Tuesday, 22 January 2013

Zapachy i kolory Granady/ Colors of Granada



Dziś zamarzyłam o ciepłym kraju. Za dużo już tych szarych i deszczowych dni (dziś nawet śnieg padał i temperatury spadły poniżej zera)! Potrzebuję słońca! Na razie jednak opcja kupienia biletu i spędzenia choć kilku dni na Karaibach czy w Australii nie wchodzi w grę, nie pozostaje mi nic innego niż powspominać kilka upalnych sierpniowych dni, które spędziłam w Granadzie. Jeśli się orientujecie w średnich temperaturach letnich Andaluzji, to wiecie, że lepiej przełożyć wizytę w tym hiszpańskim regionie na miesiąc inny niż lipiec czy sierpień. Chciałam jednak wykorzystać ostatnią okazję zwiedzenia Alhambry przed przeprowadzką do Irlandii, że zignorowałam wszystkie moje hiszpańskie koleżanki, które pukały się w głowę, jak usłyszały o moich planach.  Nie będę jednak narzekać na ponad 40 stopniowe upały, bo miasto mnie zachwyciło (mimo że po lunchu chowałam się w klimatyzowanym pokoju hotelowym i wychodziłam dopiero w okolicach 18, bo nie dało się wytrzymać na ulicy). 


Dziś nie napiszę jednak o Alhambrze, arabskim pałacu, który przyciąga tłumy turystów. Uwielbiam skupiać się na małych detalach, staram się je wyszukać i zapamiętać. O zabytkach można przeczytać w pierwszym lepszym przewodniku, ale one mogą pominąć intensywny zapach ziół, który czuć na kilkanaście metrów od katedry. Mogą pominąć, jak intensywnie białe są ściany cygańskich grot czy jak wspaniałym pomysłem chroniącym przed słońcem jest zawieszenie metrów materiału nad wąskimi ulicami. 

Zagłębiając się w Albaicin, dzielnicę arabską, można odnieść wrażenie, że znaleźliśmy się w Maroku. Mijamy liczne herbaciarnie serwujące mocną i słodką herbatę ze świeżymi listkami mięty, słyszymy dźwięki arabskiej muzyki, mieszające się z kolorowymi dekoracjami i intensywnymi zapachami (tak dźwięki, zapachy i dekoracje mogą się przenikać i uzupełniać). 


Zbliżając się do katedry czujemy intensywny zapach ziół. Aż kręci się nam w głowie. 
Ja z Granady zapamiętałam upajający zapach mięty, intensywnie pomarańczowo kolor orzeźwiającego gazpacho, świst wachlarzy. I odkryłam, że smażone bakłażany smakują wyśmienicie polane miodem. 


Uwielbiam street art, a spacerując po Granadzie można się natknąć na prawdziwe dzieła sztuki, zasługujące na własny post. 


Nie mogę się doczekać wiosny, która mi się kojarzy właśnie z kolorami i zapachami. Gdyby teletransportacja istniała, to chętnie przeniosłabym się do Andaluzji…



Today it snowed in Ireland.  And winter is not my favorite time of year. I’m already tired of gray and rainy days. I need sun! I dream of spending few days in a warm country. Unfortunately, there is no chance anytime soon to buy a plane ticket and flu to Australia or the Caribbean or Australia. What I can do instead is watch some photos from hot Agust days I spent in Granada. As you can imagine, the summer in Andalucia is sometimes infernal, and it is better to avoid visiting this region during July or August. But I really wanted to see Alhambra before moving to rainy Ireland so I ignored all my Spanish friends, who though I was crazy not to go to spend my few days of holiday on a beach. Well, I must admit that I was forced to spend few hours after lunch in  an air conditioned hotel room as it was virtually impossible to walk on the streets when it was over 40 degrees and no wind. But still, I fell in love with the city. 


Today, however, I won’t focus on Alhambra, the main reason people visit Granada. As you may have noticed, I love to focus on small details that some people tend to ignore. You can read in a guide about how beautiful certain touristic attraction is, but you won’t find the description of how intensively herbs smell there or how vibrant colors are in a city. And for me Granada was all about colors and smells (well, and high temperature and Alhambra as well). So today I’m taking you for w walk around white narrow streets.


When you get lost in the maze of narrow streets of the Albaicin district and you forget for a moment that you are in Spain, you may get the impression you are somewhere in Marocco. OR at least that is how I imagine this country is, as my visit there is still pending. You find many tea rooms serving strong and sweet tea with fresh mint leaves, you hear the sounds of Arabic music, and all those colorful decorations and intense fragrances just strengthen that impression.


When you are close to the cathedra,  the first thing you notice is an intensive smell of herbs. It’s so refreshing in summer heat! 

Every time I feel the smell of mind, I remember the days I spent in Granada. I discovered there how great a fried eggplant tastes when you drizzle it with honey. Or how refreshing a gazpacho is… Or that Spanish women really know what they are doing when using a fan.


I love street art, and Granada is full of gems. Just get yourself lost and you will come across a real piece of art! Promise a post on that soon.  


I’m really looking forward to spring, to exploring new places … Somehow, for me, winter is not a good season to travel. 

Monday, 14 January 2013

Experiencing Food in Seville by Cat Gaa


Pora dziś na post z serii ‘Smaczny świat’, której to serii przedsmak mieliście już w grudniu. Nie ruszymy się z półwyspu iberyjskiego. Dziś, dzięki Cat, poznamy, co i jak jedzą i pija w Andaluzji (kuchnia Hiszpanii jest bowiem tak zróżnicowana, że nawet jeśli już wystarczająco was zanudziłam specjalnościami  Katalonii, to mam nadzieję, że kilka nowych rzeczy z tego postu gościnnego wyczytacie). Staram się pisać wszystkie posty w 2 językach, ale jest to dość czasochłonne, dlatego postanowiłam, że postów gościnnych z lenistwa nie będę tłumaczyć. Zawsze jest google translator i zgadywanie o czym jest post patrząc na zdjęcia.

Czytam wiele blogów expatów mieszkających i piszących z Hiszpanii i blog Cat jest jednym z moich ulubionych, zapraszam zatem do zajrzenia na jej bloga, facebooka oraz twittera. I mam nadzieje, że uda mi się Caat poznać osobiście, bo jest szansa, że zawita ona na Zieloną Wyspę, zamiast botellón na świeżym powietrzu będzie  jednak siedzenie w pubie :)


In December I posted a teaser for my new series of guest posts that I will be featuring on my blog starting from today. The first post from ‘Tasty world’ series was available only in Polish as I decided not to translate guest posts (hopefully photos gave you a vague idea of how tasty Portuguese dishes are, and maybe one day some other gust bloggers will write about this country or his favourite Portuguese food). Today, we still are in the Iberian Penisula, and thanks to Cat from Sunshine and Siestas we will find out what and how people in Andalucia eat and drink.

There are many blogs written by expats in Spain, and Cat’s is in my personal top 3, so if you still haven’t discovered it, check her website, facebook and twitter. I hope that I meet her soon, as she may be coming to Ireland soon, instead of botellón we may just stick to a nice old Irish pub.



Experiencing Food in Seville

Like many Mediterranean cultures, the sobremesa – what happens around the dinner table – is important. Dining experiences are often transformed into business meetings, family gatherings and informal get-togethers that bring people to eat, drink and be merry.

Seville’s dining scene is no exception, and it’s coming to call the streets lined with bars and restaurants a sevillano’s living room. Eating out in the capital of Andalusia is a memorable lesson in socializing in this bustling city, whose warm climate and sprinkling of plazas are inviting during the entire year.


De tapas como un Sevillano – Eating like a Sevillian

Meals
For most Spaniards, mealtime is an important gathering, and people eat up to five times a day! Breakfast is important in Seville, usually consisting of a toasted sandwich of olive oil, crushed tomato and sliced Iberian ham with coffee and orange juice, but the midday meal is the largest. Typically eaten between 1:30 and 3:30 in the afternoon, la comida is heavy, has several plates and often lasts for a few hours. Dinner tends to be lighter and served after 8pm. Sevillanos linger in restaurants, moving from beer to coffee to liqueurs or mixed drinks, all in the name of a leisurely lunch and the urgency of celebrating food and life.




Merienda
Even after a large meal, there’s always room for merienda, or a midafternoon snack. Between 5 and 6 p.m., many sevillanos meet friends for a coffee and pastry, often stretching into the long hours of afternoon. Common are chocolate pastries and petit fours, though ice cream can be substituted in during the hot summer months. While many coffee houses are present on Seville’s ancient streets, crammed between gastrobars and chain fashion stores, Confiteria La Campana is the most beloved. A long bar displaying treats for every taste is attended to by workers dressed in pinstripes and aprons, providing an Old World Charm for patrons. Its outdoor tables in Plaza de la Campana are inviting for a rest between shopping or sightseeing.




El Tapeo
Spain’s gastronomy has long been the subject of heralding and high critique, and its tapas scene, called el tapeo, is one of the most famous aspects of food culture in Seville. Small dishes of hot or cold food are a popular way to snack before a meal or even eat, and tend to cost between 1,80€ and 4,00€ in Seville. Oftentimes, eating three or four are enough for a meal, but do as the sevillanos and eat just one at each bar, washed down with a beer or sherry, and move on to the next place. The tapeo in Seville can be found in any neighborhood, but the crowded bars are packed for a reason! Be sure to try sevillano classics, like fried fish, a small sandwich of minced meat called a montaíto de pringá or gazpacho, a cold, tomato-based soup. The tapeo is the busiest on the weekends during meal times.




De copas como un Sevillano – Drinking like a Sevillian

De botellines
Seville’s local beer, Cruzcampo, is the best remedy for blazing days in the Hispalense, as locals call the city. Small glass bottles of beer, called a botellín, or small bottle, are kept chilled and are a sevillano’s choice of beverage with a meal. Botellines go hand in hand with the city’s most memorable dishes. Great places to witness la vidasevillana are Plaza del Salvador, home to a salmon-pink cathedral, and Plaza de los Botellines in the Macarena neighborhood.




De copitas
Cocktail bars, called bares de copas, are popular ways to pass weekend afternoons between mealtimes. Sevillanos love gin tonics and trendy bars, which are easy to find in the center and around the Maestranza bullring. Just don’t expect a Cosmo or Martini – copas in Spain are generally ordered with a brand of liquor and a refreshment, complemented with a slice of lemon. If you’re specifically looking for a cocktail, try The Second Bar on CallePlacentines, or else you’ve got the lion’s share of places to enjoy a bit of booze and the social scene.

De terraza
During the hot summer months, many discos move their bartenders to the rooftops of the cities or near the river, where the nighttime air invites sevillanos to the streets after closing them in their homes during the hot daytime hours. The establishments, called terrazas, often afford gorgeous views of the city at a premium, but they’re worth it! Roof, located inside the Casa Romana Hotel, has incredible vistas of the Cathedral and Salvador, whereas Puerto de Cuba pulsates late into the night right along the Guadalquivir River.




A trip to Seville is not complete without delving into the eating culture that makes the city’s culture accessible, familiar and fun. From the tart, brine-soaked olives to the flaky pastries, Seville’s food scene is one of its greatest traits – and certainly the most delicious!

Cat Gaa left the skyscrapers of Chicago for the olive groves of Andalusia five years ago. A fan of the tapeoand a cold Cruzcampo beer with the sun on her face, she publishes at Sunshine and Siestas, a lifestyle blog that combines all of the things she most loves: food, travel and the language mistakes that make her the effervescent guiri in her group of friends. Follow her on twitter and Instagram at @sunshinesiestas.


Wednesday, 9 January 2013

O Irlandki u Ajki

Niedawno na blogu Ajki napisałam gościnnego posta o Irlandii. Pewnie zauważyliście, że mimo, że Irlandia to kolejny przystanek na mojej prywatnej imigranckiej mapie, nie piszę o tym zielonym kraju za wiele. Ajka nie dała mi wyboru, postawiła sprawę jasno: ma być o Irlandii. Zapraszam więc na bloga Ajki do lektury posta mojego pióra! Tak, jesteście spostrzegawczy, Ajka niedawno napisała u mnie gościnnego posta o detalach maltańskich, jeśli w natłoku przedświątecznych zajęć go przegapiliście, to wypada nadrobić. A ja obiecuję, że jak tylko pogoda się poprawi (pobożne życzenie) i wybierzemy się na jakiś wypad po okolicach, irlandzkiego posta napiszę bez tygodniowych opóźnień!

W dzisiejszych czasach nikt nie pisze pamiętników, wszyscy mają bloga. Zakupy robi się w internecie. Listów się nie wysyła pocztą. Znajomych liczy się w setkach dzięki facebookowi. Czasami się jednak zdarza, że znajomości wirtualne przenoszą się do ‘reala’. Blog Ajki to jeden z pierwszych, który przeczytałam od pierwszego posta do ostatniego, dzięki niemu odkryłam też kilka innych. Nasza znajomość początkowo była wyłącznie wirtualna i ograniczała się do wzajemnego komentowania postów. Z Ajką łączy mnie nie tylko imię, ale też wyczulenie na detale oraz wspólnie spędzonych kilka dni na Majorce. Odkryłam zresztą, że z innymi bloggerkami- Anią i Ewą, które znałam wcześniej też ‘wirtualnie’, a które udało mi się poznać, nadajemy na wspólnych falach i mam nadzieję, że 2013 będzie rokiem obfitującym w podobne spotkania!




I try to write all my posts in 2 languages, my mother language, Polish and in universal English. Sometimes it’s difficults, especially lately, as I’m hosting some guest posts on my blog and also writing other to be posted on fellow travel blogs. I decided that guest posts won’t be translated (don’t worry next 2 guest posts for my ‘Tasty world’ guest blog series are in English), that is why this English version is different than Polish one. I won’t give you the link for my guest post on Ireland that I wrote some time ago for Ajka, a Polish blogger that was my first serious discovery in a travel blog world. Her blog was the first one I read from the first entry to the last, then I discovered Young Adventuress and did the same. Thanks to them I discovered many blogs worth following and found I have many things in common with travel bloggers. I was lucky to meet personally three really nice girls who happen to be bloggers I used to follow. Hopefully in 2013 I will meet more follow bloggers as some of them are planning to visit Ireland and who know, maybe I will plan to visit them in wherever they are currently staying?


Do you have a blog? Have you ever met personally any follow bloggers?

Monday, 7 January 2013

Post gościnny o Bukareszcie/ Guest post about Bucharest


Świat blogowania jest uzależniający. I nie chodzi tu tylko o pisanie bloga, ale bardziej o czytanie innych blogów. Każdy dzień zaczynam sprawdzając, czy pojawily się nowe posty na moich ulubionych blogach, potem wchodzę na facebooka i patrzę na ostatnie opisy na obserwowanych profilach bloggerów, a jakby tego było mało, ostatnio powstała świetna lista polskich blogów turystycznych, która skutecznie zajmuje mi prawie cały czas wolny. Czasu na pisanie własnych wpisów mam więc mało, a na dodatek obiecałam kilka postów gościnnych napisać (dwa już napisane)… Przez posta gościnnego napisanego na blog Aggy, który odkryłam przypadkowo (jak większośc blogów zresztą) kilka tygodniu temu i który sposobał mi się nie tylko przez przypadkową pobieżność naszych imion (Aga-Aggy), ale także przez wspólny przystanek na naszej expatowej drodze, zaczęłam wspominać Rumunię. Aggy bowiem po epizodzie we Francji, znalazła się na studenckiej wymianie w Bukareszcie. I zaprosiła mnie do napisania posta o tym mieście. Ostatnio coraz częściej wspominałam rumuńską przygodę, która trwała prawie 10 miesięcy i skończyła się szybciej niż planowaliśmy. Posta o Bukareszcie, w którym wyjaśniam, że nie zakochałam się w tym chaotycznym, acz ciekawym mieście od pierwszego wejrzenia, można przeczytać na blogu Dream Explore Wander (wersja tylko po angielsku z oczywistych powodów). Zapraszam serdecznie do lektury i do polubienia facebooka DEW.

Pisząc posta o Bukareszcie musiałam przejrzeć zdjęcia… I ogarnęła mnie nostalgia. Nie żebym od razu chciała wskoczyć w pierwszy samolot lecący do Rumunii, ale chciałabym pokazać Wam kilka miejsc, któte warto odwiedzić. Bukareszt to dobra baza wypadowa, jest kilka miejscowości, które nadają się na jednodniowe wypady. Jak tylko uda mi się znaleźć wolną chwilę, to obiecuję, że pokażę Wam fajny zamek czy pałac (nigdy nie nauczę się różnicy) w Sinaia oraz klimatyczne transylwańskie miasteczko Brasov, które aspiruje do bycia rumuńskim Hollywoodem. A na razie zapraszam do lektury mojego gościnnego posta oraz bloga Aggy.

Byliście kiedyś w Rumunii? Czy na Wschód raczej Was nie ciągnie? A może Wy też jesteście uzależnieni od czytania blogów? Może mi chcecie jakieś polecić?



I’m getting more and more addicted to blogging. And it’s not only about writing my own small blog, but also reading hundreds of blogs. Basically I start every single day checking if my favorite bloggers have posted something new. Then I check my fcb to see if they have updated their statuses or posted some new links… Then between working and being bit lazy, I don’t find much time to write my own posts. Recently I’ve also promised to write some guest posts and don’t want to let nobody down (two are already written and posted on great blogs, details to follow), I have food related guest posts ready to be posted on my own blog in my new project “Tasty world”…  I love the whole idea og the guest posts, as you can get to know new bloggers that you may have missed  

The first guest post I’ve written was for Aggy, Indonesian girl that lives in Romania. Like with most of my favorite blogs, I discovered her by accident and had to read few days all the archives to be up to date (another reason I don’t have enough time to post more on my own blog, when I like a certain blog, I read all the old entries as well). Aggy shares with me not only the accidental similarity of our names (Aga-Aggy), but also a stop in our expat road- Bucharest. When she asked me to write a guest post, I didn’t hesitate for a moment, I knew I had to write about this city. After moving again I was feeling nostalgic about the first city we chose as our temporary destination and after talking with Nuno I remember all the good, but also all the bad experiences.  I didn’t fall in love with the city, and you can read why on Dream Explore Wander

Writing a post on this chaotic city meant I had to go through some old photos and I remembered some short trips we made. I promise to write about two of my personal favorites- Sinaia and Brasov soon. In the meantime, feel free to read my post “Not another pretty city” and follow Aggy’s blog and facebook.   

Have you ever been in Romania? Or is it on your list? Are you a blog addict and want to recommend me some of your favorite bloggers?

Friday, 4 January 2013

Szczęśliwa 13?/ Lucky 13?


Trochę się spóźniłam z podsumowaniem roku 2012… Tak się zastanawiałam przez chwilę, czy powinnam sobie podsumowanie odpuścić, tak jak postanowiłam w tym roku nie robić żadnych postanowień noworocznych. Mimo że uwielbiam planować i zastanawiać się nad tym, co przyszłość mi przyniesie, nauczona doświadczeniem wolę być zaskakiwana przez los, bo z moich planów, przynajmniej w 2012 niewiele wyszło.  Czytając inne blogi podróżnicze poczułam ukłucie zazdrości i się zmobilizowałam, po napisaniu posta stwierdziłam, że jest to wpis chyba bardziej dla mnie niż dla Was, powspominałam sobie miniony rok, odwiedzone miejsca i spotkane osoby. Jeśli przegapiliście jakieś posty, to w tym znajdziecie dużo linków :)


Rzut okiem na archiwum blogowe i przypominam sobie, jak spędziłam poszczególne miesiące (przyznaję się, że niektóre posty powstały z dużym opóźnieniem, więc daty poszczególnych wyjazdów muszę zweryfikować). 2012 przyniósł kilka niespodzianek, największą z ich była oczywiście przeprowadzka do Irlandii. Po 3 zmianie nie tylko miasta i kraju zamieszkania jestem chyba ekspertką w pakowaniu, zostawianiu rzeczy niepotrzebnych i zaczynania życia od nowa. 2012 minął bardzo szybko, pomiędzy krótkimi europejskimi wypadami (tym razem nie udała się powtórka z zeszłego roku czyli długi, 3 tygodniowy wypad w jakieś egzotyczne miejsca), odkrywaniem sekretów Barcelony, pakowaniem, odwiedzinami w Polsce i szukaniem pracy, zanim się obejrzałam a lecieliśmy do domu na Święta. Zakończyłam ten rok rodzinnie i w gronie znajomych.

Styczeń upłynął nam pod znakiem przyjemności gastronomicznych. Mieliśmy okazję spróbować tapas w słynnym el Tickets Ferrana Adria, jest do kulinarne przeżycie trudne do opisania. Chętnie bym powtórzyła przygodę w takim stylu, bo uwielbiam odkrywać nowe smaki. Pod koniec stycznia wybraliśmy się też na calçotada, bo gdzie fiesta, a szczególnie związana z jedzeniem, tam staram się zaciągnąć Nuno.


W marcu wybraliśmy się na kolejną hiszpańską fiestę (jakbyście jeszcze nie zauważyli to taka moja mała obsesja), tym razem do Walencji na Fallas. Kraje Południa wiedzą, jak się dobrze bawić! Był głośno, ogniście i kolorowo. Marzec to był także miesiąc spotkań bloggerskich- z  bloggerami z Barcelony wybrałam się w poszukiwanie Hermesa, a na Majorkę odkrywałam z Ajką z Całe życie w podróży i Ewą z Daleko niedaleko

W kwietniu odkryliśmy uroki małych katalońskich miasteczek, w Wielkanoc wybraliśmy się do Tarragony, gdzie byliśmy świadkami mrocznej procesji i do delty Ebru, gdzie wypożyczyliśmy stare rowery. W kwietniu wybrałam się odkrywać na nowo Madryt, który na nowo zachwycił mnie kulinarnie, ale zabytkowo już nie za bardzo. Na szczęście towarzystwo nie zawiodło, do niedawna w Madrycie mieszkała moja przyjaciółka ze studiów Weronika, a do tego w stolicy Hiszpanii mieszka Maria, która z 7 lat temu była na Erasmusie w Warszawie.

Maj to  mój ulubiony miesiąc. I to nie dlatego, że w maju są moje urodziny. Maj to wiosna, eksplozja kolorów, feeria kwiatów, pogoda idealna do jazdy na rowerze i spacerów nad brzegiem morza (jeśli tylko mamy to szczęście, że nad morzem mieszkamy- nam się udało w 2012 i w 2013, choć nie liczę, że pogodowo będzie podobnie). W maju wybraliśmy się do Amsterdamu, który miałam ochotę odwiedzić od kilku lat, ale nigdy nie było mi po drodze. I zakochałam się na tyle, że Nuno na poważnie szukał tam pracy, gdy już wiedział, że musi szukać czegoś nowego. Mam nadzieję, że kiedyś jeszcze do Amsterdamu wrócimy, ale na razie jest jeszcze tyle miast, które czekają na odkrycie, że musimy rewizytę odłożyć.

Czerwiec to gorączka Euro, odczuwalna także w Barcelonie oraz festiwale muzyczne. A lipiec to wakacje. Najpierw kilkudniowy wypad do Paryża, gdzie nie tylko zwiedzaliśmy miasto, ale przede wszystkim byliśmy na ślubie Basi i Thomasa, którzy są winni tego, że w październiku po kilku latach odwiedziłam Warszawę. Potem zabraliśmy moich rodziców na wakacje do Portugalii, by poznali ten piękny kraj, do którego mogę wracać i wracać, zawsze odkrywając nieznane zakątki i smaki. Mamie tak się spodobało, że nie miała by nic przeciwko temu, abyśmy tam zamieszkali. My też nie, tylko ten kryzys.


W sierpniu Nuno wyjechał do Irlandii, a do mnie w odwiedziny przyjechała mama z moją siostrą. Babski wypad do Granady i zwiedzanie tego miasta w nieznośnych upałach będę wspominać bardzo miło. Szczególnie zimą. Zapach mięty przywołuje miłe wspomnienia.
Wrzesień minął błyskawicznie, krótka wizyta taty, pod pretekstem pójścia na mecz FC Barcelony, pakowanie, pożegnania i wyprowadzka z Barcelony. W październiku spędziłam trochę czasu w domu, szukałam pracy i odkrywałam uroki Galway.

Listopad poświęciliśmy na odkrywanie uroków Irlandii i zawieranie nowych znajomości. Grudzień to czas oczekiwania na święta w gronie rodziny i spotkania ze znajomymi, jedzenie polskich przysmaków i naładowanie akumulatorów na nadchodzący rok.

Po 2012 pozostały tylko wspomnienia. Żałuję, że nie pojeździłam więcej po Hiszpanii. Gdybym tylko wiedziała, że się będę z Barcelony wyprowadzać. Zatem 2013 poświęcę na odkrycie każdego wartego zobaczenia zakątka Zielonej Wyspy.  



I’m running  a bit late with posting a summary of 2012. I wasn’t quite sure if I even should write it or just let the memories of 2012 stay in the blog’s archive. But then on every travel blog I read the stories of how many great places they visited in the last year and I got jealous. I usually don’t make any New Year's resolutions, even though I’m a big planner, but as 2012 confirmed, life has a way to mess with my plans. I believe this post is more for my pleasure of reviving the past travels, places I visited and people I met than for you, but as there are a lot of links to old post, in case you missed them.

When writing a travel blog, it’s really easy to remember where I went and when. I just have to check the archive and then correct some dates as some posts are written with quite a delay (it’s just me being super lazy or super busy). 2012 brought few surprises, the biggest was of course moving to Ireland, a country I had never considered as my expat destination. But here I am, after changing countries/cities 4 times in the past 3 years. Can I already be called an expert in packing, throwing away unnecessary things, leaving friends behind and starting a new life? 2012 passes quickly, between short European trips (last year we didn’t manage to go for a longer vacation to some exotic country), discovering the secrets of Barcelona, packing, getting some rest in Poland,  looking for a job, 12 months passed and I was on the plane flying home for Christmas.

January was all about culinary pleasures. We went to el Tickets, famous tapas bar by renowned Ferran Adria. It’s a great gastronomic experience, difficult to describe how much fun we had trying some unexpected tapas. I'd love to repeat one day something similar, for foodie there is nothing better. Well, maybe when eating is combined with travelling. We ended January in Valls, small Catalan village, in the middle of nowhere, where we went for a  calçotada to try special onions. Where is a fiesta, and in particular one food related, it is where I’m trying to drag Nuno. 

In March we went for yet another Spanish fiesta (yes, you are right, I’m a little obsessed with local celebrations), this time o another Spanish fiesta, this time to Valencia for Fallas. Southern countries definitely know how to have fun! It was loud, bright and colorful. March was also a month full of meetings with fellow bloggers. First I searched for Hermes statues with bloggers from Barcelona and then I discovered Mallorca with Polish bloggers Ajka and Ewa.

In April, we decided to discover charming and small Catalan towns during Easter: we went to Tarragona, where we witnessed a solemn procession. Then we went to delta of Ebro, where we rented old bikes to discover a beautiful scenery. Some days later I went to Madrid to rediscover the city after few years and it impressed me again, well, the tapas culture and nightlife as touristically Spanish capital is not my favorite. Fortunately, the company I spent those few days couldn’t be better, as  y friend from the University, Weronika, lived there until recently and I got to spend some quality time with Maria, who was on Erasmus in Warsaw seven years ago and with whom I went on Interrail tour, we got robbed on our train so I will never forget this trip (for that any many other, more positive, things). 

May is my favorite month and it has nothing to do with the fact my Bday is in May. I love it because it is synonym of spring, colors, flowers, riding a bike or going for walk on the seaside (if you are lucky enough to live by the sea, as we were in 2012 and will be in 2013, although I don’t expect the weather to be that good this year due to our location). I always go for a short trip to celebrate my Bday, last year we went  to Amsterdam, a city I had on my to-visit-list for quite some time. fell in love with this city so much that Nuno was looking for a job there once we knew he wouldn’t get his contract renewed in Barcelona. I hope that one day I got the chance for a revisit, but there are so many cities I want to discover first, that it has to wait.  


June was all about Euro fever and music festivals. July equals holidays. First we went for few days to Paris, but not only for sightseeing, but to assist quite a posh wedding of our dear friends. Later we took my parents on a road trip so that they could discover how beautiful and tasty Portugal is. I can return to this country again and again, and there is always something new that surprises me. My mom liked it so much that she said she wouldn’t mind if it was our next destination. If it wasn’t for the crisis, we would seriously consider it. 

August was a month when Nuno left Barcelona and went to Ireland, I couldn’t go with him and I really would like to go for a road trip through France, take a ferry and spent the first days in Galway with him. Instead I spent some time with my mum and sister who decided that they had seen enough of Barcelona and needed a trip. We went to Granada and I have now nice memories from this beautiful city. Especially in winter when I remember how hot it was in Andalucia in the summer. 

September passed quickly, between my dad’s short visit (it was a last chance to go for a FC Barcelona match), packing, saying goodbye to all my friends  and moving, 30 days passed in the blink of an eye.In October, I spent 2 weeks at home, went to rediscover Warsaw, got to like my new temporary city and looked for a job.  

November was when we discovered some Irish gems and met new friends. December was all about waiting for Xmas and being with my friends and family, Polish delicacies and getting the energy for the upcoming year.

I have now only memories left from 2012. I wish I had traveled more in Spain. If only I knew I would be leaving… So 2013 will be all about discovering every corner in Ireland. Stay tuned. 

Tuesday, 22 January 2013

Zapachy i kolory Granady/ Colors of Granada



Dziś zamarzyłam o ciepłym kraju. Za dużo już tych szarych i deszczowych dni (dziś nawet śnieg padał i temperatury spadły poniżej zera)! Potrzebuję słońca! Na razie jednak opcja kupienia biletu i spędzenia choć kilku dni na Karaibach czy w Australii nie wchodzi w grę, nie pozostaje mi nic innego niż powspominać kilka upalnych sierpniowych dni, które spędziłam w Granadzie. Jeśli się orientujecie w średnich temperaturach letnich Andaluzji, to wiecie, że lepiej przełożyć wizytę w tym hiszpańskim regionie na miesiąc inny niż lipiec czy sierpień. Chciałam jednak wykorzystać ostatnią okazję zwiedzenia Alhambry przed przeprowadzką do Irlandii, że zignorowałam wszystkie moje hiszpańskie koleżanki, które pukały się w głowę, jak usłyszały o moich planach.  Nie będę jednak narzekać na ponad 40 stopniowe upały, bo miasto mnie zachwyciło (mimo że po lunchu chowałam się w klimatyzowanym pokoju hotelowym i wychodziłam dopiero w okolicach 18, bo nie dało się wytrzymać na ulicy). 


Dziś nie napiszę jednak o Alhambrze, arabskim pałacu, który przyciąga tłumy turystów. Uwielbiam skupiać się na małych detalach, staram się je wyszukać i zapamiętać. O zabytkach można przeczytać w pierwszym lepszym przewodniku, ale one mogą pominąć intensywny zapach ziół, który czuć na kilkanaście metrów od katedry. Mogą pominąć, jak intensywnie białe są ściany cygańskich grot czy jak wspaniałym pomysłem chroniącym przed słońcem jest zawieszenie metrów materiału nad wąskimi ulicami. 

Zagłębiając się w Albaicin, dzielnicę arabską, można odnieść wrażenie, że znaleźliśmy się w Maroku. Mijamy liczne herbaciarnie serwujące mocną i słodką herbatę ze świeżymi listkami mięty, słyszymy dźwięki arabskiej muzyki, mieszające się z kolorowymi dekoracjami i intensywnymi zapachami (tak dźwięki, zapachy i dekoracje mogą się przenikać i uzupełniać). 


Zbliżając się do katedry czujemy intensywny zapach ziół. Aż kręci się nam w głowie. 
Ja z Granady zapamiętałam upajający zapach mięty, intensywnie pomarańczowo kolor orzeźwiającego gazpacho, świst wachlarzy. I odkryłam, że smażone bakłażany smakują wyśmienicie polane miodem. 


Uwielbiam street art, a spacerując po Granadzie można się natknąć na prawdziwe dzieła sztuki, zasługujące na własny post. 


Nie mogę się doczekać wiosny, która mi się kojarzy właśnie z kolorami i zapachami. Gdyby teletransportacja istniała, to chętnie przeniosłabym się do Andaluzji…



Today it snowed in Ireland.  And winter is not my favorite time of year. I’m already tired of gray and rainy days. I need sun! I dream of spending few days in a warm country. Unfortunately, there is no chance anytime soon to buy a plane ticket and flu to Australia or the Caribbean or Australia. What I can do instead is watch some photos from hot Agust days I spent in Granada. As you can imagine, the summer in Andalucia is sometimes infernal, and it is better to avoid visiting this region during July or August. But I really wanted to see Alhambra before moving to rainy Ireland so I ignored all my Spanish friends, who though I was crazy not to go to spend my few days of holiday on a beach. Well, I must admit that I was forced to spend few hours after lunch in  an air conditioned hotel room as it was virtually impossible to walk on the streets when it was over 40 degrees and no wind. But still, I fell in love with the city. 


Today, however, I won’t focus on Alhambra, the main reason people visit Granada. As you may have noticed, I love to focus on small details that some people tend to ignore. You can read in a guide about how beautiful certain touristic attraction is, but you won’t find the description of how intensively herbs smell there or how vibrant colors are in a city. And for me Granada was all about colors and smells (well, and high temperature and Alhambra as well). So today I’m taking you for w walk around white narrow streets.


When you get lost in the maze of narrow streets of the Albaicin district and you forget for a moment that you are in Spain, you may get the impression you are somewhere in Marocco. OR at least that is how I imagine this country is, as my visit there is still pending. You find many tea rooms serving strong and sweet tea with fresh mint leaves, you hear the sounds of Arabic music, and all those colorful decorations and intense fragrances just strengthen that impression.


When you are close to the cathedra,  the first thing you notice is an intensive smell of herbs. It’s so refreshing in summer heat! 

Every time I feel the smell of mind, I remember the days I spent in Granada. I discovered there how great a fried eggplant tastes when you drizzle it with honey. Or how refreshing a gazpacho is… Or that Spanish women really know what they are doing when using a fan.


I love street art, and Granada is full of gems. Just get yourself lost and you will come across a real piece of art! Promise a post on that soon.  


I’m really looking forward to spring, to exploring new places … Somehow, for me, winter is not a good season to travel. 

Monday, 14 January 2013

Experiencing Food in Seville by Cat Gaa


Pora dziś na post z serii ‘Smaczny świat’, której to serii przedsmak mieliście już w grudniu. Nie ruszymy się z półwyspu iberyjskiego. Dziś, dzięki Cat, poznamy, co i jak jedzą i pija w Andaluzji (kuchnia Hiszpanii jest bowiem tak zróżnicowana, że nawet jeśli już wystarczająco was zanudziłam specjalnościami  Katalonii, to mam nadzieję, że kilka nowych rzeczy z tego postu gościnnego wyczytacie). Staram się pisać wszystkie posty w 2 językach, ale jest to dość czasochłonne, dlatego postanowiłam, że postów gościnnych z lenistwa nie będę tłumaczyć. Zawsze jest google translator i zgadywanie o czym jest post patrząc na zdjęcia.

Czytam wiele blogów expatów mieszkających i piszących z Hiszpanii i blog Cat jest jednym z moich ulubionych, zapraszam zatem do zajrzenia na jej bloga, facebooka oraz twittera. I mam nadzieje, że uda mi się Caat poznać osobiście, bo jest szansa, że zawita ona na Zieloną Wyspę, zamiast botellón na świeżym powietrzu będzie  jednak siedzenie w pubie :)


In December I posted a teaser for my new series of guest posts that I will be featuring on my blog starting from today. The first post from ‘Tasty world’ series was available only in Polish as I decided not to translate guest posts (hopefully photos gave you a vague idea of how tasty Portuguese dishes are, and maybe one day some other gust bloggers will write about this country or his favourite Portuguese food). Today, we still are in the Iberian Penisula, and thanks to Cat from Sunshine and Siestas we will find out what and how people in Andalucia eat and drink.

There are many blogs written by expats in Spain, and Cat’s is in my personal top 3, so if you still haven’t discovered it, check her website, facebook and twitter. I hope that I meet her soon, as she may be coming to Ireland soon, instead of botellón we may just stick to a nice old Irish pub.



Experiencing Food in Seville

Like many Mediterranean cultures, the sobremesa – what happens around the dinner table – is important. Dining experiences are often transformed into business meetings, family gatherings and informal get-togethers that bring people to eat, drink and be merry.

Seville’s dining scene is no exception, and it’s coming to call the streets lined with bars and restaurants a sevillano’s living room. Eating out in the capital of Andalusia is a memorable lesson in socializing in this bustling city, whose warm climate and sprinkling of plazas are inviting during the entire year.


De tapas como un Sevillano – Eating like a Sevillian

Meals
For most Spaniards, mealtime is an important gathering, and people eat up to five times a day! Breakfast is important in Seville, usually consisting of a toasted sandwich of olive oil, crushed tomato and sliced Iberian ham with coffee and orange juice, but the midday meal is the largest. Typically eaten between 1:30 and 3:30 in the afternoon, la comida is heavy, has several plates and often lasts for a few hours. Dinner tends to be lighter and served after 8pm. Sevillanos linger in restaurants, moving from beer to coffee to liqueurs or mixed drinks, all in the name of a leisurely lunch and the urgency of celebrating food and life.




Merienda
Even after a large meal, there’s always room for merienda, or a midafternoon snack. Between 5 and 6 p.m., many sevillanos meet friends for a coffee and pastry, often stretching into the long hours of afternoon. Common are chocolate pastries and petit fours, though ice cream can be substituted in during the hot summer months. While many coffee houses are present on Seville’s ancient streets, crammed between gastrobars and chain fashion stores, Confiteria La Campana is the most beloved. A long bar displaying treats for every taste is attended to by workers dressed in pinstripes and aprons, providing an Old World Charm for patrons. Its outdoor tables in Plaza de la Campana are inviting for a rest between shopping or sightseeing.




El Tapeo
Spain’s gastronomy has long been the subject of heralding and high critique, and its tapas scene, called el tapeo, is one of the most famous aspects of food culture in Seville. Small dishes of hot or cold food are a popular way to snack before a meal or even eat, and tend to cost between 1,80€ and 4,00€ in Seville. Oftentimes, eating three or four are enough for a meal, but do as the sevillanos and eat just one at each bar, washed down with a beer or sherry, and move on to the next place. The tapeo in Seville can be found in any neighborhood, but the crowded bars are packed for a reason! Be sure to try sevillano classics, like fried fish, a small sandwich of minced meat called a montaíto de pringá or gazpacho, a cold, tomato-based soup. The tapeo is the busiest on the weekends during meal times.




De copas como un Sevillano – Drinking like a Sevillian

De botellines
Seville’s local beer, Cruzcampo, is the best remedy for blazing days in the Hispalense, as locals call the city. Small glass bottles of beer, called a botellín, or small bottle, are kept chilled and are a sevillano’s choice of beverage with a meal. Botellines go hand in hand with the city’s most memorable dishes. Great places to witness la vidasevillana are Plaza del Salvador, home to a salmon-pink cathedral, and Plaza de los Botellines in the Macarena neighborhood.




De copitas
Cocktail bars, called bares de copas, are popular ways to pass weekend afternoons between mealtimes. Sevillanos love gin tonics and trendy bars, which are easy to find in the center and around the Maestranza bullring. Just don’t expect a Cosmo or Martini – copas in Spain are generally ordered with a brand of liquor and a refreshment, complemented with a slice of lemon. If you’re specifically looking for a cocktail, try The Second Bar on CallePlacentines, or else you’ve got the lion’s share of places to enjoy a bit of booze and the social scene.

De terraza
During the hot summer months, many discos move their bartenders to the rooftops of the cities or near the river, where the nighttime air invites sevillanos to the streets after closing them in their homes during the hot daytime hours. The establishments, called terrazas, often afford gorgeous views of the city at a premium, but they’re worth it! Roof, located inside the Casa Romana Hotel, has incredible vistas of the Cathedral and Salvador, whereas Puerto de Cuba pulsates late into the night right along the Guadalquivir River.




A trip to Seville is not complete without delving into the eating culture that makes the city’s culture accessible, familiar and fun. From the tart, brine-soaked olives to the flaky pastries, Seville’s food scene is one of its greatest traits – and certainly the most delicious!

Cat Gaa left the skyscrapers of Chicago for the olive groves of Andalusia five years ago. A fan of the tapeoand a cold Cruzcampo beer with the sun on her face, she publishes at Sunshine and Siestas, a lifestyle blog that combines all of the things she most loves: food, travel and the language mistakes that make her the effervescent guiri in her group of friends. Follow her on twitter and Instagram at @sunshinesiestas.


Wednesday, 9 January 2013

O Irlandki u Ajki

Niedawno na blogu Ajki napisałam gościnnego posta o Irlandii. Pewnie zauważyliście, że mimo, że Irlandia to kolejny przystanek na mojej prywatnej imigranckiej mapie, nie piszę o tym zielonym kraju za wiele. Ajka nie dała mi wyboru, postawiła sprawę jasno: ma być o Irlandii. Zapraszam więc na bloga Ajki do lektury posta mojego pióra! Tak, jesteście spostrzegawczy, Ajka niedawno napisała u mnie gościnnego posta o detalach maltańskich, jeśli w natłoku przedświątecznych zajęć go przegapiliście, to wypada nadrobić. A ja obiecuję, że jak tylko pogoda się poprawi (pobożne życzenie) i wybierzemy się na jakiś wypad po okolicach, irlandzkiego posta napiszę bez tygodniowych opóźnień!

W dzisiejszych czasach nikt nie pisze pamiętników, wszyscy mają bloga. Zakupy robi się w internecie. Listów się nie wysyła pocztą. Znajomych liczy się w setkach dzięki facebookowi. Czasami się jednak zdarza, że znajomości wirtualne przenoszą się do ‘reala’. Blog Ajki to jeden z pierwszych, który przeczytałam od pierwszego posta do ostatniego, dzięki niemu odkryłam też kilka innych. Nasza znajomość początkowo była wyłącznie wirtualna i ograniczała się do wzajemnego komentowania postów. Z Ajką łączy mnie nie tylko imię, ale też wyczulenie na detale oraz wspólnie spędzonych kilka dni na Majorce. Odkryłam zresztą, że z innymi bloggerkami- Anią i Ewą, które znałam wcześniej też ‘wirtualnie’, a które udało mi się poznać, nadajemy na wspólnych falach i mam nadzieję, że 2013 będzie rokiem obfitującym w podobne spotkania!




I try to write all my posts in 2 languages, my mother language, Polish and in universal English. Sometimes it’s difficults, especially lately, as I’m hosting some guest posts on my blog and also writing other to be posted on fellow travel blogs. I decided that guest posts won’t be translated (don’t worry next 2 guest posts for my ‘Tasty world’ guest blog series are in English), that is why this English version is different than Polish one. I won’t give you the link for my guest post on Ireland that I wrote some time ago for Ajka, a Polish blogger that was my first serious discovery in a travel blog world. Her blog was the first one I read from the first entry to the last, then I discovered Young Adventuress and did the same. Thanks to them I discovered many blogs worth following and found I have many things in common with travel bloggers. I was lucky to meet personally three really nice girls who happen to be bloggers I used to follow. Hopefully in 2013 I will meet more follow bloggers as some of them are planning to visit Ireland and who know, maybe I will plan to visit them in wherever they are currently staying?


Do you have a blog? Have you ever met personally any follow bloggers?

Monday, 7 January 2013

Post gościnny o Bukareszcie/ Guest post about Bucharest


Świat blogowania jest uzależniający. I nie chodzi tu tylko o pisanie bloga, ale bardziej o czytanie innych blogów. Każdy dzień zaczynam sprawdzając, czy pojawily się nowe posty na moich ulubionych blogach, potem wchodzę na facebooka i patrzę na ostatnie opisy na obserwowanych profilach bloggerów, a jakby tego było mało, ostatnio powstała świetna lista polskich blogów turystycznych, która skutecznie zajmuje mi prawie cały czas wolny. Czasu na pisanie własnych wpisów mam więc mało, a na dodatek obiecałam kilka postów gościnnych napisać (dwa już napisane)… Przez posta gościnnego napisanego na blog Aggy, który odkryłam przypadkowo (jak większośc blogów zresztą) kilka tygodniu temu i który sposobał mi się nie tylko przez przypadkową pobieżność naszych imion (Aga-Aggy), ale także przez wspólny przystanek na naszej expatowej drodze, zaczęłam wspominać Rumunię. Aggy bowiem po epizodzie we Francji, znalazła się na studenckiej wymianie w Bukareszcie. I zaprosiła mnie do napisania posta o tym mieście. Ostatnio coraz częściej wspominałam rumuńską przygodę, która trwała prawie 10 miesięcy i skończyła się szybciej niż planowaliśmy. Posta o Bukareszcie, w którym wyjaśniam, że nie zakochałam się w tym chaotycznym, acz ciekawym mieście od pierwszego wejrzenia, można przeczytać na blogu Dream Explore Wander (wersja tylko po angielsku z oczywistych powodów). Zapraszam serdecznie do lektury i do polubienia facebooka DEW.

Pisząc posta o Bukareszcie musiałam przejrzeć zdjęcia… I ogarnęła mnie nostalgia. Nie żebym od razu chciała wskoczyć w pierwszy samolot lecący do Rumunii, ale chciałabym pokazać Wam kilka miejsc, któte warto odwiedzić. Bukareszt to dobra baza wypadowa, jest kilka miejscowości, które nadają się na jednodniowe wypady. Jak tylko uda mi się znaleźć wolną chwilę, to obiecuję, że pokażę Wam fajny zamek czy pałac (nigdy nie nauczę się różnicy) w Sinaia oraz klimatyczne transylwańskie miasteczko Brasov, które aspiruje do bycia rumuńskim Hollywoodem. A na razie zapraszam do lektury mojego gościnnego posta oraz bloga Aggy.

Byliście kiedyś w Rumunii? Czy na Wschód raczej Was nie ciągnie? A może Wy też jesteście uzależnieni od czytania blogów? Może mi chcecie jakieś polecić?



I’m getting more and more addicted to blogging. And it’s not only about writing my own small blog, but also reading hundreds of blogs. Basically I start every single day checking if my favorite bloggers have posted something new. Then I check my fcb to see if they have updated their statuses or posted some new links… Then between working and being bit lazy, I don’t find much time to write my own posts. Recently I’ve also promised to write some guest posts and don’t want to let nobody down (two are already written and posted on great blogs, details to follow), I have food related guest posts ready to be posted on my own blog in my new project “Tasty world”…  I love the whole idea og the guest posts, as you can get to know new bloggers that you may have missed  

The first guest post I’ve written was for Aggy, Indonesian girl that lives in Romania. Like with most of my favorite blogs, I discovered her by accident and had to read few days all the archives to be up to date (another reason I don’t have enough time to post more on my own blog, when I like a certain blog, I read all the old entries as well). Aggy shares with me not only the accidental similarity of our names (Aga-Aggy), but also a stop in our expat road- Bucharest. When she asked me to write a guest post, I didn’t hesitate for a moment, I knew I had to write about this city. After moving again I was feeling nostalgic about the first city we chose as our temporary destination and after talking with Nuno I remember all the good, but also all the bad experiences.  I didn’t fall in love with the city, and you can read why on Dream Explore Wander

Writing a post on this chaotic city meant I had to go through some old photos and I remembered some short trips we made. I promise to write about two of my personal favorites- Sinaia and Brasov soon. In the meantime, feel free to read my post “Not another pretty city” and follow Aggy’s blog and facebook.   

Have you ever been in Romania? Or is it on your list? Are you a blog addict and want to recommend me some of your favorite bloggers?

Friday, 4 January 2013

Szczęśliwa 13?/ Lucky 13?


Trochę się spóźniłam z podsumowaniem roku 2012… Tak się zastanawiałam przez chwilę, czy powinnam sobie podsumowanie odpuścić, tak jak postanowiłam w tym roku nie robić żadnych postanowień noworocznych. Mimo że uwielbiam planować i zastanawiać się nad tym, co przyszłość mi przyniesie, nauczona doświadczeniem wolę być zaskakiwana przez los, bo z moich planów, przynajmniej w 2012 niewiele wyszło.  Czytając inne blogi podróżnicze poczułam ukłucie zazdrości i się zmobilizowałam, po napisaniu posta stwierdziłam, że jest to wpis chyba bardziej dla mnie niż dla Was, powspominałam sobie miniony rok, odwiedzone miejsca i spotkane osoby. Jeśli przegapiliście jakieś posty, to w tym znajdziecie dużo linków :)


Rzut okiem na archiwum blogowe i przypominam sobie, jak spędziłam poszczególne miesiące (przyznaję się, że niektóre posty powstały z dużym opóźnieniem, więc daty poszczególnych wyjazdów muszę zweryfikować). 2012 przyniósł kilka niespodzianek, największą z ich była oczywiście przeprowadzka do Irlandii. Po 3 zmianie nie tylko miasta i kraju zamieszkania jestem chyba ekspertką w pakowaniu, zostawianiu rzeczy niepotrzebnych i zaczynania życia od nowa. 2012 minął bardzo szybko, pomiędzy krótkimi europejskimi wypadami (tym razem nie udała się powtórka z zeszłego roku czyli długi, 3 tygodniowy wypad w jakieś egzotyczne miejsca), odkrywaniem sekretów Barcelony, pakowaniem, odwiedzinami w Polsce i szukaniem pracy, zanim się obejrzałam a lecieliśmy do domu na Święta. Zakończyłam ten rok rodzinnie i w gronie znajomych.

Styczeń upłynął nam pod znakiem przyjemności gastronomicznych. Mieliśmy okazję spróbować tapas w słynnym el Tickets Ferrana Adria, jest do kulinarne przeżycie trudne do opisania. Chętnie bym powtórzyła przygodę w takim stylu, bo uwielbiam odkrywać nowe smaki. Pod koniec stycznia wybraliśmy się też na calçotada, bo gdzie fiesta, a szczególnie związana z jedzeniem, tam staram się zaciągnąć Nuno.


W marcu wybraliśmy się na kolejną hiszpańską fiestę (jakbyście jeszcze nie zauważyli to taka moja mała obsesja), tym razem do Walencji na Fallas. Kraje Południa wiedzą, jak się dobrze bawić! Był głośno, ogniście i kolorowo. Marzec to był także miesiąc spotkań bloggerskich- z  bloggerami z Barcelony wybrałam się w poszukiwanie Hermesa, a na Majorkę odkrywałam z Ajką z Całe życie w podróży i Ewą z Daleko niedaleko

W kwietniu odkryliśmy uroki małych katalońskich miasteczek, w Wielkanoc wybraliśmy się do Tarragony, gdzie byliśmy świadkami mrocznej procesji i do delty Ebru, gdzie wypożyczyliśmy stare rowery. W kwietniu wybrałam się odkrywać na nowo Madryt, który na nowo zachwycił mnie kulinarnie, ale zabytkowo już nie za bardzo. Na szczęście towarzystwo nie zawiodło, do niedawna w Madrycie mieszkała moja przyjaciółka ze studiów Weronika, a do tego w stolicy Hiszpanii mieszka Maria, która z 7 lat temu była na Erasmusie w Warszawie.

Maj to  mój ulubiony miesiąc. I to nie dlatego, że w maju są moje urodziny. Maj to wiosna, eksplozja kolorów, feeria kwiatów, pogoda idealna do jazdy na rowerze i spacerów nad brzegiem morza (jeśli tylko mamy to szczęście, że nad morzem mieszkamy- nam się udało w 2012 i w 2013, choć nie liczę, że pogodowo będzie podobnie). W maju wybraliśmy się do Amsterdamu, który miałam ochotę odwiedzić od kilku lat, ale nigdy nie było mi po drodze. I zakochałam się na tyle, że Nuno na poważnie szukał tam pracy, gdy już wiedział, że musi szukać czegoś nowego. Mam nadzieję, że kiedyś jeszcze do Amsterdamu wrócimy, ale na razie jest jeszcze tyle miast, które czekają na odkrycie, że musimy rewizytę odłożyć.

Czerwiec to gorączka Euro, odczuwalna także w Barcelonie oraz festiwale muzyczne. A lipiec to wakacje. Najpierw kilkudniowy wypad do Paryża, gdzie nie tylko zwiedzaliśmy miasto, ale przede wszystkim byliśmy na ślubie Basi i Thomasa, którzy są winni tego, że w październiku po kilku latach odwiedziłam Warszawę. Potem zabraliśmy moich rodziców na wakacje do Portugalii, by poznali ten piękny kraj, do którego mogę wracać i wracać, zawsze odkrywając nieznane zakątki i smaki. Mamie tak się spodobało, że nie miała by nic przeciwko temu, abyśmy tam zamieszkali. My też nie, tylko ten kryzys.


W sierpniu Nuno wyjechał do Irlandii, a do mnie w odwiedziny przyjechała mama z moją siostrą. Babski wypad do Granady i zwiedzanie tego miasta w nieznośnych upałach będę wspominać bardzo miło. Szczególnie zimą. Zapach mięty przywołuje miłe wspomnienia.
Wrzesień minął błyskawicznie, krótka wizyta taty, pod pretekstem pójścia na mecz FC Barcelony, pakowanie, pożegnania i wyprowadzka z Barcelony. W październiku spędziłam trochę czasu w domu, szukałam pracy i odkrywałam uroki Galway.

Listopad poświęciliśmy na odkrywanie uroków Irlandii i zawieranie nowych znajomości. Grudzień to czas oczekiwania na święta w gronie rodziny i spotkania ze znajomymi, jedzenie polskich przysmaków i naładowanie akumulatorów na nadchodzący rok.

Po 2012 pozostały tylko wspomnienia. Żałuję, że nie pojeździłam więcej po Hiszpanii. Gdybym tylko wiedziała, że się będę z Barcelony wyprowadzać. Zatem 2013 poświęcę na odkrycie każdego wartego zobaczenia zakątka Zielonej Wyspy.  



I’m running  a bit late with posting a summary of 2012. I wasn’t quite sure if I even should write it or just let the memories of 2012 stay in the blog’s archive. But then on every travel blog I read the stories of how many great places they visited in the last year and I got jealous. I usually don’t make any New Year's resolutions, even though I’m a big planner, but as 2012 confirmed, life has a way to mess with my plans. I believe this post is more for my pleasure of reviving the past travels, places I visited and people I met than for you, but as there are a lot of links to old post, in case you missed them.

When writing a travel blog, it’s really easy to remember where I went and when. I just have to check the archive and then correct some dates as some posts are written with quite a delay (it’s just me being super lazy or super busy). 2012 brought few surprises, the biggest was of course moving to Ireland, a country I had never considered as my expat destination. But here I am, after changing countries/cities 4 times in the past 3 years. Can I already be called an expert in packing, throwing away unnecessary things, leaving friends behind and starting a new life? 2012 passes quickly, between short European trips (last year we didn’t manage to go for a longer vacation to some exotic country), discovering the secrets of Barcelona, packing, getting some rest in Poland,  looking for a job, 12 months passed and I was on the plane flying home for Christmas.

January was all about culinary pleasures. We went to el Tickets, famous tapas bar by renowned Ferran Adria. It’s a great gastronomic experience, difficult to describe how much fun we had trying some unexpected tapas. I'd love to repeat one day something similar, for foodie there is nothing better. Well, maybe when eating is combined with travelling. We ended January in Valls, small Catalan village, in the middle of nowhere, where we went for a  calçotada to try special onions. Where is a fiesta, and in particular one food related, it is where I’m trying to drag Nuno. 

In March we went for yet another Spanish fiesta (yes, you are right, I’m a little obsessed with local celebrations), this time o another Spanish fiesta, this time to Valencia for Fallas. Southern countries definitely know how to have fun! It was loud, bright and colorful. March was also a month full of meetings with fellow bloggers. First I searched for Hermes statues with bloggers from Barcelona and then I discovered Mallorca with Polish bloggers Ajka and Ewa.

In April, we decided to discover charming and small Catalan towns during Easter: we went to Tarragona, where we witnessed a solemn procession. Then we went to delta of Ebro, where we rented old bikes to discover a beautiful scenery. Some days later I went to Madrid to rediscover the city after few years and it impressed me again, well, the tapas culture and nightlife as touristically Spanish capital is not my favorite. Fortunately, the company I spent those few days couldn’t be better, as  y friend from the University, Weronika, lived there until recently and I got to spend some quality time with Maria, who was on Erasmus in Warsaw seven years ago and with whom I went on Interrail tour, we got robbed on our train so I will never forget this trip (for that any many other, more positive, things). 

May is my favorite month and it has nothing to do with the fact my Bday is in May. I love it because it is synonym of spring, colors, flowers, riding a bike or going for walk on the seaside (if you are lucky enough to live by the sea, as we were in 2012 and will be in 2013, although I don’t expect the weather to be that good this year due to our location). I always go for a short trip to celebrate my Bday, last year we went  to Amsterdam, a city I had on my to-visit-list for quite some time. fell in love with this city so much that Nuno was looking for a job there once we knew he wouldn’t get his contract renewed in Barcelona. I hope that one day I got the chance for a revisit, but there are so many cities I want to discover first, that it has to wait.  


June was all about Euro fever and music festivals. July equals holidays. First we went for few days to Paris, but not only for sightseeing, but to assist quite a posh wedding of our dear friends. Later we took my parents on a road trip so that they could discover how beautiful and tasty Portugal is. I can return to this country again and again, and there is always something new that surprises me. My mom liked it so much that she said she wouldn’t mind if it was our next destination. If it wasn’t for the crisis, we would seriously consider it. 

August was a month when Nuno left Barcelona and went to Ireland, I couldn’t go with him and I really would like to go for a road trip through France, take a ferry and spent the first days in Galway with him. Instead I spent some time with my mum and sister who decided that they had seen enough of Barcelona and needed a trip. We went to Granada and I have now nice memories from this beautiful city. Especially in winter when I remember how hot it was in Andalucia in the summer. 

September passed quickly, between my dad’s short visit (it was a last chance to go for a FC Barcelona match), packing, saying goodbye to all my friends  and moving, 30 days passed in the blink of an eye.In October, I spent 2 weeks at home, went to rediscover Warsaw, got to like my new temporary city and looked for a job.  

November was when we discovered some Irish gems and met new friends. December was all about waiting for Xmas and being with my friends and family, Polish delicacies and getting the energy for the upcoming year.

I have now only memories left from 2012. I wish I had traveled more in Spain. If only I knew I would be leaving… So 2013 will be all about discovering every corner in Ireland. Stay tuned. 

Bądź na bieżąco/ Follow by Email