływającą przez sam środek miasta. Nowe mostki (nie trzeba było czekać długo, żeby zawisły na nich kłódki miłości”), zadbany skwerek i zielone bulwary, plac zabaw, zachęcają do długich spacerów.  I gdyby tylko znalazły się pieniądze, by wyremontować kamienice tak szare i odrapane, to może określenie tej okolicy „Wenecją bydgoską” nie wywoływałoby ironicznego uśmieszku na twarzy. 


Spacer ulicą Długą i Gdańską to było dla mnie jak przeniesienie się do czasów licealnych. A po długim jesiennym spacerze nie ma nic lepszego, niż jedzonko. Tym razem zamiast iść do sławnego lokalu Sowy, który był obowiązkowym punktem podczas każdej wizyty w moim rodzinnym mieście, zdecydowałyśmy się z mamą zjeść lunch w małym lokaliku Kuchnia. Był to strzał w dziesiątkę, bo jedzenie przepyszne, a obsługa przemiła (choć pewnie niektórych „nadskakiwanie” może wkurzać, ale ja akurat lubię, gdy ktoś się nie ogranicza tylko do przyniesienia jedzenia i zapisania zamówienia). Nie ma menu, bo to zmienia się chyba codziennie, a zależy od świeżych składników, jakie uda się młodym kucharzom kupić. Możemy liczyć na pomoc przemiłej obsługi, która przy stoliku spędza tyle czasu, ile potrzeba, nie denerwując się, że chcemy wysłuchać całą listę dań dnia (mama zdecydowała się na polędwiczki z kurczaka z kuskusem, a ja na polędwiczki z warzywami z przepysznym sosem). Do tego otwarta kuchnia, fajny wystrój tworzący intymną i domową atmosferę, przyjemna i niedominująca muzyka w tle, pięknie podane dania, nie mogłam znaleźć nic, co by mi się nie podobało. Byłam tak zaabsorbowana pysznymi daniami i klimatem miejsca, że zrobiłam tylko 2 zdjęcia, więc odsyłam Was na stronę lokalu, który koniecznie powinniście odwiedzić, jak zawitacie do Bydgoszczy.


Miało być o urokach Bydgoszczy, a 1/3 postu zajmuje zachwyt nad jedzeniem. Ale co ja mogę poradzić, że uwielbiam dobrze zjeść i odkrywać  fajne lokalne knajpki? 

Dzięki Facebookowi dowiaduję się od moich znajomych o ciekawych inicjatywach, imprezach, koncertach i czasami aż mi szkoda, że nie mogę się teleportować, aby w nich uczestniczyć. Nie wiem, czy kilka lat temu naprawdę nic się nie działo, czy ja też nie byłam tym zainteresowana. 


Dopiero po kilku latach mieszkania poza miastem, a potem poza granicami kraju, to, co kiedyś dla mnie było znane i codzienne, stało się egzotyczne i nowe. Czy macie podobne doświadczenia odkrycia na nowo Waszego miasta? 

Więcej zdjęć ze spaceru po Bydgoszczy tutaj.


So many times we fall in love with new places just because they are new, unknown, exotic and different from often boring and reality. We are proud to know well foreign countries, we can name all the famous monuments in Rome or Paris but not in the city we live in. We love visiting other countries and when we have to spend holidays in our own, we tend to think we waste our days off and money.  We dream of a round-the-world trip or at least travel to another continent, and don’t even consider exploring what our own country has to offer. At least, I did think that way until I became an expat (first in Romania, then in Spain and now in Ireland).  Now, with every visit to Poland I try to rediscover the charms of my country and my city. Today I'll show you a cool city. My city. During the recent visit, I had the opportunity to take a fresh look at Bydgoszcz and I really liked what I saw: a colorful and vibrant city. I remember complaining  years ago that there was absolutely nothing to do or see and that the city was ugly and grey. The metamorphosis that my hometown Bydgoszcz has undergone is really admirable. Or maybe I just see it differently?


I was really impressed how Mill Island (Wyspa Młyńska) have changed. It used to be quite dodgy place where students from high school would go to have a beer while skipping classes. Now it is one of  the most beautiful parts of the city. It is really great to see that finally  someone had a great idea how to get the most out of Brda River that flows through the city centre. New bridges (it didn’t take long to see them filled with “love locks”), green boulevards, playground, it really is a great place for a Sunday walk. I just wish that shabby and grey buildings that overlook the river were renovated so the area could be called again “Bydgoszcz Venice”. Now the name seems like a joke. Dluga and Gdanska street have seen better days as well, but they bring nice memories of my high school years.  And what is better after a long autumn walk that a nice meal?


This time, instead of going to the famous Sowa restaurant (it has always been the place I had to go while being in my hometown, mostly for their delicious desserts), my mum took me to a small place called  simply Kuchnia (meaning Kitchen).  We couldn’t have chosen a better place to have an intimate mother-daughter lunch. The food was simply delicious and the service perfect (one of the best I’ve had in years). There is no menu,  as it changes every day depending what fresh ingredients young chefs find on the market and their imagination. You can count on their professional advice when choosing a plate, they really spend quite a lot time by one time, just to be sure that you order what would taste you the best, without rush (my mum decided to have chicken fillets with couscous, and I tenderloin with vegetables in a delicious sauce). And the décor is just perfect (I could almost imagine running a place like that): open kitchen so you can see how all the dishes are prepared (if you are lucky to sit close), they are beautifully served. Really, I really liked everything and I was so focused on how delicious my meal was that I only took 2 photos, so check their website for more. I really recommend the place if you are ever in Bydgoszcz. 

I was supposed to describe you why Bydgoszcz is such a cool city, and 30% of the post is about food. What can I do, I just love to discover nice local restaurants. 

Thanks to facebook I can stay up to date with many interesting events that take places in Bydgoszcz. I don’t know if few years ago there weren’t half as many things to do, or I just wasn’t so interested to find them.


It seems that after living several years in another city and then in different countries, what was once known, boring and routine, is now new and exotic. Do you have a similar experience to rediscover your city?

If you want to see more pictures from my last visit to Bydgoszcz, click here

Sunday, 14 October 2012

Parada, ostrygi i Guinness/ Parade, oysters and Guinness


Od piątku znowu jestem w Galway. Po 9 dniach pobytu w Polsce wróciłam zmęczona i zakatarzona. Jakoś tak to już jest, że odkąd mieszkam poza krajem, każda wizyta zapełniona jest do granic spotkaniami z rodziną, znajomymi, fryzjerami, lekarzami, zakupami… Tym razem na dokładkę wymyśliłam sobie krótki wypad do Warszawy, gdzie nie byłam od czasu skończenia studiów (o tym, jak pozytywne wrażenie sprawiła na mnie stolica chyba w następnym poście będzie). 


Dziś nie będzie o deszczowej pogodzie, o tym, jak to jest opuścić wielkie miasto, o tym, czy już nabawiłam się depresji (czego  chyba spodziewają się moi hiszpańscy znajomi i tylko przyjmują zakłady, jak długo mi to zajmie). Będzie o niespodziankach, jakie oferuje małe i urokliwe miasteczko, które przez następnych kilka miesięcy (czy lat- to się dopiero okaże) będziemy nazywać domem. 

Nuno wie, że uwielbiam planować. I że to przede wszystkim ja w naszym związku wymyślam, co będziemy robić w weekend, gdzie pojedziemy na wakacje… Nie jestem jednak dyktatorem (z małymi wyjątkami) i zgadzam się chętnie na wszystkie propozycje. Ucieszyłam się i zaskoczyłam jednocześnie, gdy zaproponował, żebyśmy poszli na festiwal ostryg, który każdego września ma miejsce w Galway. Nie ma to jak dobry początek nowego etapu życia. Plany, planami, a rzeczywistość swoje. Portugalskie podejście i odkładanie na ostatnią chwilę i okazało się, że wejściówki już wyprzedane. Zamiast na festiwal poszliśmy do pubu na ostrygi i guinnessa (wbrew pozorom połączenie jest idealne), a potem podczas spaceru trafiliśmy nieoczekiwanie na paradę z okazji festiwalu ostryg właśnie. Czasami nie ma co się sztywno trzymać planów. I mimo że zaczęło troszkę kropić, humoru mi to nie zepsuło i na razie dzielnie wszystkim powtarzam, że lubię Galway. A wam się podoba? Więcej zdjęć tutaj



I am back in Galway after 9 busy days in Poland. I don’t go home as often as I would like to, so every visit is planned to the smallest detail as I want to somehow meet all my friends, and family, and go shopping and cut my hair… This time I also ended up spending 2 days in Warsaw visiting my dear friends, I was really impressed how the city has changed since I graduated (I think the next post will be about Warsaw and why I recommend it as your next travel destination). 

I spent really great weekend in Ireland, so today  don’t expect any complaints about rain, and how hard it was to leave a big sunny city, or if I am already depressed (my Spanish friends take it for granted and are betting how long I will stay so positive). Today I want to share with you yet another small surprise that small but charming town that I will call home for the next few months (or years, you never know) had for me.


Nuno knows that I am obsessed with planning . It seems I can’t live normally without agenda. My dream job would be to plan lives/holidays/weekends for those who hate planning.  I like to know where we want to spend the New Years Eve few months ahead and I plan where to go for a long weekend or holidays. It doesn’t mean I automatically reject plans made by my friends or family. I am more than happy (with some exceptions) to go with the flow. So I was at the same time surprised and excited when Nuno suggested we went to the Galway Oyster Festival that takes place every year in September. There's nothing like a good festival to celebrate a new phase of life. But you can have a great plan and still the reality comes in the way. As Portuguese people aren’t really known for being planners, quite on the contrary, they tend to leave everything for the last moment, it turned out that all the tickets had been already sold out. So we went to have some oysters and Guinness (it really is a tasty combination!) in a pub.  I was kind of disappointed (and I don’t even like oysters that much) to miss the festival, but then, for my big surprise, we unexpectedly  walked into a parade. Nuno patiently waited for me, as he is already more than used to my small obsessions with local traditions and festivals. It was a second reason I found to like Galway (the first is a great Saturday market). So even though it rains almost every day, I am happy to be here and discover what Ireland has to offer. Do you like Galway so far? Click here for more photos.



Tuesday, 9 October 2012

Spektakl na Camp Nou/ Great game at Camp Nou

Święto La Merce, pożegnania ze znajomymi, odwiedziny mojej chrzestnej i taty- tak, ostatnie tygodnie w Barcelonie były bardzo intensywne. Jednym z fajniejszych momentów były 2 godziny spędzone na Camp Nou. Od razu zaznaczę, że nie jestem fanką piłki nożnej, choć niektóre mecze są bardziej ciekawe od innych, a jedni piłkarze przystojniejsi od innych. Za to uwielbiam atmosferę towarzyszącą meczom. Będąc z Nuno jestem troszkę zmuszona śledzić wyniki ligowe, oglądać niektóre mecze, kibicować FC Porto. Oglądanie meczu w domu przed telewizorem- to nie dla mnie. Nawet w barze jest zdecydowanie ciekawiej, bo kibice ubiorą koszulkę klubową lub szalik, komentują barwnie przebieg meczu, gestykulują, krzyczą... Jednym słowem, jest fajna atmosfera. Ale to i tak wypada blado, gdy porównamy z tym, czego możemy doświadczyć będąc na stadionie. Tu dziękuję Tacie, że zdecydował się na przyjazd w ostatni mój weekend w Barcelonie i zabrał mnie na mecz (nie był to może jakiś najważniejszy mecz sezonu). Najpierw małe rozczarowanie, bo kilku strategicznych graczy Barçy było kontuzjowanych (Puyol czy Pique), ale i tak z napięciem czekaliśmy na pierwszy gwizdek sędziego.
 

Trybuny powoli się zapełniały, gracze obu drużyn się rozgrzali, po odegraniu hymnu FC Barcelony zaczęło się. Ach te emocje, przy każdej niewykorzystanej okazji strzeleckiej (a tych było sporo- przed meczem spodziewaliśmy się co najmniej kilku bramek, bo Granada wydawała sie być łatwym przeciwnikiem), te gwizdy kibiców na sędziego, gdy jego decyzje się im nie podobały (i komentarz, że na pewno jest z Madrytu, bo taki kalosz) i gorący doping (szczególnie kibiców siedzących w trybunie tuż za bramką). Fajne jest to, że na stadiony przychodzą całe rodziny (widziałam nawet kilkumiesięczne, ale obowiązkowo w mini koszulce Barçy). Na gole musieliśmy czekać do ostatnich minut, więc emocje towarzyszyły nam przez całe 90 minut i doliczony czas (jedna z bramek już w doliczonym czasie padła). To, co się działo na trybunach, to też spektakl sam w sobie. Jednym słowem polecam, nie tylko fanom piłki nożnej.
 

A teraz garść informacji praktycznych. Najtrudniejszy jest zakup biletu, bo na najważniejsze mecze ligowe, jak na przykład El Classico (FC Barcelona z Realem Madryt) czy mecze Champions, kupienie biletu na oficjalnej stronie jest praktycznie niemożliwe. Wszystkie bilety są w posiadaniu członków klubu i tylko, kiedy rezygnują oni z pójścia na mecz, można je nabyć. Oczywiście na mniej ważne spotkania ligowe, takie jak wyżej opisany mecz z drużyną z Granady, biletów jest sporo. Dojazd jest łatwy (3 stacje blisko), na bilecie dostajemy wskazówki, z którego wejścia na trybuny skorzystać. I jak chcemy zachowywać się, jak prawdziwy culé, to nawet nie potrzebujemy koszulki klubowej, ale musimy podjadać pestki słonecznika (obowiązkowo z pestkami, które wypluwamy po prostu na podłogę) albo popcorn przez cały mecz. Cały stadion pachnie przez te popcorn jak jakiś multipleks.


Tradycyjnie więcej zdjęć na facebooku. Kliknij, polub, skomentuj.

Ktoś z Was miał okazję być kiedyś na stadionie?
 
 
 
As I have already mentioned, my last weeks in Barcelona were pretty hectic: Fiesta de La Merce, saying goodbye to my friends, my aunt's and my dad's visits, and yes, packing, cleaning, preparing for the big move. One of the most exciting moments was going to the famous Camp Nou stadium to watch a football game. I must say that even though I am not a big football fan (for me some games are more interesting than others, some players are prettier than others, and that would be it), the experience was unforgettable. Basically, the only thing I like about football games, is the ambience and emotions that real fans show. And sometimes being Nuno's girlfriend means that I have to keep track of the results, watch some of the games, cheer for FC Porto, I prefer going to a bar than watching it at home. It is just more exciting to be part of a group cheering for a team, commenting on passes, fouls, goals, or scream and gesticulate with them than just sit on the couch alone (well, even when we stay in, Nuno can't just sit and stare, our neighbors must wonder why he screams so much). But it still is nothing when compared with actually being at the stadium. So I really wanted to thank my dad for taking me to see FC Barcelona against Granada. He wanted to see a game on camp Nou since we moved to Barcelona, but getting a ticket for any important game he wanted to see was impossible. So he decided that experience of watching any game in Camp Nou was what counted and spend with me my last days in Barcelona. After being slightly dissapointed that several strategic Barça players were injured (Puyol and Pique), we waited impatiently for the first whistle.
 
 
We arrived good half an hour before, so that we could take some photos before the game started and observe the spectators. The tribunes were half empty when we arrived, but then fans kept coming and filled them, players of both teams warmed up and after the FC Barcelona anthem the game started. It is really different to watch a game at the stadium than on the TV, not only because there is no repetitions, but the atmosphere is great. The excitement, suspension, anger after not scoring (before  the game we had expected at least few easy goals as Granada didn't look as strong adversary), criticizing the referee's decisions (he wasn't too popular judging by the comments and accusations of being Real Madrid's dog), you could find all the emotions present at the stadium. The cool thing is that whole families come to the stadium (I even spotted a baby boy in a tiny Barça T-shirt). Even though we had to wait for the first goal until last minutes (the second one was scored during the additional time), the whole game was full of powerful emotions. I really was surprised to enjoy it so much, I really want to repeat the experience (maybe another stadium, another team or even another discipline). If you have a chance to go to see a game in Camp Nou, or at any stadium, don't think twice, the experience is really recommendable, not only football fans.

 
 
And now some practical information. For those who are now encouraged to watch a game during their next visit to Barcelona, a little warning. It is almost impossible to get ticket for important games of the Spanish league, like el Classico against Real Madrid, or Champions league games. It seems that all tickets are already given to the club's members, and only if they decide not to attend the game, they become available on the official website. Of course, getting the ticket for less important games is easy, you just enter the website and book a ticket depending on price you are willing to accept. Then you pick up the ticket or just print it out, you follow the indications how to get to the stadium (really easy, there are 2 metro stations near, and then just follow the crowd). And if you want to behave like a real culé, you may forget to wear a club  T-shirt, but you mustn't forget to eat sunflower seeds or popcorn. Now whenever I think of game, I remember the smell of popcorn.
You can find more photos on facebook, so if please check it, like it, comment on it.
 
Have you ever been to a live football game? How was it?

Monday, 1 October 2012

Sobotni targ/ Saturday market


Jestem w Galway niecały tydzień i muszę przyznać, że moje obawy, że miasta tego nie polubię okazały się bezpodstawne. Pogoda całkiem dopisuje, co w warunkach irlandzkich znaczy to tyle, że nie pada codziennie (zresztą tutaj pada troszkę i potem się rozpogadza), ludzie są strasznie sympatyczni (obsługa w sklepach i knajpach tak bardzo, że doznaję szoku po 2 latach w Barcelonie, gdzie niestety obsługa klienta pozostawia wiele do życzenia) i odkryłam targ podczas sobotniego spaceru. Uwielbiam targi, stragany pełne warzyw i owoców, gdzie dobra kupuje się prosto od rolników. Przypomina mi się dzieciństwo, kiedy towarzyszyłam mamie na rynek po jajka, ziemniaczki od pana z górki i sezonowe owoce. Albo czasu studiów, kiedy z moimi współlokatorkami na bazarku miałyśmy ulubioną piekarnię, stoisko, gdzie zawsze dostawałyśmy najlepsze warzywa i owoce.


Na targu w Galway (Church Lane; zajrzyj na ich stronę) można kupić wszystko: organiczne warzywa i owoce (następnym razem kupię rabarbar! Tak tęskniłam za jego smakiem przez ostatnie 3 lata, bo ani w Hiszpanii ani w Rumunii nie mogłam go nigdzie znaleźć) , jest stragan z samymi oliwkami, pieczywem i słodkimi wypiekami, są świeże zioła i stoisko z rybami (które polecał kolega Nuno z pracy, więc przy następnej wizycie musimy koniecznie kupić).  Więcej zdjęć tradycyjnie na facebooku, więc zachęcam do zajrzenia i polubienia strony.


A wy też chodzicie na lokalne targi? Jakie są wasze ulubione? 



After spending less than a week in Galway I must say that I really like this town. I was afraid that I wouldn’t find it charming and fortunately I was wrong. Weather has been quite nice and it definitely helps (meaning: in Ireland nice weather means it doesn’t rain every single day, and even if it rains, it stops after a bit and sun shyly  appears) and people are just so helpful and nice (I am still shocked as after 2 years in Barcelona where the customer service is quite bad, I am not used to see people smiling so much and always having a good word for the clients). Oh, and I discovered a nice market last Saturday when having a walk to get to know Galway. I just love markets, small stalls selling fruits and veggies, where you can buy fresh goods directly from the farmers. It  brings me back my childhood memories when I accompanied my mum to the market to buy eggs, potatoes and seasonal fruit. Or my student times, when with my flatmates we used to buy bread always in the same bakery and we had our favourite stand where two brothers were selling the best fruits and vegetables.

 

You can buy so many tasty things at the Galway market (Church Lane; check their website for details). You can find organic vegetables and fruits (next time I definitely have to buy rhubarb! I missed its flavor for the last 3 years, as I couldn’t find in neither in Spain nor in Romania), there is a big stand with olives, another various types of bread and sweet pastries, fresh herbs and one Nuno’s friend highly recommended- the fish stall.  You can find more photos on facebook, check it and like it! 


Do you also like shopping at the local markets? What are your favorite one?

Bądź na bieżąco/ Follow by Email