Sunday, 30 September 2012

Bagietka, wino, ser/ Baguette, wine, cheese


W tych 3 słowach, moim zdaniem, zawiera się kulinarna kwintesencja Paryża. Wiem, wiem… Paryż to o wiele więcej. Że nie tylko jedzenie, ale też zabytki.  Że elegancja-Francja, wieża Eiffla, Louvre. Miałam okazję być w Paryżu trzykrotnie, każda wizyta była zupełnie inna. Pierwsza trwała aż miesiąc, kiedy pracowałam jako au pair podczas policealnych lato. Na tydzień przyjechała moja siostra i z nią poznałam Paryż turystycznie, weszłyśmy do wszystkich  muzeów, kościołów, miejsc, które absolutnie trzeba zobaczyć będąc w Paryżu. Wjechałyśmy na wiele punktów widokowych, porobiłyśmy setki, jeśli nie tysiące zdjęć i zakochałyśmy się w Paryżu, zgodnie jednak twierdząc, że nie jest to miasto do mieszkania, ale raczej do spędzenia kilku dni. Podczas drugiego pobytu spędziłam tam kilka jesiennych dni, spontanicznie wykorzystując okazję, gdy akurat w stolicy Francji moja przyjaciółka była na wymianie erasmusowej. Tym razem skupiłam się bardziej na poznaniu nocnego życia i spacerach po ulubionych dzielnicach. Trzecie spotkanie z Paryżem miało miejsce w lipcu, gdzie zostaliśmy zaproszeni na wesele naszych przyjaciół (kolejna międzynarodowa para wśród naszych znajomych). Polecieliśmy parę dni przed weselem, gdyż Nuno nigdy wcześniej nie był w Paryżu (nie wiem, gdzie on się uchował, faktem jest, że pod moim wpływem rozwinął się podróżniczo. I zaczął marzyć o psie). Trafiliśmy na lipcowe upały, wielki nalot turystów i zdecydowaliśmy się zboczyć z turystycznych szlaków i po prostu nacieszyć się atmosferą Paryża, spacerować bez pośpiechu, trochę bez celu. 


Opowiadać o Paryżu można bez końca. Ciężko wybrać jedną historyjkę czy parę zdjęć.  Rodzice Nuno dopominają się o posta, nie mogę się już wymówić brakiem czasu czy nawałem zajęć w pracy (pracy bowiem na razie nie mam, a czasu aż nadmiar). Nie lubię jednak długich postów o wszystkim, więc dzisiaj będzie o kawiarenkach, piknikowaniu nad brzegiem Sekwany. Przypominają mi się pierwsze lekcje francuskiego w liceum wkuwanie słówek : boulangerie,  patisserie, charcuterie,  poissonnerie  fromagerie,  confiserie- nawet nazwy sklepów mają w sobie niezwykłą melodyjność. 

   

Kawiarenki są na każdej ulicy, czasami stoliki zajmują prawie cały chodnik, ale nikomu zdaje się to nie przeszkadzać. Nad filiżanką kawy można siedzieć godzinami, obserwując przechodniów, zaczytując się w książce, czy prowadząc ożywione rozmowy. 

Paryż należy do miast drogich (nie jest to szczególnie odkrywcze spostrzeżenie), więc niemało ludzi wybiera ekonomiczną wersję poznania francuskich przysmaków. W boulangerie można kupić tartę na słono (ach ta ze szpinakiem i serkiem kozim, pycha), albo bagietkę i ser śmierdziuszek, a w sklepie z winami jakiś czerwony trunek. A na deser obowiązkowo jakieś ciasteczko. I już mamy piknik gotowy, najlepiej nad brzegiem Sekwany(nawet zjedzenie zwykłej bagietki z serem i popicie winem prosto z butelki jest romantyczne w takiej lokalizacji) albo w jednym z wielu parków. 

 

W Paryżu trzeba się też przygotować na nieplanowane posiłki,  gdyż na pokusę wodzą nas na każdym kroku witryny. Nie mogłam przejść obojętnie, zatrzymywałam się prawie przy każdej i od czasu do czasu moja silna wola okazywała się nie aż tak silna. I nawet jak kupisz jedno ciasteczko, to zostanie ono pięknie zapakowane czy zawinięte. Paryżanie naprawdę dbają o takie szczegóły, jak nikt inny.

A czym was kulinarnie uwiódł Paryż?

Więcej zdjęć na facebooku. Strona jest nowa, zachęcam więc do polubienia. I zostania wiernym czytelnikiem.


If I were to describe Paris with only three words,  well, at least the culinary aspect of the city, I would choose baguette, wine, cheese.  I know that Paris is so much more than just that. The monuments are amazing, Parisians so elegant and chic, Louvre so big,  and let’s not forget about the Eiffel Tower. I know all of that, but today’s post won’t even mention them. What can I say, I am a foodie who travels (or a traveler who loves to eat?). 

I’ve been in Paris 3 times already, and with every visit got to discover it differently.  My first visit was quite a long, I spent there more than a month while working as an au pair during the summer before I entered the university. My sister came for a week and we went to all the museums, churches, places that you absolutely must see while in Paris. We ended totally in love with the city, but we both think that while it is an amazing city, we wouldn’t like to live there (I will explain it with more details and examples in some other post). During the second  I mostly discovered the nightlife, as my friend was exchange student there for a year. I couldn’t resists visiting Paris and spent  few autumn days walking through my favorite neighborhoods. And the last time I went to the city of love in July, to attend our friends’ wedding (another international couple).  We arrived a few days before the wedding, as Nuno had never been in Paris, and we were greeted by the heat wave and thousands of tourists. We decided to leave a guidebook in a hotel room and just enjoy the atmosphere of Paris, walking without haste and aim.


You can talk about Paris for hours and you still leave some stories behind. It is hard to chose only few photos when the folder “Paris” has few gigabytes, as one can’t resist taking photos on every corner. Nuno’s parents are asking for a Paris post,  I guess now that I have plenty of free time (it is one of the few benefits of being unemployed), I have no excuse. 
When I think about Paris, I picture nice cafés and picnics by the Saine. I remember my first French classes in high school, the food related vocabulary: boulangerie, patisserie, charcuterie, poissonnerie fromagerie, confiserie-even the names of shops are melodic.  

There are cafes literally on every street. You can sit for hours over a cup of coffee, observing the passers-by, getting lost in a book, or having a  lively discussion with a friend.

Paris is an expensive city (it is a well known fact, but still, every time I visit, it still surprises me) so many tourists (and Parisians as well) prefer some more economic alternatives over going to a restaurant. You can buy tasty tarts in any of numerous boulangeries, or just get a baguette, cheese and red wine.  And don’t forget about dessert, it is mandatory. Even with such a simple “menu” and drinking your wine straight from the bottle, your picnic can be  romantic, if you have it on the banks of the Seine. 

 

In Paris, you have to be prepared for many unplanned meals, as you get tempted on every step by the tasty goodies laid on display. I couldn’t pass by and not look at all those macaroons, sweet tarts and chocolate cakes, and sometimes my strong will was not so strong. And even if you buy just one cookie, you will get it in a nice box. Parisian really take food to another level. 

Have you been seduced by gourmet Paris?

Check my new facebook page for more photos. As the page is new, please like it and check as often as you can for new updates.

Saturday, 29 September 2012

Zmiany/ Changes


Nie wiem, jak zacząć… może najprościej, przyznając się, że nie jestem już w Barcelonie. 26 września porzuciłam bowiem słoneczną Katalonię na rzecz deszczowej Irlandii. I to nie na krótkie wakacje, ale na stałe.  Nie wiem, czy interesują Was powody tej decyzji, czy dalej będziecie śledzić bloga, który miał być o odkrywaniu Barcelony, a którego nazwę już zmieniłam na bardziej adekwatną. Zamiast Barcelona jest Somewhere- bo nauczeni doświadczeniami ostatnich lat, nie zakładamy, że irlandzkie Galway będzie naszym miejscem zamieszkania na zawsze. Można powiedzieć, że pakowanie się, składanie wypowiedzenia w pracy i pożegnania ze znajomymi mam opanowane w stopniu zaawansowanym, przez ostatnie 3 lata porzucałam kraje (Polska-Rumunia-Hiszpania-Irlandia) 4 razy. Prawie nigdy nie były to decyzje łatwe, podjęte bez sporządzenia listy za i przeciw, spontanicznie. Ale będąc w związku z obcokrajowcem, ma się niejako pewną dozę niepewności gwarantowaną.  
Tym razem podjęcie decyzji trwało dość długo, po podjęciu też pojawiły się kilkakrotnie wątpliwości, głównie z mojej strony.  Po blogu widać (chyba), że lubię Barcelonę, to ja wyjeżdżałam bez pracy, nigdy nie mieszkałam w takim małym mieście, jakim jest Galway, te wszystkie życzliwe komentarze, że w Irlandii na pewno nabawię się depresji… Na szczęście nie miałam za dużo czasu na myślenie, ostatnie tygodnie były bardzo intensywne, wypełnione spotkaniami ze znajomymi, odwiedzinami rodzinki, by wykorzystać miejscówkę w centrum Barcelony. Pożegnałam się należycie z miastem, w którym mieszkałam 717 dni (rok, 11 miesięcy, 16 dni)i w którym dobrze się czułam. Nie znaczy to wcale, że Barcelona jest idealnym miejscem do zamieszkania, może teraz się zdobędę na krytykę i pokazanie je negatywnych stron.  O pożegnaniach i ostatnich dniach napiszę niedługo, mam dużo materiałów na posty, tak więc raz w tygodniu postaram się napisać coś o Barcelonie. Z oczywistych powodów Irlandia zdominuje pewnie trochę treść bloga, ale mam nadzieję, że Zielona Wyspa i relacje z naszych podróży też Was zainteresują. Najbliższy post będzie o Paryżu, bo rodzice Nuno się dopominają o jakieś zdjęcia.

 A na razie czekam na jakieś rekomendacje miejsc, które koniecznie muszę zobaczyć, potraw, które muszę spróbować i festiwali, w których uczestniczyć. Liczę na Was. I zapraszam na nową stronę na facebooku (starej nie zamykam, będą tam umieszczane barcelońskie informacje/rekomendacje/zdjęcia). 



I don’t know where to start ... there has been so many changes in my life lately. I no longer live in Barcelona. On 26th of September I left sunny Catalonia and moved to rainy Ireland. I don’t want to get into details, as you may not be interested, I don’t know if you still want to follow this blog that was supposed to be about discovering Barcelona. I already changed the name to a more suitable one, instead of indicating a city where we live, I chose a vague “somewhere”, the previous experiences thought us that we can’t assume that  Irish Galway will be our home forever. For the past 3 years, I’ve already changed countries 4 times (Poland-Romania-Spain-Ireland), so I can say that I am quite a master in packing, resigning from my work, saying goodbyes to my friends. But you are wrong if you think it gets easier. Every decision is hard, leaving everything behind is hard, not knowing what awaits you is frightening. But it seems that being in a relationship with a foreigner means you have to accept constant changes and uncertainty.

This time, we had taken some time to reach the decision to move to Ireland, after Nuno left Barcelona I stayed for 1,5 month longer. And during this time, I had my doubts, judging by my blog, you can clearly see that I really like Barcelona, and since I had never been to Ireland, I really didn’t know what to expect. Then I was living with no job, and the fact that Galway is quite a small city, didn’t help either. Nor the “friendly” comments saying that I would probably get depressed after few weeks with rain and cold. Luckily I didn’t have too much time to think, the last few weeks  I spent in Spain were very intense,  filled with meetings with friends, some last minute family visits. I had the chance to properly say goodbye to the city where I lived 717 days (one year, 11 months, 16 days) and which I really enjoyed. Well, honestly, Barcelona isn’t that perfect, I will try to explain why in the future posts. You can prepare yourself for quite a lot of posts about my crazy last weeks, I have a plan to post one post Barcelona/Spain related per week. For obvious reason, I expect Ireland be the main subject of future posts, but I still have so many pending posts from other cities, just waiting to be finally written about, next one will be about our trip to Paris, as Nuno parents are impatiently requesting photos. 

In the meantime, I’m looking forward for some recommendations. What are the places I really have to see, food I need to taste and festivals participate. I'm counting on you. I also invite you to a new Facebook page, where I will be posting more photos, short posts, travel information (I am not closing the “old” one, I will try to post regularly recommendations, news and photos Barcelona-related). 


Friday, 14 September 2012

Fast food w Barcelonie/ Fast food in Barcelona

Słowem wyjaśnienia, nie będzie o hamburgerach, frytkach czy innych tego typu przekąskach, rozumianych pod pojęciem fast foodu. (możecie jednak przeczytać o modzie na burgery gourmet tutaj i tutaj).
Będzie zatem o miejscach, gdzie szybko można coś przekąsić. Nie zawsze mamy bowiem ochotę na 2 daniowy posiłek i deser (choć ja akurat na deser zawsze znajdę miejsce).

100 montaditos to sieć serwująca montaditos (dla przypomnienia są to takie małe kanapeczki serwowane na niezliczone sposoby, ale w tym konkretnym miejscu są to raczej mini bagietki z dodatkami w środku). W środy i niedziele lokal na pl. Urquinaona jest zapełniony po brzegi, ponieważ wszystkie produkty serwowane są za 1 €. Nie można się spodziewać nie wiadomo, jakich rarytasów za tę cenę, ale można od czasu do czasu zjeść 3 montaditos i porcję frytek, popijając to półlitrowym piwem  i zapłacić mniej 5 euro (co jest mniej niż w popularnych fast foodach).



Pozostając przy kanapkach, Hiszpanie umieją robić niezłe bocadillos. Niby to bagietka i kilka dodatków, ale bez wahania wolę zamówić bocadillos w Guixot albo w małym lokalu Conesa na pl. Sant Jaume niż jakiś zestaw menu w byle jakim barze.  O barze Conesa wspominała Carmen (która zna wszystkie tradycyjne miejsca, gdzie Barcelończycy chodzą od pokoleń), więc wiedziałam, że kiedyś muszę się tam wybrać. Okazja nadarzyła się całkiem niedawno, gdy przyjechała do mnie w odwiedziny mama. Miejsce polecam, gdy zaskoczeni godzinami podawania posiłków w restauracjach (często kuchnia jest zamykana od 15 do 19), głodni znajdziecie się w pobliżu Ayuntamiento.


Do Guixot zabrała mnie Patri, która słyszała od kogoś o tym miejscu, serwującym najlepsze bocadillos na Ravalu. Sławę potwierdziłyśmy, niektóre połączenia smakowe były zaskakujące, ale wszystkie pyszne. A do tego miła obsługa (co nie jest niestety normą w Barcelonie), warto się tu wybrać na miły i szybki (czasami nie tak szybki, bo miejsce jest tak popularne, że trzeba poczekać na wolny stolik). Spróbujcie zostawić sobie miejsce na słodkie naleśniki


Aż zgłodniałam… wy również?



If you expect a post about burgers or french fries, you should check my posts (click here and here) about how thendy ate gourmet burgers in Barcelona.
This post is about perfect places to grab a bite. Sometimes I just don´t feel like having a 2 course meal and a dessert (well, not true, I always feel like having a dessert).

100 montaditos is a popular chain, and as its name suggest it specializes in montaditos (for those who haven´t read my previous posts, a montadito is food served on a slice of baguette/bread). In this particular place montaditos are mini baguettes that have different ingredients inside rathar than on them. Tha place on pl. Urquinaona (the only one I´ve been to in Barcelona) is packed on Wednesdays and Sundays,  as all the food costs only 1 €. For that price you can´t expect anything  too sophisticated, but with three montaditod, chips, half liter of beer or tinto te verano you have enough and you pay less that 5€ (which is cheaper and healthier than in many popular fast food chains).



Spaniards do know how to prepare nice bocadillos (sandwiches). It is just baguette/bread with some basic ingredients, but somehow they know how to take it to the next level. I would always choose any bocadillo they have on the menu in Guixot or Conesa over a menu del día in an average bar I don´t really know. Carmen (who is a real expert on traditional bars that are frequented by locals) highly recommended a tiny bar Conesa, so I knew it was just a question of time till I went and try their delicious sandwiches. When my mum visited me few weeks ago and we were feeling like a little snack, we decided to try their delicious&famous bocadillos. I really recommend the place and if you are ever suprised by the restaurants´ timetable (often they don´t serve food between 15-19), and you are close to Ayuntamiento/Cathedral, Conesa is just at the corner of pl.Sant Jaume and after 5 minutes you can enjoy a quick meal.


Patri took me to another great sanwich place, bar Guixot, that is believed to serve the best bocadillos of Raval. We totally agree, as we loved their sandwiches (some ingerdients, like dactyls, were bit surprising, but delicious) and nice staff (which can be somehow unusual in Barcelona). The place was full and we had to wait 15 min to get a table, but it is an ideal place for a nice and quick meal (and if you can, try their sweet creps).


Suddenly I feel hungry. Do you?

Saturday, 8 September 2012

Goniąc gołębie/ Chasing pigeons


Lądujesz na lotnisku El Prat, wsiadasz w Aerobus, wysiadasz w samym centrum Barcelony, na Plaça de Catalunya. Tak zaczyna się dla wielu turystów przygoda z Barceloną. Na tym wielkim  placu, na którym spotykają się najważniejsze ulice miasta: elegancki Passeig de Gràcia, zadrzewiona Rambla de Catalunya, turystyczna La Rambla i handlowa Portal de l'Àngel. 


Przebiegasz przez plac, by wsiąść do metra, albo taszczysz walizkę, bo twój hostel mieści się niedaleko, ma Goticu czy Ravalu. Plac Kataloński to miejsce spotkać, punkt orientacyjny, przystanek komunikacyjny. Ale nie tylko. Dla mnie to nie tyle dostojne budynki instytucji finansowych, hotele, czy sklepy, ale miejsce gdzie gołębie są nieodłącznym elementem. Gołębie siedzące na drzewach, gołębie podrywające się nagle do lotu, dzieci karmiące gołębie, dzieci goniące za gołębiami. Podobno każdy Barcelończyk ma gdzieś pożółkłe, trochę wyblakłe zdjęcie, zrobione na placu Catalunya, gdy był małym brzdącem i karmił gołębie. 

Osobiście  nigdy nie lubiłam gołębi, nawet jak byłam małym dzieckiem, to wolałam zbierać ślimaki do wiaderka, których pełno było po deszczu, albo łapać żaby- tak, to dopiero było wyzwanie. A gołębie budzą we mnie strach, mają coś takiego w oczach, co każe mi schodzić im z drogi. Czy tylko ja tak mam?


Więcej zdjęć z serii gołębiowej można zobaczyć na facebooku (zapraszam do polubienia strony, oraz do śledzenia i komentowania bloga). Po tym, jak mój aparat 3 raz w ciągu półtora roku odmówił mi posłuszeństwa, bawię się aplikacjami iphona, czekając (jeszcze 2 tygodnie-na mój nowy aparat!)


After you landed at the airport El Prat, you probably get the Aerobus and get off in the center of Barcelona, at the Plaça de Catalunya. It is where for many tourists their big adventure begins. You may feel lost at this huge square, were the city’s main streets meet: elegant Passeig de Gracia,  Rambla de Catalunya lined with trees, touristic Las Ramblas and shopping street, Portal de l'Angel.


You pass the square to get to the metro station, or pull your suitcase cause your hostel is located in Raval or Gótic district. The “Catalonia Square” is a meeting place, orientation point, and one of the city’s most important transport hub. Well, there it is a city center- where many financial institution, hotels, shops, banks are located. However, for me it is where pigeons gather. Pigeons sitting on the trees, children feeding pigeons, children chasing the pigeons, pigeons that suddenly start flapping and fly away. 


Apparently every Barcelonian has somewhere slightly faded photograph taken on the Plaça de Catalunya during his early years while feeding pigeons.

Personally, I never liked pigeons, even when I was a little kid. I preferred to collect snails in a bucket, 
or catch frogs (it was quite a challenge). For some unknown reason I am afraid of pigeons, they have this vicious look in their eyes, that I prefer to get out of their way. Is it only me?

You can find more photos of pigeons from Plaça Catalunya on facebook (please like the page, follow the blog and comment posts/photos). As you can see, my camera is still dead (it is 3rd time in 1,5 year), and I am obliged to use Iphone while waiting for my new camera to arrive (2 weeks and counting!)


Thursday, 6 September 2012

Gościnny post/ Guest post



Z blogami tak to już jest, wchodzisz na jednego i albo treść, wygląd, zdjęcia czy sposób pisania nam odpowiadają, albo nie. Mam kilka blogów, które przeczytałam od pierwszego posta do ostatniego, by móc na bieżąco śledzić nowe wpisy. Dzięki linkom do blogów na blogach, które czytuję, trafiam od czasu do czasu na inne i staję się wiernym czytelnikiem.  Dzikęki Ajce (tak się składa, że mamy bardzo podobny gust podróżniczo-blogowy), trafiłam na dość nowego bloga Moniki. Zostawiłam komentarz, ona zajrzała na mojego bloga i spodobał jej się na tyle, że nie tylko zagląda, ale także zaproponowała mi napisanie gościnnego posta na jej blogu. Rezultat naszej współpracy można przeczytać pod tymlinkiem. Zapraszam do lektury.



Blogging is quite popular. There are so many blogs on different subject.  Sometimes I feel lost. Why is that I become a follower of one and some other are not my thing? Is it the template? Pictures? A blogger´s writing style? Why sometimes I read a blog from the very first post till last and then keep track of new entries? And then visit some every now and then? Sometimes I discover new interesting blogs thanks to other bloggers who add them to their “favourite”/follow list. Thanks to Ajka (we have very similar taste when it comes to travels and blogs) I discovered Monika´s new blog (started in June this year). I left a comment; she visited my blog, and now only became a new follower but also invited me to write a guest post. To see the result of our cooperation, click on the link. Feel free to read.

Sunday, 30 September 2012

Bagietka, wino, ser/ Baguette, wine, cheese


W tych 3 słowach, moim zdaniem, zawiera się kulinarna kwintesencja Paryża. Wiem, wiem… Paryż to o wiele więcej. Że nie tylko jedzenie, ale też zabytki.  Że elegancja-Francja, wieża Eiffla, Louvre. Miałam okazję być w Paryżu trzykrotnie, każda wizyta była zupełnie inna. Pierwsza trwała aż miesiąc, kiedy pracowałam jako au pair podczas policealnych lato. Na tydzień przyjechała moja siostra i z nią poznałam Paryż turystycznie, weszłyśmy do wszystkich  muzeów, kościołów, miejsc, które absolutnie trzeba zobaczyć będąc w Paryżu. Wjechałyśmy na wiele punktów widokowych, porobiłyśmy setki, jeśli nie tysiące zdjęć i zakochałyśmy się w Paryżu, zgodnie jednak twierdząc, że nie jest to miasto do mieszkania, ale raczej do spędzenia kilku dni. Podczas drugiego pobytu spędziłam tam kilka jesiennych dni, spontanicznie wykorzystując okazję, gdy akurat w stolicy Francji moja przyjaciółka była na wymianie erasmusowej. Tym razem skupiłam się bardziej na poznaniu nocnego życia i spacerach po ulubionych dzielnicach. Trzecie spotkanie z Paryżem miało miejsce w lipcu, gdzie zostaliśmy zaproszeni na wesele naszych przyjaciół (kolejna międzynarodowa para wśród naszych znajomych). Polecieliśmy parę dni przed weselem, gdyż Nuno nigdy wcześniej nie był w Paryżu (nie wiem, gdzie on się uchował, faktem jest, że pod moim wpływem rozwinął się podróżniczo. I zaczął marzyć o psie). Trafiliśmy na lipcowe upały, wielki nalot turystów i zdecydowaliśmy się zboczyć z turystycznych szlaków i po prostu nacieszyć się atmosferą Paryża, spacerować bez pośpiechu, trochę bez celu. 


Opowiadać o Paryżu można bez końca. Ciężko wybrać jedną historyjkę czy parę zdjęć.  Rodzice Nuno dopominają się o posta, nie mogę się już wymówić brakiem czasu czy nawałem zajęć w pracy (pracy bowiem na razie nie mam, a czasu aż nadmiar). Nie lubię jednak długich postów o wszystkim, więc dzisiaj będzie o kawiarenkach, piknikowaniu nad brzegiem Sekwany. Przypominają mi się pierwsze lekcje francuskiego w liceum wkuwanie słówek : boulangerie,  patisserie, charcuterie,  poissonnerie  fromagerie,  confiserie- nawet nazwy sklepów mają w sobie niezwykłą melodyjność. 

   

Kawiarenki są na każdej ulicy, czasami stoliki zajmują prawie cały chodnik, ale nikomu zdaje się to nie przeszkadzać. Nad filiżanką kawy można siedzieć godzinami, obserwując przechodniów, zaczytując się w książce, czy prowadząc ożywione rozmowy. 

Paryż należy do miast drogich (nie jest to szczególnie odkrywcze spostrzeżenie), więc niemało ludzi wybiera ekonomiczną wersję poznania francuskich przysmaków. W boulangerie można kupić tartę na słono (ach ta ze szpinakiem i serkiem kozim, pycha), albo bagietkę i ser śmierdziuszek, a w sklepie z winami jakiś czerwony trunek. A na deser obowiązkowo jakieś ciasteczko. I już mamy piknik gotowy, najlepiej nad brzegiem Sekwany(nawet zjedzenie zwykłej bagietki z serem i popicie winem prosto z butelki jest romantyczne w takiej lokalizacji) albo w jednym z wielu parków. 

 

W Paryżu trzeba się też przygotować na nieplanowane posiłki,  gdyż na pokusę wodzą nas na każdym kroku witryny. Nie mogłam przejść obojętnie, zatrzymywałam się prawie przy każdej i od czasu do czasu moja silna wola okazywała się nie aż tak silna. I nawet jak kupisz jedno ciasteczko, to zostanie ono pięknie zapakowane czy zawinięte. Paryżanie naprawdę dbają o takie szczegóły, jak nikt inny.

A czym was kulinarnie uwiódł Paryż?

Więcej zdjęć na facebooku. Strona jest nowa, zachęcam więc do polubienia. I zostania wiernym czytelnikiem.


If I were to describe Paris with only three words,  well, at least the culinary aspect of the city, I would choose baguette, wine, cheese.  I know that Paris is so much more than just that. The monuments are amazing, Parisians so elegant and chic, Louvre so big,  and let’s not forget about the Eiffel Tower. I know all of that, but today’s post won’t even mention them. What can I say, I am a foodie who travels (or a traveler who loves to eat?). 

I’ve been in Paris 3 times already, and with every visit got to discover it differently.  My first visit was quite a long, I spent there more than a month while working as an au pair during the summer before I entered the university. My sister came for a week and we went to all the museums, churches, places that you absolutely must see while in Paris. We ended totally in love with the city, but we both think that while it is an amazing city, we wouldn’t like to live there (I will explain it with more details and examples in some other post). During the second  I mostly discovered the nightlife, as my friend was exchange student there for a year. I couldn’t resists visiting Paris and spent  few autumn days walking through my favorite neighborhoods. And the last time I went to the city of love in July, to attend our friends’ wedding (another international couple).  We arrived a few days before the wedding, as Nuno had never been in Paris, and we were greeted by the heat wave and thousands of tourists. We decided to leave a guidebook in a hotel room and just enjoy the atmosphere of Paris, walking without haste and aim.


You can talk about Paris for hours and you still leave some stories behind. It is hard to chose only few photos when the folder “Paris” has few gigabytes, as one can’t resist taking photos on every corner. Nuno’s parents are asking for a Paris post,  I guess now that I have plenty of free time (it is one of the few benefits of being unemployed), I have no excuse. 
When I think about Paris, I picture nice cafés and picnics by the Saine. I remember my first French classes in high school, the food related vocabulary: boulangerie, patisserie, charcuterie, poissonnerie fromagerie, confiserie-even the names of shops are melodic.  

There are cafes literally on every street. You can sit for hours over a cup of coffee, observing the passers-by, getting lost in a book, or having a  lively discussion with a friend.

Paris is an expensive city (it is a well known fact, but still, every time I visit, it still surprises me) so many tourists (and Parisians as well) prefer some more economic alternatives over going to a restaurant. You can buy tasty tarts in any of numerous boulangeries, or just get a baguette, cheese and red wine.  And don’t forget about dessert, it is mandatory. Even with such a simple “menu” and drinking your wine straight from the bottle, your picnic can be  romantic, if you have it on the banks of the Seine. 

 

In Paris, you have to be prepared for many unplanned meals, as you get tempted on every step by the tasty goodies laid on display. I couldn’t pass by and not look at all those macaroons, sweet tarts and chocolate cakes, and sometimes my strong will was not so strong. And even if you buy just one cookie, you will get it in a nice box. Parisian really take food to another level. 

Have you been seduced by gourmet Paris?

Check my new facebook page for more photos. As the page is new, please like it and check as often as you can for new updates.

Saturday, 29 September 2012

Zmiany/ Changes


Nie wiem, jak zacząć… może najprościej, przyznając się, że nie jestem już w Barcelonie. 26 września porzuciłam bowiem słoneczną Katalonię na rzecz deszczowej Irlandii. I to nie na krótkie wakacje, ale na stałe.  Nie wiem, czy interesują Was powody tej decyzji, czy dalej będziecie śledzić bloga, który miał być o odkrywaniu Barcelony, a którego nazwę już zmieniłam na bardziej adekwatną. Zamiast Barcelona jest Somewhere- bo nauczeni doświadczeniami ostatnich lat, nie zakładamy, że irlandzkie Galway będzie naszym miejscem zamieszkania na zawsze. Można powiedzieć, że pakowanie się, składanie wypowiedzenia w pracy i pożegnania ze znajomymi mam opanowane w stopniu zaawansowanym, przez ostatnie 3 lata porzucałam kraje (Polska-Rumunia-Hiszpania-Irlandia) 4 razy. Prawie nigdy nie były to decyzje łatwe, podjęte bez sporządzenia listy za i przeciw, spontanicznie. Ale będąc w związku z obcokrajowcem, ma się niejako pewną dozę niepewności gwarantowaną.  
Tym razem podjęcie decyzji trwało dość długo, po podjęciu też pojawiły się kilkakrotnie wątpliwości, głównie z mojej strony.  Po blogu widać (chyba), że lubię Barcelonę, to ja wyjeżdżałam bez pracy, nigdy nie mieszkałam w takim małym mieście, jakim jest Galway, te wszystkie życzliwe komentarze, że w Irlandii na pewno nabawię się depresji… Na szczęście nie miałam za dużo czasu na myślenie, ostatnie tygodnie były bardzo intensywne, wypełnione spotkaniami ze znajomymi, odwiedzinami rodzinki, by wykorzystać miejscówkę w centrum Barcelony. Pożegnałam się należycie z miastem, w którym mieszkałam 717 dni (rok, 11 miesięcy, 16 dni)i w którym dobrze się czułam. Nie znaczy to wcale, że Barcelona jest idealnym miejscem do zamieszkania, może teraz się zdobędę na krytykę i pokazanie je negatywnych stron.  O pożegnaniach i ostatnich dniach napiszę niedługo, mam dużo materiałów na posty, tak więc raz w tygodniu postaram się napisać coś o Barcelonie. Z oczywistych powodów Irlandia zdominuje pewnie trochę treść bloga, ale mam nadzieję, że Zielona Wyspa i relacje z naszych podróży też Was zainteresują. Najbliższy post będzie o Paryżu, bo rodzice Nuno się dopominają o jakieś zdjęcia.

 A na razie czekam na jakieś rekomendacje miejsc, które koniecznie muszę zobaczyć, potraw, które muszę spróbować i festiwali, w których uczestniczyć. Liczę na Was. I zapraszam na nową stronę na facebooku (starej nie zamykam, będą tam umieszczane barcelońskie informacje/rekomendacje/zdjęcia). 



I don’t know where to start ... there has been so many changes in my life lately. I no longer live in Barcelona. On 26th of September I left sunny Catalonia and moved to rainy Ireland. I don’t want to get into details, as you may not be interested, I don’t know if you still want to follow this blog that was supposed to be about discovering Barcelona. I already changed the name to a more suitable one, instead of indicating a city where we live, I chose a vague “somewhere”, the previous experiences thought us that we can’t assume that  Irish Galway will be our home forever. For the past 3 years, I’ve already changed countries 4 times (Poland-Romania-Spain-Ireland), so I can say that I am quite a master in packing, resigning from my work, saying goodbyes to my friends. But you are wrong if you think it gets easier. Every decision is hard, leaving everything behind is hard, not knowing what awaits you is frightening. But it seems that being in a relationship with a foreigner means you have to accept constant changes and uncertainty.

This time, we had taken some time to reach the decision to move to Ireland, after Nuno left Barcelona I stayed for 1,5 month longer. And during this time, I had my doubts, judging by my blog, you can clearly see that I really like Barcelona, and since I had never been to Ireland, I really didn’t know what to expect. Then I was living with no job, and the fact that Galway is quite a small city, didn’t help either. Nor the “friendly” comments saying that I would probably get depressed after few weeks with rain and cold. Luckily I didn’t have too much time to think, the last few weeks  I spent in Spain were very intense,  filled with meetings with friends, some last minute family visits. I had the chance to properly say goodbye to the city where I lived 717 days (one year, 11 months, 16 days) and which I really enjoyed. Well, honestly, Barcelona isn’t that perfect, I will try to explain why in the future posts. You can prepare yourself for quite a lot of posts about my crazy last weeks, I have a plan to post one post Barcelona/Spain related per week. For obvious reason, I expect Ireland be the main subject of future posts, but I still have so many pending posts from other cities, just waiting to be finally written about, next one will be about our trip to Paris, as Nuno parents are impatiently requesting photos. 

In the meantime, I’m looking forward for some recommendations. What are the places I really have to see, food I need to taste and festivals participate. I'm counting on you. I also invite you to a new Facebook page, where I will be posting more photos, short posts, travel information (I am not closing the “old” one, I will try to post regularly recommendations, news and photos Barcelona-related). 


Friday, 14 September 2012

Fast food w Barcelonie/ Fast food in Barcelona

Słowem wyjaśnienia, nie będzie o hamburgerach, frytkach czy innych tego typu przekąskach, rozumianych pod pojęciem fast foodu. (możecie jednak przeczytać o modzie na burgery gourmet tutaj i tutaj).
Będzie zatem o miejscach, gdzie szybko można coś przekąsić. Nie zawsze mamy bowiem ochotę na 2 daniowy posiłek i deser (choć ja akurat na deser zawsze znajdę miejsce).

100 montaditos to sieć serwująca montaditos (dla przypomnienia są to takie małe kanapeczki serwowane na niezliczone sposoby, ale w tym konkretnym miejscu są to raczej mini bagietki z dodatkami w środku). W środy i niedziele lokal na pl. Urquinaona jest zapełniony po brzegi, ponieważ wszystkie produkty serwowane są za 1 €. Nie można się spodziewać nie wiadomo, jakich rarytasów za tę cenę, ale można od czasu do czasu zjeść 3 montaditos i porcję frytek, popijając to półlitrowym piwem  i zapłacić mniej 5 euro (co jest mniej niż w popularnych fast foodach).



Pozostając przy kanapkach, Hiszpanie umieją robić niezłe bocadillos. Niby to bagietka i kilka dodatków, ale bez wahania wolę zamówić bocadillos w Guixot albo w małym lokalu Conesa na pl. Sant Jaume niż jakiś zestaw menu w byle jakim barze.  O barze Conesa wspominała Carmen (która zna wszystkie tradycyjne miejsca, gdzie Barcelończycy chodzą od pokoleń), więc wiedziałam, że kiedyś muszę się tam wybrać. Okazja nadarzyła się całkiem niedawno, gdy przyjechała do mnie w odwiedziny mama. Miejsce polecam, gdy zaskoczeni godzinami podawania posiłków w restauracjach (często kuchnia jest zamykana od 15 do 19), głodni znajdziecie się w pobliżu Ayuntamiento.


Do Guixot zabrała mnie Patri, która słyszała od kogoś o tym miejscu, serwującym najlepsze bocadillos na Ravalu. Sławę potwierdziłyśmy, niektóre połączenia smakowe były zaskakujące, ale wszystkie pyszne. A do tego miła obsługa (co nie jest niestety normą w Barcelonie), warto się tu wybrać na miły i szybki (czasami nie tak szybki, bo miejsce jest tak popularne, że trzeba poczekać na wolny stolik). Spróbujcie zostawić sobie miejsce na słodkie naleśniki


Aż zgłodniałam… wy również?



If you expect a post about burgers or french fries, you should check my posts (click here and here) about how thendy ate gourmet burgers in Barcelona.
This post is about perfect places to grab a bite. Sometimes I just don´t feel like having a 2 course meal and a dessert (well, not true, I always feel like having a dessert).

100 montaditos is a popular chain, and as its name suggest it specializes in montaditos (for those who haven´t read my previous posts, a montadito is food served on a slice of baguette/bread). In this particular place montaditos are mini baguettes that have different ingredients inside rathar than on them. Tha place on pl. Urquinaona (the only one I´ve been to in Barcelona) is packed on Wednesdays and Sundays,  as all the food costs only 1 €. For that price you can´t expect anything  too sophisticated, but with three montaditod, chips, half liter of beer or tinto te verano you have enough and you pay less that 5€ (which is cheaper and healthier than in many popular fast food chains).



Spaniards do know how to prepare nice bocadillos (sandwiches). It is just baguette/bread with some basic ingredients, but somehow they know how to take it to the next level. I would always choose any bocadillo they have on the menu in Guixot or Conesa over a menu del día in an average bar I don´t really know. Carmen (who is a real expert on traditional bars that are frequented by locals) highly recommended a tiny bar Conesa, so I knew it was just a question of time till I went and try their delicious sandwiches. When my mum visited me few weeks ago and we were feeling like a little snack, we decided to try their delicious&famous bocadillos. I really recommend the place and if you are ever suprised by the restaurants´ timetable (often they don´t serve food between 15-19), and you are close to Ayuntamiento/Cathedral, Conesa is just at the corner of pl.Sant Jaume and after 5 minutes you can enjoy a quick meal.


Patri took me to another great sanwich place, bar Guixot, that is believed to serve the best bocadillos of Raval. We totally agree, as we loved their sandwiches (some ingerdients, like dactyls, were bit surprising, but delicious) and nice staff (which can be somehow unusual in Barcelona). The place was full and we had to wait 15 min to get a table, but it is an ideal place for a nice and quick meal (and if you can, try their sweet creps).


Suddenly I feel hungry. Do you?

Saturday, 8 September 2012

Goniąc gołębie/ Chasing pigeons


Lądujesz na lotnisku El Prat, wsiadasz w Aerobus, wysiadasz w samym centrum Barcelony, na Plaça de Catalunya. Tak zaczyna się dla wielu turystów przygoda z Barceloną. Na tym wielkim  placu, na którym spotykają się najważniejsze ulice miasta: elegancki Passeig de Gràcia, zadrzewiona Rambla de Catalunya, turystyczna La Rambla i handlowa Portal de l'Àngel. 


Przebiegasz przez plac, by wsiąść do metra, albo taszczysz walizkę, bo twój hostel mieści się niedaleko, ma Goticu czy Ravalu. Plac Kataloński to miejsce spotkać, punkt orientacyjny, przystanek komunikacyjny. Ale nie tylko. Dla mnie to nie tyle dostojne budynki instytucji finansowych, hotele, czy sklepy, ale miejsce gdzie gołębie są nieodłącznym elementem. Gołębie siedzące na drzewach, gołębie podrywające się nagle do lotu, dzieci karmiące gołębie, dzieci goniące za gołębiami. Podobno każdy Barcelończyk ma gdzieś pożółkłe, trochę wyblakłe zdjęcie, zrobione na placu Catalunya, gdy był małym brzdącem i karmił gołębie. 

Osobiście  nigdy nie lubiłam gołębi, nawet jak byłam małym dzieckiem, to wolałam zbierać ślimaki do wiaderka, których pełno było po deszczu, albo łapać żaby- tak, to dopiero było wyzwanie. A gołębie budzą we mnie strach, mają coś takiego w oczach, co każe mi schodzić im z drogi. Czy tylko ja tak mam?


Więcej zdjęć z serii gołębiowej można zobaczyć na facebooku (zapraszam do polubienia strony, oraz do śledzenia i komentowania bloga). Po tym, jak mój aparat 3 raz w ciągu półtora roku odmówił mi posłuszeństwa, bawię się aplikacjami iphona, czekając (jeszcze 2 tygodnie-na mój nowy aparat!)


After you landed at the airport El Prat, you probably get the Aerobus and get off in the center of Barcelona, at the Plaça de Catalunya. It is where for many tourists their big adventure begins. You may feel lost at this huge square, were the city’s main streets meet: elegant Passeig de Gracia,  Rambla de Catalunya lined with trees, touristic Las Ramblas and shopping street, Portal de l'Angel.


You pass the square to get to the metro station, or pull your suitcase cause your hostel is located in Raval or Gótic district. The “Catalonia Square” is a meeting place, orientation point, and one of the city’s most important transport hub. Well, there it is a city center- where many financial institution, hotels, shops, banks are located. However, for me it is where pigeons gather. Pigeons sitting on the trees, children feeding pigeons, children chasing the pigeons, pigeons that suddenly start flapping and fly away. 


Apparently every Barcelonian has somewhere slightly faded photograph taken on the Plaça de Catalunya during his early years while feeding pigeons.

Personally, I never liked pigeons, even when I was a little kid. I preferred to collect snails in a bucket, 
or catch frogs (it was quite a challenge). For some unknown reason I am afraid of pigeons, they have this vicious look in their eyes, that I prefer to get out of their way. Is it only me?

You can find more photos of pigeons from Plaça Catalunya on facebook (please like the page, follow the blog and comment posts/photos). As you can see, my camera is still dead (it is 3rd time in 1,5 year), and I am obliged to use Iphone while waiting for my new camera to arrive (2 weeks and counting!)


Thursday, 6 September 2012

Gościnny post/ Guest post



Z blogami tak to już jest, wchodzisz na jednego i albo treść, wygląd, zdjęcia czy sposób pisania nam odpowiadają, albo nie. Mam kilka blogów, które przeczytałam od pierwszego posta do ostatniego, by móc na bieżąco śledzić nowe wpisy. Dzięki linkom do blogów na blogach, które czytuję, trafiam od czasu do czasu na inne i staję się wiernym czytelnikiem.  Dzikęki Ajce (tak się składa, że mamy bardzo podobny gust podróżniczo-blogowy), trafiłam na dość nowego bloga Moniki. Zostawiłam komentarz, ona zajrzała na mojego bloga i spodobał jej się na tyle, że nie tylko zagląda, ale także zaproponowała mi napisanie gościnnego posta na jej blogu. Rezultat naszej współpracy można przeczytać pod tymlinkiem. Zapraszam do lektury.



Blogging is quite popular. There are so many blogs on different subject.  Sometimes I feel lost. Why is that I become a follower of one and some other are not my thing? Is it the template? Pictures? A blogger´s writing style? Why sometimes I read a blog from the very first post till last and then keep track of new entries? And then visit some every now and then? Sometimes I discover new interesting blogs thanks to other bloggers who add them to their “favourite”/follow list. Thanks to Ajka (we have very similar taste when it comes to travels and blogs) I discovered Monika´s new blog (started in June this year). I left a comment; she visited my blog, and now only became a new follower but also invited me to write a guest post. To see the result of our cooperation, click on the link. Feel free to read.

Bądź na bieżąco/ Follow by Email