Thursday, 28 June 2012

Tego lata zakochaj się w Barcelonie/ This summer fall in love with Barcelona

Un estiu per enamorar-te de Barcelona (czyli dosłownie wakacje do zakochania się w Barcelonie) to slogan z plakatu urzędu miasta, na który zwróciłam uwagę kilka dni temu idąc do metra. Tak jak podoba mi się hasło (niewiele się różniące, jeśli ominiemy porę roku) promujące stolicę Polski, czyli Zakochaj się w Warszawie, tak samo myślę, że letnie miesiące są idealne, aby poddać się urokowi Barcelony. Co wcale oczywiście nie znaczy, że podczas miesięcy zimowych czy jesiennych można się tu nudzić czy się nią nie zachwycić. Ale to podczas wiosny i lata, gdy slońce i temperatura sprawiają, że całe życie barcelończyków przenosi się na ulice i plaże naprawdę trudno oprzeć się urokowi tego miasta.

Dzięki letniej akcji promującej Barcelonę, nikt się nie bedzie nudzil w miesiącach letnich, do wyboru mamy bowiem niezliczone koncerty (np. w parkach), pokazy filmów na świeżym powietrzu, fiestas mayores wielu dzielnic, niezliczone ogródki restauracyjne oraz plaże miejskie (nie tylko Barceloneta, na odważniejszych czeka plaża nudystów). Szczegóły do zobaczenia na stronie Ayuntamiento, atrakcje podzielone są tematycznie : co się dzieje, plaże, baseny, muzyka, noce letnie, lato i dzieci, lokalne święta, parki i ogrody, Municipal measures albo ze względu na ich lokalizację. Z wielu propozycji na pewno skorzystamy. W zeszłym roku byliśmy na bardzo fajnym festiwalu filmów krótkometrażowych Mecal Air, gdzie za grosze można spędzić miły piątkowy wieczór w Poble Espanyol. Jutro idziemy na inaugurację kina pod chmurką (film poprzedzony koncertem oraz filmem krotkometrazowym) przy zamku na Montjuicku, wyposażeni w kocyk i koszyk piknikowy. Inną propozycją jest zaczynający się 1 lipca Grec Festival, czyli coś dla milośników teatru i spekatakli muzycznych i tanecznych.


Ciekawy też może być pokaz balonów :) odbywa się on od 4 do 10 lipca, w miasteczku Igualada, bardzo blisko i dobrze skomunikowanym z Barceloną. Wyobraźcie sobie niebo pełne kolorowych balonów, kontrastujących z błękitem nieba i bielą chmur. Niestety, w tym czasie jesteśmy na urlopie, więc mogę to sobie tylko wyobrazić...

Jeśli wy wybieracie Barcelonę na wasz urlop, nie zapomnijcie, że oprócz zwiedzania zabytków (ciekawostka: Pedrera ma ciekawą letnią propozycję nocnego zwiedzania), możecie skorzystać z licznych propozycji kulturalnych (za darmo lub za niewielką opłatę) i wybrać się na jakiś fajny koncert w parku lub uczestniczyć w świętowaniu dzielnicy (najbardziej bajkowe są przystrojone ulice Gracii w sierpniu, ale Raval czy Poble Sec mają swoje fiestas w lipcu, więc warto się zapoznać z atrakcjami przygotowanymi z tej okazji). A jak zmęczą was upały, Barcelona zaprasza na plażę :) Przygotujcie się jednak, że są one zatłoczone i po wyjściu z wody ciężko znaleźć własny ręcznik, o czym niedawno przekonał się Nuno :) Można jednak podjechać pociągiem do plaż poza Barceloną czy wynająć samochód i odkryć sekrety Costa Brava.




Un estiu per enamorar-te de Barcelona (which means a summer to fall in love with Barcelona) was a catchphrase I saw few days ago on a poster by city hall on my way to metro. Instantly I liked it, it is fun and makes you smile. But it also made my think about all the things I love in Barcelona and why I think that summer is a perfect time to be charmed by this city. Of course, there is nothing wrong with being in Barcelona during autumn and winter, it is just that with sun and good weather Barcelona gains the whole new dimension. It is when the life of all the Barcelonians moves to streets and beaches and you find yourself under the spell of this magic city.

And with the rich offer promoting Barcelona on many levels, nobody can possibly be bored this summer. One can choose between countless concerts (in different venues, some take place in parks), fresh air cinema, fiestas mayores of many districts, hundreds of terraces to enjoy a nice drink, or enjoy a day on one of urban beaches (don´t limit yourself to Barceloneta, there is a beach for nudist, so try it if you are brave enough!). Check more details on Ayuntamiento´s website, you can either consult it by subject: what is happening, beaches, swimming pools, music, summer nights, summer and children, local festivals, parks and gardens , municipal measures or by the districts. We will definitely participate in many of the activities listed there. Last year I enjoyed a great short movie festival Mecal Air, so definitely it is a must this summer as well; it is a cheap way to have fun on a Friday evening in Poble Espanyol. Tomorrow we are going for the first movie show outdoor (before a movie there is a concert and a short movie projection as well) at the castle of Montjuick, and we are going well equipped with a blanket and picnic basket (and wine of course). Another nice idea for those who enjoys theater and music/dance spectacles is Grec Festival, which starts on the 1st of July.


There is another festival that I discovered and it is quite a funny and alternative one. A balloons show takes place from 4th to 10th July, in Igualada, a town that is very close to Barcelona and well connected. Just picture a sky covered with colorful balloons, contrasting with the blue sky and white clouds. Unfortunately, since we are on holidays, we can´t participate in what seems like a fun event.

If you choose Barcelona as your holiday destination, don´t limit your stay to sightseeing only (although there are also some interesting proposals, as Pedrera´s summer night tour). to participate in many outdoor cultural activities (many are free or very cheap) will make your stay unforgettable. Just go for a nice concert in a park or have fun during Barcelona districts´parties (the most popular are decorated streets of Gracia that look like taken from fairytales but Raval and Poble Sec have their fiestas in July, so you might want to google interesting activities for fiesta mayor). And if you get tired of walking in the sun, you can have a rest on a beach. Be prepared, however, that all Barcelona´s beaches are crowded and after swimming it may be hard to find your own towel (Nuno knows something about it). Good alternative is to take a train and go to some nice beaches outside Barcelona or rent a car and discover the secrets of Costa Brava.

Wednesday, 20 June 2012

Gorączka Euro2012 w Barcelonie/ Euro 2012 madness in Barcelona

Od 8 czerwca liczą się głównie mecze. Wiem, atmosfera poza Polską i Ukrainą, na pewno nie jest tak gorąca. Polska oszalała! Co wchodzę na stronę gazety, to główne newsy dotyczą europejskich gwiazd futbolu, gdzie śpią, co jedzą i tym podobne sensacyjne informacje. Gdy widzę zdjęcia moich znajomych ze strefy kibica czy z trybun stadionów, czuję zazdrość i jak nigdy wcześniej tęsknię za moim krajem. Bo pewnie nigdy już nie będziemy organizatorami imprezy na taką skalę. I trochę mi żal, że nie jestem częścią tej sportowej historii. Co nie znaczy, że mi się gorączka futbolowa nie udzieliła. Faza grupowa dobiega końca, Polska niestety już odpadła, teraz pozostaje mi kibicowanie Portugalii, która przedwczoraj wygrała z Holandią i tym samym wyszła z grupy i zmierzy się z Czechami w Warszawie (co bym dała, żeby tam być).

W Barcelonie, jakoś nie widać ogólnej euforii, może to dlatego, że Hiszpanie są święcie przekonani, że tytuł mistrza mają w kieszeni. Trochę z przekory im nie kibicuję. A mecze oglądam nie tylko ze względu na fakt, że jest to jeden z głównych tematów rozmów w pracy.

Meczu na otwarcie nie mogłam oglądać w całości, bo praca do 18.30 ma swoje minusy (plusów nie zauważam nadal), ale prawie każdego dnia oglądaliśmy jakiś pojedynek na murawie. Oglądanie w zaciszu domowym to nie jest to, więc staraliśmy się przynajmniej niektóre mecze (czytaj Polski, Portugalii i Włoch/Hiszpanii) oglądać w barze otoczeni kibicami, by razem z nimi dzielić emocje. Mecz Portugalia kontra Niemcy zbiegł się z obchodami dni Portugalii, z tej okazji organizatorzy postawili na placu telebim i retransmitowali mecz (trochę nas rozczarowała wielkość ekranu, przy tłumach Portugalczyków, którzy przyszli dopingować Ronaldo+ resztę drużyny nie zawsze było dobrze widać). Niestety, Niemcy wygrali, co nie przeszkodziło Portugalczykom dobrze się bawić na koncercie.


Następnego dnia mecz Hiszpania-Włochy oglądaliśmy w towarzystwie mojego włoskiego kolegi z Erasmusa, Domenico. Włosi to dopiero żywo komentują! Niestety nie mieliśmy szczęścia i neapolitański był tak napakowany fanami Squadra Azzurra, że musieliśmy poszukać alternatywnego lokalu, ale atmosfera nie była ta sama. Na szczęście wczoraj poszliśmy na tyle wcześniej, że udało nam się załapać na stolik i oprócz oglądania meczu zjedliśmy przepyszną pizzę i włoskie desery (polecam Sports Bar Italian Food na Carrer Ample, 90% klientów to Włosi, co jest rekomendacją samą w sobie). A jakie emocje!Te okrzyki i gestykulacje rękoma, komentowanie akcji z nieznanym sąsiadem ze stolika obok.


Atmosfera w Irish pubie, gdzie Polonia w Barcelonie zorganizowała wspólne oglądanie meczów reprezentacji Polski, nie była gorsza. Wsród okrzyków: “do boju”, “Polska, biało-czerwoni”, “ Polacy, my chcemy gola” i innych przyśpiewek, czuliśmy się, jak na stadionie. Na meczu z Rosją emocje sięgneły zenitu. Pierwszą połowę oglądaliśmy w barze Moritza, ale atmosfera była kiepska (Moritz promował wspieranie drużyny polskiej, a nie hiszpańskiej, bo ta nie jest katalońska, a katalończycy nazywani są polacos) i mimo, że serwowali polskiego hot-doga (z polską pyszną kiełbaską), to na 2 połowe przenieśliśmy się do Irish na Urquinaona, gdzie oglądaliśmy też mecz o wszystko z Czechami. I tym razem Polacy z Barcelony nie zawiedli i tłumnie się pojawili, by przed telewizorami wspierać naszą drużynę narodową.


W niedzielę przyszła kolej na kibicowanie Portugalii, po porażce Polski, mojej naturalnej ulubionej drużynie. Tym razem też wybraliśmy bar, gdzie mogliśmy liczyć na kibiców portugalskich oraz na portugalskie przysmaki (piwko Sagres+ francezinha). Bo połączenie futbol+zimne piwo+dobra zagryzka jest nie do przebicia :)



It all started on 8th of June. Every day there was a game, then commenting on how the players performed, who won and who should have won. You open a newspaper or website, and there was nothing but news about European football stars: where do they sleep, eat and all those spicy gossip. I know, the best atmosphere is in Poland and Ukraine, those countries went wild! When I see pictures of mu friends (most of them event don’t enjoy football that much) with Polish flags painted on their faces, supporting our team in the fan zone or lucky enough to be at the stadium, I feel jealous and miss being in my country. Especially now, as we probably will never again organize such a big and important event. I regret not being a part of sports history. The group stage is over, Poland unfortunately didn’t qualify so I am have no choice but to cheer for an obvious team, that is Portugal, after they won with the Dutch’s orange team on Sunday and qualify to quarter-finals and tomorrow will face the team of Czech Republic in Warsaw (I would give a lot to be there)

In Barcelona, I still haven’t notices euphoria or enthusiasm, but it may have something to do that Spanish people are convinced that they already have the title of European Championship guaranteed. And I am not a big fan of gloating and arrogant people, so I prefer supporting other teams. Anyway, since Spain eliminated Portugal in 2 years ago in South Africa Nuno wouldn’t let me cheer for La Roja (how Spanish national football team is called colloquially).

I couldn’t watch the first half of the opening game, as working till 6.30 p.m. has its drawbacks (I am still unable to find any positive sides). Almost every day we watched a match (especially when Poland/Portugal/Spain or Italy played). As staring at a screen at home isn’t quite as appealing as watching it surrounded by a crowd of cheering fans, we tried to go to different bars. Portugal vs Germany game coincided with Portugal day festival (we went last year as well). There were many activities organized, one of them was a big screen on which the game was broadcast. Well, organizers told it to be a huge one, but in fact if as many Portuguese fans gathered, sometimes you couldn’t see Ronaldo + rest of the team. Unfortunately, the Germans won, but we still were able to have a good time afterwards at the concert.


The following day we went to watch Spain-Italy with my Italian Erasmus friend, Domenico. To watch a football game with Italians- there is nothing comparable! Unfortunately, the first time we weren’t lucky enough and a small Neapolitan bar was so packed with Squadra Azzurra fans, that we had to find another, emptier bar. On Sunday, for a change, we arrived early enough to find a free table and were able to eat delicious pizza and desserts while enjoying the game. The atmosphere was really great (and loud): all the cheering up, energetic hand gestures, vivid comment with a complete stranger. (I really recommend Sports Bar Italian Food on Carrer Amle if you crave for real Italian food, 90% of the customers are Italian and that tell it all).


The atmosphere in the Irish pub, where the Polish community in Barcelona invited all the Poles to watch three games of our national team, was even better. At moments, I forgot I was in a bar in Barcelona- there were so many Polish people, wearing white and red colors and shouting really loud the typical football chants. During the game against Russia it seemed that there was no one else, but Polish football fans. We saw the first half in the Moritz bar, but we were quite disappointed. It was strange enough for the bar to support Polish team instead of the Spanish (read: is non Catalan one and Catalans are called polacos, so they supports us, polacos), but hearing girls’ irritating screams at all the wrong moments of the game, was just a bit too much. And even the fact they were serving a Polish hot dog (with a delicious Polish sausage), we decided to watch the 2nd half in the Irish pub on Urquinaona. It was there also that we went to see the game that decided that we didn’t make it out of our group phase. We lost, but it was better to experience among the numerous crowd formed by Polish people from Barcelona.


On Sunday it was time to cheer for Portugal, after the Polish defeat, my natural favorite team. This time we choose a bar where we could count on the fans from Portugal and Portuguese specialties (beer Sagres + francezinha). As the combination football + cold beer + tasty snack is just perfect :)

Sunday, 17 June 2012

Kulinarny spacer po Madrycie/ A taste of Madrid

Dziś nadeszła cześć na 2 cześć relacji (trochę czasu mi zajęło) z kwietniowego wypadu do Madrytu. O najważniejszych zabytkach juz wiecie, a dziś zabiorę was na kulinarny spacer po stolicy Hiszpanii. Bo dla mnie, jak na prawdziwego kulinarnego turystę przystało, równie ważne (czasami nawet ważniejsze) jak zwiedzanie miasta, jest odkrywanie smacznej strony tego miasta. W krajach południowych kultura jedzenia jest zupełnie inna, godziny posiłków są święte, każdą, nawet najmniejsza mieścina, ma swoje danie popisowe, posiłki się tu celebruje. I mi to bardzo odpowiada. Cóż jest lepszego niż siedzenie w ogródku restauracyjnym z winem/zimnym piwem/sangria/innym drinkiem i degustowanie lokalnych przysmaków? Albo rundka po tapas barach, by w każdym spróbować innej przekąski?

Kultura tapas w Madrycie ma zupełnie inny wymiar niż w Katalonii. Pierwszą różnicą, którą rzuca się w oczy, jest to, że tutaj prawie w każdym barze tapas to dodatek do piwa (co nota bene jest najzupełniej zgodne z tradycją), a nie osobne „danie”. Tak więc przy zamówieniu piwa lub wina dostajemy (za darmo!) tapas. W niektórych barach zamawiając 2 piwa możemy się porządnie najeść, w innych porcje są skromniejsze. W Hiszpanii (nie wiem czy się nie powtarzam, bo o tapas i kulturze jedzenia pisałam już na blogu kilkakrotnie) dobrą knajpę poznaje się po ilości zużytych serwetek na podłodze. Im więcej klientów i im więcej śmieci na podłodze, tym lepiej. Może należałoby otworzyć w Polsce takie małe bary, w których atmosfera jest bezpretensjonalna, klienci głośno rozmawiają i komentują z właścicielem a to wynik ostatniego meczu reprezentacji, a to kolejne reformy rządowe.

Do Madrytu jechałam wyposażona w małą listę barów, kawiarni i restauracji, a na dodatek mogłam liczyć na rekomendacje od Marii i Weroniki. Jednak podczas 2 dni musiałam liczyć tylko i wyłącznie na swoje towarzystwo, co było trochę dziwne. Nie przepadam bowiem ze chodzeniem do barów i jedzeniu w pojedynkę. Jednak mimo moich obaw, że zwiedzanie i jedzenie bez towarzystwa będzie dość nieprzyjemnym doświadczeniem, muszę przyznać, że dobrze się czułam sama ze sobą. Taka mała odmiana. Zresztą w niektórych barach fakt, że byłam bez towarzystwa powodował, że miły pan kelner z uśmiechem nałożył mi większa lub dodatkową porcję tapas i wdał się w rozmowę :)

Pierwszym przystankiem był bar asturyjski El Ñerú zarekomendowany przez Marie, bo znajdował się w pobliżu Plaza Real, ale na tyle daleko i na tyle ukryty, że żaden turysta, chyba że zbłąkany, by tutaj nie przyszedł na lunch, no chyba, że wie, gdzie ma szukać. A warto, bo ten lokal serwuje naprawdę dobre tapas, a pan kelner z nieśmiałym uśmiechem zaserwował mi od serca dodatkowa porcje tortilli. Tak mi się tam podobało, że wieczorem wróciłam tam z Maria i Weronika, by od tego właśnie baru zacząć nasze tapeo.


W piątek włóczyłam się po dzielnicy Malasaña i Chueca. Wybór lunchowy padł na mityczny El Tigre. Porcja zaserwowana do piwa była gigantyczna, na tyle duża, że nie przeszła mi przez głowę myśl, by skusić się na drugie piwko. Bar jest zawsze pełny, nie ma co się dziwić, należy bowiem do jednych z najtańszych w stolicy, za 2 euro dostajemy piwo i talerz pełen przekąsek (z każdym piwem wydaje się, że na talerzu pojawia się ich coraz więcej). A wystrój… to temat na osobną opowieść. Ale wolę nie obiecywać, bo coś mi ostatnio całe tygodnie zajmuje nadrabianie zaległości. Nigdy nie zrozumiem idei polowania, a potem wywieszania trofeów na ścianach. A te właśnie dekorują ściany baru, mamy więc gigantyczną głowę dzika, poroża jeleni i pewnie inne biedne zwierzątka, ale tych między głowami biesiadników nie dane mi było zobaczyć.


Kolejnym przystankiem jest bar Los Gatos (ciekawostka na marginesie: mieszkańcy Madrytu nazywani są kotami, ze względu na ich życie nocne, bo to nocą ożywają). Bar ciekawy, choć to mało powiedziane. Czego tu nie ma! I nie mówie bynajmniej o jedzeniu, ale wystroju. Mozaiki na ścianach (w tym dzieło Goyi), głowa byka, strój toreadora, ministrant, serki innych gratów, które tworzą swoisty i kultowy charakter tego miejsca. Po zamówieniu cerveza tudzież wermutu, dostaje się, jakże inaczej tapę do towarzystwa i można oddać się podziwianiu wszystkich najdziwniejszych elementów dekoracyjnych.


Na zakończenie nocy, po ciężkiej imprezie, wielu imprezowiczów regeneruje siły przy churros con chocolate (podobno są najlepszym lekarstwem na kaca) w Chocolateria de San Gines. Ja przyznam się do grzechu, także wstąpiłam do podobno najlepszej czekoladziarni w stolicy (istniejące już od ponad stulecia), ale o bardziej przystępnej godzinie. Choć może nocą zjedzone kalorie się nie liczą ?


Jak jesteśmy przy nocnym piciu, to ciekawym miejscem dla wielbicieli sławnego hiszpańskiego trunku, a mianowicie sangrii, jest podziemny bar- jaskinia Las Cuevas de Sésamo

Godnym polecenie miejscem jest też Mercado de San Miguel. My, z braku czasu i miejsca na kolejne potrawy (no nie dla nas podwójne lunche czy kolacje), tylko weszliśmy i rzuciliśmy okiem na to, co ma do zaoferowania najstarszy targ w Madrycie. Jest to miejsce interesujące, nie tylko kulinarnie, ale także architektonicznie. Tłumy w środku tylko potwierdzają sławę tego miejsca.

'

A chodząc po mieście ma się wrażenie, że każdym rogu jest jak nie bar, to restauracja, albo kawiarnia, albo stoliki tarasowe. Od wyboru, do koloru…


So finally I’ve decided it was time to write a second post on my April trip to Madrid (yes, it took me more than 2 months). As you already know what are the most famous touristic places in the capital, today I take you on a culinary walk through Madrid. As a true culinary tourist, it is as important (in some cases even more than actual sightseeing) as visiting the monuments is to discover the tasty side of a city. In the southern countries, like Spain, Italy, Portugal or even France, the importance food has still surprises me, their culture of eating is totally different from the one I was used to during my whole life. Meals are celebrated, meal time are sacred, even the tiniest town has its specialty and is famous for it in the whole country. But I must admit, I don’t have anything against it, on the contrary. What can be better than sitting on a terrace of a restaurant drinking a good wine/cold beer / sangria / your favourite drink and tasting the local specialties? Or go de tapeo, which literally means go from one bar to another trying different tapas? Which of course is nothing but a mere excuse to meet with friends and eat.

The culture of eating tapas in Madrid is on a totally different level than in Catalonia. First of all, in almost every bar, a tapa is not a separate dish, it is what you get (for free!) when ordering a beer. And it is this way in many Spanish regions but Catalonia (in fact we only know one bar in Barcelona that gives you a free tapa). So when ordering two beers or glasses of fine and getting tapas, you basically eat almost a whole meal. Another thing to keep in mind when looking for a nice place to eat in Spain is to watch closely how dirty is the bar’s floor. I think I already mentioned that here you recognize a bar with a lot of paper napkins on the floor is a good one- the more dirty the floor is, the better. I wonder if similar places could function somewhere else. I somehow can picture it in Poland, a small bar with unpretentious atmosphere, where customers talk loudly (and nobody tells them to shut up) and they comment with a friendly owner the results of the last game or government’s plan on resolving the crisis.

When I knew I was going to Madrid, I made a list of places where I wanted to go, and I could always count on Maria’s and Weronika’s recommendations. The only problem was that during the whole 2 days I was sightseeing alone, and I am really not used to be alone. I normally never go to bars or restaurants alone, so it was a bit strange at the beginning to eat alone, not having a company. But it turned out to be a surprisingly good change (for two days, I don’t know if I enjoyed more days with me and only me). Besides, in some bars the fact I was alone was actually something positive: a nice waiter gave me an extra portion of tortilla and we had a nice conversation.

The first stop on my culinary map was the Asturian bar El Ñerú , highly recommended by Maria. As I happened to be close to Plaza Real, I decided to eat there. It is just a short walk from touristic Plaza Real, but is quite hidden so that you enter only if somebody told you to go there, as it looks like thousand similar places to have something to eat. But it is definitely a great place (some people on Trip Advisor call it the best place serving Asturian food in the capital) with even better service. A really friendly and somehow shy waiter made me go to the same place twice, and it was there that we started our tapeo in the evening.


On Friday I spend my day wandering through the streets of Malasaña and Chueca district, so my logical choice was a mythical bar El Tigre. The places is told to be one of the cheapest bars in Madrid, and it really is. For 2 euros (or was it 2,5?) you get a beer and a big plate of tapas. It seems that with every beer the plate gets bigger and bigger (I judge it by other plates, as I was so full after finishing mine that I didn’t even consider ordering another). It is always full (no surprises here) so you have to make you way to the counter top. And the noise, and the atmosphere, and the décor… You have to see it. Lucky you I have some photos (not many, as I was too busy eating). I’ve never understood the appeal of hunting and then hanging the trophies on the walls. And it is how El Tigre is decorated, it may not have a tiger head, but there is a gigantic head of a boar, deer antlers, and probably other poor animals.


The next stop was a bar called Los Gatos (funny fact: people from Madrid are called cats, because of their night life, they are believed to start living fully during the night). Bar is really something different and unexpected. And I’m not referring to food this time, but to the décor. You can find everyting in here! Mosaics on the walls (including the Goya’s famous painting), bull’s hear, toreador outfit, altar boy’s outfit, other cheesy and tacku pieces of junk, which form a peculiar ambience. After ordering a cerveza or vermouth and getting a tapa, you can spend a long while admiring the strangest decorative elements.



One way to finish a night, is to go where many party animal stop to recover, at Chocolateria de San Gines. Their churros con chocolate are believed to be a great cure for hangover) . I must confess, I sinned. I also entered what some chose the best chocolate bar in Madrid, but it was still during the daytime. Maybe it was a mistake and calories eaten at night are forgiven easier)


Since we mentioned drinking, for those who call themselves sangria lovers, there is an interesting place to go. It is called Las Cuevas de Sésamo and as the name itself suggest it is an underground bar, looking like few caves.

There are countless places where a food lover can go in Madrid, it is a heaven for them. One of such places is Mercado de San Miguel. As we didn’t have enough time, or possibility to eat two lunches or dinners, we only had a quick look on what this oldest market in the city has to offer. And it really is worth reserving some space in your belly and on your memory card. The crowds inside can only confirm fame of this place.

'

And by simply walking around the city, you get the impression that on every corner there is a nice bar, cozy restaurant, charming café or great terrace. The problem is which one to choose….

Thursday, 28 June 2012

Tego lata zakochaj się w Barcelonie/ This summer fall in love with Barcelona

Un estiu per enamorar-te de Barcelona (czyli dosłownie wakacje do zakochania się w Barcelonie) to slogan z plakatu urzędu miasta, na który zwróciłam uwagę kilka dni temu idąc do metra. Tak jak podoba mi się hasło (niewiele się różniące, jeśli ominiemy porę roku) promujące stolicę Polski, czyli Zakochaj się w Warszawie, tak samo myślę, że letnie miesiące są idealne, aby poddać się urokowi Barcelony. Co wcale oczywiście nie znaczy, że podczas miesięcy zimowych czy jesiennych można się tu nudzić czy się nią nie zachwycić. Ale to podczas wiosny i lata, gdy slońce i temperatura sprawiają, że całe życie barcelończyków przenosi się na ulice i plaże naprawdę trudno oprzeć się urokowi tego miasta.

Dzięki letniej akcji promującej Barcelonę, nikt się nie bedzie nudzil w miesiącach letnich, do wyboru mamy bowiem niezliczone koncerty (np. w parkach), pokazy filmów na świeżym powietrzu, fiestas mayores wielu dzielnic, niezliczone ogródki restauracyjne oraz plaże miejskie (nie tylko Barceloneta, na odważniejszych czeka plaża nudystów). Szczegóły do zobaczenia na stronie Ayuntamiento, atrakcje podzielone są tematycznie : co się dzieje, plaże, baseny, muzyka, noce letnie, lato i dzieci, lokalne święta, parki i ogrody, Municipal measures albo ze względu na ich lokalizację. Z wielu propozycji na pewno skorzystamy. W zeszłym roku byliśmy na bardzo fajnym festiwalu filmów krótkometrażowych Mecal Air, gdzie za grosze można spędzić miły piątkowy wieczór w Poble Espanyol. Jutro idziemy na inaugurację kina pod chmurką (film poprzedzony koncertem oraz filmem krotkometrazowym) przy zamku na Montjuicku, wyposażeni w kocyk i koszyk piknikowy. Inną propozycją jest zaczynający się 1 lipca Grec Festival, czyli coś dla milośników teatru i spekatakli muzycznych i tanecznych.


Ciekawy też może być pokaz balonów :) odbywa się on od 4 do 10 lipca, w miasteczku Igualada, bardzo blisko i dobrze skomunikowanym z Barceloną. Wyobraźcie sobie niebo pełne kolorowych balonów, kontrastujących z błękitem nieba i bielą chmur. Niestety, w tym czasie jesteśmy na urlopie, więc mogę to sobie tylko wyobrazić...

Jeśli wy wybieracie Barcelonę na wasz urlop, nie zapomnijcie, że oprócz zwiedzania zabytków (ciekawostka: Pedrera ma ciekawą letnią propozycję nocnego zwiedzania), możecie skorzystać z licznych propozycji kulturalnych (za darmo lub za niewielką opłatę) i wybrać się na jakiś fajny koncert w parku lub uczestniczyć w świętowaniu dzielnicy (najbardziej bajkowe są przystrojone ulice Gracii w sierpniu, ale Raval czy Poble Sec mają swoje fiestas w lipcu, więc warto się zapoznać z atrakcjami przygotowanymi z tej okazji). A jak zmęczą was upały, Barcelona zaprasza na plażę :) Przygotujcie się jednak, że są one zatłoczone i po wyjściu z wody ciężko znaleźć własny ręcznik, o czym niedawno przekonał się Nuno :) Można jednak podjechać pociągiem do plaż poza Barceloną czy wynająć samochód i odkryć sekrety Costa Brava.




Un estiu per enamorar-te de Barcelona (which means a summer to fall in love with Barcelona) was a catchphrase I saw few days ago on a poster by city hall on my way to metro. Instantly I liked it, it is fun and makes you smile. But it also made my think about all the things I love in Barcelona and why I think that summer is a perfect time to be charmed by this city. Of course, there is nothing wrong with being in Barcelona during autumn and winter, it is just that with sun and good weather Barcelona gains the whole new dimension. It is when the life of all the Barcelonians moves to streets and beaches and you find yourself under the spell of this magic city.

And with the rich offer promoting Barcelona on many levels, nobody can possibly be bored this summer. One can choose between countless concerts (in different venues, some take place in parks), fresh air cinema, fiestas mayores of many districts, hundreds of terraces to enjoy a nice drink, or enjoy a day on one of urban beaches (don´t limit yourself to Barceloneta, there is a beach for nudist, so try it if you are brave enough!). Check more details on Ayuntamiento´s website, you can either consult it by subject: what is happening, beaches, swimming pools, music, summer nights, summer and children, local festivals, parks and gardens , municipal measures or by the districts. We will definitely participate in many of the activities listed there. Last year I enjoyed a great short movie festival Mecal Air, so definitely it is a must this summer as well; it is a cheap way to have fun on a Friday evening in Poble Espanyol. Tomorrow we are going for the first movie show outdoor (before a movie there is a concert and a short movie projection as well) at the castle of Montjuick, and we are going well equipped with a blanket and picnic basket (and wine of course). Another nice idea for those who enjoys theater and music/dance spectacles is Grec Festival, which starts on the 1st of July.


There is another festival that I discovered and it is quite a funny and alternative one. A balloons show takes place from 4th to 10th July, in Igualada, a town that is very close to Barcelona and well connected. Just picture a sky covered with colorful balloons, contrasting with the blue sky and white clouds. Unfortunately, since we are on holidays, we can´t participate in what seems like a fun event.

If you choose Barcelona as your holiday destination, don´t limit your stay to sightseeing only (although there are also some interesting proposals, as Pedrera´s summer night tour). to participate in many outdoor cultural activities (many are free or very cheap) will make your stay unforgettable. Just go for a nice concert in a park or have fun during Barcelona districts´parties (the most popular are decorated streets of Gracia that look like taken from fairytales but Raval and Poble Sec have their fiestas in July, so you might want to google interesting activities for fiesta mayor). And if you get tired of walking in the sun, you can have a rest on a beach. Be prepared, however, that all Barcelona´s beaches are crowded and after swimming it may be hard to find your own towel (Nuno knows something about it). Good alternative is to take a train and go to some nice beaches outside Barcelona or rent a car and discover the secrets of Costa Brava.

Wednesday, 20 June 2012

Gorączka Euro2012 w Barcelonie/ Euro 2012 madness in Barcelona

Od 8 czerwca liczą się głównie mecze. Wiem, atmosfera poza Polską i Ukrainą, na pewno nie jest tak gorąca. Polska oszalała! Co wchodzę na stronę gazety, to główne newsy dotyczą europejskich gwiazd futbolu, gdzie śpią, co jedzą i tym podobne sensacyjne informacje. Gdy widzę zdjęcia moich znajomych ze strefy kibica czy z trybun stadionów, czuję zazdrość i jak nigdy wcześniej tęsknię za moim krajem. Bo pewnie nigdy już nie będziemy organizatorami imprezy na taką skalę. I trochę mi żal, że nie jestem częścią tej sportowej historii. Co nie znaczy, że mi się gorączka futbolowa nie udzieliła. Faza grupowa dobiega końca, Polska niestety już odpadła, teraz pozostaje mi kibicowanie Portugalii, która przedwczoraj wygrała z Holandią i tym samym wyszła z grupy i zmierzy się z Czechami w Warszawie (co bym dała, żeby tam być).

W Barcelonie, jakoś nie widać ogólnej euforii, może to dlatego, że Hiszpanie są święcie przekonani, że tytuł mistrza mają w kieszeni. Trochę z przekory im nie kibicuję. A mecze oglądam nie tylko ze względu na fakt, że jest to jeden z głównych tematów rozmów w pracy.

Meczu na otwarcie nie mogłam oglądać w całości, bo praca do 18.30 ma swoje minusy (plusów nie zauważam nadal), ale prawie każdego dnia oglądaliśmy jakiś pojedynek na murawie. Oglądanie w zaciszu domowym to nie jest to, więc staraliśmy się przynajmniej niektóre mecze (czytaj Polski, Portugalii i Włoch/Hiszpanii) oglądać w barze otoczeni kibicami, by razem z nimi dzielić emocje. Mecz Portugalia kontra Niemcy zbiegł się z obchodami dni Portugalii, z tej okazji organizatorzy postawili na placu telebim i retransmitowali mecz (trochę nas rozczarowała wielkość ekranu, przy tłumach Portugalczyków, którzy przyszli dopingować Ronaldo+ resztę drużyny nie zawsze było dobrze widać). Niestety, Niemcy wygrali, co nie przeszkodziło Portugalczykom dobrze się bawić na koncercie.


Następnego dnia mecz Hiszpania-Włochy oglądaliśmy w towarzystwie mojego włoskiego kolegi z Erasmusa, Domenico. Włosi to dopiero żywo komentują! Niestety nie mieliśmy szczęścia i neapolitański był tak napakowany fanami Squadra Azzurra, że musieliśmy poszukać alternatywnego lokalu, ale atmosfera nie była ta sama. Na szczęście wczoraj poszliśmy na tyle wcześniej, że udało nam się załapać na stolik i oprócz oglądania meczu zjedliśmy przepyszną pizzę i włoskie desery (polecam Sports Bar Italian Food na Carrer Ample, 90% klientów to Włosi, co jest rekomendacją samą w sobie). A jakie emocje!Te okrzyki i gestykulacje rękoma, komentowanie akcji z nieznanym sąsiadem ze stolika obok.


Atmosfera w Irish pubie, gdzie Polonia w Barcelonie zorganizowała wspólne oglądanie meczów reprezentacji Polski, nie była gorsza. Wsród okrzyków: “do boju”, “Polska, biało-czerwoni”, “ Polacy, my chcemy gola” i innych przyśpiewek, czuliśmy się, jak na stadionie. Na meczu z Rosją emocje sięgneły zenitu. Pierwszą połowę oglądaliśmy w barze Moritza, ale atmosfera była kiepska (Moritz promował wspieranie drużyny polskiej, a nie hiszpańskiej, bo ta nie jest katalońska, a katalończycy nazywani są polacos) i mimo, że serwowali polskiego hot-doga (z polską pyszną kiełbaską), to na 2 połowe przenieśliśmy się do Irish na Urquinaona, gdzie oglądaliśmy też mecz o wszystko z Czechami. I tym razem Polacy z Barcelony nie zawiedli i tłumnie się pojawili, by przed telewizorami wspierać naszą drużynę narodową.


W niedzielę przyszła kolej na kibicowanie Portugalii, po porażce Polski, mojej naturalnej ulubionej drużynie. Tym razem też wybraliśmy bar, gdzie mogliśmy liczyć na kibiców portugalskich oraz na portugalskie przysmaki (piwko Sagres+ francezinha). Bo połączenie futbol+zimne piwo+dobra zagryzka jest nie do przebicia :)



It all started on 8th of June. Every day there was a game, then commenting on how the players performed, who won and who should have won. You open a newspaper or website, and there was nothing but news about European football stars: where do they sleep, eat and all those spicy gossip. I know, the best atmosphere is in Poland and Ukraine, those countries went wild! When I see pictures of mu friends (most of them event don’t enjoy football that much) with Polish flags painted on their faces, supporting our team in the fan zone or lucky enough to be at the stadium, I feel jealous and miss being in my country. Especially now, as we probably will never again organize such a big and important event. I regret not being a part of sports history. The group stage is over, Poland unfortunately didn’t qualify so I am have no choice but to cheer for an obvious team, that is Portugal, after they won with the Dutch’s orange team on Sunday and qualify to quarter-finals and tomorrow will face the team of Czech Republic in Warsaw (I would give a lot to be there)

In Barcelona, I still haven’t notices euphoria or enthusiasm, but it may have something to do that Spanish people are convinced that they already have the title of European Championship guaranteed. And I am not a big fan of gloating and arrogant people, so I prefer supporting other teams. Anyway, since Spain eliminated Portugal in 2 years ago in South Africa Nuno wouldn’t let me cheer for La Roja (how Spanish national football team is called colloquially).

I couldn’t watch the first half of the opening game, as working till 6.30 p.m. has its drawbacks (I am still unable to find any positive sides). Almost every day we watched a match (especially when Poland/Portugal/Spain or Italy played). As staring at a screen at home isn’t quite as appealing as watching it surrounded by a crowd of cheering fans, we tried to go to different bars. Portugal vs Germany game coincided with Portugal day festival (we went last year as well). There were many activities organized, one of them was a big screen on which the game was broadcast. Well, organizers told it to be a huge one, but in fact if as many Portuguese fans gathered, sometimes you couldn’t see Ronaldo + rest of the team. Unfortunately, the Germans won, but we still were able to have a good time afterwards at the concert.


The following day we went to watch Spain-Italy with my Italian Erasmus friend, Domenico. To watch a football game with Italians- there is nothing comparable! Unfortunately, the first time we weren’t lucky enough and a small Neapolitan bar was so packed with Squadra Azzurra fans, that we had to find another, emptier bar. On Sunday, for a change, we arrived early enough to find a free table and were able to eat delicious pizza and desserts while enjoying the game. The atmosphere was really great (and loud): all the cheering up, energetic hand gestures, vivid comment with a complete stranger. (I really recommend Sports Bar Italian Food on Carrer Amle if you crave for real Italian food, 90% of the customers are Italian and that tell it all).


The atmosphere in the Irish pub, where the Polish community in Barcelona invited all the Poles to watch three games of our national team, was even better. At moments, I forgot I was in a bar in Barcelona- there were so many Polish people, wearing white and red colors and shouting really loud the typical football chants. During the game against Russia it seemed that there was no one else, but Polish football fans. We saw the first half in the Moritz bar, but we were quite disappointed. It was strange enough for the bar to support Polish team instead of the Spanish (read: is non Catalan one and Catalans are called polacos, so they supports us, polacos), but hearing girls’ irritating screams at all the wrong moments of the game, was just a bit too much. And even the fact they were serving a Polish hot dog (with a delicious Polish sausage), we decided to watch the 2nd half in the Irish pub on Urquinaona. It was there also that we went to see the game that decided that we didn’t make it out of our group phase. We lost, but it was better to experience among the numerous crowd formed by Polish people from Barcelona.


On Sunday it was time to cheer for Portugal, after the Polish defeat, my natural favorite team. This time we choose a bar where we could count on the fans from Portugal and Portuguese specialties (beer Sagres + francezinha). As the combination football + cold beer + tasty snack is just perfect :)

Sunday, 17 June 2012

Kulinarny spacer po Madrycie/ A taste of Madrid

Dziś nadeszła cześć na 2 cześć relacji (trochę czasu mi zajęło) z kwietniowego wypadu do Madrytu. O najważniejszych zabytkach juz wiecie, a dziś zabiorę was na kulinarny spacer po stolicy Hiszpanii. Bo dla mnie, jak na prawdziwego kulinarnego turystę przystało, równie ważne (czasami nawet ważniejsze) jak zwiedzanie miasta, jest odkrywanie smacznej strony tego miasta. W krajach południowych kultura jedzenia jest zupełnie inna, godziny posiłków są święte, każdą, nawet najmniejsza mieścina, ma swoje danie popisowe, posiłki się tu celebruje. I mi to bardzo odpowiada. Cóż jest lepszego niż siedzenie w ogródku restauracyjnym z winem/zimnym piwem/sangria/innym drinkiem i degustowanie lokalnych przysmaków? Albo rundka po tapas barach, by w każdym spróbować innej przekąski?

Kultura tapas w Madrycie ma zupełnie inny wymiar niż w Katalonii. Pierwszą różnicą, którą rzuca się w oczy, jest to, że tutaj prawie w każdym barze tapas to dodatek do piwa (co nota bene jest najzupełniej zgodne z tradycją), a nie osobne „danie”. Tak więc przy zamówieniu piwa lub wina dostajemy (za darmo!) tapas. W niektórych barach zamawiając 2 piwa możemy się porządnie najeść, w innych porcje są skromniejsze. W Hiszpanii (nie wiem czy się nie powtarzam, bo o tapas i kulturze jedzenia pisałam już na blogu kilkakrotnie) dobrą knajpę poznaje się po ilości zużytych serwetek na podłodze. Im więcej klientów i im więcej śmieci na podłodze, tym lepiej. Może należałoby otworzyć w Polsce takie małe bary, w których atmosfera jest bezpretensjonalna, klienci głośno rozmawiają i komentują z właścicielem a to wynik ostatniego meczu reprezentacji, a to kolejne reformy rządowe.

Do Madrytu jechałam wyposażona w małą listę barów, kawiarni i restauracji, a na dodatek mogłam liczyć na rekomendacje od Marii i Weroniki. Jednak podczas 2 dni musiałam liczyć tylko i wyłącznie na swoje towarzystwo, co było trochę dziwne. Nie przepadam bowiem ze chodzeniem do barów i jedzeniu w pojedynkę. Jednak mimo moich obaw, że zwiedzanie i jedzenie bez towarzystwa będzie dość nieprzyjemnym doświadczeniem, muszę przyznać, że dobrze się czułam sama ze sobą. Taka mała odmiana. Zresztą w niektórych barach fakt, że byłam bez towarzystwa powodował, że miły pan kelner z uśmiechem nałożył mi większa lub dodatkową porcję tapas i wdał się w rozmowę :)

Pierwszym przystankiem był bar asturyjski El Ñerú zarekomendowany przez Marie, bo znajdował się w pobliżu Plaza Real, ale na tyle daleko i na tyle ukryty, że żaden turysta, chyba że zbłąkany, by tutaj nie przyszedł na lunch, no chyba, że wie, gdzie ma szukać. A warto, bo ten lokal serwuje naprawdę dobre tapas, a pan kelner z nieśmiałym uśmiechem zaserwował mi od serca dodatkowa porcje tortilli. Tak mi się tam podobało, że wieczorem wróciłam tam z Maria i Weronika, by od tego właśnie baru zacząć nasze tapeo.


W piątek włóczyłam się po dzielnicy Malasaña i Chueca. Wybór lunchowy padł na mityczny El Tigre. Porcja zaserwowana do piwa była gigantyczna, na tyle duża, że nie przeszła mi przez głowę myśl, by skusić się na drugie piwko. Bar jest zawsze pełny, nie ma co się dziwić, należy bowiem do jednych z najtańszych w stolicy, za 2 euro dostajemy piwo i talerz pełen przekąsek (z każdym piwem wydaje się, że na talerzu pojawia się ich coraz więcej). A wystrój… to temat na osobną opowieść. Ale wolę nie obiecywać, bo coś mi ostatnio całe tygodnie zajmuje nadrabianie zaległości. Nigdy nie zrozumiem idei polowania, a potem wywieszania trofeów na ścianach. A te właśnie dekorują ściany baru, mamy więc gigantyczną głowę dzika, poroża jeleni i pewnie inne biedne zwierzątka, ale tych między głowami biesiadników nie dane mi było zobaczyć.


Kolejnym przystankiem jest bar Los Gatos (ciekawostka na marginesie: mieszkańcy Madrytu nazywani są kotami, ze względu na ich życie nocne, bo to nocą ożywają). Bar ciekawy, choć to mało powiedziane. Czego tu nie ma! I nie mówie bynajmniej o jedzeniu, ale wystroju. Mozaiki na ścianach (w tym dzieło Goyi), głowa byka, strój toreadora, ministrant, serki innych gratów, które tworzą swoisty i kultowy charakter tego miejsca. Po zamówieniu cerveza tudzież wermutu, dostaje się, jakże inaczej tapę do towarzystwa i można oddać się podziwianiu wszystkich najdziwniejszych elementów dekoracyjnych.


Na zakończenie nocy, po ciężkiej imprezie, wielu imprezowiczów regeneruje siły przy churros con chocolate (podobno są najlepszym lekarstwem na kaca) w Chocolateria de San Gines. Ja przyznam się do grzechu, także wstąpiłam do podobno najlepszej czekoladziarni w stolicy (istniejące już od ponad stulecia), ale o bardziej przystępnej godzinie. Choć może nocą zjedzone kalorie się nie liczą ?


Jak jesteśmy przy nocnym piciu, to ciekawym miejscem dla wielbicieli sławnego hiszpańskiego trunku, a mianowicie sangrii, jest podziemny bar- jaskinia Las Cuevas de Sésamo

Godnym polecenie miejscem jest też Mercado de San Miguel. My, z braku czasu i miejsca na kolejne potrawy (no nie dla nas podwójne lunche czy kolacje), tylko weszliśmy i rzuciliśmy okiem na to, co ma do zaoferowania najstarszy targ w Madrycie. Jest to miejsce interesujące, nie tylko kulinarnie, ale także architektonicznie. Tłumy w środku tylko potwierdzają sławę tego miejsca.

'

A chodząc po mieście ma się wrażenie, że każdym rogu jest jak nie bar, to restauracja, albo kawiarnia, albo stoliki tarasowe. Od wyboru, do koloru…


So finally I’ve decided it was time to write a second post on my April trip to Madrid (yes, it took me more than 2 months). As you already know what are the most famous touristic places in the capital, today I take you on a culinary walk through Madrid. As a true culinary tourist, it is as important (in some cases even more than actual sightseeing) as visiting the monuments is to discover the tasty side of a city. In the southern countries, like Spain, Italy, Portugal or even France, the importance food has still surprises me, their culture of eating is totally different from the one I was used to during my whole life. Meals are celebrated, meal time are sacred, even the tiniest town has its specialty and is famous for it in the whole country. But I must admit, I don’t have anything against it, on the contrary. What can be better than sitting on a terrace of a restaurant drinking a good wine/cold beer / sangria / your favourite drink and tasting the local specialties? Or go de tapeo, which literally means go from one bar to another trying different tapas? Which of course is nothing but a mere excuse to meet with friends and eat.

The culture of eating tapas in Madrid is on a totally different level than in Catalonia. First of all, in almost every bar, a tapa is not a separate dish, it is what you get (for free!) when ordering a beer. And it is this way in many Spanish regions but Catalonia (in fact we only know one bar in Barcelona that gives you a free tapa). So when ordering two beers or glasses of fine and getting tapas, you basically eat almost a whole meal. Another thing to keep in mind when looking for a nice place to eat in Spain is to watch closely how dirty is the bar’s floor. I think I already mentioned that here you recognize a bar with a lot of paper napkins on the floor is a good one- the more dirty the floor is, the better. I wonder if similar places could function somewhere else. I somehow can picture it in Poland, a small bar with unpretentious atmosphere, where customers talk loudly (and nobody tells them to shut up) and they comment with a friendly owner the results of the last game or government’s plan on resolving the crisis.

When I knew I was going to Madrid, I made a list of places where I wanted to go, and I could always count on Maria’s and Weronika’s recommendations. The only problem was that during the whole 2 days I was sightseeing alone, and I am really not used to be alone. I normally never go to bars or restaurants alone, so it was a bit strange at the beginning to eat alone, not having a company. But it turned out to be a surprisingly good change (for two days, I don’t know if I enjoyed more days with me and only me). Besides, in some bars the fact I was alone was actually something positive: a nice waiter gave me an extra portion of tortilla and we had a nice conversation.

The first stop on my culinary map was the Asturian bar El Ñerú , highly recommended by Maria. As I happened to be close to Plaza Real, I decided to eat there. It is just a short walk from touristic Plaza Real, but is quite hidden so that you enter only if somebody told you to go there, as it looks like thousand similar places to have something to eat. But it is definitely a great place (some people on Trip Advisor call it the best place serving Asturian food in the capital) with even better service. A really friendly and somehow shy waiter made me go to the same place twice, and it was there that we started our tapeo in the evening.


On Friday I spend my day wandering through the streets of Malasaña and Chueca district, so my logical choice was a mythical bar El Tigre. The places is told to be one of the cheapest bars in Madrid, and it really is. For 2 euros (or was it 2,5?) you get a beer and a big plate of tapas. It seems that with every beer the plate gets bigger and bigger (I judge it by other plates, as I was so full after finishing mine that I didn’t even consider ordering another). It is always full (no surprises here) so you have to make you way to the counter top. And the noise, and the atmosphere, and the décor… You have to see it. Lucky you I have some photos (not many, as I was too busy eating). I’ve never understood the appeal of hunting and then hanging the trophies on the walls. And it is how El Tigre is decorated, it may not have a tiger head, but there is a gigantic head of a boar, deer antlers, and probably other poor animals.


The next stop was a bar called Los Gatos (funny fact: people from Madrid are called cats, because of their night life, they are believed to start living fully during the night). Bar is really something different and unexpected. And I’m not referring to food this time, but to the décor. You can find everyting in here! Mosaics on the walls (including the Goya’s famous painting), bull’s hear, toreador outfit, altar boy’s outfit, other cheesy and tacku pieces of junk, which form a peculiar ambience. After ordering a cerveza or vermouth and getting a tapa, you can spend a long while admiring the strangest decorative elements.



One way to finish a night, is to go where many party animal stop to recover, at Chocolateria de San Gines. Their churros con chocolate are believed to be a great cure for hangover) . I must confess, I sinned. I also entered what some chose the best chocolate bar in Madrid, but it was still during the daytime. Maybe it was a mistake and calories eaten at night are forgiven easier)


Since we mentioned drinking, for those who call themselves sangria lovers, there is an interesting place to go. It is called Las Cuevas de Sésamo and as the name itself suggest it is an underground bar, looking like few caves.

There are countless places where a food lover can go in Madrid, it is a heaven for them. One of such places is Mercado de San Miguel. As we didn’t have enough time, or possibility to eat two lunches or dinners, we only had a quick look on what this oldest market in the city has to offer. And it really is worth reserving some space in your belly and on your memory card. The crowds inside can only confirm fame of this place.

'

And by simply walking around the city, you get the impression that on every corner there is a nice bar, cozy restaurant, charming café or great terrace. The problem is which one to choose….

Bądź na bieżąco/ Follow by Email