Monday, 26 March 2012

Polowanie na Hermesa/ Hunting for Hermes

Niedzielne przedpołudnie spędziłam trochę nietypowo, bo na fotograficznym polowaniu na Hermesa z grupą barcelońskich bloggerów. Inicjatywa wyszła od Neus i APU, pod pretekstem szukania poukrywanych w mieście wizerunków tego greckiego boga, mieliśmy się okazję poznać (mój blog czyta chyba tylko Neus i to za pomocą google translatora, dla innych byłam tą od bloga w dziwnym języku). Mam już małe doświadczenie w poznawaniu ludzi za pomocą bloga :) W Rumunii, gdy nudząc się w pracy surfowałam w Internecie natknęłam się na bloga Ilony, umówiłyśmy się na Ursusa, po którym stała się jedną z najbliższych mi osób na obczyźnie. Na mojego bloga trafiła jakoś Ajka, zostawiła komentarz i od tego też zaczęła się wirtualna znajomość, a pojutrze lecimy na Majorkę, żeby się z nią i Ewą spotkać.


Ale wracając do niedzielnego polowania… Organizatorzy wręczyli mapy z zaznaczonymi Hermesami i podpowiedziami, gdzie należy szukać- czasami był tak mały, że ciężko było go wypatrzyć. Śmieszny to był zresztą widok: grupa 15 osób uzbrojonych w aparaty robi zdjęcia w miejscach, które zwykłym przechodniom i turystom wydają się pozbawione atrakcyjności. Czasami pytano nas o co chodzi, a nierzadko się zdarzało, że jakiś Japończyk zaczął robić zdjęcia naśladując nas.


Barcelona jeszcze raz potwierdziła, że z każdym spacerem można odkryć coś nowego. Tym razem podążając szlakiem Hermesa, boga kupców, wędrowców, wynalazców, złodziei i podróżujących, zwróciłam ponownie uwagę na niezwykłe dekoracje na budynkach, fasady, symbole.



I spend this Sunday morning in a rather unusual way, that is participating in a photo hunt for Hermes with a group of Barcelona bloggers (me being the only foreigner, which was strange at the beginning, as this time Nuno announced sleepily that he rather stayed in bed). The initiative came from the Neus and APU, and searching for hidden images of this Greek god, was a good excuse to meet with people who also write a blog about Barcelona, from local perspective, whose blogs I check for inspiration (I guess Neus is the only one reading my blog, thank you google translator, and for the rest of participants I was the one with a blog in a strange language). I decided to participate in the event to meet some new people, as my previous experiences with meeting people via blog were quite satisfying. In Romania, when I discovered Ilona’s blog, I decided to go for a beer with her, and she become one of my closest friend while being expat in Bucharest. Then while in Barcelona, Ajka somehow came across mu blog, left a comment and that is how our virtual friendship started. And on Wednesday we are going to Mallorca to meet her and Ewa personally.


But back to Sunday hunting ... The organizers handed us maps with spots and hints to look for Hermes. Sometimes the figure was so small it was challenging to spot it even when knowing that it was on the building in front of you. And the view was really funny: 15 adults armed with taking pictures of buildings/facades/ etc that places normal people and tourists would normally just passed without even looking, let alone find them attractive. Sometimes we were asked for explanation and sometimes some tourist took photos of the same object as we did, just in case it was something famous.


Once again I got convinced by Barcelona, that every time you go for a simple walk, you can discover something new. This time, following the trail of Hermes, the god of merchants, travelers, inventors, thieves, and travelers, I paid attention to details,
remarkable decorations, facades, symbols.

Saturday, 24 March 2012

Piwko i tapas w Vaso de Oro/ Beer and tapas In Vaso de Oro

Jak wielokrotnie powtarzała mi Carmen: w niedzielny słoneczny dzień, po spacerze na Barcelonecie, nie ma nic lepszego niż piwo i tapas w Vaso de Oro.

Wprawdzie dzisiaj nie niedziela, ale pogoda jak najbardziej nadająca się na spacer po plaży. Choć przyznam się, że spacer był tylko pretekstem, żeby w końcu wybrać się do Vaso de Oro. Jest to jeden z tych klasycznych barów, działający nieprzerwanie od kilkudziesięciu lat, gdzie klienci w większej części są lokalni (co może być tylko plusem każdego miejsca w zdominowanej przez guiris Barcelonie). Pierwsze wyzwanie czeka nas przy wejściu: lokal jest niesamowicie wąski- od lady do ściany nie ma chyba nawet 2 metrów, wypełniony jest po brzegi. Ale nie mogliśmy się poddać- na sam widok tapas, wiedzieliśmy, że musimy znaleźć jakiś wolny skrawek przestrzeni.


Mieliśmy szczęście, zwolniło się miejsce i mimo że połowę czas jedliśmy na stojąco, to smak klasycznych tapas i pyszne piwo (jedno z, jeśli nie najlepsze, jakie piłam do tej pory w barze w BCN) rekompensowało z nadwyżką niewygodę i zatłoczenie. Do tego kelnerzy w białych uniformach (nam trafił się jeden z poczuciem humoru, co wcale nie jest standardem, wręcz przeciwnie), którzy po imieniu zwracają się do stałych klientów i wystrój lokalu bardzo przyjemny, ciemne drewno, piwne kufle, tapas i ich przygotowanie na widoku. My zamówiliśmy bravas, pimientos de padrón (unos pican, otros no- czyli nigdy nie wiesz, czy trafisz na jakąś super pikantną), pyszne solomillo, ensaladilla rusa (ostatnio Nuno jest uzależniony, ale za jarzynową mojej mamy nie przepada. Podobno przez kiszone i pora) i morcilla (czyli kaszanka, normalnie wystrzegam się jak ognia czegoś co ma krew, ale pamiętałam, jak nie wiedząc co jem w Walencji kilka lat temu smakowała mi, postanowiłam więc powtórzyć eksperyment). A do tego po 2 piwka w wysokich wąskich szklankach. Niestety, tak jak czytałam na forach- nie można iść do Vaso de Oro bardzo głodnym, bo na widok pysznych tapas można stracić kontrolę, a będzie ona odzwierciedlona w kwocie na rachunku. Ale od czasu do czasu pewnie tam wrócimy, pod pretekstem zabrania tam gości (czemu nikt nas ostatnio nie odwiedza?!), albo po niedzielnym spacerze.



Carmen, my work college, who is my personal travel/local fiestas/places to eat guru, has repeated my countless times: there is nothing better than beer and tapas in the Vaso de Oro after a Sunday walk on Barceloneta beach.

Although today is not Sunday, the weather was more than perfect to have a walk on Barceloneta beach. Well, I admit that the walk was just a good excuse to finally go to el Vaso de Oro. It is one of those classic bars, where for decades local people come to have some exquisite tapas (and in Barcelona places dominated by locals and not guiris can only be a good sign). The first challenge was to find a free spot in this extremely narrow place- I ring that from the wall to the counter is less than 2 meters, and the place was packed out. But as our eyes laid on the tapas people where consuming, we knew we couldn’t just surrender and leave, we were determined to find a small space.


We were lucky, and even though we spend half of the tome standing (later other couple left and we could grab their chairs) the taste of some classic Spanish tapas and delicious beer (one of, if not the best, I’ve drunk so far in a bar in BCN) made we didn’t mind the crowd. The waiters in white uniforms (we got one with a sense of humor, which is not something that common in Catalunya but quite on the contrary) are on first name terms with regular customers. The décor is very nice: dark wood, beer mugs, you can see all the tapas exposed and the process of the preparations. We ordered bravas, pimientos de padrón (unos pican, otros no-meaning that you never know if the next one isn’t the spicy one), delicious solomillo, ensaladilla rusa (Nuno is addicted, but somehow he doesn’t like my mum’s vegetable salad. Apparently it is because of pickled cucumbers and leak) and morcilla (blood sausage- normally I avoid any food that has blood as ingredient, but few years ago while in Valencia, our friend ordered it and without telling what it was, I really liked it, so I decided to repeat and see if knowing I ate blood I would still like the taste. I did.) And we couldn’t drink anything but their beer in high narrow glasses. Unfortunately, as I read on some forums, you can’t go to el Vaso de Oro very hungry, because seeing all these delicious food, you can easily lose control, and it will be reflected in your bill. So next time we go to el Vaso de Oro, we need to have an excuse, like taking our guest to try some tapas (and nobody has visited us in a quite long time). Or like a tiring Sunday walk.

'

Monday, 19 March 2012

Huk, ogień i buñuelos/ Noise, fire and buñuelos

Jeśli istnieje klub dla uzależnionych of regionalnych fiest, to z pewnością powinnam do niego należeć. Jeśli tylko termin, środki i inne nieciekawe elementy wypadkowe mi na to pozwalają, staram się uczestniczyć we wszystkich lokalnych imprezach uczestniczyć. W marcu padło na Walencję i słynne Fallas. Prowizorycznie hotel zablokowaliśmy już w listopadzie i mimo, że nie mogliśmy uczestniczyć w głównej atrakcji Fallas, jaką jest poniedziałkowa Crema, czyli palenie figur, to 2 dni pod znakiem petard, sztucznych ogni, tłumów i oczywiście imponujących rzeźb wystarczyły, żeby poczuć atmosferę tego jedynego w swoim rodzaju święta.


Nie wiem od czego zacząć… Od wystrzałów petard? Od pokazów fajerwerków, po których powietrze zasnute jest gęstym dymem? Od wielkich figur rodem z bajek, które jednak nawiązują bardziej do rzeczywistości niż do baśniowej fantazji? Od dominującego zapachu churros i buñuelos? Od słowniczka? A może od zarysu historycznego? Czyli skąd się wziął pomysł palenie misternie zaplanowanych i wykonanych konstrukcji? Po co przez całe miesiące buduje się niesamowite Fallas, kosztujące wcale niemało (te większe podobno ok. 100 000 euro- nie, nie dodałam żadnego 0), by potem podłożyć pod nie ogień? Tutaj na pomoc przyszła niezawodna wikipedia, według której: Początki święta w Walencji sięgają XVI wieku, kiedy to tutejsi cieśle postanowili uczcić swego patrona św. Józefa, paląc konstrukcje tworzone z drewnianych odpadów. Z czasem niektóre z nich zaczęły przybierać kształty ludzkie, by ostatecznie przekształcić się w formy znane współcześnie oraz karykatury znanych osób.


W tym roku dominowali Merkel i Sarkozy oraz chciwi bankierzy. Niektóre fallas w niezwykle obrazowy sposób przedstawiają grzechy i przywary współczesnego świata. Jednak to kryzys i marnotrawienie pieniędzy przez władze były tematem przewodnim wielu fallas. Mniejsze rzeźby, te już typowo bajkowe, bez politycznych podtekstów, wystawiają także dzieci. Bez dwóch zdań, niektóre fallas to dzieła sztuki. Aż szkoda, że pójdą z dymem.


A na ulicach prawdziwa rewia mody- piękne falleras prezentują swoje wdzięki ubrane w tradycyjne suknie, bogato obwieszone biżuterią, z włosami upiętymi w kok, podtrzymany ozdobnym i połyskliwym grzebieniem-wachlarzem.


Przy fallas ustawiane są także namioty centrum lokalnego stowarzyszenia, do którego należą fallas. Tam impreza trwa bez przerwy, gromadzą się falleras, rodziny i znajomi, by razem ugotować paellę, czy sobie podrinkować. A na ulicy bawi się całe miasto. Na każdym skwerze i parku starsi i młodsi uczestniczą w botellonie, czyli typowo hiszpański zwyczaj picia alkoholu w miejscach publicznych.


Nie zobaczyliśmy wszystkich fallas, ale przeszliśmy turystyczne dzielnice Walencji wzdłuż i wszerz. Nie uczestniczyliśmy też w imprezach towarzyszących (wyjątkiem był pokaz sztucznych ogni o 1 w nocy), ale to nie z braku chęci, ale z nadmiary chętnych. La Mascleta, czyli kilka minut odpalania petard i sztucznych ogni na plaza del Ayuntamiento zgromadziło takie tłumy, że utknęliśmy w jednej z ulic prowadzących na plac. Na ofrenda, czyli składaniu kwiatów Matce Boskiej przez falleras też nie dotarliśmy z powodu tłumów.


Ale kulinarnie tradycyjnie jedliśmy buñuelos con chocolate (pyszne pączki, w Walencji zrobione z dyni) i piliśmy horchatę. I zjedliśmy paellę na plaży.


Więcej zdjęć na stronie fcb.



I should be a star member of group for people addicted to regional fiestas. If there only existed one, which I seriously doubt (wait, should I create one?). Well, if only I can (read: it falls on weekend/ I can take days off/ I have money/ other thousand of trivial thinks I have to think of before going to one), I participate in any local fiesta. In March, it was Valencia’s time, and its big event- Las Fallas. We already booked our hotel in November and on last Friday we were ready to go and even though we missed the main event, which was Crema on Monday, I was still impressed how Spanish people love their fiestas. Impressive sculptures, firecrackers and fireworks, crowds, paella, fire, it all describes this one-of-a-kind festival.


I do not know with what to begin this post... How loud were the firecrackers? How thick and grey was the air after the firework show? About the impressive imagination of the artist that created the fallas? The figures looking as if they were taken out of fairytale, but at a second glance, reflected more e reality than a fantasy? How dominating was the smell of buñuelos and churros? Perhaps I should gove you some historical background so that the idea of burning the beautiful monuments that were planned and constructed for months? Why to make such an effort and spend so much money (some bigger fallas costed more than 100 000€, and no, I didn’t put any extra 0) and then set them on fire? Once again, thanks to Wikipedia I know that the origin of this festival In Valencia dates back to sixteenth century, when the local carpenters decided to celebrate their patron Saint Joseph by burning constructions they created with accumulated waste, especially wood, at the end of winter. With time, the constructions started taking human shape, and finally turn into a form known today , many times of caricatures of famous people.


This year, Merkel and Sarkozy, greedy bankers, crisis were the most recreated figures and themes. For a change, some other fallas represented the sins and vices of the modern world in a very graphic way. Next to big fallas, there are smaller sculptures, children’s fallas, those usually have only characters taken from fairy tales and cartoons, without political accents. Do you agree with me that some fallas are real piece of art? Shame they all go up in smoke.


It isn’t only fallas that you can admire, as there is a real beauty show on the streets. Falleras, dressed in a traditional dresses and ornate gowns, with a lot of jewels, with their hair in a bun hold with a decorative comb.


Next to the sculptures, usually there is a big tent that belongs to the local association that made the falla. There, the party never stops. Falleras, their family and friends gather to cook paella and have some drinks. And in the meantime, the whole city party on the streets. On every square and in every park older and younger participate in botellón, the typical Spanish custom of drinking alcohol in public places.


We didn’t see all the fallas, but we wanted to visit Valencia as well. We didn’t participate in all the events, but it wasn’t because we didn’t want to, it was because too many people wanted. We wanted to see a Mascleta, a few minutes long firecracker and fireworks display on Plaza del Ayuntamiento, but we got stuck on one of the streets leading to the square. We also missed ofrenda, offering of flowers to the Virgin Mary by falleras, as we were too scared by the crowds.


What we didn’t miss was the traditional food, that is buñuelos con chocolate (delicious donuts, in Valencia they wade them with pumpkin pulp) and we drank horchata. And for Sunday lunch, a paella on the beach (well, that one was a mistake)


If you want to see more photos, check the fcb page.

Monday, 26 March 2012

Polowanie na Hermesa/ Hunting for Hermes

Niedzielne przedpołudnie spędziłam trochę nietypowo, bo na fotograficznym polowaniu na Hermesa z grupą barcelońskich bloggerów. Inicjatywa wyszła od Neus i APU, pod pretekstem szukania poukrywanych w mieście wizerunków tego greckiego boga, mieliśmy się okazję poznać (mój blog czyta chyba tylko Neus i to za pomocą google translatora, dla innych byłam tą od bloga w dziwnym języku). Mam już małe doświadczenie w poznawaniu ludzi za pomocą bloga :) W Rumunii, gdy nudząc się w pracy surfowałam w Internecie natknęłam się na bloga Ilony, umówiłyśmy się na Ursusa, po którym stała się jedną z najbliższych mi osób na obczyźnie. Na mojego bloga trafiła jakoś Ajka, zostawiła komentarz i od tego też zaczęła się wirtualna znajomość, a pojutrze lecimy na Majorkę, żeby się z nią i Ewą spotkać.


Ale wracając do niedzielnego polowania… Organizatorzy wręczyli mapy z zaznaczonymi Hermesami i podpowiedziami, gdzie należy szukać- czasami był tak mały, że ciężko było go wypatrzyć. Śmieszny to był zresztą widok: grupa 15 osób uzbrojonych w aparaty robi zdjęcia w miejscach, które zwykłym przechodniom i turystom wydają się pozbawione atrakcyjności. Czasami pytano nas o co chodzi, a nierzadko się zdarzało, że jakiś Japończyk zaczął robić zdjęcia naśladując nas.


Barcelona jeszcze raz potwierdziła, że z każdym spacerem można odkryć coś nowego. Tym razem podążając szlakiem Hermesa, boga kupców, wędrowców, wynalazców, złodziei i podróżujących, zwróciłam ponownie uwagę na niezwykłe dekoracje na budynkach, fasady, symbole.



I spend this Sunday morning in a rather unusual way, that is participating in a photo hunt for Hermes with a group of Barcelona bloggers (me being the only foreigner, which was strange at the beginning, as this time Nuno announced sleepily that he rather stayed in bed). The initiative came from the Neus and APU, and searching for hidden images of this Greek god, was a good excuse to meet with people who also write a blog about Barcelona, from local perspective, whose blogs I check for inspiration (I guess Neus is the only one reading my blog, thank you google translator, and for the rest of participants I was the one with a blog in a strange language). I decided to participate in the event to meet some new people, as my previous experiences with meeting people via blog were quite satisfying. In Romania, when I discovered Ilona’s blog, I decided to go for a beer with her, and she become one of my closest friend while being expat in Bucharest. Then while in Barcelona, Ajka somehow came across mu blog, left a comment and that is how our virtual friendship started. And on Wednesday we are going to Mallorca to meet her and Ewa personally.


But back to Sunday hunting ... The organizers handed us maps with spots and hints to look for Hermes. Sometimes the figure was so small it was challenging to spot it even when knowing that it was on the building in front of you. And the view was really funny: 15 adults armed with taking pictures of buildings/facades/ etc that places normal people and tourists would normally just passed without even looking, let alone find them attractive. Sometimes we were asked for explanation and sometimes some tourist took photos of the same object as we did, just in case it was something famous.


Once again I got convinced by Barcelona, that every time you go for a simple walk, you can discover something new. This time, following the trail of Hermes, the god of merchants, travelers, inventors, thieves, and travelers, I paid attention to details,
remarkable decorations, facades, symbols.

Saturday, 24 March 2012

Piwko i tapas w Vaso de Oro/ Beer and tapas In Vaso de Oro

Jak wielokrotnie powtarzała mi Carmen: w niedzielny słoneczny dzień, po spacerze na Barcelonecie, nie ma nic lepszego niż piwo i tapas w Vaso de Oro.

Wprawdzie dzisiaj nie niedziela, ale pogoda jak najbardziej nadająca się na spacer po plaży. Choć przyznam się, że spacer był tylko pretekstem, żeby w końcu wybrać się do Vaso de Oro. Jest to jeden z tych klasycznych barów, działający nieprzerwanie od kilkudziesięciu lat, gdzie klienci w większej części są lokalni (co może być tylko plusem każdego miejsca w zdominowanej przez guiris Barcelonie). Pierwsze wyzwanie czeka nas przy wejściu: lokal jest niesamowicie wąski- od lady do ściany nie ma chyba nawet 2 metrów, wypełniony jest po brzegi. Ale nie mogliśmy się poddać- na sam widok tapas, wiedzieliśmy, że musimy znaleźć jakiś wolny skrawek przestrzeni.


Mieliśmy szczęście, zwolniło się miejsce i mimo że połowę czas jedliśmy na stojąco, to smak klasycznych tapas i pyszne piwo (jedno z, jeśli nie najlepsze, jakie piłam do tej pory w barze w BCN) rekompensowało z nadwyżką niewygodę i zatłoczenie. Do tego kelnerzy w białych uniformach (nam trafił się jeden z poczuciem humoru, co wcale nie jest standardem, wręcz przeciwnie), którzy po imieniu zwracają się do stałych klientów i wystrój lokalu bardzo przyjemny, ciemne drewno, piwne kufle, tapas i ich przygotowanie na widoku. My zamówiliśmy bravas, pimientos de padrón (unos pican, otros no- czyli nigdy nie wiesz, czy trafisz na jakąś super pikantną), pyszne solomillo, ensaladilla rusa (ostatnio Nuno jest uzależniony, ale za jarzynową mojej mamy nie przepada. Podobno przez kiszone i pora) i morcilla (czyli kaszanka, normalnie wystrzegam się jak ognia czegoś co ma krew, ale pamiętałam, jak nie wiedząc co jem w Walencji kilka lat temu smakowała mi, postanowiłam więc powtórzyć eksperyment). A do tego po 2 piwka w wysokich wąskich szklankach. Niestety, tak jak czytałam na forach- nie można iść do Vaso de Oro bardzo głodnym, bo na widok pysznych tapas można stracić kontrolę, a będzie ona odzwierciedlona w kwocie na rachunku. Ale od czasu do czasu pewnie tam wrócimy, pod pretekstem zabrania tam gości (czemu nikt nas ostatnio nie odwiedza?!), albo po niedzielnym spacerze.



Carmen, my work college, who is my personal travel/local fiestas/places to eat guru, has repeated my countless times: there is nothing better than beer and tapas in the Vaso de Oro after a Sunday walk on Barceloneta beach.

Although today is not Sunday, the weather was more than perfect to have a walk on Barceloneta beach. Well, I admit that the walk was just a good excuse to finally go to el Vaso de Oro. It is one of those classic bars, where for decades local people come to have some exquisite tapas (and in Barcelona places dominated by locals and not guiris can only be a good sign). The first challenge was to find a free spot in this extremely narrow place- I ring that from the wall to the counter is less than 2 meters, and the place was packed out. But as our eyes laid on the tapas people where consuming, we knew we couldn’t just surrender and leave, we were determined to find a small space.


We were lucky, and even though we spend half of the tome standing (later other couple left and we could grab their chairs) the taste of some classic Spanish tapas and delicious beer (one of, if not the best, I’ve drunk so far in a bar in BCN) made we didn’t mind the crowd. The waiters in white uniforms (we got one with a sense of humor, which is not something that common in Catalunya but quite on the contrary) are on first name terms with regular customers. The décor is very nice: dark wood, beer mugs, you can see all the tapas exposed and the process of the preparations. We ordered bravas, pimientos de padrón (unos pican, otros no-meaning that you never know if the next one isn’t the spicy one), delicious solomillo, ensaladilla rusa (Nuno is addicted, but somehow he doesn’t like my mum’s vegetable salad. Apparently it is because of pickled cucumbers and leak) and morcilla (blood sausage- normally I avoid any food that has blood as ingredient, but few years ago while in Valencia, our friend ordered it and without telling what it was, I really liked it, so I decided to repeat and see if knowing I ate blood I would still like the taste. I did.) And we couldn’t drink anything but their beer in high narrow glasses. Unfortunately, as I read on some forums, you can’t go to el Vaso de Oro very hungry, because seeing all these delicious food, you can easily lose control, and it will be reflected in your bill. So next time we go to el Vaso de Oro, we need to have an excuse, like taking our guest to try some tapas (and nobody has visited us in a quite long time). Or like a tiring Sunday walk.

'

Monday, 19 March 2012

Huk, ogień i buñuelos/ Noise, fire and buñuelos

Jeśli istnieje klub dla uzależnionych of regionalnych fiest, to z pewnością powinnam do niego należeć. Jeśli tylko termin, środki i inne nieciekawe elementy wypadkowe mi na to pozwalają, staram się uczestniczyć we wszystkich lokalnych imprezach uczestniczyć. W marcu padło na Walencję i słynne Fallas. Prowizorycznie hotel zablokowaliśmy już w listopadzie i mimo, że nie mogliśmy uczestniczyć w głównej atrakcji Fallas, jaką jest poniedziałkowa Crema, czyli palenie figur, to 2 dni pod znakiem petard, sztucznych ogni, tłumów i oczywiście imponujących rzeźb wystarczyły, żeby poczuć atmosferę tego jedynego w swoim rodzaju święta.


Nie wiem od czego zacząć… Od wystrzałów petard? Od pokazów fajerwerków, po których powietrze zasnute jest gęstym dymem? Od wielkich figur rodem z bajek, które jednak nawiązują bardziej do rzeczywistości niż do baśniowej fantazji? Od dominującego zapachu churros i buñuelos? Od słowniczka? A może od zarysu historycznego? Czyli skąd się wziął pomysł palenie misternie zaplanowanych i wykonanych konstrukcji? Po co przez całe miesiące buduje się niesamowite Fallas, kosztujące wcale niemało (te większe podobno ok. 100 000 euro- nie, nie dodałam żadnego 0), by potem podłożyć pod nie ogień? Tutaj na pomoc przyszła niezawodna wikipedia, według której: Początki święta w Walencji sięgają XVI wieku, kiedy to tutejsi cieśle postanowili uczcić swego patrona św. Józefa, paląc konstrukcje tworzone z drewnianych odpadów. Z czasem niektóre z nich zaczęły przybierać kształty ludzkie, by ostatecznie przekształcić się w formy znane współcześnie oraz karykatury znanych osób.


W tym roku dominowali Merkel i Sarkozy oraz chciwi bankierzy. Niektóre fallas w niezwykle obrazowy sposób przedstawiają grzechy i przywary współczesnego świata. Jednak to kryzys i marnotrawienie pieniędzy przez władze były tematem przewodnim wielu fallas. Mniejsze rzeźby, te już typowo bajkowe, bez politycznych podtekstów, wystawiają także dzieci. Bez dwóch zdań, niektóre fallas to dzieła sztuki. Aż szkoda, że pójdą z dymem.


A na ulicach prawdziwa rewia mody- piękne falleras prezentują swoje wdzięki ubrane w tradycyjne suknie, bogato obwieszone biżuterią, z włosami upiętymi w kok, podtrzymany ozdobnym i połyskliwym grzebieniem-wachlarzem.


Przy fallas ustawiane są także namioty centrum lokalnego stowarzyszenia, do którego należą fallas. Tam impreza trwa bez przerwy, gromadzą się falleras, rodziny i znajomi, by razem ugotować paellę, czy sobie podrinkować. A na ulicy bawi się całe miasto. Na każdym skwerze i parku starsi i młodsi uczestniczą w botellonie, czyli typowo hiszpański zwyczaj picia alkoholu w miejscach publicznych.


Nie zobaczyliśmy wszystkich fallas, ale przeszliśmy turystyczne dzielnice Walencji wzdłuż i wszerz. Nie uczestniczyliśmy też w imprezach towarzyszących (wyjątkiem był pokaz sztucznych ogni o 1 w nocy), ale to nie z braku chęci, ale z nadmiary chętnych. La Mascleta, czyli kilka minut odpalania petard i sztucznych ogni na plaza del Ayuntamiento zgromadziło takie tłumy, że utknęliśmy w jednej z ulic prowadzących na plac. Na ofrenda, czyli składaniu kwiatów Matce Boskiej przez falleras też nie dotarliśmy z powodu tłumów.


Ale kulinarnie tradycyjnie jedliśmy buñuelos con chocolate (pyszne pączki, w Walencji zrobione z dyni) i piliśmy horchatę. I zjedliśmy paellę na plaży.


Więcej zdjęć na stronie fcb.



I should be a star member of group for people addicted to regional fiestas. If there only existed one, which I seriously doubt (wait, should I create one?). Well, if only I can (read: it falls on weekend/ I can take days off/ I have money/ other thousand of trivial thinks I have to think of before going to one), I participate in any local fiesta. In March, it was Valencia’s time, and its big event- Las Fallas. We already booked our hotel in November and on last Friday we were ready to go and even though we missed the main event, which was Crema on Monday, I was still impressed how Spanish people love their fiestas. Impressive sculptures, firecrackers and fireworks, crowds, paella, fire, it all describes this one-of-a-kind festival.


I do not know with what to begin this post... How loud were the firecrackers? How thick and grey was the air after the firework show? About the impressive imagination of the artist that created the fallas? The figures looking as if they were taken out of fairytale, but at a second glance, reflected more e reality than a fantasy? How dominating was the smell of buñuelos and churros? Perhaps I should gove you some historical background so that the idea of burning the beautiful monuments that were planned and constructed for months? Why to make such an effort and spend so much money (some bigger fallas costed more than 100 000€, and no, I didn’t put any extra 0) and then set them on fire? Once again, thanks to Wikipedia I know that the origin of this festival In Valencia dates back to sixteenth century, when the local carpenters decided to celebrate their patron Saint Joseph by burning constructions they created with accumulated waste, especially wood, at the end of winter. With time, the constructions started taking human shape, and finally turn into a form known today , many times of caricatures of famous people.


This year, Merkel and Sarkozy, greedy bankers, crisis were the most recreated figures and themes. For a change, some other fallas represented the sins and vices of the modern world in a very graphic way. Next to big fallas, there are smaller sculptures, children’s fallas, those usually have only characters taken from fairy tales and cartoons, without political accents. Do you agree with me that some fallas are real piece of art? Shame they all go up in smoke.


It isn’t only fallas that you can admire, as there is a real beauty show on the streets. Falleras, dressed in a traditional dresses and ornate gowns, with a lot of jewels, with their hair in a bun hold with a decorative comb.


Next to the sculptures, usually there is a big tent that belongs to the local association that made the falla. There, the party never stops. Falleras, their family and friends gather to cook paella and have some drinks. And in the meantime, the whole city party on the streets. On every square and in every park older and younger participate in botellón, the typical Spanish custom of drinking alcohol in public places.


We didn’t see all the fallas, but we wanted to visit Valencia as well. We didn’t participate in all the events, but it wasn’t because we didn’t want to, it was because too many people wanted. We wanted to see a Mascleta, a few minutes long firecracker and fireworks display on Plaza del Ayuntamiento, but we got stuck on one of the streets leading to the square. We also missed ofrenda, offering of flowers to the Virgin Mary by falleras, as we were too scared by the crowds.


What we didn’t miss was the traditional food, that is buñuelos con chocolate (delicious donuts, in Valencia they wade them with pumpkin pulp) and we drank horchata. And for Sunday lunch, a paella on the beach (well, that one was a mistake)


If you want to see more photos, check the fcb page.

Bądź na bieżąco/ Follow by Email