Saturday, 31 December 2011

Feliz Navidad

W tym roku prawie nie odczułam atmosfery przedświątecznej. Może to wina niezbyt zimowej pogody, może tego, że prawie nie chodziliśmy po udekorowanych ulicach centrum Barcelony, bo wróciliśmy z Brazylii dopiero 10 grudnia, po 3 tygodniowych wakacjach czekał mnie ciężki tydzień w pracy, więc wieczorami sił ani zbytniej ochoty na spacery nie było. We wtorek 21 grudnia lecieliśmy już do Poznania, bo w tym roku, żeby było sprawiedliwie, wiadomo było, że Święta spędzimy w Polsce. Tak, karp, makowiec, opłatek.

Nie były to jednak pierwsze polskie Święta Nuno w Polsce, ale to długa hostoria. Dla tych co nie wiedzą (nieczęsto zdarzają mi się osobiste posty, co niektórzy mają mi za złe), poznaliśmy się z Nuno w Warszawie na jego Erasmusie (ironicznie skomentuję: how typical), gdy odwiedziny jego rodziców w Polsce nie doszły do skutku, a wszyscy znajomi powyjeżdżali do domów na święta, wielkodusznie zaprosiłam Nuno do nas na Wigilię. Zaproszenie niezobowiazujące, żeby poznał polskie zwyczaje, najadł się wigilijnych smakołyków i miał miłe wspomnienia. Nie przyszłoby mi do głowy, że po 3 latach znowu spędzimy święta w Polsce, że przyjedziemy na nie z Barcelony, że wcześniej byliśmy expatami w Bukareszcie…


W zamierzeniu post miał być o obchodach Bożego Narodzenia w różnych krajach… Nie wiem czy przyjdzie mi spędzic kiedykolwiek Navidad w Hiszpanii, bo ani tu rodziny nie mam, ani żadnego innego powodu, żeby tutaj zostać na tę okazję. Tak więc cała moja wiedza opiera się na opowieściach znajomych Hiszpanów, czy rzeczy wyczytanych w necie, czy tym, co nam nasi lektorzy na UW opowiedzieli.


Trudno doszukać się wielu podobieństw między tradycjami hiszpańskimi i polskimi. Nie ma karpia, nie ma łamania się opłatkiem (Nuno w samolocie ćwiczył dzielnie Wesołych świąt i szczęśliwego nowego roku), prezenty też daje się na Trzech Króli 6 stycznia. (W Portugali też święta są dla mnie takie nie-świąteczne, a moja babcia 10 razy się Nuno pytala, jak to możliwe że na Wigilię je się TYLKO dorsza, co faktycznie przy naszych tradycyjnych 12 daniach wypada blado). A do tego kolędy… oprócz miedzynarodowych wersji Cichej Nocy, Hiszpanie mają mega wesołe kolędy o rybach w wodzie, które pija i się raduja, bo się Jesus narodzil. Poniżej najbardziej popularne hiszpańskie koledy ( i nie martwcie się, jak wam nie przypadnę do gustu, bo mnie osobiście troszkę irytują).


W tym roku na Wigili u nas było dość tłocznie, tylko Magdy niestety zabrakło. Prezenty dopisały, choinkę i stół udekorowaliśmy z Nuno. Było tak, jak powinno być, czyli rodzinnie.
W Hiszpanii ważniejsza niż choinka jest szopka. I to nie byle jaka, każdego roku przeciętna rodzina kupuje bowiem nowe elementy (jak nowe figurki czy elementy dekoracyjne- wodospady, drzewa, budynki) i szopka rozrasta się. W katalońskiej szopce obowiązkowy jest także pewien zaskakujący element, o którym pisałam w zeszlym roku, a mianowicie caganer.

Przedświąteczna gorączka wiaże się w Hiszpanii nie z kupnem prezentów (te tradycyjnie daje się dopiero na 6 stycznia, więc przed 24 nie ma aż takich tlumów w sklepach) ale z kupnem biletów na loterię świątaczną El Gordo. Świąteczna lotería ma dluuuuuga tradycję i jest wielkim wydarzeniem w kraju. Prawie wszyscy Hiszpanie kupują losy, a zwycięskie numery są wyśpiewywane (sic!) przez dzieci z Colegio San Ildefonso. Loteria to mega ważne wydarzenie, któremu poświęca się wiele uwagi, dla przykładu na kilka dni przed 22 grudnia pełno jest reportaży z różnych części Hiszpanii dotyczących przesądów ludzi kupujących losy, wywiadów ze sprzedawcami oraz szczęśliwcami z poprzednich lat, ankiet ulicznych, na których ludzie tłumaczą, czemu co rok kupują los z tym samym numerem, etc. A po wygranej, oczywiście wywiady ze zwycięzcami.


Ciekawym zwyczajem jest 12 winogron, które zjada się o północy w Sylwestra, po 1 winogronie przy każdym uderzeniu zegara. Dla ciekawości w Portugalii zamiast świeżych winogron je się rodzynki, ale symbol jest ten sam: 12 winogron/rodzynek ma przynieść szczęście na 12 miesięcy w Nowym Roku.

Tak więc my w tym roku zjedliśmy 12 winogron w szybkim tempie i mamy nadzieję, że 2012 będzie pełen wrażeń, przygód, podróży, spotkań...


This year, I barely felt and enjoyed the pre-Christmas atmosphere. I can blame the weather and lack of snow or even cold, or my laziness to walk around the Barcelona and admire xmas iluminations (they are the same as last year, so I only took few photos). And besides we only got back from Brazil on 10th of December and after 3 weeks of holidays I had really busy time at work. And then after the weekend spent on looking for some presents, we flew to Poznan on 21st, cause this year we spent Christmas with my family.

This wasn’t Nuno’s first traditionally Polish Xmas, but it is a long story. For those who don’t know (I don’t share personal stories very often here on the blog, and I know that some of my friends would preferred my blog to be more personal) we met in Warsaw where Nuno was spending one semester as an Erasmus exchange student (I can only comment it by sayinh: how typical!) . Originally his parents were supposed to come to Poland to visit him over Xmas break, but it didn’t happened, and all his friends went home, so I generously invited Nuno to spend Christmas Eve with me and my family. It was an informal invitaton to get to know some Polish traditions, eat different food and have nice memories. I would never have guessed that after 3 years we did spend another Christmas in Poland, that we arrived from Barcelona, after spending few months as expats in Bucharest ...Life is unpredictable.


The post was supposed to be about the differences in celebrating Xmas in different countries, and I get carried away.... I don’t know if I ever spend Navidad in Spain, as it is too familial time for me to spend it in a country we don’t have a family or close friends. So I know Spanish traditions only theoretically. I hardly see any similarities between the Spanish and Polish traditions. First, the food is totally different, there is no carp, no telling blessings when giving Christmas wafer (Nuno practiced on the plane his wesołych świąt i szczęśliwego nowego roku- marry xmas and a happy new year), there is no shopping madness as traditionally you give presents on 6th of January. Christmas in Portugal also lack some of typical atmosphere that I need and I’m used to, and my grandma kept asking Nuno if they really ONLY serve cod fish on Christmas Eve, as comparing to our traditional 12 dishes seems nothing.


Yet another difference are carols (villancicos in Spanish), apart from international versions of Silent Night, etc, only Spaniards could have invented so cheerful and funny carols about fish in the water that are happy and drink because Jesuswas born. Please, out of curiosity, check some of the most popular carols, as there are really something (and don’t worry if you don’t like them much, personally I find them bit annoying).


This year we had quite a crowd over on Christmas Eve, unfortunatelly Magda had to stay in Italy. A lot of presents had barely fit under the tree.
In Spain, the Christmas tree is less important than the belen (Nativity). Every year an average family buys new elements (such as new figures and decorative elements,waterfalls, trees, buildings) and the belen is bigger and more sophisticated. The Catalan nativity has to have compulsory but quite surprising element (find more in my last year post), that is a caganer.

The pre-Christmas madness in Spainis ot about last minute presents *those you but for the 6th January), but about buying your lucky lottery tickets. The Christmas lottery, el Gordo, has quite a tradition and is the most important lottery in the country. Almost everybody buys a ticket and hopes that his numer is sung (sic!) by the children from the Colegio San Ildefonso. Lottery is a hige event and gets a lot of attention from the media, few days before the 22.12, there are a lot of coverages and interviews with people selling/buying/having some strange prejudices related to the lottery. There are street surveys and of course interviews with the winners from previous years and how they spent the fortune.

Actually, there is an interesting tradition that I kind of like. You have to ear 12 grapes at midnight on New Year's Eve. At each stroke of the clock, you eat one grape. In Portugal instead of fresh grapes you eat raisins, but the symbol is the same: 12 grapes / raisins bring good luck for 12 months in the New Year.

So this year we ate 12 grapes and we hope that 2012 will be full of excitement, adventures, travels, meetings ...

Tuesday, 20 December 2011

Marzenia sie spelniaja…/ Dreams come true

Wysoko na liście moich marzeń są podróże. Dalsze i bliższe, ale te dalsze oczywiście częściej pozostają w strefie marzeń z rożnych powodów, a te bliższe łatwiej zrealizować.
Rok 2011 to podróże po Katalonii, do Wenecji, na Sardenię, do Polski. I Brazylia, czyli nasza pierwsza daleka podróż, pierwszy lot za ocean…. Wróciliśmy zachwyceni (i spłukani, bo Brazylia okazała się droższa niż Europa, a my na to nie byliśmy do końca przygotowani), pełni wrażeń, wspomnień, nowych smaków, zapachów, widoków.

I jak to z podróżami bywa, uzależniają, więc najchętniej już byśmy planowali następne i to jak najdłuższe i najdalsze…. W najbliższych tygodniach zamierzamy wykorzystać łagodną zimę (odpukać, żeby nagle się pogoda nie zmieniła) i wybrać się gdzieś autem w okolice Barcelony, a w marcu jedziemy na Fallas do Walencji (tym razem z dużym wyprzedzeniem zabookowaliśmy hotel). A reszta kalendarza otwarta.


Moje uzależnienie od podróży miedzy podróżami objawia się przeglądaniem blogów związanych z podróżami i czytaniem książek (ostatnio same o Azji). No i lubimy z Nuno poznawać różne kuchnie, a restauracji serwujących “egzotyczne” jedzenie nie brakuje na szczęście w Barcelonie.
I oczywiście pozostają mi spacery po Barcelonie…



Everybody has their own wish list, on top of mine are travels. Short trips, long ones, to another continent or just in the region, of course travelling far far away is more likely to remain a dream, and travelling to closer destinations is easier to turn into a real trip.

In 2011 we travelled quite a lot, we visited many places in Catalonia, we went to Venice, Sardinia, Poland. And our big trip to Brazil, the first exotic destination, the first flight across the ocean .... We came back in love with the country (and broke, as we didn’t expect Brazil to be so expensive, and it was more than Europe), full of memories, new tastes, new smells, new sceneries.


I admit, I am a travel addict, after coming back home I am ready to start planning another trip, the longer and farther, the better. I am already planning some car trips, as the winter is really mild (let’s hope it stays that way, cause I am really not a winter fan). In March we are going to Valencia to see Fallas, as we booked hotel few months in advance this time. And the rest of the calendar is open.

If I don’t travel, I addictively read travel blogs and all books related to other countries and cultures (most recently about Asia). And we really like trying new restaurants and getting to know world cuisines, and there are many “exotic” restaurants here.
And there are still plenty of things to see in Barcelona...

Thursday, 15 December 2011

Baskijske pintxos/ Basque pintxos

Nie dane nam było jeszcze zjeść pintxos w Kraju Basków. Mimo, że to region sąsiadujący z Katalonią nie było nam po drodze do Bilbao, San Sebasian czy Guerniki. Może jakiś wiosenny długi weekend? Bo chciałabym wrócić po tych kilku latach. Ilekroć wspominam mój ostatni trip Erasmusowy, nie mogę przestać się uśmiechać, mimo że całe 4 dni padało prawie bez przerwy. Ale babski wypad z dwiema Kasiami, Amerykanką Jayme i Niemką Agnes obfitował w śmieszne momenty, jak zalanie namiotu, zawodny gps, śpiewanie hitów Backjstreet Boysów w aucie, taniec deszczu w centrum miasta (w Bilbao, czy w San Sebastian? Pamięć już nie ta)…. Ach te szalone czasy :)

Za każdym razem gdy jem pintxos przypominam sobie ten wyjazd, mimo,że wtedy nie jadłyśmy pintxos ani razu.


Lista pintxos chyba nie ma końca, zależy od pomysłu właściciela baru serwującego te małe kanapeczki. Ale połączenia smakowe zawsze trafione. Naszym pierwszym barem z pintxos była sieć Txapela, lokal na najbardziej turystycznej z turystycznych tras, czyli na Passeig de Gracia. Ale lubimy tam wracać, może teraz już rzadziej, bo odkryliśmy 2 bary, które przebijają sieciówkę. Pierwszy odkryłam po wpisaniu do wyszukiwarki Google prostego hasła: najlepsze pintxos w Barcelonie, a internauci podpowiedzieli, że należy udać się do Taberna Maitea. Kolejny bar pintxos jest w samym sercu Graci i trafiamy tam w dużej mierze ze względu na lokalizację.

Maitea Taberna to chyba też nasz numer 1, dla turystów pewnie za daleko, bo poza ścisłym centrum(tu link i adres i lista pintxos), panuje luźna atmosfera i samoobsługa, po zjedzeniu tylu pintoxs ile się chce, barman liczy nasze wykałaczki i daje nam rachunek. I tu zawsze jest miłe zaskoczenie, bo smaczne pintxos należą chyba też do jednych z najtańszych w mieście.
Do baru przy carrer Verdi zaglądamy pewnie tak często ze względu na jego lokalizację, bo obsługa niestety nie należy do najuprzejmiejszych, a mimo tego wracamy tak co jakiś czas. A to dlatego, że pintxos, obojętnie gdzie, ciężko się oprzeć.



I still haven’t tried pintxos in Basque Country. Even though Pais Vasco is just next to Catalunya we still haven’t visited Bilbao, San Sebasian or Guernica. Hopefully we can go there for some long weekend, cause I really liked it few years ago and would definitely like to go back there. Even if it would be a totally different trip. Last time, I was still an Erasmus exchange student, and we went on a girls only road trip (two Kasias, Jayme, the American and Agnes from Germany), and despite the horrible weather (it was raining all 4 days) we had a lot of fun. When I think about my last Erasmus trip I remember those funny moments: flooded tent, unreliable gps, singing Backstreet Boys hits while driving, dancing in the rain in the center of Bilbao (or was is in San Sebastian). Those crazy times.

Every time I eat pintxos I remember this trip, don’t know why, cause we didn’t eat a pinxto there, not even once.


The list of pinxtos is endless, it depends on the creativity of the owner serving those little sandwiches. But somehow even the strangest combinations of ingredients is always a hit. The first pintxo bar we went to in Barcelona was a chain Txapela, that is on the most touristic street Passeig de Gracia (actually there are 2 different spots on the same street). We’ve been there many times, when we are not that hungry, now less as we discovered two other places that are better than this chain. The first one I discovered when I googled simply “the best pintxos in Barcelona” and many people recommended Taberna Maitea as the one serving the best ones. The second one is located in the heart of Gracia, and the localization is the reason we go there so often.

Maitea Taberna is probably our number one, it quite far from the strict touristic center (here is the link with the address and list of pintxos), has nice atmosphere. It is self service, you can eat as many pintxos as you want, later on they just count your toothpicks and give you a bill. And we are always surprised it is way cheaper than Txapala.

The bar on Carrer Verdi has a really nice location, and unfortunately not so nice service, so we basically go there cause we are in the neighborhood.
But we never say no to a good pintxo as it is hard to resist.

Sunday, 11 December 2011

Graficiarskie Zoo/ Graffiti Zoo

Dziś przyszła kolej na zwierzęta wymalowane na ścianach, drzwiach czy metalowych opuszczanych żaluzjach sklepów. Wesołe krowy, świnki czy kurczaki na drzwiach sklepu mięsnego, niebieski ptak na ścianie nielegalnie okupowanego budynku i dziesiątki innych zwierząt ozdabiają Barcelonę. Takie grafficiarskie Zoo. Najbardziej podobał mi się pomysł pieskiej wystawy na „roletach” psiego fryzjera i jednocześnie ośrodku szkoleniowego dla czworonogów. Takie słodziaki…






Today some photos of animals painted on the walls, doors, metal blinds, from all over the city. Funny and cheerful cows, pigs and chickens on the door of a butcher shop (was it supposed to be ironical?). And then there is this blue bird on an illegally occupied building in Raval. And many many others, probably more to be discovered. A graffiti Zoo. My favourite one was the series of dog’s paining on the dog hairdresser and trainee center. Aren’t they cute?



Monday, 14 November 2011

Weekend listopadowy/ November weekend

Coś zaniedbuję ostatnio bloga, ale jest proste wytłumaczenie: zmęczenie, lenistwo i jesienna pogoda. Zmęczenie związane jest z faktem, że mój kolega przeszedł do innego działu i pracuję od kilku tygodni sama na 2 pozycje, po pracy włącza mi się syndrom na kanapie siedzi leń i oglądam filmy i seriale, czytam też gazetki, które mi rodzice zostawili. A pogodę w Barcelonie przez ostatnie tygodnia najlepiej opisują piosenki : Ciągle pada, Raindrops keep falling on my head, No ha parado de llover, Chuva.

Był jednak jeden ładny weekend, pogoda ponad 20, słoneczko i akurat na taką bardziej wiosenną niż jesienną pogodę trafili moi rodzice. Przyjechali na długi weekend listopadowy, ale piątek musieli spędzić sami. Ale poradzili sobie lepiej niż się spodziewałam, po spacerze na plaży poszli do El Xampanyet i dali radę zamówić tapas i winko musujące. Wieczorem na portugalskie zielone wino i przekąski, potem mojito w kubańskim barze. Ogólnie cały weekend był zdominowany przez jedzenie i picie :)


W sobotę przyszła kolej na Quimet, bo tata jeszcze nie miał okazji spróbować ich pysznych montaditos i wermutu, a na kolację Nuno przyrządził, jakże by inaczej, dorsza :) A potem jeszcze na piwko skoczyliśmy do pobliskiej Ovella Negra. Niedziela niestety deszczowa, więc po krótkim spacerze po Bornie, gdzie złapał nas deszcz i po lunchu w brazylijskiej knajpie resztę dnia spędziliśmy w domu.


Jako że moi rodzice byli już 3 raz w Barcelonie (mama aż 4) nie mieliśmy presji zwiedzania zabytków i spędziliśmy przyjemnie czas na degustacji tapas, portugalskich smakołyków i zapoznania rodziców z brazylijską kuchnią. Do tego rodzice pierwszy raz zjedli kasztany oraz owoc granatu. Weekend należał więc do bardzo udanych. Ponowne odwiedziny pewnie na wiosnę, bo na przerwę zimową planują jechać do Włoch odwiedzić moją siostrę.


I admit, my blog has been neglected in the last few weeks. But there is a simple explanation: tiredness, laziness and autumn weather. Last weeks have been hectic at work as my colleague moved to another department so my responsibilities doubled. I am so tired that by the time I get home all I can think about is a couch and watching movies and TV series, or to read some magazines that my parents left while drinking my favourite green tea. And when thinking about the weather, the following songs keep playing in my head: Polish classis Ciągle pada, Raindrops keep falling on my head, No ha parado de llover, Chuva.

But there was a really nice weekend, sun and 20 degrees, and it was the weekend when my parents come to visit, as there was a 3days weekend in Poland. They had to spend Friday alone as I was at work, but I was surprised how well they spent it: after a walk on the beach, they went alone to Barcelona’s classic El Xampanyet to have some tapas and sparkling wine. In the evening I waited for them in a Portuguese bar, where we had some green wine and Portuguese snacks. Later on a mojito in a Cuban bar. Basically, all the weekend was about having a nice meal, enjoying food in a nice company.


On Saturday we went to Quimet, because my dad hadn’t had the chance to taste their delicious montaditos and vermouth, and for dinner Nuno prepared, not surprising given his origins, cod. Unfortunately, on Sunday good weather was just a nice memory, as the rain caught us in the middle of our walk on Born, and after lunch in a Brasilian restaurant we spent the rest of the day at home.

Since it was my parents’ 3rd time in Barcelona, we didn’t feel the pressure to do any sightseeing. We just spent a pleasant time eating tapas, Portuguese delicacies and getting my parents familiar with Brazilian cuisine. And they tasted for the first time castañas, vinho verde and pomegranate. It was a really nice weekend.


Sunday, 6 November 2011

Pchli targ/ Flea market

W Barcelonie kupić można chyba wszystko. Mapa zakupowa miasta jest podzielona ze względu na asortyment i grubość portfela. Passeig de Gracia to zagłębie ekskluzywnych, drogich, markowych butików, jak Dolce&Gabbana, Christian Louboutin, Chanel czy Louis Vuitton. Dla nas, zwykłych śmiertelników, pozostają sklepy hiszpańskiej grupy Inditex: Zara, Pull&Bear, Bershka, Stradivarius, które znajdują się na początku Passeig de Gracia, przy pl. Catalunya. Barrio Gótico to natomiast raj dla tych, co lubią zanurzyć się w antykwariatach i tradycyjnych sklepikach i odkryć niespotykane i nie do kupienia gdzie indziej przedmioty.

Dla specjalnej grupy szperaczy idealnym miejscem za zdobycie nowych skarbów jest pchli targ Els Encants (otwarty w poniedziałki, środy, piątki i soboty). Ostrzegam jednak, nie jest to miejsce dla wszystkich.
Els Encants to jeden z największych targów w Europie, do tego działa od XIV wieku. Można tu kupić WSZYSTKO. Antyki, używane książki, ubrania, buty, sprzęt AGD, baterie, nici, guziki, krany, stare monety, płyty winylowe, gry komputerowe i planszowe, zegarki, okulary…. Większość niestety to śmieci, ale pewnie można natknąć się na jakieś perełki.


Łatwo zgubić się w labiryncie stoisk. Łatwo stracić cierpliwość i nadzieję na znalezienie skarbu wśród morza rupieci. Bo jak inaczej nazwać sterty używanych butów (niektóre pewnie bez pary) czy starych naczyń, które wyglądają jak przyniesione ze strychu zmarłego krewnego? Przy niektórych jednak stoiskach zatrzymaliśmy się z błyskiem w oku- szczególnie Nuno wielokrotnie, z nostalgią w oczach, pokazywał jakąś zabawkę czy inny obiekt i przypominał sobie swoje dzieciństwo. Bo Els Encants to także powrót do przeszłości, choć na chwilę możemy sobie przypomnieć zabawę z lalką Barbie czy grę pierwszym Nintendo, czy wspomnieć kurs fotografii ze starym Zenitem czy Minoltą. I te właśnie wspomnienia, o których najczęściej już zapomnieliśmy, mogą uprzyjemnić nasz dzień.


Els Encants to raj dla kolekcjonerów: można znaleźć kilkanaście stoisk ze starymi monetami, znaczkami, kapslami. Są stoiska z używanymi książkami, płytami winylowymi, starymi aparatami.


Ten pchli targ to także miejsce, gdzie możesz pójść, jak nie wiesz, gdzie możesz kupić ładowarkę do aparatu czy laptopa, baterię do latarki, uszczelkę do kranu, guziki i nici we wszystkich kolorach, czy śrubokręt o niestandardowych wymiarach.


Zanim jednak wybierzesz się do Els Encants, pamiętaj o kilku rzeczach: nigdy nie planuj, co kupisz, daj się zaskoczyć, nie bądź rozczarowany, jak nie znajdziesz żadnego skarbu, przygotuj się na bycie popychanym przez tłumy (tygodniowo targ odwiedza 100.000 szperaczy) czy kieszonkowców.


You can buy almost everything in Barcelona. The Barcelona shopping map in clearly divided in different sections, depending on what you want and how much you can afford. Passeig de Gracia is a mekka for those who like exclusive, expensive and boutiques such as Dolce & Gabbana, Christian Louboutin, Chanel or Louis Vuitton. Still, us, ordinary people that have slightly thinner wallets, can shop on the same street (next to PL. Catalunya), for us there are shops of the Spanish group Inditex: Zara, Pull&Bear, Bershka, Stradivarius. Barrio Gótico is the paradise for those who like antique shops and traditional shops where one can discover unique items that are to be found nowhere else but in this district.

For those who are into flea markets, who likes this thrill of excitement while thinking of looking through piles and piles of objects to find something extraordinary that makes all the effort totally worth it, the perfect place to spend few hours is Els Encants flea market (open on Mondays, Wednesdays, Fridays and Saturdays). Be warned, this is not the place for everyone.


Els Encants is one of the largest fairs in Europe, opened in XIV century. And you really can buy here EVERYTHING. Antiques, used books, clothes, shoes, batteries, jewelry, buttons, old coins, vinyl records, computer games and board games, watches, sunglasses .... Unfortunately, the most of things is pure rubbish. I wonder where they got some of the objects. But for sure, if you are patient and lucky you can come across some real gems.


The flea market is a maze where you get lost easily. You get overwhelmed, by the noise, by the fuss, by the tackiness and ugliness. You can lose your patience and hope to find some treasure in the sea of junk. Piles of cheap, old, used shoes (some probably don’t even have their pair), old plates and cups covered with dust that looked as if they had spend decades on your deceased aunt’s attic, makes you desperately look for the exit. However, there are some stands that make you slow down, as you spot some familiar objects. Nuno got nostalgic few times when finding a toy exactly the same he had in his childhood or the first Nintendo he had.


Els Encants is the place that makes you travel to the nostalgic times of your past, you can picture yourself playing with a Barbie doll or taking photos with old Zenit , and those memories, that you forgot you had, can really make your day.

Els Encants is a paradise for all type of collectors: you can find several stands selling old coins, stamps, caps. If you want to buy some used books, vinyl records or some old cameras, it is the place.


This flea market is also a place where you can go when you have no idea where to buy a thing you need, as charger for your PC, phone or cam, or batteries for your flashlight, tap washer, buttons and thread in all possible colors, or custom-sized screwdriver.

But before you decide to go to Els Encants, remember a few things: never ever prepare a shopping list, cause you never know what you can come across, just be open to hidden surprises that wait for you, don’t be disappointed if you don’t find any treasures, expect crowds (the market is visited by 100,000 people a week) and beware of pickpockets.


Adres/ Address Els Encants Vells Plaça de les Glòries Catalanes 8 (Metro Glories), website.

Saturday, 31 December 2011

Feliz Navidad

W tym roku prawie nie odczułam atmosfery przedświątecznej. Może to wina niezbyt zimowej pogody, może tego, że prawie nie chodziliśmy po udekorowanych ulicach centrum Barcelony, bo wróciliśmy z Brazylii dopiero 10 grudnia, po 3 tygodniowych wakacjach czekał mnie ciężki tydzień w pracy, więc wieczorami sił ani zbytniej ochoty na spacery nie było. We wtorek 21 grudnia lecieliśmy już do Poznania, bo w tym roku, żeby było sprawiedliwie, wiadomo było, że Święta spędzimy w Polsce. Tak, karp, makowiec, opłatek.

Nie były to jednak pierwsze polskie Święta Nuno w Polsce, ale to długa hostoria. Dla tych co nie wiedzą (nieczęsto zdarzają mi się osobiste posty, co niektórzy mają mi za złe), poznaliśmy się z Nuno w Warszawie na jego Erasmusie (ironicznie skomentuję: how typical), gdy odwiedziny jego rodziców w Polsce nie doszły do skutku, a wszyscy znajomi powyjeżdżali do domów na święta, wielkodusznie zaprosiłam Nuno do nas na Wigilię. Zaproszenie niezobowiazujące, żeby poznał polskie zwyczaje, najadł się wigilijnych smakołyków i miał miłe wspomnienia. Nie przyszłoby mi do głowy, że po 3 latach znowu spędzimy święta w Polsce, że przyjedziemy na nie z Barcelony, że wcześniej byliśmy expatami w Bukareszcie…


W zamierzeniu post miał być o obchodach Bożego Narodzenia w różnych krajach… Nie wiem czy przyjdzie mi spędzic kiedykolwiek Navidad w Hiszpanii, bo ani tu rodziny nie mam, ani żadnego innego powodu, żeby tutaj zostać na tę okazję. Tak więc cała moja wiedza opiera się na opowieściach znajomych Hiszpanów, czy rzeczy wyczytanych w necie, czy tym, co nam nasi lektorzy na UW opowiedzieli.


Trudno doszukać się wielu podobieństw między tradycjami hiszpańskimi i polskimi. Nie ma karpia, nie ma łamania się opłatkiem (Nuno w samolocie ćwiczył dzielnie Wesołych świąt i szczęśliwego nowego roku), prezenty też daje się na Trzech Króli 6 stycznia. (W Portugali też święta są dla mnie takie nie-świąteczne, a moja babcia 10 razy się Nuno pytala, jak to możliwe że na Wigilię je się TYLKO dorsza, co faktycznie przy naszych tradycyjnych 12 daniach wypada blado). A do tego kolędy… oprócz miedzynarodowych wersji Cichej Nocy, Hiszpanie mają mega wesołe kolędy o rybach w wodzie, które pija i się raduja, bo się Jesus narodzil. Poniżej najbardziej popularne hiszpańskie koledy ( i nie martwcie się, jak wam nie przypadnę do gustu, bo mnie osobiście troszkę irytują).


W tym roku na Wigili u nas było dość tłocznie, tylko Magdy niestety zabrakło. Prezenty dopisały, choinkę i stół udekorowaliśmy z Nuno. Było tak, jak powinno być, czyli rodzinnie.
W Hiszpanii ważniejsza niż choinka jest szopka. I to nie byle jaka, każdego roku przeciętna rodzina kupuje bowiem nowe elementy (jak nowe figurki czy elementy dekoracyjne- wodospady, drzewa, budynki) i szopka rozrasta się. W katalońskiej szopce obowiązkowy jest także pewien zaskakujący element, o którym pisałam w zeszlym roku, a mianowicie caganer.

Przedświąteczna gorączka wiaże się w Hiszpanii nie z kupnem prezentów (te tradycyjnie daje się dopiero na 6 stycznia, więc przed 24 nie ma aż takich tlumów w sklepach) ale z kupnem biletów na loterię świątaczną El Gordo. Świąteczna lotería ma dluuuuuga tradycję i jest wielkim wydarzeniem w kraju. Prawie wszyscy Hiszpanie kupują losy, a zwycięskie numery są wyśpiewywane (sic!) przez dzieci z Colegio San Ildefonso. Loteria to mega ważne wydarzenie, któremu poświęca się wiele uwagi, dla przykładu na kilka dni przed 22 grudnia pełno jest reportaży z różnych części Hiszpanii dotyczących przesądów ludzi kupujących losy, wywiadów ze sprzedawcami oraz szczęśliwcami z poprzednich lat, ankiet ulicznych, na których ludzie tłumaczą, czemu co rok kupują los z tym samym numerem, etc. A po wygranej, oczywiście wywiady ze zwycięzcami.


Ciekawym zwyczajem jest 12 winogron, które zjada się o północy w Sylwestra, po 1 winogronie przy każdym uderzeniu zegara. Dla ciekawości w Portugalii zamiast świeżych winogron je się rodzynki, ale symbol jest ten sam: 12 winogron/rodzynek ma przynieść szczęście na 12 miesięcy w Nowym Roku.

Tak więc my w tym roku zjedliśmy 12 winogron w szybkim tempie i mamy nadzieję, że 2012 będzie pełen wrażeń, przygód, podróży, spotkań...


This year, I barely felt and enjoyed the pre-Christmas atmosphere. I can blame the weather and lack of snow or even cold, or my laziness to walk around the Barcelona and admire xmas iluminations (they are the same as last year, so I only took few photos). And besides we only got back from Brazil on 10th of December and after 3 weeks of holidays I had really busy time at work. And then after the weekend spent on looking for some presents, we flew to Poznan on 21st, cause this year we spent Christmas with my family.

This wasn’t Nuno’s first traditionally Polish Xmas, but it is a long story. For those who don’t know (I don’t share personal stories very often here on the blog, and I know that some of my friends would preferred my blog to be more personal) we met in Warsaw where Nuno was spending one semester as an Erasmus exchange student (I can only comment it by sayinh: how typical!) . Originally his parents were supposed to come to Poland to visit him over Xmas break, but it didn’t happened, and all his friends went home, so I generously invited Nuno to spend Christmas Eve with me and my family. It was an informal invitaton to get to know some Polish traditions, eat different food and have nice memories. I would never have guessed that after 3 years we did spend another Christmas in Poland, that we arrived from Barcelona, after spending few months as expats in Bucharest ...Life is unpredictable.


The post was supposed to be about the differences in celebrating Xmas in different countries, and I get carried away.... I don’t know if I ever spend Navidad in Spain, as it is too familial time for me to spend it in a country we don’t have a family or close friends. So I know Spanish traditions only theoretically. I hardly see any similarities between the Spanish and Polish traditions. First, the food is totally different, there is no carp, no telling blessings when giving Christmas wafer (Nuno practiced on the plane his wesołych świąt i szczęśliwego nowego roku- marry xmas and a happy new year), there is no shopping madness as traditionally you give presents on 6th of January. Christmas in Portugal also lack some of typical atmosphere that I need and I’m used to, and my grandma kept asking Nuno if they really ONLY serve cod fish on Christmas Eve, as comparing to our traditional 12 dishes seems nothing.


Yet another difference are carols (villancicos in Spanish), apart from international versions of Silent Night, etc, only Spaniards could have invented so cheerful and funny carols about fish in the water that are happy and drink because Jesuswas born. Please, out of curiosity, check some of the most popular carols, as there are really something (and don’t worry if you don’t like them much, personally I find them bit annoying).


This year we had quite a crowd over on Christmas Eve, unfortunatelly Magda had to stay in Italy. A lot of presents had barely fit under the tree.
In Spain, the Christmas tree is less important than the belen (Nativity). Every year an average family buys new elements (such as new figures and decorative elements,waterfalls, trees, buildings) and the belen is bigger and more sophisticated. The Catalan nativity has to have compulsory but quite surprising element (find more in my last year post), that is a caganer.

The pre-Christmas madness in Spainis ot about last minute presents *those you but for the 6th January), but about buying your lucky lottery tickets. The Christmas lottery, el Gordo, has quite a tradition and is the most important lottery in the country. Almost everybody buys a ticket and hopes that his numer is sung (sic!) by the children from the Colegio San Ildefonso. Lottery is a hige event and gets a lot of attention from the media, few days before the 22.12, there are a lot of coverages and interviews with people selling/buying/having some strange prejudices related to the lottery. There are street surveys and of course interviews with the winners from previous years and how they spent the fortune.

Actually, there is an interesting tradition that I kind of like. You have to ear 12 grapes at midnight on New Year's Eve. At each stroke of the clock, you eat one grape. In Portugal instead of fresh grapes you eat raisins, but the symbol is the same: 12 grapes / raisins bring good luck for 12 months in the New Year.

So this year we ate 12 grapes and we hope that 2012 will be full of excitement, adventures, travels, meetings ...

Tuesday, 20 December 2011

Marzenia sie spelniaja…/ Dreams come true

Wysoko na liście moich marzeń są podróże. Dalsze i bliższe, ale te dalsze oczywiście częściej pozostają w strefie marzeń z rożnych powodów, a te bliższe łatwiej zrealizować.
Rok 2011 to podróże po Katalonii, do Wenecji, na Sardenię, do Polski. I Brazylia, czyli nasza pierwsza daleka podróż, pierwszy lot za ocean…. Wróciliśmy zachwyceni (i spłukani, bo Brazylia okazała się droższa niż Europa, a my na to nie byliśmy do końca przygotowani), pełni wrażeń, wspomnień, nowych smaków, zapachów, widoków.

I jak to z podróżami bywa, uzależniają, więc najchętniej już byśmy planowali następne i to jak najdłuższe i najdalsze…. W najbliższych tygodniach zamierzamy wykorzystać łagodną zimę (odpukać, żeby nagle się pogoda nie zmieniła) i wybrać się gdzieś autem w okolice Barcelony, a w marcu jedziemy na Fallas do Walencji (tym razem z dużym wyprzedzeniem zabookowaliśmy hotel). A reszta kalendarza otwarta.


Moje uzależnienie od podróży miedzy podróżami objawia się przeglądaniem blogów związanych z podróżami i czytaniem książek (ostatnio same o Azji). No i lubimy z Nuno poznawać różne kuchnie, a restauracji serwujących “egzotyczne” jedzenie nie brakuje na szczęście w Barcelonie.
I oczywiście pozostają mi spacery po Barcelonie…



Everybody has their own wish list, on top of mine are travels. Short trips, long ones, to another continent or just in the region, of course travelling far far away is more likely to remain a dream, and travelling to closer destinations is easier to turn into a real trip.

In 2011 we travelled quite a lot, we visited many places in Catalonia, we went to Venice, Sardinia, Poland. And our big trip to Brazil, the first exotic destination, the first flight across the ocean .... We came back in love with the country (and broke, as we didn’t expect Brazil to be so expensive, and it was more than Europe), full of memories, new tastes, new smells, new sceneries.


I admit, I am a travel addict, after coming back home I am ready to start planning another trip, the longer and farther, the better. I am already planning some car trips, as the winter is really mild (let’s hope it stays that way, cause I am really not a winter fan). In March we are going to Valencia to see Fallas, as we booked hotel few months in advance this time. And the rest of the calendar is open.

If I don’t travel, I addictively read travel blogs and all books related to other countries and cultures (most recently about Asia). And we really like trying new restaurants and getting to know world cuisines, and there are many “exotic” restaurants here.
And there are still plenty of things to see in Barcelona...

Thursday, 15 December 2011

Baskijske pintxos/ Basque pintxos

Nie dane nam było jeszcze zjeść pintxos w Kraju Basków. Mimo, że to region sąsiadujący z Katalonią nie było nam po drodze do Bilbao, San Sebasian czy Guerniki. Może jakiś wiosenny długi weekend? Bo chciałabym wrócić po tych kilku latach. Ilekroć wspominam mój ostatni trip Erasmusowy, nie mogę przestać się uśmiechać, mimo że całe 4 dni padało prawie bez przerwy. Ale babski wypad z dwiema Kasiami, Amerykanką Jayme i Niemką Agnes obfitował w śmieszne momenty, jak zalanie namiotu, zawodny gps, śpiewanie hitów Backjstreet Boysów w aucie, taniec deszczu w centrum miasta (w Bilbao, czy w San Sebastian? Pamięć już nie ta)…. Ach te szalone czasy :)

Za każdym razem gdy jem pintxos przypominam sobie ten wyjazd, mimo,że wtedy nie jadłyśmy pintxos ani razu.


Lista pintxos chyba nie ma końca, zależy od pomysłu właściciela baru serwującego te małe kanapeczki. Ale połączenia smakowe zawsze trafione. Naszym pierwszym barem z pintxos była sieć Txapela, lokal na najbardziej turystycznej z turystycznych tras, czyli na Passeig de Gracia. Ale lubimy tam wracać, może teraz już rzadziej, bo odkryliśmy 2 bary, które przebijają sieciówkę. Pierwszy odkryłam po wpisaniu do wyszukiwarki Google prostego hasła: najlepsze pintxos w Barcelonie, a internauci podpowiedzieli, że należy udać się do Taberna Maitea. Kolejny bar pintxos jest w samym sercu Graci i trafiamy tam w dużej mierze ze względu na lokalizację.

Maitea Taberna to chyba też nasz numer 1, dla turystów pewnie za daleko, bo poza ścisłym centrum(tu link i adres i lista pintxos), panuje luźna atmosfera i samoobsługa, po zjedzeniu tylu pintoxs ile się chce, barman liczy nasze wykałaczki i daje nam rachunek. I tu zawsze jest miłe zaskoczenie, bo smaczne pintxos należą chyba też do jednych z najtańszych w mieście.
Do baru przy carrer Verdi zaglądamy pewnie tak często ze względu na jego lokalizację, bo obsługa niestety nie należy do najuprzejmiejszych, a mimo tego wracamy tak co jakiś czas. A to dlatego, że pintxos, obojętnie gdzie, ciężko się oprzeć.



I still haven’t tried pintxos in Basque Country. Even though Pais Vasco is just next to Catalunya we still haven’t visited Bilbao, San Sebasian or Guernica. Hopefully we can go there for some long weekend, cause I really liked it few years ago and would definitely like to go back there. Even if it would be a totally different trip. Last time, I was still an Erasmus exchange student, and we went on a girls only road trip (two Kasias, Jayme, the American and Agnes from Germany), and despite the horrible weather (it was raining all 4 days) we had a lot of fun. When I think about my last Erasmus trip I remember those funny moments: flooded tent, unreliable gps, singing Backstreet Boys hits while driving, dancing in the rain in the center of Bilbao (or was is in San Sebastian). Those crazy times.

Every time I eat pintxos I remember this trip, don’t know why, cause we didn’t eat a pinxto there, not even once.


The list of pinxtos is endless, it depends on the creativity of the owner serving those little sandwiches. But somehow even the strangest combinations of ingredients is always a hit. The first pintxo bar we went to in Barcelona was a chain Txapela, that is on the most touristic street Passeig de Gracia (actually there are 2 different spots on the same street). We’ve been there many times, when we are not that hungry, now less as we discovered two other places that are better than this chain. The first one I discovered when I googled simply “the best pintxos in Barcelona” and many people recommended Taberna Maitea as the one serving the best ones. The second one is located in the heart of Gracia, and the localization is the reason we go there so often.

Maitea Taberna is probably our number one, it quite far from the strict touristic center (here is the link with the address and list of pintxos), has nice atmosphere. It is self service, you can eat as many pintxos as you want, later on they just count your toothpicks and give you a bill. And we are always surprised it is way cheaper than Txapala.

The bar on Carrer Verdi has a really nice location, and unfortunately not so nice service, so we basically go there cause we are in the neighborhood.
But we never say no to a good pintxo as it is hard to resist.

Sunday, 11 December 2011

Graficiarskie Zoo/ Graffiti Zoo

Dziś przyszła kolej na zwierzęta wymalowane na ścianach, drzwiach czy metalowych opuszczanych żaluzjach sklepów. Wesołe krowy, świnki czy kurczaki na drzwiach sklepu mięsnego, niebieski ptak na ścianie nielegalnie okupowanego budynku i dziesiątki innych zwierząt ozdabiają Barcelonę. Takie grafficiarskie Zoo. Najbardziej podobał mi się pomysł pieskiej wystawy na „roletach” psiego fryzjera i jednocześnie ośrodku szkoleniowego dla czworonogów. Takie słodziaki…






Today some photos of animals painted on the walls, doors, metal blinds, from all over the city. Funny and cheerful cows, pigs and chickens on the door of a butcher shop (was it supposed to be ironical?). And then there is this blue bird on an illegally occupied building in Raval. And many many others, probably more to be discovered. A graffiti Zoo. My favourite one was the series of dog’s paining on the dog hairdresser and trainee center. Aren’t they cute?



Monday, 14 November 2011

Weekend listopadowy/ November weekend

Coś zaniedbuję ostatnio bloga, ale jest proste wytłumaczenie: zmęczenie, lenistwo i jesienna pogoda. Zmęczenie związane jest z faktem, że mój kolega przeszedł do innego działu i pracuję od kilku tygodni sama na 2 pozycje, po pracy włącza mi się syndrom na kanapie siedzi leń i oglądam filmy i seriale, czytam też gazetki, które mi rodzice zostawili. A pogodę w Barcelonie przez ostatnie tygodnia najlepiej opisują piosenki : Ciągle pada, Raindrops keep falling on my head, No ha parado de llover, Chuva.

Był jednak jeden ładny weekend, pogoda ponad 20, słoneczko i akurat na taką bardziej wiosenną niż jesienną pogodę trafili moi rodzice. Przyjechali na długi weekend listopadowy, ale piątek musieli spędzić sami. Ale poradzili sobie lepiej niż się spodziewałam, po spacerze na plaży poszli do El Xampanyet i dali radę zamówić tapas i winko musujące. Wieczorem na portugalskie zielone wino i przekąski, potem mojito w kubańskim barze. Ogólnie cały weekend był zdominowany przez jedzenie i picie :)


W sobotę przyszła kolej na Quimet, bo tata jeszcze nie miał okazji spróbować ich pysznych montaditos i wermutu, a na kolację Nuno przyrządził, jakże by inaczej, dorsza :) A potem jeszcze na piwko skoczyliśmy do pobliskiej Ovella Negra. Niedziela niestety deszczowa, więc po krótkim spacerze po Bornie, gdzie złapał nas deszcz i po lunchu w brazylijskiej knajpie resztę dnia spędziliśmy w domu.


Jako że moi rodzice byli już 3 raz w Barcelonie (mama aż 4) nie mieliśmy presji zwiedzania zabytków i spędziliśmy przyjemnie czas na degustacji tapas, portugalskich smakołyków i zapoznania rodziców z brazylijską kuchnią. Do tego rodzice pierwszy raz zjedli kasztany oraz owoc granatu. Weekend należał więc do bardzo udanych. Ponowne odwiedziny pewnie na wiosnę, bo na przerwę zimową planują jechać do Włoch odwiedzić moją siostrę.


I admit, my blog has been neglected in the last few weeks. But there is a simple explanation: tiredness, laziness and autumn weather. Last weeks have been hectic at work as my colleague moved to another department so my responsibilities doubled. I am so tired that by the time I get home all I can think about is a couch and watching movies and TV series, or to read some magazines that my parents left while drinking my favourite green tea. And when thinking about the weather, the following songs keep playing in my head: Polish classis Ciągle pada, Raindrops keep falling on my head, No ha parado de llover, Chuva.

But there was a really nice weekend, sun and 20 degrees, and it was the weekend when my parents come to visit, as there was a 3days weekend in Poland. They had to spend Friday alone as I was at work, but I was surprised how well they spent it: after a walk on the beach, they went alone to Barcelona’s classic El Xampanyet to have some tapas and sparkling wine. In the evening I waited for them in a Portuguese bar, where we had some green wine and Portuguese snacks. Later on a mojito in a Cuban bar. Basically, all the weekend was about having a nice meal, enjoying food in a nice company.


On Saturday we went to Quimet, because my dad hadn’t had the chance to taste their delicious montaditos and vermouth, and for dinner Nuno prepared, not surprising given his origins, cod. Unfortunately, on Sunday good weather was just a nice memory, as the rain caught us in the middle of our walk on Born, and after lunch in a Brasilian restaurant we spent the rest of the day at home.

Since it was my parents’ 3rd time in Barcelona, we didn’t feel the pressure to do any sightseeing. We just spent a pleasant time eating tapas, Portuguese delicacies and getting my parents familiar with Brazilian cuisine. And they tasted for the first time castañas, vinho verde and pomegranate. It was a really nice weekend.


Sunday, 6 November 2011

Pchli targ/ Flea market

W Barcelonie kupić można chyba wszystko. Mapa zakupowa miasta jest podzielona ze względu na asortyment i grubość portfela. Passeig de Gracia to zagłębie ekskluzywnych, drogich, markowych butików, jak Dolce&Gabbana, Christian Louboutin, Chanel czy Louis Vuitton. Dla nas, zwykłych śmiertelników, pozostają sklepy hiszpańskiej grupy Inditex: Zara, Pull&Bear, Bershka, Stradivarius, które znajdują się na początku Passeig de Gracia, przy pl. Catalunya. Barrio Gótico to natomiast raj dla tych, co lubią zanurzyć się w antykwariatach i tradycyjnych sklepikach i odkryć niespotykane i nie do kupienia gdzie indziej przedmioty.

Dla specjalnej grupy szperaczy idealnym miejscem za zdobycie nowych skarbów jest pchli targ Els Encants (otwarty w poniedziałki, środy, piątki i soboty). Ostrzegam jednak, nie jest to miejsce dla wszystkich.
Els Encants to jeden z największych targów w Europie, do tego działa od XIV wieku. Można tu kupić WSZYSTKO. Antyki, używane książki, ubrania, buty, sprzęt AGD, baterie, nici, guziki, krany, stare monety, płyty winylowe, gry komputerowe i planszowe, zegarki, okulary…. Większość niestety to śmieci, ale pewnie można natknąć się na jakieś perełki.


Łatwo zgubić się w labiryncie stoisk. Łatwo stracić cierpliwość i nadzieję na znalezienie skarbu wśród morza rupieci. Bo jak inaczej nazwać sterty używanych butów (niektóre pewnie bez pary) czy starych naczyń, które wyglądają jak przyniesione ze strychu zmarłego krewnego? Przy niektórych jednak stoiskach zatrzymaliśmy się z błyskiem w oku- szczególnie Nuno wielokrotnie, z nostalgią w oczach, pokazywał jakąś zabawkę czy inny obiekt i przypominał sobie swoje dzieciństwo. Bo Els Encants to także powrót do przeszłości, choć na chwilę możemy sobie przypomnieć zabawę z lalką Barbie czy grę pierwszym Nintendo, czy wspomnieć kurs fotografii ze starym Zenitem czy Minoltą. I te właśnie wspomnienia, o których najczęściej już zapomnieliśmy, mogą uprzyjemnić nasz dzień.


Els Encants to raj dla kolekcjonerów: można znaleźć kilkanaście stoisk ze starymi monetami, znaczkami, kapslami. Są stoiska z używanymi książkami, płytami winylowymi, starymi aparatami.


Ten pchli targ to także miejsce, gdzie możesz pójść, jak nie wiesz, gdzie możesz kupić ładowarkę do aparatu czy laptopa, baterię do latarki, uszczelkę do kranu, guziki i nici we wszystkich kolorach, czy śrubokręt o niestandardowych wymiarach.


Zanim jednak wybierzesz się do Els Encants, pamiętaj o kilku rzeczach: nigdy nie planuj, co kupisz, daj się zaskoczyć, nie bądź rozczarowany, jak nie znajdziesz żadnego skarbu, przygotuj się na bycie popychanym przez tłumy (tygodniowo targ odwiedza 100.000 szperaczy) czy kieszonkowców.


You can buy almost everything in Barcelona. The Barcelona shopping map in clearly divided in different sections, depending on what you want and how much you can afford. Passeig de Gracia is a mekka for those who like exclusive, expensive and boutiques such as Dolce & Gabbana, Christian Louboutin, Chanel or Louis Vuitton. Still, us, ordinary people that have slightly thinner wallets, can shop on the same street (next to PL. Catalunya), for us there are shops of the Spanish group Inditex: Zara, Pull&Bear, Bershka, Stradivarius. Barrio Gótico is the paradise for those who like antique shops and traditional shops where one can discover unique items that are to be found nowhere else but in this district.

For those who are into flea markets, who likes this thrill of excitement while thinking of looking through piles and piles of objects to find something extraordinary that makes all the effort totally worth it, the perfect place to spend few hours is Els Encants flea market (open on Mondays, Wednesdays, Fridays and Saturdays). Be warned, this is not the place for everyone.


Els Encants is one of the largest fairs in Europe, opened in XIV century. And you really can buy here EVERYTHING. Antiques, used books, clothes, shoes, batteries, jewelry, buttons, old coins, vinyl records, computer games and board games, watches, sunglasses .... Unfortunately, the most of things is pure rubbish. I wonder where they got some of the objects. But for sure, if you are patient and lucky you can come across some real gems.


The flea market is a maze where you get lost easily. You get overwhelmed, by the noise, by the fuss, by the tackiness and ugliness. You can lose your patience and hope to find some treasure in the sea of junk. Piles of cheap, old, used shoes (some probably don’t even have their pair), old plates and cups covered with dust that looked as if they had spend decades on your deceased aunt’s attic, makes you desperately look for the exit. However, there are some stands that make you slow down, as you spot some familiar objects. Nuno got nostalgic few times when finding a toy exactly the same he had in his childhood or the first Nintendo he had.


Els Encants is the place that makes you travel to the nostalgic times of your past, you can picture yourself playing with a Barbie doll or taking photos with old Zenit , and those memories, that you forgot you had, can really make your day.

Els Encants is a paradise for all type of collectors: you can find several stands selling old coins, stamps, caps. If you want to buy some used books, vinyl records or some old cameras, it is the place.


This flea market is also a place where you can go when you have no idea where to buy a thing you need, as charger for your PC, phone or cam, or batteries for your flashlight, tap washer, buttons and thread in all possible colors, or custom-sized screwdriver.

But before you decide to go to Els Encants, remember a few things: never ever prepare a shopping list, cause you never know what you can come across, just be open to hidden surprises that wait for you, don’t be disappointed if you don’t find any treasures, expect crowds (the market is visited by 100,000 people a week) and beware of pickpockets.


Adres/ Address Els Encants Vells Plaça de les Glòries Catalanes 8 (Metro Glories), website.

Bądź na bieżąco/ Follow by Email