Friday, 21 December 2012

Detale i drobiazgi maltańskie

Dzisiaj mam przyjemność przenieść się dzięki Ajce z szaro-burej Irlandii na słoneczną Maltę. Ajka z bloga Całe życie w podróży to jedna z tych osób, które odbierają świat na podobnych do mnie falach. Mamy podobne spojrzenie na podróże, zwracamy uwagę na te same rzeczy, dzięki niej poznałam kilka fajnych blogów, bo gust mamy tak podobny, że podobają nam się te same rzeczy. Już od dawna chciałam poprosić właśnie Ajkę o napisanie czegoś na mojego bloga i zrobiła mi gwiazdkowy (trochę wcześniejszy) prezent.

Kiedy Agnieszka zaproponowała mi gościnny wpis, pomyślałam o czymś, na co obydwie zwracamy uwagę w czasie wyjazdów. Należymy do grupy osób, na które inni patrzą nieco podejrzliwie. „Na co ona patrzy?”, „Co tam w górze widzi?”, „Co ona właściwie fotografuje?”, „Przecież tam nic nie ma ciekawego!” – wiele razy spotkałam się już z takimi reakcjami wypatrując… detali. Drobiazgów, które tworzą specyficzny klimat danego miejsca. Od kiedy zwracam na nie uwagę, jestem bardziej zadowolona ze swoich wyjazdów. Poszukiwanie wymaga uwagi i świadomego zwiedzania.  Poza tym, jest wielką frajdą.  Południe Europy kocham za to, że tam nawet proste rzeczy potrafią być piękne.


Będąc w tym roku na Malcie, ucieszyłam się bardzo, kiedy już w pierwszej chwili zauważyłam, że jako poszukiwaczka niespodzianek i detali, nie będę się na wyspie nudzić. Malta jest Krainą Detali, co stwierdzam oficjalnie :) Mogłam biegać z aparatem, zaglądać w każdą dziurę i wiedziałam, że nie tracę czasu, bo na każdym kroku coś na mnie czeka. Małego, sympatycznego, wywołującego uśmiech.


Na Malcie mogę wyodrębnić kilka grup detali na które warto zwracać uwagę. Wszystkie z nich możecie zobaczyć na przygotowanych przeze mnie zdjęciach, przy czym specjalnie wymieszałam ze sobą różne tematy, żeby przyjemniej się Wam szukało :) Zawsze jest to okazja na poćwiczenie spostrzegawczości, jakże ważnej przy rozglądaniu się za dekoracjami i ciekawymi elementami. Najbardziej rzucającym się w oczy detalem, są cudownie obudowane balkony. Na Malcie spotkałam się z tym po raz pierwszy. Kolorowe, wypukłe, różnorodnie zdobione. Wyglądają pięknie i cudownie przełamują beżowe odcienie ścian budynków. Wyglądają jak przyklejone przez dziecko do modelu papierowego domu na zajęciach plastycznych. Mimo, że podobne, każdy z balkonów jest trochę inny.



Kolejną grupą są kołatki do drzwi. Robiłam o nich osobny wpis u siebie, ponieważ uważam, że zasługują na uwagę. Ich różnorodność jest zachwycająca. Ile domów, tyle kołatek. Najpopularniejsze są te z delfinami i motywami morskimi, a także z lwami i niezbyt przyjaźnie wyglądającymi stworami, rodem z bajek dla niegrzecznych dzieci. Biorąc pod uwagę mix kolorów drzwi, mix wzorów kołatek i ich odcieni, stopnia zniszczenia itd. powstają nam tysiące kombinacji sprawiających, że poszukiwanie nowych ujęć jest wielkim detektywistycznym wyzwaniem. Łatwo też trafić na lubiane przeze mnie dekoracje, takie jak ozdobne donice z pięknymi kwiatami, miniaturowe ogródki z kolorowymi budami dla psów czy klatkami z kanarkami, poukrywane pod krzakami pluszowe miśki czy rozwieszone w oknach wielobarwne koce. Z przyjemnością zawsze patrzę też na nazwy ulic, tablice z napisami, które wyglądają inaczej niż te ponure, bardzo służbowe, kojarzące mi się z Warszawą i innymi miastami w Polsce. Tak niewiele wysiłku potrzeba, aby wyglądały po prostu ładnie, przyjemnie dla oka. Jest mi od razu milej, kiedy patrzę na te małe dzieła.




Malta jest krajem katolickim z dużą grupą osób praktykujących. Kościołów jest mnóstwo, a tym, na co zwróciłam uwagę, są wyjątkowo tandetne światełka, którymi obłożone są całe ich fasady. Ma to jednak w sobie coś intrygującego, ładnie musi wyglądać, kiedy się świecą. Wielu mieszkańców decyduje się na ozdobienie ścian domów, tuż przy drzwiach podobiznami Maryi czy Jezusa. Nie fotografowałam wszystkich, ponieważ nie byłam w stanie. W tym przypadku wena Maltańczyków jest chyba nieskończona.



Maltańskie detale dały mi dużo radości z ich odkrywania i chętnie wracam do nich oglądając zdjęcia. Ciekawa jestem jak Wy zwiedzacie miejsca, w których jesteście – czy patrzycie na tzw. „całokształt” czy poświęcacie czas i energie na poszukiwanie i wynajdowanie tych wszystkich szczegółów? Oprócz opisanych, mogą być to także ciekawe rysunki na murach, rzeźby, a nawet ciekawe kolory i faktury ścian. Ja je uwielbiam. Agnieszka też. A Wy?


Jeśli nie znacie jeszcze bloga Ajki, zapraszam na jej stronę Całe życie w podróży oraz do polubienia jej facebooka.

Friday, 14 December 2012

Smaczny świat odcinek 1

Dzisiejszy post jest postem gościnnym, napisany przez Marzenę z firmy Smaki Portugalii, która zgodziła się przybliżyć Wam smaki Portugalii właśnie (ja mogłabym być za stronnicza i posądzona, że to Nuno dyktował mi, co mam napisać. Nie mogłam się powstrzymać i dodałam moje 3 grosze).

Kuchnia portugalska jest niezwykle wyjątkowa i bogata, zupełnie innych przysmaków skosztujemy na północy kraju w regionie Trás-os-Montes, co innego zaserwują nam w Algarve na samym południu, a inne dania są w menu na wyspach- Maderze i Azorach. Z jakiegoś powodu kuchnia portugalska  to wciąż mało odkryty ląd.  Próbujemy to zmieniać.

Zacznijmy od produktów, które są charakterystyczne dla tego najbardziej wysuniętego na zachód państwa Europy. W kuchni każdego szanującego się Portugalczyka nie może zabraknąć portugalskiej oliwy, która ze względu na swe walory smakowe i najwyższą jakość, nazywana jest płynnym złotem.Oliwa z oliwek zaliczana jest do skarbów kulinarnych Portugalii. Część z tych, którzy jej spróbowali, uważa, że jest najlepsza na świecie (Nuno jest wręcz o tym przekonany). Inne popularne portugalskie produkty to : oliwki (zawsze z pestką), ryby, chleb (polany oliwą pyszny!) , owoce morza, kawa, dojrzewająca szynka – presunto, kiełbasy – chouriços (byłam od krok od kupienia specjalnego  naczynia assador de chouriço, żeby je serwować znajomym), kiełbasa wytwarzana z krwi (morcela), alheira, sery (szczególnie płynne sery Queijo da Serra, Queijo de Azeitão oraz twardy ser o intensywnym smaku queijo da Ilha z Azorów), owoce: ananasy z Azorów, pomarańcze, figi i migdały z Algarve, śliwki z Alentejo, gruszka pêra-rocha, czereśnie (te z Resende podobno najlepsze, tak twierdzi mój domowy ekspert), truskawki z Ribatejo, melony i wiele, wiele innych (proszę zwrócić uwagę, że Portugalczycy dumni są ze swoich dóbr regionalnych, u nas w Polsce nie zwracamy uwagi na to, skąd dokładnie pochodzą produkty, które kupujemy, nie ma to bowiem zasadniczego wpływu na ich smak czy sposób przygotowania).





Nie możemy nie wspomnieć  o portugalskich winach, docenianych przez znawców na całym świecie. Żeby daleko nie szukać dowodu: w maju tego roku wino Poliphonia Signature 2008 z regionu Alentejo zostało wybrane na konkursie w Brukseli najlepszym winem świata.Oprócz wina czerwonego i białego, w Portugalii możemy napić się również wina zielonego – lekko musującego, delikatanie kwaskowatego,  idealnego na upalne dni (moja mama po wakacjach w Portugalii się właśnie od  vinho verde uzależniła, na szczęście można je już kupić w Polsce). Najlepiej rozpoznawalnym winem, które rozsławiło Portugalię jest Porto. Niewiele jest chyba osób, które nigdy o nim nie słyszało. Ale jeśli należysz do tej grupy to wyjaśniam, że należy ono do win wzmacnianych, w odpowiednim momencie fermentacji dodaje się do niego brandy. Innym wzmacnianym winem jest Madera, do której dodaje się alkoholu destylowanego.



To co wyróżnia portugalską kuchnię, to nie tylko doskonałe produkty, z których przygotowywane są dania, to również celebracja, z jaką są spożywane. Godziny posiłków wyznaczają rytm dnia i są absolutną świętością w Portugalii (coś o tym wiem, musiałam się przestawić na celebrowanie posiłków, a teraz nie wyobrażam sobie innego podejścia do jedzenia).Śniadanie, to szybki posiłek w drodze do pracy: zazwyczaj kawa z mlekiem i coś słodkiego. Obiad spożywany jest najczęściej osobno na mieście, podczas godzinnej przerwy w pracy. Jednak na kolację, cała rodzina zbiera się przy wspólnym stole. To bardzo ważny posiłek dnia. Nie przypomina zupełnie polskiej kolacji. Składa się najczęściej  z 2 dań.Każdy posiłek kończy się najczęściej małą filiżanką kawy (Nuno po wszystkich naszych podróżach twierdzi, że jedynie we Włoszech i Portugalii wiedzą, jak przygotować dobrą kawę. Nie potwierdzam ani nie zaprzeczam, kawy nie pijam) .

O daniach portugalskich można by napisać książkę (niejedną i zapewne wiele już powstało), trudno wybrać kilka najbardziej charakterystycznych, bo jak wspominałam, wszystko zależy od regionu. Im bardziej na północ i wgłąb kraju, tym więcej spożywa się mięsa. Od dań mięsnych też zacznijmy: leitão da Bairrada (pieczone prosię), bitoque (stek serwowany z jajkiem sadzonym oraz frytkami i ryżem), bifana – niezwykle prosta i bardzo popularna bułka z kawałkiem mięsa i musztardą (podobno posiłek obowiązkowy, jak się umawiasz z kumplami w barze na oglądanie meczu), tripas à moda do Porto (flaki z Porto), Francesinha (rodzaj kanapki z wielu warstw z mięsem, sosem i jajkiem/ ja dodam tylko, że nie do końca rozumiem sławę tego dania, ale Nuno często na emigracji wspomina właśnie smak francesinhi), feijoada à transmontana (fasolada z regionu Trás-os-Montes).




Rybnymi symbolami Portugalii i jednym z najbardziej popularnych dańsą grillowanie sardynki i suszony dorsz. Będąc w Portugalii nie można nie spróbować jednej z tysiąca potraw z bacalhau-dorsza, prawdziwego portugalskiego króla ryb. A do tego warto zamówić ( innego dnia, bo porcje w Portugalii są raczej pokaźnych rozmiarów) sardynki grillowane, ośmiornica pieczona w piekarniku z oliwą i czosnkiem (polvo à lagareiro), arroz de marÍsco (ryż z owocami morza), Amêijoas à Bulhão Pato (rodzaj małży według przepisu poety Bulhão Pato). Wymienić można wiele przepysznych dań, warto więc zaplanować dłuższe wakacje w Portugalii, żeby móc ich wszystkich  spróbować.



Nie mogę też nie wspomnieć o słodyczach (Marzena chyba czyta w moich myślach, bo deserów nie można pominąć!).  W tym przypadku również są one charakterystyczne dla poszczególnych regionów: ovos moles de Aveiro, Dom Rodrigo z Algarve, queijada de Sintra, fofos de Belas, tarte de amêndoa, baba de camelo, lampreia de ovos, pão de ló, filhoses, sonhos, leite creme, arroz doce,  bolo de mel da Madeira.I oczywiście słynne pastel de nata, czyli babeczka z ciasta francuskiego wypełniona śmietankowo-budyniowym nadzieniem.  Pochodzi oryginalnie z cukierni w Belém w Lizbonie (pastel de Belém), a dokładna receptura jej produkcji ukrywana jest z powodzeniem od ponad 150 lat. Podawane są zazwyczaj ciepłe, posypane cukrem pudrem i cynamonem.



Tym słodkim akcentem kończymy relację. Mam nadzieję, że narobiłyśmy Wam smaku. Jeśli macie to szczęście i mieszkacie w Warszawie, możecie wybrać się w każdą sobotę na BioBazar przy ul. Żelaznej 51/53, od godziny 8:00 do 16:00 (stanowisko Smaków Portugalii znajduje się w hali po lewej stronie od bramy wjazdowej) i zrobić zapas portugalskiej oliwy, oliwek,  konserw rybnych oraz wielu innych produktów (pełną listę znajdziecie tutaj). A całą resztę odsyłam do sklepu internetowego, gdzie można kupić przepyszne portugalskie produkty. Polub stronę Smaków Portugalii na facebooku , dzięki temu będziesz na bieżąco!

W poprzednim poście wyjaśniłam, że to jest pierwszy post z cyklu postów gościnnych "Smaczny świat". Jeśli chciałbyś też napisać smacznego posta, proszę o kontakt.

Wednesday, 12 December 2012

Smaczny świat/ Tasty world


Uwielbiam odkrywać nowe miejsca. Uwielbiam też odkrywać nowe smaki. Z połączenia tych dwóch składników- podróżowania i jedzenia powstał pomysł serii gościnnych postów „Smaczny świat”. Od jakiegoś już czasu chciałam stworzyć cykl postów zadedykowanych kuchniom czy potrawom różnych zakątków świata. W wielu krajach kuchnia i jedzenie to ważny element kultury i osobiście uwielbiam czytać blogi, które między posty podróżnicze wplatają wątki kulinarne. A jeśli do tego jeszcze SA one zobrazowane apetycznymi zdjęciami, to już przepadłam. 

Moja siostra przeglądając nasze zdjęcia z Brazylii, skomentowała, że połowa zdjęć przedstawia nas jedzących lub pijących, albo co gorsza, na zdjęciu jest wyłącznie jedzenie. Pewnie trochę przesadziła, ale faktem jest, że czasem potrafimy sobie odmówić  zwiedzenia  kolejnego zabytku, ale nigdy nie przepuścimy okazji, by posmakować jakiegoś lokalnego przysmaku. Nie wiem czy się ze mną zgodzicie, ale uważam, że niepełne jest poznanie miasta, regionu, czy kraju który odwiedzamy, jeśli nie zjemy w nim kilku posiłków (oczywiście w barach i restauracjach, gdzie stołują się lokalni mieszkańcy).

Zaprosiłam do współpracy kilku bloggerów, dla których jedzenie jest ważnym dodatkiem do zaliczania zabytków podczas podróży. Będziecie mogli poczytać ich gościnne posty od stycznia 2013, jeśli też jesteście smakoszami, którzy podróżują albo turystami, którzy lubią jeść i chcielibyście włączyć się do mojego projektu „Smaczny świat”, proszę o kontakt na maila lub kontakt przez facebooka.

A żeby narobić Wam smaku, już jutro będzie można przeczytać o kuchni, która najbliższa jest mojemu sercu. Zgadniecie o jaką chodzi?


I love to discover new places. But I also love to discover new flavors. I always say that I am a foodie who travels or someone who can’t travel without tasting new local dishes. Travel and eating are kind of inseparable for me, so I’ve came up with an idea of starting a series of guest posts called “Tasty world”. I’ve wanted to start this project for some time now as I believe that in many countries, food is an important part of culture, and personally I love to read blogs where you can find not only posts about travel  but also tasty culinary entries. And if they happen to include some appetizing photos, then I’m lost!

When my sister was looking at our pictures from Brazil, she commented ironically that half of them showed us eating or drinking, or worse, there was only food captured.  She may have exaggerated, but it’s true that sometimes we skip a visit to yet another famous monument, but we never miss  the opportunity to taste a local dish. Do you agree that you can’t say that you know a place (be it city, region or country) without having at least few meals there (I don’t need to add that they should be ordered in bars and restaurants where locals eat).

I invited a few bloggers to take part in my project, for all of them food is an important part of every trip. Just be patient, as it is only in January that you will read their delicious entries. If you are a foodie yourself and want to write a guest post, please contact me via email or facebook and I’ll get back to you with more details.

Tuesday, 4 December 2012

Kolorowa feeria smaków na Boqueria/ Colorful taste of Boqueria


Po wizycie na targowisku w Porto, dziś zapraszam was na najbarwniejszy mercado, jaki do tej pory widziałam. Pamiętam mój zachwyt, gdy po raz pierwszy weszłam na najstarszy barceloński targ mieszczący się przy najbardziej turystycznej ulicy miasta, Ramblas. To najbardziej kolorowe miejsce Barcelony,  nie licząc może Parku Guell ze słynną kolorową ławką z mozaiki Mam nadzieję, że dzięki kolorowym zdjęciom uda mi się przekonać Was, że zaglądanie na takie „codzienne” miejscówki jest tak samo emocjonujące, jak zwiedzanie znanych zabytków. Na pewno jest smaczniejsze!


Targ Boqueria jest niezwykle fotogenicznym miejscem, a to dzięki sprzedawcom, którzy dbają o prezentację swoich produktów. Nikt tam po prostu nie wrzuci pomidorów do skrzynki czy niezdarnie rozłoży bananów na blacie. Sprzedawcy do perfekcji opanowali misterne układanie piramidek z owoców czy warzyw i sprytnie zza lady wyjmują sztuki, które potem sprzedają (w ten sposób nie niszczą dekoracji). Stragany podzielone są na sektory, każdy specjalizuje się w innym asortymencie, mamy zatem dział rybny, gdzie wprawdzie wielkimi nożami patroszy się ryby. Jest dział mięsny, gdzie od chorizo i innych suszących się szynek, można kupić wszystkie partie świniaka. Są stoiska z jajkami, z przyprawami, z bakaliami…


Nie wiem przy których spędzam najwięcej czasu, czy są to owoce i warzywa, niektóre z nich kompletnie mi nieznane, czy przy owocach morza (i tutaj by się znalazły jakieś, których nie umiałabym pewnie nazwać). By nie poddać się czekoladowej pokusie, szybko przemykam obok stoisk ze słodyczami. Wolę słodycz świeżych owoców, zawsze kupuję jakiś pyszny sok (im dalej od wejścia tym są tańsze i często w promocji typu 3 za 2), czasami sałatkę owocową (ach, co za przedsiębiorczość sprzedawców, do sałatki dołączony jest nawet plastikowy widelec). 


Gdy zgłodniejemy od patrzenia na te wszystkie pyszności, możemy zamówić jakieś tapas w słynnym Pinotxo albo barze Quima z Boqueria (obydwa mają rekomendację Carmen, mojej koleżanki z byłej pracy, która zdradziła mi najlepsze miejscówki, gdzie stołują się lokalni). 

Drażni mnie jedynie, że Boquera nie jest tajnym i strzeżonym sekretem Barcelony, ale pojawia się w każdym przewodniku, a co za tym idzie korytarzami hali, między straganami, krąży tłum turystów, co czasami irytuje sprzedawców, którzy z pokolenia na pokolenie prowadzą stoiska. Trochę przez tych turystów targ zatraca prawdziwy lokalny koloryt. 


Na razie dam wam odpocząć od targów, ale niedługo znowu zabiorę was w podróż po targowisku, na swoją kolej czeka bowiem  Mercado Municipal de São Paulo. 

Po więcej zdjęć zapraszam tradycyjnie już na facebooku.

Czy dla was wizyta na targu to punkt obowiązkowy zwiedzania nieznanego miasta? 


It’s second post in a row dedicated to local markets, last time I took you to an authentic one, located in Porto, today I’m inviting you to the most colorful one I’ve ever been to. I remember my first reaction when I first entered the oldest market in Barcelona, which is found right on the most touristic streets- las Ramblas. I was intimidated by the noise and the colors and at the same time I suddenly realized that smell can have colors. All I wanted to do was to taste those fresh fruits, eat some chocolates, taste some chorizo and jamón… I believe it’s the most colorful place in Barcelona, well, maybe sharing the podium with the famous Park Guell with its bench made of multicolored bench. I hope that thanks to my photos I can convince you that visiting such an ordinary place as food market is as exciting as going to see some famous monuments. It certainly is more tasty!


Boqueria Market is a very photogenic place, thanks the colors, textures, the way products are displayed. Vendors really care about the presentation of their goods, nobody just throw tomatoes into a box or put bananas on top of the counter. They build perfect pyramids instead, and suddenly something as ordinary as onions or tomatoes look sophisticated. Don’t worry if you want to but something, you won’t destroy the display, as smart as they are, you will be given products from behind the counter. Stalls are divided into sectors, each specializing in different products, so we have fish department, where  you can admire skillful vendors guttering fish with huge knives. In another you can but chorizo or jamón or  basically any part of a pig you could think of (probably before seeing them at Boqueria you would think that those were inedible parts, at least I thought that). Let’s not forget about stands with eggs, nuts and raisins, spices,  candies and sweet… you name it.


I can’t decide which are my favorite sector, I usually spend a lot of time in fruits and veggies section (trying to imagine how some exotic fruits would taste) and in seafood one (there are probably some unknown fish or shells here as well). I try not to get tempted by the smell of chocolate, it’s quote easy as in this fruit paradise I prefer the sweetness of fresh fruits, I always buy some delicious juice (the farther away from the entrance, the cheaper they are, and you can often find some promotions, like buy 3 pay for 2) and sometimes  a fruit salad (oh, vendors are really smart, they even give you a plastic fork). It may seem intended only for tourists but I don’t care, the juices really are delicious!


When you get hungry from looking at all those tasty things (well, at least I always do), you can orders some tapas from the famous Pinotxo or Quim de la Boqueria (both are recommended by Carmen, my former work colleague, who shared with me some places where real  Barcelonians eat).

The only thing that irritates me about this mercado, is that it appears in every guide and the hall is filled with tourists with big cameras in their hands who are not even interested that much in food. I would prefer it to be a well kept secret of Barcelona as I think it loses its real localness and charm

The next few posts won’t be food related, as I believe you need some break from local markets and food in general, but soon I will take you for yet another journey through a market place, this time in Brazil, as Mercado Municipal de São Paulo is worth visiting as well.

You can check more photos on Facebook, don’t forget to like my page and comment on the photos you like. 

Do you agree that when discovering a new city you should visit its local market? 

Sunday, 2 December 2012

Gwarne targowisko w Porto/ Bustling market in Porto


Byliśmy z Nuno wczoraj na targu w Galway, kupiliśmy ośmiorniczkę, przegrzebki (pierwszy raz będziemy je przygotowywać sami) oraz małże. Chyba przez mój ostatni post, zakupy spożywcze na targowisku zostały ograniczone do zakupu owoców morza. 

Lubię gwar targowisk. Jeśli tylko mam okazję odwiedzam miejskie targowiska, nawet jeśli miałabym niczego nie kupić. Targowisko jest bowiem dla mnie przewodnikiem po kulinarnych upodobaniach mieszkańców, coraz częściej to właśnie przez kuchnię lubię odkrywać nieznane mi miejsca. 


Dziś pokażę wam główne targowisko Porto, które odkryłam dopiero w te wakacje (nie wiem dlaczego podczas kilku poprzednich wizyt w mieście Nuno, nie zostałam zabrana na Mercado do Bolhão). Mercado do Bolhão jest targowiskiem, na którym większość stanowią sprzedający i kupujący, a nie jak to ma miejsce w przypadku barcelońskiej Boqueria, turyści. Jest to zatem miejsce bardziej autentyczne, pozwalające na chwilę zanurzyć się w codziennym życiu lokalnych mieszkańców, poobserwować stoiska z lokalnymi produktami, które sprzedawane są na tych samych straganach zapewne od pokoleń. Targowisko ma bowiem długą historię, otworzone zostało w 1839, kiedy to rada miasta postanowiła skupić wszystkie targi Porto w jednym miejscu. Budynek stojący do dziś (targi w Portugalii najczęściej odbywają się w budynkach, a nie jak to ma miejsce w Polsce, pod chmurką) otwarto w 1914 i czasy świetności ma już  niestety dawno za sobą. Mam wrażenie, że takie tradycyjne miejskie targowiska są trochę na wymarciu, co zdaje się potwierdzać fakt, że sprzedawcami są ludzie niezbyt młodzi, nie wiadomo, czy jest ktoś, kto przejmie po nich ich stoiska. 

Na targowisku Bolhão można kupić wszystko- od owoców i warzyw, po sery, ryby, mięso… Stoiska z rybami i owocami morza mogłabym obserwować godzinami, wypytując Nuno o nazwy nieznanych mi rodzajów ryb i sposobów ich serwowania. 


W następnym poście przeczytacie o tym, co można zjeść na barwnym targu La Boqueria w Barcelonie. Mam nadzieję, że tak jak ja wolicie kupować ryby od zaprzyjaźnionego sprzedawcy na małym stoisku na lokalnym targu niż od bezosobowego w dziale rybnym hipermarketu. 

Więcej zdjęć z targu Bolhão można znaleźć tutaj, nie zapomnij polubić mojej strony. I odwiedzić tego autentycznego targu przy następnej wizycie w Porto!



I think that because of my last post I couldn’t stop thinking about seafood, so we had no choice but to go to the market in Galway and buy octopus, scallops (the first time we will be preparing ourselves), and mussels. 

I like how noisy markets can be. I always try to visit some local markets, even if I have no intention to buy anything. For me a market place is because is a guide to culinary tastes of the local population, as I find myself enjoying more and more to explore an unknown place through is cuisine and food. 


Today I want to show  you the main market of Porto, which I only discovered this summer (I don’t know why Nuno didn’t take me to Mercado do Bolhão during my previous visits). The majority of the people you meet at Mercado do Bolhão marketplace are buyers and sellers, and not tourists, like it happened at la Boqueria in Barcelona. I find it more authentic, a perfect place that allows you to observe a daily life of local people, watch the colorful stands with a vast variety of regional products, that are probably sold at the same stand from the same family for generations. This market has a long history, as was opened 173 years ago, in 1839, when the city council decided to bring all the smaller food markets into one place. The building that was opened in 1914 and unfortunately has its glory days in the past. It seems that those types of food markets are on the decline, you almost don’t see young people selling there, so one can only wonder who will take over the stands after today’s owner is gone. 


At Mercado Bolhão you can buy everything: fresh fruits and vegetables, local cheese, fish, meat...The stands selling fresh fish and seafood are those that draw my attention the most. Maybe because I’m from a country where seafood is still considered a luxury and where people only know few types of fish. I can ask Nuno for the names of every single fish they sell and how can you prepare it to serve something delicious. 


In the next post, we continue our journey of food markets, as I’m going to take you to see a very colorful market, La Boqueria in Barcelona. I hope that you also prefer to buy your fruits and fish from a friendly local merchant at the local market, rather than from an impersonal staff of the big supermarkets.


You can find more photos from Mercado Bolhão here, don’t forget to like my facebook page. And to visit this great food market when you are in Porto!

Friday, 21 December 2012

Detale i drobiazgi maltańskie

Dzisiaj mam przyjemność przenieść się dzięki Ajce z szaro-burej Irlandii na słoneczną Maltę. Ajka z bloga Całe życie w podróży to jedna z tych osób, które odbierają świat na podobnych do mnie falach. Mamy podobne spojrzenie na podróże, zwracamy uwagę na te same rzeczy, dzięki niej poznałam kilka fajnych blogów, bo gust mamy tak podobny, że podobają nam się te same rzeczy. Już od dawna chciałam poprosić właśnie Ajkę o napisanie czegoś na mojego bloga i zrobiła mi gwiazdkowy (trochę wcześniejszy) prezent.

Kiedy Agnieszka zaproponowała mi gościnny wpis, pomyślałam o czymś, na co obydwie zwracamy uwagę w czasie wyjazdów. Należymy do grupy osób, na które inni patrzą nieco podejrzliwie. „Na co ona patrzy?”, „Co tam w górze widzi?”, „Co ona właściwie fotografuje?”, „Przecież tam nic nie ma ciekawego!” – wiele razy spotkałam się już z takimi reakcjami wypatrując… detali. Drobiazgów, które tworzą specyficzny klimat danego miejsca. Od kiedy zwracam na nie uwagę, jestem bardziej zadowolona ze swoich wyjazdów. Poszukiwanie wymaga uwagi i świadomego zwiedzania.  Poza tym, jest wielką frajdą.  Południe Europy kocham za to, że tam nawet proste rzeczy potrafią być piękne.


Będąc w tym roku na Malcie, ucieszyłam się bardzo, kiedy już w pierwszej chwili zauważyłam, że jako poszukiwaczka niespodzianek i detali, nie będę się na wyspie nudzić. Malta jest Krainą Detali, co stwierdzam oficjalnie :) Mogłam biegać z aparatem, zaglądać w każdą dziurę i wiedziałam, że nie tracę czasu, bo na każdym kroku coś na mnie czeka. Małego, sympatycznego, wywołującego uśmiech.


Na Malcie mogę wyodrębnić kilka grup detali na które warto zwracać uwagę. Wszystkie z nich możecie zobaczyć na przygotowanych przeze mnie zdjęciach, przy czym specjalnie wymieszałam ze sobą różne tematy, żeby przyjemniej się Wam szukało :) Zawsze jest to okazja na poćwiczenie spostrzegawczości, jakże ważnej przy rozglądaniu się za dekoracjami i ciekawymi elementami. Najbardziej rzucającym się w oczy detalem, są cudownie obudowane balkony. Na Malcie spotkałam się z tym po raz pierwszy. Kolorowe, wypukłe, różnorodnie zdobione. Wyglądają pięknie i cudownie przełamują beżowe odcienie ścian budynków. Wyglądają jak przyklejone przez dziecko do modelu papierowego domu na zajęciach plastycznych. Mimo, że podobne, każdy z balkonów jest trochę inny.



Kolejną grupą są kołatki do drzwi. Robiłam o nich osobny wpis u siebie, ponieważ uważam, że zasługują na uwagę. Ich różnorodność jest zachwycająca. Ile domów, tyle kołatek. Najpopularniejsze są te z delfinami i motywami morskimi, a także z lwami i niezbyt przyjaźnie wyglądającymi stworami, rodem z bajek dla niegrzecznych dzieci. Biorąc pod uwagę mix kolorów drzwi, mix wzorów kołatek i ich odcieni, stopnia zniszczenia itd. powstają nam tysiące kombinacji sprawiających, że poszukiwanie nowych ujęć jest wielkim detektywistycznym wyzwaniem. Łatwo też trafić na lubiane przeze mnie dekoracje, takie jak ozdobne donice z pięknymi kwiatami, miniaturowe ogródki z kolorowymi budami dla psów czy klatkami z kanarkami, poukrywane pod krzakami pluszowe miśki czy rozwieszone w oknach wielobarwne koce. Z przyjemnością zawsze patrzę też na nazwy ulic, tablice z napisami, które wyglądają inaczej niż te ponure, bardzo służbowe, kojarzące mi się z Warszawą i innymi miastami w Polsce. Tak niewiele wysiłku potrzeba, aby wyglądały po prostu ładnie, przyjemnie dla oka. Jest mi od razu milej, kiedy patrzę na te małe dzieła.




Malta jest krajem katolickim z dużą grupą osób praktykujących. Kościołów jest mnóstwo, a tym, na co zwróciłam uwagę, są wyjątkowo tandetne światełka, którymi obłożone są całe ich fasady. Ma to jednak w sobie coś intrygującego, ładnie musi wyglądać, kiedy się świecą. Wielu mieszkańców decyduje się na ozdobienie ścian domów, tuż przy drzwiach podobiznami Maryi czy Jezusa. Nie fotografowałam wszystkich, ponieważ nie byłam w stanie. W tym przypadku wena Maltańczyków jest chyba nieskończona.



Maltańskie detale dały mi dużo radości z ich odkrywania i chętnie wracam do nich oglądając zdjęcia. Ciekawa jestem jak Wy zwiedzacie miejsca, w których jesteście – czy patrzycie na tzw. „całokształt” czy poświęcacie czas i energie na poszukiwanie i wynajdowanie tych wszystkich szczegółów? Oprócz opisanych, mogą być to także ciekawe rysunki na murach, rzeźby, a nawet ciekawe kolory i faktury ścian. Ja je uwielbiam. Agnieszka też. A Wy?


Jeśli nie znacie jeszcze bloga Ajki, zapraszam na jej stronę Całe życie w podróży oraz do polubienia jej facebooka.

Friday, 14 December 2012

Smaczny świat odcinek 1

Dzisiejszy post jest postem gościnnym, napisany przez Marzenę z firmy Smaki Portugalii, która zgodziła się przybliżyć Wam smaki Portugalii właśnie (ja mogłabym być za stronnicza i posądzona, że to Nuno dyktował mi, co mam napisać. Nie mogłam się powstrzymać i dodałam moje 3 grosze).

Kuchnia portugalska jest niezwykle wyjątkowa i bogata, zupełnie innych przysmaków skosztujemy na północy kraju w regionie Trás-os-Montes, co innego zaserwują nam w Algarve na samym południu, a inne dania są w menu na wyspach- Maderze i Azorach. Z jakiegoś powodu kuchnia portugalska  to wciąż mało odkryty ląd.  Próbujemy to zmieniać.

Zacznijmy od produktów, które są charakterystyczne dla tego najbardziej wysuniętego na zachód państwa Europy. W kuchni każdego szanującego się Portugalczyka nie może zabraknąć portugalskiej oliwy, która ze względu na swe walory smakowe i najwyższą jakość, nazywana jest płynnym złotem.Oliwa z oliwek zaliczana jest do skarbów kulinarnych Portugalii. Część z tych, którzy jej spróbowali, uważa, że jest najlepsza na świecie (Nuno jest wręcz o tym przekonany). Inne popularne portugalskie produkty to : oliwki (zawsze z pestką), ryby, chleb (polany oliwą pyszny!) , owoce morza, kawa, dojrzewająca szynka – presunto, kiełbasy – chouriços (byłam od krok od kupienia specjalnego  naczynia assador de chouriço, żeby je serwować znajomym), kiełbasa wytwarzana z krwi (morcela), alheira, sery (szczególnie płynne sery Queijo da Serra, Queijo de Azeitão oraz twardy ser o intensywnym smaku queijo da Ilha z Azorów), owoce: ananasy z Azorów, pomarańcze, figi i migdały z Algarve, śliwki z Alentejo, gruszka pêra-rocha, czereśnie (te z Resende podobno najlepsze, tak twierdzi mój domowy ekspert), truskawki z Ribatejo, melony i wiele, wiele innych (proszę zwrócić uwagę, że Portugalczycy dumni są ze swoich dóbr regionalnych, u nas w Polsce nie zwracamy uwagi na to, skąd dokładnie pochodzą produkty, które kupujemy, nie ma to bowiem zasadniczego wpływu na ich smak czy sposób przygotowania).





Nie możemy nie wspomnieć  o portugalskich winach, docenianych przez znawców na całym świecie. Żeby daleko nie szukać dowodu: w maju tego roku wino Poliphonia Signature 2008 z regionu Alentejo zostało wybrane na konkursie w Brukseli najlepszym winem świata.Oprócz wina czerwonego i białego, w Portugalii możemy napić się również wina zielonego – lekko musującego, delikatanie kwaskowatego,  idealnego na upalne dni (moja mama po wakacjach w Portugalii się właśnie od  vinho verde uzależniła, na szczęście można je już kupić w Polsce). Najlepiej rozpoznawalnym winem, które rozsławiło Portugalię jest Porto. Niewiele jest chyba osób, które nigdy o nim nie słyszało. Ale jeśli należysz do tej grupy to wyjaśniam, że należy ono do win wzmacnianych, w odpowiednim momencie fermentacji dodaje się do niego brandy. Innym wzmacnianym winem jest Madera, do której dodaje się alkoholu destylowanego.



To co wyróżnia portugalską kuchnię, to nie tylko doskonałe produkty, z których przygotowywane są dania, to również celebracja, z jaką są spożywane. Godziny posiłków wyznaczają rytm dnia i są absolutną świętością w Portugalii (coś o tym wiem, musiałam się przestawić na celebrowanie posiłków, a teraz nie wyobrażam sobie innego podejścia do jedzenia).Śniadanie, to szybki posiłek w drodze do pracy: zazwyczaj kawa z mlekiem i coś słodkiego. Obiad spożywany jest najczęściej osobno na mieście, podczas godzinnej przerwy w pracy. Jednak na kolację, cała rodzina zbiera się przy wspólnym stole. To bardzo ważny posiłek dnia. Nie przypomina zupełnie polskiej kolacji. Składa się najczęściej  z 2 dań.Każdy posiłek kończy się najczęściej małą filiżanką kawy (Nuno po wszystkich naszych podróżach twierdzi, że jedynie we Włoszech i Portugalii wiedzą, jak przygotować dobrą kawę. Nie potwierdzam ani nie zaprzeczam, kawy nie pijam) .

O daniach portugalskich można by napisać książkę (niejedną i zapewne wiele już powstało), trudno wybrać kilka najbardziej charakterystycznych, bo jak wspominałam, wszystko zależy od regionu. Im bardziej na północ i wgłąb kraju, tym więcej spożywa się mięsa. Od dań mięsnych też zacznijmy: leitão da Bairrada (pieczone prosię), bitoque (stek serwowany z jajkiem sadzonym oraz frytkami i ryżem), bifana – niezwykle prosta i bardzo popularna bułka z kawałkiem mięsa i musztardą (podobno posiłek obowiązkowy, jak się umawiasz z kumplami w barze na oglądanie meczu), tripas à moda do Porto (flaki z Porto), Francesinha (rodzaj kanapki z wielu warstw z mięsem, sosem i jajkiem/ ja dodam tylko, że nie do końca rozumiem sławę tego dania, ale Nuno często na emigracji wspomina właśnie smak francesinhi), feijoada à transmontana (fasolada z regionu Trás-os-Montes).




Rybnymi symbolami Portugalii i jednym z najbardziej popularnych dańsą grillowanie sardynki i suszony dorsz. Będąc w Portugalii nie można nie spróbować jednej z tysiąca potraw z bacalhau-dorsza, prawdziwego portugalskiego króla ryb. A do tego warto zamówić ( innego dnia, bo porcje w Portugalii są raczej pokaźnych rozmiarów) sardynki grillowane, ośmiornica pieczona w piekarniku z oliwą i czosnkiem (polvo à lagareiro), arroz de marÍsco (ryż z owocami morza), Amêijoas à Bulhão Pato (rodzaj małży według przepisu poety Bulhão Pato). Wymienić można wiele przepysznych dań, warto więc zaplanować dłuższe wakacje w Portugalii, żeby móc ich wszystkich  spróbować.



Nie mogę też nie wspomnieć o słodyczach (Marzena chyba czyta w moich myślach, bo deserów nie można pominąć!).  W tym przypadku również są one charakterystyczne dla poszczególnych regionów: ovos moles de Aveiro, Dom Rodrigo z Algarve, queijada de Sintra, fofos de Belas, tarte de amêndoa, baba de camelo, lampreia de ovos, pão de ló, filhoses, sonhos, leite creme, arroz doce,  bolo de mel da Madeira.I oczywiście słynne pastel de nata, czyli babeczka z ciasta francuskiego wypełniona śmietankowo-budyniowym nadzieniem.  Pochodzi oryginalnie z cukierni w Belém w Lizbonie (pastel de Belém), a dokładna receptura jej produkcji ukrywana jest z powodzeniem od ponad 150 lat. Podawane są zazwyczaj ciepłe, posypane cukrem pudrem i cynamonem.



Tym słodkim akcentem kończymy relację. Mam nadzieję, że narobiłyśmy Wam smaku. Jeśli macie to szczęście i mieszkacie w Warszawie, możecie wybrać się w każdą sobotę na BioBazar przy ul. Żelaznej 51/53, od godziny 8:00 do 16:00 (stanowisko Smaków Portugalii znajduje się w hali po lewej stronie od bramy wjazdowej) i zrobić zapas portugalskiej oliwy, oliwek,  konserw rybnych oraz wielu innych produktów (pełną listę znajdziecie tutaj). A całą resztę odsyłam do sklepu internetowego, gdzie można kupić przepyszne portugalskie produkty. Polub stronę Smaków Portugalii na facebooku , dzięki temu będziesz na bieżąco!

W poprzednim poście wyjaśniłam, że to jest pierwszy post z cyklu postów gościnnych "Smaczny świat". Jeśli chciałbyś też napisać smacznego posta, proszę o kontakt.

Wednesday, 12 December 2012

Smaczny świat/ Tasty world


Uwielbiam odkrywać nowe miejsca. Uwielbiam też odkrywać nowe smaki. Z połączenia tych dwóch składników- podróżowania i jedzenia powstał pomysł serii gościnnych postów „Smaczny świat”. Od jakiegoś już czasu chciałam stworzyć cykl postów zadedykowanych kuchniom czy potrawom różnych zakątków świata. W wielu krajach kuchnia i jedzenie to ważny element kultury i osobiście uwielbiam czytać blogi, które między posty podróżnicze wplatają wątki kulinarne. A jeśli do tego jeszcze SA one zobrazowane apetycznymi zdjęciami, to już przepadłam. 

Moja siostra przeglądając nasze zdjęcia z Brazylii, skomentowała, że połowa zdjęć przedstawia nas jedzących lub pijących, albo co gorsza, na zdjęciu jest wyłącznie jedzenie. Pewnie trochę przesadziła, ale faktem jest, że czasem potrafimy sobie odmówić  zwiedzenia  kolejnego zabytku, ale nigdy nie przepuścimy okazji, by posmakować jakiegoś lokalnego przysmaku. Nie wiem czy się ze mną zgodzicie, ale uważam, że niepełne jest poznanie miasta, regionu, czy kraju który odwiedzamy, jeśli nie zjemy w nim kilku posiłków (oczywiście w barach i restauracjach, gdzie stołują się lokalni mieszkańcy).

Zaprosiłam do współpracy kilku bloggerów, dla których jedzenie jest ważnym dodatkiem do zaliczania zabytków podczas podróży. Będziecie mogli poczytać ich gościnne posty od stycznia 2013, jeśli też jesteście smakoszami, którzy podróżują albo turystami, którzy lubią jeść i chcielibyście włączyć się do mojego projektu „Smaczny świat”, proszę o kontakt na maila lub kontakt przez facebooka.

A żeby narobić Wam smaku, już jutro będzie można przeczytać o kuchni, która najbliższa jest mojemu sercu. Zgadniecie o jaką chodzi?


I love to discover new places. But I also love to discover new flavors. I always say that I am a foodie who travels or someone who can’t travel without tasting new local dishes. Travel and eating are kind of inseparable for me, so I’ve came up with an idea of starting a series of guest posts called “Tasty world”. I’ve wanted to start this project for some time now as I believe that in many countries, food is an important part of culture, and personally I love to read blogs where you can find not only posts about travel  but also tasty culinary entries. And if they happen to include some appetizing photos, then I’m lost!

When my sister was looking at our pictures from Brazil, she commented ironically that half of them showed us eating or drinking, or worse, there was only food captured.  She may have exaggerated, but it’s true that sometimes we skip a visit to yet another famous monument, but we never miss  the opportunity to taste a local dish. Do you agree that you can’t say that you know a place (be it city, region or country) without having at least few meals there (I don’t need to add that they should be ordered in bars and restaurants where locals eat).

I invited a few bloggers to take part in my project, for all of them food is an important part of every trip. Just be patient, as it is only in January that you will read their delicious entries. If you are a foodie yourself and want to write a guest post, please contact me via email or facebook and I’ll get back to you with more details.

Tuesday, 4 December 2012

Kolorowa feeria smaków na Boqueria/ Colorful taste of Boqueria


Po wizycie na targowisku w Porto, dziś zapraszam was na najbarwniejszy mercado, jaki do tej pory widziałam. Pamiętam mój zachwyt, gdy po raz pierwszy weszłam na najstarszy barceloński targ mieszczący się przy najbardziej turystycznej ulicy miasta, Ramblas. To najbardziej kolorowe miejsce Barcelony,  nie licząc może Parku Guell ze słynną kolorową ławką z mozaiki Mam nadzieję, że dzięki kolorowym zdjęciom uda mi się przekonać Was, że zaglądanie na takie „codzienne” miejscówki jest tak samo emocjonujące, jak zwiedzanie znanych zabytków. Na pewno jest smaczniejsze!


Targ Boqueria jest niezwykle fotogenicznym miejscem, a to dzięki sprzedawcom, którzy dbają o prezentację swoich produktów. Nikt tam po prostu nie wrzuci pomidorów do skrzynki czy niezdarnie rozłoży bananów na blacie. Sprzedawcy do perfekcji opanowali misterne układanie piramidek z owoców czy warzyw i sprytnie zza lady wyjmują sztuki, które potem sprzedają (w ten sposób nie niszczą dekoracji). Stragany podzielone są na sektory, każdy specjalizuje się w innym asortymencie, mamy zatem dział rybny, gdzie wprawdzie wielkimi nożami patroszy się ryby. Jest dział mięsny, gdzie od chorizo i innych suszących się szynek, można kupić wszystkie partie świniaka. Są stoiska z jajkami, z przyprawami, z bakaliami…


Nie wiem przy których spędzam najwięcej czasu, czy są to owoce i warzywa, niektóre z nich kompletnie mi nieznane, czy przy owocach morza (i tutaj by się znalazły jakieś, których nie umiałabym pewnie nazwać). By nie poddać się czekoladowej pokusie, szybko przemykam obok stoisk ze słodyczami. Wolę słodycz świeżych owoców, zawsze kupuję jakiś pyszny sok (im dalej od wejścia tym są tańsze i często w promocji typu 3 za 2), czasami sałatkę owocową (ach, co za przedsiębiorczość sprzedawców, do sałatki dołączony jest nawet plastikowy widelec). 


Gdy zgłodniejemy od patrzenia na te wszystkie pyszności, możemy zamówić jakieś tapas w słynnym Pinotxo albo barze Quima z Boqueria (obydwa mają rekomendację Carmen, mojej koleżanki z byłej pracy, która zdradziła mi najlepsze miejscówki, gdzie stołują się lokalni). 

Drażni mnie jedynie, że Boquera nie jest tajnym i strzeżonym sekretem Barcelony, ale pojawia się w każdym przewodniku, a co za tym idzie korytarzami hali, między straganami, krąży tłum turystów, co czasami irytuje sprzedawców, którzy z pokolenia na pokolenie prowadzą stoiska. Trochę przez tych turystów targ zatraca prawdziwy lokalny koloryt. 


Na razie dam wam odpocząć od targów, ale niedługo znowu zabiorę was w podróż po targowisku, na swoją kolej czeka bowiem  Mercado Municipal de São Paulo. 

Po więcej zdjęć zapraszam tradycyjnie już na facebooku.

Czy dla was wizyta na targu to punkt obowiązkowy zwiedzania nieznanego miasta? 


It’s second post in a row dedicated to local markets, last time I took you to an authentic one, located in Porto, today I’m inviting you to the most colorful one I’ve ever been to. I remember my first reaction when I first entered the oldest market in Barcelona, which is found right on the most touristic streets- las Ramblas. I was intimidated by the noise and the colors and at the same time I suddenly realized that smell can have colors. All I wanted to do was to taste those fresh fruits, eat some chocolates, taste some chorizo and jamón… I believe it’s the most colorful place in Barcelona, well, maybe sharing the podium with the famous Park Guell with its bench made of multicolored bench. I hope that thanks to my photos I can convince you that visiting such an ordinary place as food market is as exciting as going to see some famous monuments. It certainly is more tasty!


Boqueria Market is a very photogenic place, thanks the colors, textures, the way products are displayed. Vendors really care about the presentation of their goods, nobody just throw tomatoes into a box or put bananas on top of the counter. They build perfect pyramids instead, and suddenly something as ordinary as onions or tomatoes look sophisticated. Don’t worry if you want to but something, you won’t destroy the display, as smart as they are, you will be given products from behind the counter. Stalls are divided into sectors, each specializing in different products, so we have fish department, where  you can admire skillful vendors guttering fish with huge knives. In another you can but chorizo or jamón or  basically any part of a pig you could think of (probably before seeing them at Boqueria you would think that those were inedible parts, at least I thought that). Let’s not forget about stands with eggs, nuts and raisins, spices,  candies and sweet… you name it.


I can’t decide which are my favorite sector, I usually spend a lot of time in fruits and veggies section (trying to imagine how some exotic fruits would taste) and in seafood one (there are probably some unknown fish or shells here as well). I try not to get tempted by the smell of chocolate, it’s quote easy as in this fruit paradise I prefer the sweetness of fresh fruits, I always buy some delicious juice (the farther away from the entrance, the cheaper they are, and you can often find some promotions, like buy 3 pay for 2) and sometimes  a fruit salad (oh, vendors are really smart, they even give you a plastic fork). It may seem intended only for tourists but I don’t care, the juices really are delicious!


When you get hungry from looking at all those tasty things (well, at least I always do), you can orders some tapas from the famous Pinotxo or Quim de la Boqueria (both are recommended by Carmen, my former work colleague, who shared with me some places where real  Barcelonians eat).

The only thing that irritates me about this mercado, is that it appears in every guide and the hall is filled with tourists with big cameras in their hands who are not even interested that much in food. I would prefer it to be a well kept secret of Barcelona as I think it loses its real localness and charm

The next few posts won’t be food related, as I believe you need some break from local markets and food in general, but soon I will take you for yet another journey through a market place, this time in Brazil, as Mercado Municipal de São Paulo is worth visiting as well.

You can check more photos on Facebook, don’t forget to like my page and comment on the photos you like. 

Do you agree that when discovering a new city you should visit its local market? 

Sunday, 2 December 2012

Gwarne targowisko w Porto/ Bustling market in Porto


Byliśmy z Nuno wczoraj na targu w Galway, kupiliśmy ośmiorniczkę, przegrzebki (pierwszy raz będziemy je przygotowywać sami) oraz małże. Chyba przez mój ostatni post, zakupy spożywcze na targowisku zostały ograniczone do zakupu owoców morza. 

Lubię gwar targowisk. Jeśli tylko mam okazję odwiedzam miejskie targowiska, nawet jeśli miałabym niczego nie kupić. Targowisko jest bowiem dla mnie przewodnikiem po kulinarnych upodobaniach mieszkańców, coraz częściej to właśnie przez kuchnię lubię odkrywać nieznane mi miejsca. 


Dziś pokażę wam główne targowisko Porto, które odkryłam dopiero w te wakacje (nie wiem dlaczego podczas kilku poprzednich wizyt w mieście Nuno, nie zostałam zabrana na Mercado do Bolhão). Mercado do Bolhão jest targowiskiem, na którym większość stanowią sprzedający i kupujący, a nie jak to ma miejsce w przypadku barcelońskiej Boqueria, turyści. Jest to zatem miejsce bardziej autentyczne, pozwalające na chwilę zanurzyć się w codziennym życiu lokalnych mieszkańców, poobserwować stoiska z lokalnymi produktami, które sprzedawane są na tych samych straganach zapewne od pokoleń. Targowisko ma bowiem długą historię, otworzone zostało w 1839, kiedy to rada miasta postanowiła skupić wszystkie targi Porto w jednym miejscu. Budynek stojący do dziś (targi w Portugalii najczęściej odbywają się w budynkach, a nie jak to ma miejsce w Polsce, pod chmurką) otwarto w 1914 i czasy świetności ma już  niestety dawno za sobą. Mam wrażenie, że takie tradycyjne miejskie targowiska są trochę na wymarciu, co zdaje się potwierdzać fakt, że sprzedawcami są ludzie niezbyt młodzi, nie wiadomo, czy jest ktoś, kto przejmie po nich ich stoiska. 

Na targowisku Bolhão można kupić wszystko- od owoców i warzyw, po sery, ryby, mięso… Stoiska z rybami i owocami morza mogłabym obserwować godzinami, wypytując Nuno o nazwy nieznanych mi rodzajów ryb i sposobów ich serwowania. 


W następnym poście przeczytacie o tym, co można zjeść na barwnym targu La Boqueria w Barcelonie. Mam nadzieję, że tak jak ja wolicie kupować ryby od zaprzyjaźnionego sprzedawcy na małym stoisku na lokalnym targu niż od bezosobowego w dziale rybnym hipermarketu. 

Więcej zdjęć z targu Bolhão można znaleźć tutaj, nie zapomnij polubić mojej strony. I odwiedzić tego autentycznego targu przy następnej wizycie w Porto!



I think that because of my last post I couldn’t stop thinking about seafood, so we had no choice but to go to the market in Galway and buy octopus, scallops (the first time we will be preparing ourselves), and mussels. 

I like how noisy markets can be. I always try to visit some local markets, even if I have no intention to buy anything. For me a market place is because is a guide to culinary tastes of the local population, as I find myself enjoying more and more to explore an unknown place through is cuisine and food. 


Today I want to show  you the main market of Porto, which I only discovered this summer (I don’t know why Nuno didn’t take me to Mercado do Bolhão during my previous visits). The majority of the people you meet at Mercado do Bolhão marketplace are buyers and sellers, and not tourists, like it happened at la Boqueria in Barcelona. I find it more authentic, a perfect place that allows you to observe a daily life of local people, watch the colorful stands with a vast variety of regional products, that are probably sold at the same stand from the same family for generations. This market has a long history, as was opened 173 years ago, in 1839, when the city council decided to bring all the smaller food markets into one place. The building that was opened in 1914 and unfortunately has its glory days in the past. It seems that those types of food markets are on the decline, you almost don’t see young people selling there, so one can only wonder who will take over the stands after today’s owner is gone. 


At Mercado Bolhão you can buy everything: fresh fruits and vegetables, local cheese, fish, meat...The stands selling fresh fish and seafood are those that draw my attention the most. Maybe because I’m from a country where seafood is still considered a luxury and where people only know few types of fish. I can ask Nuno for the names of every single fish they sell and how can you prepare it to serve something delicious. 


In the next post, we continue our journey of food markets, as I’m going to take you to see a very colorful market, La Boqueria in Barcelona. I hope that you also prefer to buy your fruits and fish from a friendly local merchant at the local market, rather than from an impersonal staff of the big supermarkets.


You can find more photos from Mercado Bolhão here, don’t forget to like my facebook page. And to visit this great food market when you are in Porto!

Bądź na bieżąco/ Follow by Email