Monday, 30 April 2012

Trochę Andaluzji w Barcelonie/ A little bit of Andalucia in Barcelona

Flamenco, suknie w groszki, okrzyki olé, pescaito frito... Innymi słowy Feria de Abril, a raczej jej uboższa wersja , bo znana fiest andaluzyjska w Katalonii wypada dość żałośnie. Taki jarmark dla ubogich, ewentualnie dla turystów. Może nie tak ubogich, bo za dość marne jedzenie (które jednak wizualnie wyglądało bardzo zachęcająco), skasowali nas jak w restauracji z wyższej półki. Ale po kolei...


Po ciężkim tygodniu, poprzedzonym przedłużonym intensywnym weekendem w Madrycie (tak, między innymi tym można wytłumaczyć mój brak aktywności na blogu, nielicznym stałym czytelnikom obiecuję poprawę) plany na weekend mieliśmy raczej mało atrakcyjne- odpoczywanie, sprzątanie, zakupy spożywcze. Nie byłabym jednak sobą, gdybym odpoczywała całe 2 dni. W piątek moja team leaderka, której rodzina pochodzi z Andaluzji, zadała mi niewinne pytanie, czy wybieram się na Feria de Abril do Parku Forum. I tym sposobem w grafiku weekendowym znalazło się miejsce na zobaczenie tego święta andaluzyjskich emigrantów w Barcelonie.


Patri wzgardziła naszym zaproszeniem, ale mój włoski kolega Domenico z dawnych czasów erasmusa w Lleidzie, który od kilku miesięcy mieszka w Barcelonie, zgodził się uczestniczyć w tym dość dziwnym niedzielnym planie.
Już od wejścia czuje się taką jarmarkową atmosferę, wrażenie potęgują liczne budki z watą cukrową i churros, fantami do gier loteryjnych, balonami.


Akcentem andaluzyjskim są stroje: kiczowate sukienki w groszki, wachlarze, grzebienie do podtrzymywania koków, do tego glośna muzyka i pokazy tańców. Feria pełna jest dużych namiotów (zwanych casetas), które mogą być własnością prywatną, bądź należeć do różnych firm, organizacji, a nawet partii politycznych. To właśnie w casetach odbywają się pokazy flamenco oraz tu można zjeść tapasy z południa Hiszpanii. Na marginesie ostrzegam, skonsultujcie najpierw ceny w menu, bo potem możecie być niemiło zaskoczeni. My byliśmy w szoku, bo za 6 piw estrella w puszce, 2 pintxos morunos (czyli takie szaszłyki) na chlebie posmarowanym papką pomidorową z puszki, solomillo, 3 malutkie kiełbaski chorizo, pescaito frito i boquerones (czyli sardele chyba), zapłaciliśmy prawie 100€ Za darmo była za to dość nieuprzejma kelnerka. Zdegustowani po posiłku, nie byliśmy dłużej w nastroju do uczestniczenia w ferii. Nuno nie chciał nawet pobawić się w strzelanie i wygrać dla mnie jakiegoś fanta.


Po piwku w chiringuito na plaży, dołączyła do nas Patri. Pogoda w Polsce już letnia, tutaj dla odmiany chłodny wiatr zmusił nas do powrotu do domu, gdzie Nuno pobawił się w barmana i udało nam się troszkę zredukować nasze alkoholowe zapasy.


Feria trwa do 6 maja, w Parc del Forum, więc jeśli kogoś nie zniechęciła moja relacja, ma jeszcze czas wybrać się na podróbkę andaluzyjskiej ferii.


Flamenco, a polka-dot dresses, olé, pescaito frito ... In other words: Feria de Abril, or rather its poorer version, as this famous Andalusian fiesta falls rather miserably on Catalan soil. The fiesta seems designated more for the tourists and Andalusian imigrants. And be warned, the prices are sky high. All those yummy specialties that look great and you feel your mouth watering just by looking, result not to be so tasty and yes, so way too expensive. But let’s start go back in time a little bit..


After a hard week at work, preceded by a prolonged and very intensive weekend in Madrid (yes, my lack of new posts can be partially explained by my short trip to the capital, and yes, I promise to me few followers that I will make up for it with posts) our plans for the weekend were really unattractive- resting, cleaning, grocery shopping. But I wouldn’t be myself if I just did nothing the whole 2 days. On Friday my team leader, who is originally from Andalusia, asked me an innocent question: if I was planning to go to the Feria de Abril in the Park Forum. And with that question I found a gap in my schedule. Patri turned down our invitation, but an Italian friend of mine, Domenico, who I spent my Erasmus in Lleida with and who has moved to Barcelona, agreed to meet us at the Feria (honestly, what lack of company makes with people to agree to such a strange Sunday plan?)


The festive atmosphere, loud music, numerous food stands, smell of cotton candy and churros, lottery games, balloons- it is what you get. Well, you can add some andalusian accents, which are kitsch polka-dot dresses, fans, combs for holding buns, flamenco. Feria is full of large tents (called casetas), that are either private or owned by some company, organization or even political party. It is where flemenco shows are held and where you can taste some typical tapas from the south of Spain. A word of warning: don’t repeat our mistake and consult prices before ordering, otherwise you can be unpleasantly surprised. We were in shock to end up witha bill for a nearly 100 € for ordeing 6 cans of estrella, 2 morunos pintxos (that is skewers) on a slice of bread smeared with a tomato pulp from a can, solomillo, 3 tiny chorizo sausages, pescaito frito and boquerones (anchovy). What we got for free was a rude waitress. Dissapointed after the meal, we really weren’t in the mood to enjoy the fair. Nuno even didn’t feel like shooting and getting me a prize in a lottery.


After a beer in a chiringuito on the beach, Patri joined us. For same strange reason, the weather in Poland is much better than here, so we decided to go back home, as the cold wind and low temperatures didn’t invite to stay in a terrace. At home, with Nuno as a bartender, we were able to reduce our alcohol stock.


Feria lasts till 6th of May, so if you don’t feel discourage with my post, you still have the chance to go to the Parc del Forum, and participate in this fake Andalusian feria.

Monday, 16 April 2012

Spacer po Gracia/ Walking around Gracia

Gracia- plątanina ulic, w których zbyt łatwo się gubię. Gracia- niezliczone bary i restauracje. Gracia- urocze sklepiki, wystawy, które zachęcają, by kupić jakiś mały drobiazg. Gracia-ogródki barowe na placach ( Virreina, Sol, Vila de Gracia). Gracisa- udekorowane ulice i tygodniowa impreza w sierpniu podczas Festas de Gracia. Gracia- dzielnica artystów, hippisów i wszelkich barcelońskich dziwolągów.




Mieszkańcy Gracia mają silne poczucie odrębności, do XIX wieku było to bowiem odrębne miasteczko. Mimo, że wydaje się głęboko katalońska, coraz więcej obcokrajowców decyduje się zamieszkać właśnie w tej części miasta. Znajomych mieszkających na Gracia niezwykle ciężko jest wyciągnąć poza granice dzielnicy, przez Patri dość często ostatnimi czasy mamy okazję spacerować po tej przesympatycznej i modnej dzielnicy i poznawać jej sekrety.

Zapraszam dziś na krótki spacer od Passeig de Gracia, przez serce dzielnicy, aż do Parku Guell.

Passeig de Gracia- jedna z najbardziej (obok Rambli) znana ulica Barcelony, to tutaj znajdują się 2 zaprojektowane przez Gaudiego budynki, La Pedrera i Casa Batlló. Adresem na Psg. De Gracia mogą pochwalić się też butiki najbardziej znanych i ekskluzywnych marek, jak Dior, Chanel, Vuitton… Tutaj mieszkała bogata klasa mieszczańska, dzięki temu możemy spędzić długie chwile na podziwianiu pięknych architektonicznych detali, misternie wykonanych witraży, bogato zdobionych klatek schodowych.


Gracia zapełniona jest mniejszymi i większymi placami. A jak w Hiszpanii jest plac, to znaczy, że znajduje się na nim kilka barów. W słoneczny dzień nie ma nic lepszego niż kawa/piwko/tapas/drink na tarasie, gdy promienie słońca muskają nam twarz.


Dla lubiących oryginalne ubrania, artystyczną biżuterię, alternatywne sklepiki, Gracia jest rajem. Do tego pięknie wizualnie witryny i niebanalne nazwy, po prostu trzeba wejść choć na chwilę i dać się skusić na jakiś drobiazg.


Do Parku Guell, gdzie zachęcam zakończyć spacer po Gracia, już was zabrałam, a dziś zapoznam was z mniej znanym budynkiem Gaudiego, Casa Vicens. To jedno z pierwszych dzieł wielkiego mistrza, znajduje się prze ulicy Carolines 24-26, rzut przysłowiowym beretem od Gran de Gracia. Tłumy turystów tu nie docierają, co pozwala nam w spokoju podziwiać detale budynku (nie jest on niestety otwarty do publicznego zwiedzania),


O barach i miejscach, które lubimy, będzie przy innej okazji (o kilku już pisaliśmy, więc zapraszam do przeszukania archiwum).


Gracia- labyrinth of narrow streets, where I tend to get lost too easily. Gracia- countless bars and restaurants. Gracia- charming boutiques, with cute window decorations that invite you to enter for a moment and buy a small detail. Gracia- terraces on charming squares (Virreina, Sol, Vila de Gracia).Gracia-decorated streets and a week long party in August during the Festas de Gracia.


Gracia-district that attracts artists, hippies and all freaks of Barcelona and surroundings. Gracia residents have a strong sense of individuality, as till the nineteenth century it was a separate town. Even though many catalan families lives here, more and more foreigners choose to settle in this part of the city. And if yours friends live here, you have to remember that probably they won’t meet you for a drink outside of Gracia, as they find it extremely difficult to leave its borders. Since Patri lives here, we tend to spend quite a lot of time wandering the streets of this charming district.


Today I invite you for a short walk from Passeig de Gracia, through the heart of the district, till Park Guell.

Passeig de Gracia, one of the most famous (next to the Rambla) and elegant streets in Barcelona. This is where two buildings designed by Gaudi, La Pedrera and Casa Batlló, are situated. Most famous and fashionable brands such Dior, Chanel, Vuitton has their boutiques at this prestigious address. On this street is where a rich bourgeois class used to live, now we can spend a long time admiring the beautiful architectural details, stained glass windows, richly decorated staircases.


Gracia is full of nice squares. And a square in Spain equals at least one bar with few tables outside. On a sunny day there is nothing better than having a coffee/coffee/ tapas / drink on a terrace when the sun warms our face.


For those who like original clothes, artistic jewelry , alternative shops, Gracia is a paradise. Many visually beautiful window shops and their original names just invite you to enter, just for a little while, just to buy a little thing.


As I already took you virtually with by photos to Park Guell, where our walk ends, today I will show you another work of Gaudi. Casa Vicens is one of the earliest and less known buildings of this great Catalan master. It is located on Carolines street, a few steps from Gran de Gracia, but only few very determined tourists make it to see it. Thanks to their ignorance, one can enjoy watching the architectonical details, although only from the outside, as the building isn’t open to public.


In this post I’ve deliberately skipped the part with bars and food, as you could already noticed, eating deserves a separate entry (there are already some posts about spots we liked in Gracia, you can check the archive).

Tuesday, 10 April 2012

Tour po malowniczych pueblos/ Tour through charming pueblos

Majorka jest niedużą wyspą, 100 km szerokości i 75 km długości, tak więc przemieszczenie się ¡z jednego końca wyspy na drugi nie zajmuje dużo czasu. Ze względu na wygodę postanowiliśmy wynająć samochód, by jak najwięcej zwiedzić podczas naszego krótkiego pobytu. Ceny wynajmu przed sezonem są sporo niższe (Ewa widziała auta za 10€ za dzień, ale to było w styczniu) i do tego byliśmy w 4, więc nie trzeba było namawiać nikogo na to rozwiązanie transportowe.

Tym razem wiedziałam, że stroną organizacyjną naszego pobytu i planowaniem miejsc wartych zobaczenia zajmie się Ajka oraz że możemy liczyć na rady Ewy, więc przed urlopem jedynie pobieżnie przejrzałam przewodnik. Czasami dobrze jest móc podążać za kimś i nie być głównym głosem decydującym gdzie/co/kiedy.

Pierwszym przystankiem byla Valldemossa, miasteczko w którym Fryderyk Chopin i George Sand spędzili zimę. Podobno Valldemossa niezbyt im się spodobała, nam jednak wydała się urokliwa, z tego też powodu do muzeum poświęconemu Chopinowi nie weszliśmy, woleliśmy powłóczyć się po malowniczych uliczkach. Zwróciłam uwagę, że zdobniczym motywem przewodnim wielu domów byly zawieszone na ścianach donice z kwiatami oraz kafelki ze scenami z życia świętej Cataliny (potem wygooglowalam, że Catalina Thomas jest jedyną świętą pochodzącą z Majorki, stąd pewnie nie było kafli z innymi świętymi).


W Hiszpanii każdy region, podregion, czy miasto ma jakiś lokalny przysmak z jakiego jest znany. Jadąc na Majorkę wiedziałam zatem, że musimy spróbować ensaimady, a w Valldemossa na każdej cukierni/kawiarni ogłaszano, że są dostępne cocas de patata. Nie było wyjścia, musiałam spróbować, kolejny jednak raz hiszpańskie słodycze nas nie zachwyciły, cocas smakują jak zwykle słodkie bułki. Ensaimada to w sumie ciasto francuskie posypane cukrem pudrem, czasami z kremem budyniowym w środku, smakuje, ale szału nie robi .


Po słodkiej przerwie ruszyliśmy dalej w drogę, do Deia, ponoć, jeśli wierzyć słowom kilku przewodników, najpiękniejszemu miasteczku na Majorce. Może pozostaliśmy oporni na uroki Deia, ale po kilkuminutowej wspinaczce stromymi uliczkami i okrążeniu kościoła wraz z cmentarzem, jedynym komentarzem z naszej strony było :to już to? jest coś więcej do zobaczenia? Wsiedliśmy więc do niebieskiej wynajętej pandy.


W Puerto del Soller, zadziwiająco ładnym miasteczku portowym, gdzie patrząc na zacumowane łodzie rozmarzyliśmy się, by jakoś w przyszłości wybrać się na rejsik (najchętniej po greckich wyspach lub Chorwacji), zjedliśmy lunch złożony z tapas.
Na Majorce dużo jest miejscowości, które mają swój odpowiednik portowy, jak Soller ma Port de Soller, Alcudia, Port d’Alcudia. Ewa powiedziała, że to dlatego, żeby bronić się przed piratami i "prawdziwe" miasta znajdowały się wgłąb interioru.


Soller to typowe hiszpańskie miasteczko, gdzie życie toczy się przy głównym, placu, gdzie stoi katedra i ratusz i niezliczone bary i kafejki. Przez środek Placu Konstytucji biegną tory zabytkowego tramwaju (dla mnie wygląda jak tramwaj, ale tak na prawdę jest to kolejka wąskotorowa) o sugestywnej nazwie "Czerwona Strzała". Kolejka łączy Palmę z Sóller, a na trasie można podziwiać piękne widoki, wdychać aromat cytrusów, bowiem uprawia się tu pomarańcze, cytryny i mandarynki i powietrze nasiąka ich intensywnym zapachem.


Ostatnim przystankiem było Fornalutx, urocze, małe miasteczko słynne z pysznych pomarańczy , więc zakończyliśmy podróż na tarasie, każdy ze szklanką świeżo wyciśniętego soczku :)


A wieczorem miała miejsce wyżerka u Ewy :) Kupiliśmy kilka rodzajów oliwek, fuet, chorizo, ser, bagietkę (Nuno zrobił pan amb tomaquet), tortillę, a na deser sałatka owocowa :)


Mallorca is a relatively small island, 100 km wide and 75 km long, so getting from one point of the island to the other doesn't take much time or effort. We wanted some comfort and having to depend on the bus schedule was something we wanted to avoid, so we opted for renting a car, which also made it so much easier to get to all the small cities we wanted to visit. Before the high season car rental prices were quite attractive. Ewa assured us than in January you could rent a car for 10€/day), we weren´t that lucky, cause by the end of March this price doubled.

This time, as I knew that all the organizing and planning is taken care of by Ajka, and we could always depend on Ewa´s help, I only skimmed through the guide before coming to Mallorca. Sometimes I enjoy following someone and not being in charge of deciding where/what/when. Even an organizing freak that I am needs a break from time to time.

The first stop on Friday was Valldemossa, a small town where Frederic Chopin and George Sand spent one winter. Apparently they didn´t like it that much, but we found it quite charming, for this reason, we decided to skip entering a museum devoted to Chopin, as wandering through picturesque streets seemed way more exciting. I noticed that many houses have a decorative theme in common- pots of flowers hanging on the walls and tiles with scenes from the life of Saint Catalina (I googled later that Catalina Thomas was Majorca's only saint which explained why there weren´t any other saints pained on the tiles).


In Spain every single region, if not every city or even the smallest town, is famous for some local food, some typical plate that you must try when visiting it. Going to Mallorca I already knew that I would try ensaimada, and when I saw that in Valldemossa on every single bakery/café there was a poster with "Hay coca de patata", I just had to eat it. Well, honestly, I am not a big fan of typical Spanish confectionery (as much as I love good cakes, ice cream, or almost anything that is labeled as a dessert), and once again it was confirmed, first my the ensaimada, that tasted good but I would say it tasted as any other puff pastry with powdered sugar on the top and cocas de patata tasted like sweet rolls.


After a sweet break, we continued our road trip to Deia, which was called the most charming little town in Mallorca by our guidebooks. Maybe we remained resistant to its charm, as after a short climb on a steep hill to see a church, cemetery and view on the town, the only comment we were able to make was: is it all? Should we see something more? Instead of thinking too much, we just hopped in our blue rented panda and drive off.


In Puerto del Soller, surprisingly cute harbor town where looking at grounded boats, we dreamt about going on a cruise (preferably Greek Islands or Croatia). It is very common in Mallorca, that some villages have their "port" equivalent, as it is the case with Soller - Port de Soller, Alcudia-Port d’Alcudia Ewa explained that it is because of defending the villages against pirates and that the "real" towns were constructed deeper into the interior of the island.


Soller is a typical small Spanish town, where life happens at the main square, where the main monuments, that is cathedral and town hall, are located next to countless bars and cafes. What makes it more special, are the tram tracks that divides the square in two. Taking a tram, suggestively called the Red Arrow, is one of the major attractions of the island. You start this unforgettable journey in Palma, then all along the way you can enjoy beautiful views, breathe the aroma of citrus, as the air is saturated with their heavy smell of orange, lemon and tangerine trees growing right next to the tracks.


The last stop was Fornalutx, a charming, tiny town famous for its delicious and juicy oranges, so we couldn´t finished our day in another way than drinking a freshly squeezes juice on a lovely terrace.


And in the evening, we ended up in Eva´s flat, having a real Spanish feast. We A gorge in the evening took place at Eva :) We bought several types of olives, fuet, chorizo, cheese, baguette (Nuno prepared pan amd tomàquet), tortillas, and fruit salad for dessert :)

Monday, 30 April 2012

Trochę Andaluzji w Barcelonie/ A little bit of Andalucia in Barcelona

Flamenco, suknie w groszki, okrzyki olé, pescaito frito... Innymi słowy Feria de Abril, a raczej jej uboższa wersja , bo znana fiest andaluzyjska w Katalonii wypada dość żałośnie. Taki jarmark dla ubogich, ewentualnie dla turystów. Może nie tak ubogich, bo za dość marne jedzenie (które jednak wizualnie wyglądało bardzo zachęcająco), skasowali nas jak w restauracji z wyższej półki. Ale po kolei...


Po ciężkim tygodniu, poprzedzonym przedłużonym intensywnym weekendem w Madrycie (tak, między innymi tym można wytłumaczyć mój brak aktywności na blogu, nielicznym stałym czytelnikom obiecuję poprawę) plany na weekend mieliśmy raczej mało atrakcyjne- odpoczywanie, sprzątanie, zakupy spożywcze. Nie byłabym jednak sobą, gdybym odpoczywała całe 2 dni. W piątek moja team leaderka, której rodzina pochodzi z Andaluzji, zadała mi niewinne pytanie, czy wybieram się na Feria de Abril do Parku Forum. I tym sposobem w grafiku weekendowym znalazło się miejsce na zobaczenie tego święta andaluzyjskich emigrantów w Barcelonie.


Patri wzgardziła naszym zaproszeniem, ale mój włoski kolega Domenico z dawnych czasów erasmusa w Lleidzie, który od kilku miesięcy mieszka w Barcelonie, zgodził się uczestniczyć w tym dość dziwnym niedzielnym planie.
Już od wejścia czuje się taką jarmarkową atmosferę, wrażenie potęgują liczne budki z watą cukrową i churros, fantami do gier loteryjnych, balonami.


Akcentem andaluzyjskim są stroje: kiczowate sukienki w groszki, wachlarze, grzebienie do podtrzymywania koków, do tego glośna muzyka i pokazy tańców. Feria pełna jest dużych namiotów (zwanych casetas), które mogą być własnością prywatną, bądź należeć do różnych firm, organizacji, a nawet partii politycznych. To właśnie w casetach odbywają się pokazy flamenco oraz tu można zjeść tapasy z południa Hiszpanii. Na marginesie ostrzegam, skonsultujcie najpierw ceny w menu, bo potem możecie być niemiło zaskoczeni. My byliśmy w szoku, bo za 6 piw estrella w puszce, 2 pintxos morunos (czyli takie szaszłyki) na chlebie posmarowanym papką pomidorową z puszki, solomillo, 3 malutkie kiełbaski chorizo, pescaito frito i boquerones (czyli sardele chyba), zapłaciliśmy prawie 100€ Za darmo była za to dość nieuprzejma kelnerka. Zdegustowani po posiłku, nie byliśmy dłużej w nastroju do uczestniczenia w ferii. Nuno nie chciał nawet pobawić się w strzelanie i wygrać dla mnie jakiegoś fanta.


Po piwku w chiringuito na plaży, dołączyła do nas Patri. Pogoda w Polsce już letnia, tutaj dla odmiany chłodny wiatr zmusił nas do powrotu do domu, gdzie Nuno pobawił się w barmana i udało nam się troszkę zredukować nasze alkoholowe zapasy.


Feria trwa do 6 maja, w Parc del Forum, więc jeśli kogoś nie zniechęciła moja relacja, ma jeszcze czas wybrać się na podróbkę andaluzyjskiej ferii.


Flamenco, a polka-dot dresses, olé, pescaito frito ... In other words: Feria de Abril, or rather its poorer version, as this famous Andalusian fiesta falls rather miserably on Catalan soil. The fiesta seems designated more for the tourists and Andalusian imigrants. And be warned, the prices are sky high. All those yummy specialties that look great and you feel your mouth watering just by looking, result not to be so tasty and yes, so way too expensive. But let’s start go back in time a little bit..


After a hard week at work, preceded by a prolonged and very intensive weekend in Madrid (yes, my lack of new posts can be partially explained by my short trip to the capital, and yes, I promise to me few followers that I will make up for it with posts) our plans for the weekend were really unattractive- resting, cleaning, grocery shopping. But I wouldn’t be myself if I just did nothing the whole 2 days. On Friday my team leader, who is originally from Andalusia, asked me an innocent question: if I was planning to go to the Feria de Abril in the Park Forum. And with that question I found a gap in my schedule. Patri turned down our invitation, but an Italian friend of mine, Domenico, who I spent my Erasmus in Lleida with and who has moved to Barcelona, agreed to meet us at the Feria (honestly, what lack of company makes with people to agree to such a strange Sunday plan?)


The festive atmosphere, loud music, numerous food stands, smell of cotton candy and churros, lottery games, balloons- it is what you get. Well, you can add some andalusian accents, which are kitsch polka-dot dresses, fans, combs for holding buns, flamenco. Feria is full of large tents (called casetas), that are either private or owned by some company, organization or even political party. It is where flemenco shows are held and where you can taste some typical tapas from the south of Spain. A word of warning: don’t repeat our mistake and consult prices before ordering, otherwise you can be unpleasantly surprised. We were in shock to end up witha bill for a nearly 100 € for ordeing 6 cans of estrella, 2 morunos pintxos (that is skewers) on a slice of bread smeared with a tomato pulp from a can, solomillo, 3 tiny chorizo sausages, pescaito frito and boquerones (anchovy). What we got for free was a rude waitress. Dissapointed after the meal, we really weren’t in the mood to enjoy the fair. Nuno even didn’t feel like shooting and getting me a prize in a lottery.


After a beer in a chiringuito on the beach, Patri joined us. For same strange reason, the weather in Poland is much better than here, so we decided to go back home, as the cold wind and low temperatures didn’t invite to stay in a terrace. At home, with Nuno as a bartender, we were able to reduce our alcohol stock.


Feria lasts till 6th of May, so if you don’t feel discourage with my post, you still have the chance to go to the Parc del Forum, and participate in this fake Andalusian feria.

Monday, 16 April 2012

Spacer po Gracia/ Walking around Gracia

Gracia- plątanina ulic, w których zbyt łatwo się gubię. Gracia- niezliczone bary i restauracje. Gracia- urocze sklepiki, wystawy, które zachęcają, by kupić jakiś mały drobiazg. Gracia-ogródki barowe na placach ( Virreina, Sol, Vila de Gracia). Gracisa- udekorowane ulice i tygodniowa impreza w sierpniu podczas Festas de Gracia. Gracia- dzielnica artystów, hippisów i wszelkich barcelońskich dziwolągów.




Mieszkańcy Gracia mają silne poczucie odrębności, do XIX wieku było to bowiem odrębne miasteczko. Mimo, że wydaje się głęboko katalońska, coraz więcej obcokrajowców decyduje się zamieszkać właśnie w tej części miasta. Znajomych mieszkających na Gracia niezwykle ciężko jest wyciągnąć poza granice dzielnicy, przez Patri dość często ostatnimi czasy mamy okazję spacerować po tej przesympatycznej i modnej dzielnicy i poznawać jej sekrety.

Zapraszam dziś na krótki spacer od Passeig de Gracia, przez serce dzielnicy, aż do Parku Guell.

Passeig de Gracia- jedna z najbardziej (obok Rambli) znana ulica Barcelony, to tutaj znajdują się 2 zaprojektowane przez Gaudiego budynki, La Pedrera i Casa Batlló. Adresem na Psg. De Gracia mogą pochwalić się też butiki najbardziej znanych i ekskluzywnych marek, jak Dior, Chanel, Vuitton… Tutaj mieszkała bogata klasa mieszczańska, dzięki temu możemy spędzić długie chwile na podziwianiu pięknych architektonicznych detali, misternie wykonanych witraży, bogato zdobionych klatek schodowych.


Gracia zapełniona jest mniejszymi i większymi placami. A jak w Hiszpanii jest plac, to znaczy, że znajduje się na nim kilka barów. W słoneczny dzień nie ma nic lepszego niż kawa/piwko/tapas/drink na tarasie, gdy promienie słońca muskają nam twarz.


Dla lubiących oryginalne ubrania, artystyczną biżuterię, alternatywne sklepiki, Gracia jest rajem. Do tego pięknie wizualnie witryny i niebanalne nazwy, po prostu trzeba wejść choć na chwilę i dać się skusić na jakiś drobiazg.


Do Parku Guell, gdzie zachęcam zakończyć spacer po Gracia, już was zabrałam, a dziś zapoznam was z mniej znanym budynkiem Gaudiego, Casa Vicens. To jedno z pierwszych dzieł wielkiego mistrza, znajduje się prze ulicy Carolines 24-26, rzut przysłowiowym beretem od Gran de Gracia. Tłumy turystów tu nie docierają, co pozwala nam w spokoju podziwiać detale budynku (nie jest on niestety otwarty do publicznego zwiedzania),


O barach i miejscach, które lubimy, będzie przy innej okazji (o kilku już pisaliśmy, więc zapraszam do przeszukania archiwum).


Gracia- labyrinth of narrow streets, where I tend to get lost too easily. Gracia- countless bars and restaurants. Gracia- charming boutiques, with cute window decorations that invite you to enter for a moment and buy a small detail. Gracia- terraces on charming squares (Virreina, Sol, Vila de Gracia).Gracia-decorated streets and a week long party in August during the Festas de Gracia.


Gracia-district that attracts artists, hippies and all freaks of Barcelona and surroundings. Gracia residents have a strong sense of individuality, as till the nineteenth century it was a separate town. Even though many catalan families lives here, more and more foreigners choose to settle in this part of the city. And if yours friends live here, you have to remember that probably they won’t meet you for a drink outside of Gracia, as they find it extremely difficult to leave its borders. Since Patri lives here, we tend to spend quite a lot of time wandering the streets of this charming district.


Today I invite you for a short walk from Passeig de Gracia, through the heart of the district, till Park Guell.

Passeig de Gracia, one of the most famous (next to the Rambla) and elegant streets in Barcelona. This is where two buildings designed by Gaudi, La Pedrera and Casa Batlló, are situated. Most famous and fashionable brands such Dior, Chanel, Vuitton has their boutiques at this prestigious address. On this street is where a rich bourgeois class used to live, now we can spend a long time admiring the beautiful architectural details, stained glass windows, richly decorated staircases.


Gracia is full of nice squares. And a square in Spain equals at least one bar with few tables outside. On a sunny day there is nothing better than having a coffee/coffee/ tapas / drink on a terrace when the sun warms our face.


For those who like original clothes, artistic jewelry , alternative shops, Gracia is a paradise. Many visually beautiful window shops and their original names just invite you to enter, just for a little while, just to buy a little thing.


As I already took you virtually with by photos to Park Guell, where our walk ends, today I will show you another work of Gaudi. Casa Vicens is one of the earliest and less known buildings of this great Catalan master. It is located on Carolines street, a few steps from Gran de Gracia, but only few very determined tourists make it to see it. Thanks to their ignorance, one can enjoy watching the architectonical details, although only from the outside, as the building isn’t open to public.


In this post I’ve deliberately skipped the part with bars and food, as you could already noticed, eating deserves a separate entry (there are already some posts about spots we liked in Gracia, you can check the archive).

Tuesday, 10 April 2012

Tour po malowniczych pueblos/ Tour through charming pueblos

Majorka jest niedużą wyspą, 100 km szerokości i 75 km długości, tak więc przemieszczenie się ¡z jednego końca wyspy na drugi nie zajmuje dużo czasu. Ze względu na wygodę postanowiliśmy wynająć samochód, by jak najwięcej zwiedzić podczas naszego krótkiego pobytu. Ceny wynajmu przed sezonem są sporo niższe (Ewa widziała auta za 10€ za dzień, ale to było w styczniu) i do tego byliśmy w 4, więc nie trzeba było namawiać nikogo na to rozwiązanie transportowe.

Tym razem wiedziałam, że stroną organizacyjną naszego pobytu i planowaniem miejsc wartych zobaczenia zajmie się Ajka oraz że możemy liczyć na rady Ewy, więc przed urlopem jedynie pobieżnie przejrzałam przewodnik. Czasami dobrze jest móc podążać za kimś i nie być głównym głosem decydującym gdzie/co/kiedy.

Pierwszym przystankiem byla Valldemossa, miasteczko w którym Fryderyk Chopin i George Sand spędzili zimę. Podobno Valldemossa niezbyt im się spodobała, nam jednak wydała się urokliwa, z tego też powodu do muzeum poświęconemu Chopinowi nie weszliśmy, woleliśmy powłóczyć się po malowniczych uliczkach. Zwróciłam uwagę, że zdobniczym motywem przewodnim wielu domów byly zawieszone na ścianach donice z kwiatami oraz kafelki ze scenami z życia świętej Cataliny (potem wygooglowalam, że Catalina Thomas jest jedyną świętą pochodzącą z Majorki, stąd pewnie nie było kafli z innymi świętymi).


W Hiszpanii każdy region, podregion, czy miasto ma jakiś lokalny przysmak z jakiego jest znany. Jadąc na Majorkę wiedziałam zatem, że musimy spróbować ensaimady, a w Valldemossa na każdej cukierni/kawiarni ogłaszano, że są dostępne cocas de patata. Nie było wyjścia, musiałam spróbować, kolejny jednak raz hiszpańskie słodycze nas nie zachwyciły, cocas smakują jak zwykle słodkie bułki. Ensaimada to w sumie ciasto francuskie posypane cukrem pudrem, czasami z kremem budyniowym w środku, smakuje, ale szału nie robi .


Po słodkiej przerwie ruszyliśmy dalej w drogę, do Deia, ponoć, jeśli wierzyć słowom kilku przewodników, najpiękniejszemu miasteczku na Majorce. Może pozostaliśmy oporni na uroki Deia, ale po kilkuminutowej wspinaczce stromymi uliczkami i okrążeniu kościoła wraz z cmentarzem, jedynym komentarzem z naszej strony było :to już to? jest coś więcej do zobaczenia? Wsiedliśmy więc do niebieskiej wynajętej pandy.


W Puerto del Soller, zadziwiająco ładnym miasteczku portowym, gdzie patrząc na zacumowane łodzie rozmarzyliśmy się, by jakoś w przyszłości wybrać się na rejsik (najchętniej po greckich wyspach lub Chorwacji), zjedliśmy lunch złożony z tapas.
Na Majorce dużo jest miejscowości, które mają swój odpowiednik portowy, jak Soller ma Port de Soller, Alcudia, Port d’Alcudia. Ewa powiedziała, że to dlatego, żeby bronić się przed piratami i "prawdziwe" miasta znajdowały się wgłąb interioru.


Soller to typowe hiszpańskie miasteczko, gdzie życie toczy się przy głównym, placu, gdzie stoi katedra i ratusz i niezliczone bary i kafejki. Przez środek Placu Konstytucji biegną tory zabytkowego tramwaju (dla mnie wygląda jak tramwaj, ale tak na prawdę jest to kolejka wąskotorowa) o sugestywnej nazwie "Czerwona Strzała". Kolejka łączy Palmę z Sóller, a na trasie można podziwiać piękne widoki, wdychać aromat cytrusów, bowiem uprawia się tu pomarańcze, cytryny i mandarynki i powietrze nasiąka ich intensywnym zapachem.


Ostatnim przystankiem było Fornalutx, urocze, małe miasteczko słynne z pysznych pomarańczy , więc zakończyliśmy podróż na tarasie, każdy ze szklanką świeżo wyciśniętego soczku :)


A wieczorem miała miejsce wyżerka u Ewy :) Kupiliśmy kilka rodzajów oliwek, fuet, chorizo, ser, bagietkę (Nuno zrobił pan amb tomaquet), tortillę, a na deser sałatka owocowa :)


Mallorca is a relatively small island, 100 km wide and 75 km long, so getting from one point of the island to the other doesn't take much time or effort. We wanted some comfort and having to depend on the bus schedule was something we wanted to avoid, so we opted for renting a car, which also made it so much easier to get to all the small cities we wanted to visit. Before the high season car rental prices were quite attractive. Ewa assured us than in January you could rent a car for 10€/day), we weren´t that lucky, cause by the end of March this price doubled.

This time, as I knew that all the organizing and planning is taken care of by Ajka, and we could always depend on Ewa´s help, I only skimmed through the guide before coming to Mallorca. Sometimes I enjoy following someone and not being in charge of deciding where/what/when. Even an organizing freak that I am needs a break from time to time.

The first stop on Friday was Valldemossa, a small town where Frederic Chopin and George Sand spent one winter. Apparently they didn´t like it that much, but we found it quite charming, for this reason, we decided to skip entering a museum devoted to Chopin, as wandering through picturesque streets seemed way more exciting. I noticed that many houses have a decorative theme in common- pots of flowers hanging on the walls and tiles with scenes from the life of Saint Catalina (I googled later that Catalina Thomas was Majorca's only saint which explained why there weren´t any other saints pained on the tiles).


In Spain every single region, if not every city or even the smallest town, is famous for some local food, some typical plate that you must try when visiting it. Going to Mallorca I already knew that I would try ensaimada, and when I saw that in Valldemossa on every single bakery/café there was a poster with "Hay coca de patata", I just had to eat it. Well, honestly, I am not a big fan of typical Spanish confectionery (as much as I love good cakes, ice cream, or almost anything that is labeled as a dessert), and once again it was confirmed, first my the ensaimada, that tasted good but I would say it tasted as any other puff pastry with powdered sugar on the top and cocas de patata tasted like sweet rolls.


After a sweet break, we continued our road trip to Deia, which was called the most charming little town in Mallorca by our guidebooks. Maybe we remained resistant to its charm, as after a short climb on a steep hill to see a church, cemetery and view on the town, the only comment we were able to make was: is it all? Should we see something more? Instead of thinking too much, we just hopped in our blue rented panda and drive off.


In Puerto del Soller, surprisingly cute harbor town where looking at grounded boats, we dreamt about going on a cruise (preferably Greek Islands or Croatia). It is very common in Mallorca, that some villages have their "port" equivalent, as it is the case with Soller - Port de Soller, Alcudia-Port d’Alcudia Ewa explained that it is because of defending the villages against pirates and that the "real" towns were constructed deeper into the interior of the island.


Soller is a typical small Spanish town, where life happens at the main square, where the main monuments, that is cathedral and town hall, are located next to countless bars and cafes. What makes it more special, are the tram tracks that divides the square in two. Taking a tram, suggestively called the Red Arrow, is one of the major attractions of the island. You start this unforgettable journey in Palma, then all along the way you can enjoy beautiful views, breathe the aroma of citrus, as the air is saturated with their heavy smell of orange, lemon and tangerine trees growing right next to the tracks.


The last stop was Fornalutx, a charming, tiny town famous for its delicious and juicy oranges, so we couldn´t finished our day in another way than drinking a freshly squeezes juice on a lovely terrace.


And in the evening, we ended up in Eva´s flat, having a real Spanish feast. We A gorge in the evening took place at Eva :) We bought several types of olives, fuet, chorizo, cheese, baguette (Nuno prepared pan amd tomàquet), tortillas, and fruit salad for dessert :)

Bądź na bieżąco/ Follow by Email