Wednesday, 18 July 2012

Ja chcę widelec! / I want a fork

Do restauracji La Xina miałam ochotę się wybrać po przeczytaniu posta Neus, z zaprzyjaźnionego bloga (jak ktoś chce szkolić hiszpański), ale jak na złość nie mogę znaleźć jej recenzji. Restauracje słynnej grupy Tragaluz nie należą do najtańszych (ale za to wystrój zawsze jest ciekawy i dobrany ze smakiem) , co potwierdzają recenzje na tripadvisor, więc wykorzystaliśmy okazję, że pewien dzień mieliśmy wolny i skorzystaliśmy z oferty menu de dia i za 15€ (co też porażająco tanie nie jest) zjedliśmy pierwsze i drugie danie (porcje dla niegłodnych, do których się zaliczamy po 10 dniach obżarstwa w Portugalii) i symboliczny deserek. Jedzenie poprawne, choć nacierpiałam się strasznie jedząc pałeczkami. Nie mam takiej wprawy jak Nuno, połowa ryżu lądowała najpierw na talerzu (pewnie gdybym mieszkała w Chinach przez pierwsze miesiące bym się nieźle wylaszczyła, bo posiłki trwałyby całą wieczność), a pikantne skrzydełka były dopiero wyzwaniem. Ale dałam radę, nie prosząc o widelec.


Sama restauracja ma ciekawy nowoczesny wystrój (znajduje się tuż przy zapełnionej mrowiem turystów Rambli), z kuchnią na widoku i wielkim papierowym smokiem (zdjęcia zrobione iPhonem nie oddają w pełni klimatu, dlatego odsyłam na stronę restauracji, na której można też zerknąć na menu, na którym podane są ceny, co jest rzadkością). Wielkim minusem jest jednak dość niesympatyczna obsługa, ale do tego w Barcelonie zdążyliśmy się przyzwyczaić (nie mylić jednak z akceptacją). La Xina to alternatywna dla typowych chińczyków.



Since I read Neus’ post on a friendly blog on Barcelona related topics (she covers some interesting places, so if only you speak some Spanish, check her website), I knew we had to go to La Xina restaurant (especially taking into account Nuno’s addiction to Asian food). Of course, now that I need a link to the specific post, I can’t find it, but believe me, she recommended it and she was right, once again. Restaurants from the famous Tragaluz are not the cheapest ones (but the décor is always interesting and unusual), which is confirmed by many reviews on tripadvisor. So once we got a day off and could choose a menu del dia for 15 € (still not the cheapest available, but affordable) that included first and second course (be aware that servings are for not hungry ones, and we fall into this group after 10 days of eating way too much in Portugal) and a symbolic dessert. The food was decent but I suffered a lot while eating with chopsticks. Nuno has a lot of experience (I always asked for a fork while in restaurants where you should eat with chopsticks), so he was laughing at me when half of the rice landed first on my plate instead getting directly to my mouth. I suppose that if I lived in China, for the first weeks I would become extremely slim, as it would take me forever to finish a meal and half of the food would never make it to my mouth. Still, I managed to eat and I am proud not to ask for a fork (not that they even offered me one and for sure they saw me struggling with spicy chicken wings).

The restaurant itself has an interesting modern design (located next to the most touristic spot of the city, the famous Ramblas), with the kitchen on display and a big paper dragon (pictures taken with the iPhone really don’t show the beauty of the interior, so if you are interested check their official website, you can also have a look on the menu, and the prices –so that you go prepared). The great drawback is a rather unpleasant service, but it seems that in Barcelona you have to get used to the staff being rude (not that we accept it). La Xina is a good alternative (but more expensive) to the typical Chinese restaurants.

Miasto niekończących się spacerów/ City of endless walks

Po Amsterdamie można spacerować bez końca. Tyle jest bowiem urokliwych uliczek kryjących w sobie czarujące kawiarenki, urocze sklepiki i zaułki. Tyle jest bowiem kanałów, nad którymi spacer przestaje być zwykłym spacerem, a staje się przygodą. Po Amsterdamie można jeździć rowerem. Też godzinami. I to nie dlatego, że miasto jest wielkie, ale można się w nim łatwo zgubić. Ale zamiast się denerwować, lepiej nasze zgubienie ustalonej wcześniej trasy przyjąć jako miły psikus losu. Lepiej pozbyć się mapy, bo możemy się sfrustrować, nazwy ulic są tak podobne i obco brzmiące, że zanim na mapie znajdziemy tę, na której jesteśmy i tę, na którą chcemy się dostać, stracić możemy dobry humor. Lepiej zdać się na przypadek, a na pewno nie pożałujemy, bo poznamy lepiej klimat tego miasta. Do Amsterdamu miałam ochotę pojechać chyba od zawsze. W końcu udało się zrealizować to małe marzenie podróżnicze. A jaki jest lepszy termin niż okolice moich urodzin? (Maj zresztą to idealny miesiąc na podróże, bo wiosną wszystko wygląda po prostu ładniej niż zimą, a przy tym nie męczą nas upały).


Amsterdam pozytywnie nas zaskoczył (może nie do końca pogodą, bo trochę popadało, ale to chyba był jedyny mankament wyjazdu). Na tyle, że znalazł się na całkiem przyzwoitej lokacie miast, w których moglibyśmy zamieszkać. Miasto nie ma zbyt dużo atrakcji turystycznych (poza 2 sławnymi muzeami i domem Anny Frank, no i może piwną przygodą w Heineken), ale może właśnie dzięki temu tak nam się podobało? Są bowiem miasta takie jak Paryż czy Rzym, gdzie w ciągu tygodnia nie da się zobaczyć wszystkich zabytków, gdzie wiekowe budowle stoją w odległości kilkunastu metrów od siebie, miasta, gdzie historię ogląda się na każdym rogu. I są miasta, jak Amsterdam czy Edynburg, gdzie sławne zabytki można policzyć na palcach jednej (no może dwóch) ręki. I czasami to właśnie takie miasta nas w sobie rozkochują. Mają inny klimat. Nie czujemy bowiem przymusu odwiedzenia kolejnego muzeum, kościoła, Koloseum czy … (tu można wpisać jeden z niezliczonych obowiązkowych na turystycznej liście zabytków). To w tych miastach możemy sobie odpuścić planowanie dokładnej trasy, bo bez mapy mamy większą szansę na odkrycie lokalnych sekretów. My kilka tajemnic poznaliśmy… (Jak się można domyślić, ciąg dalszy nastąpi… naszła mnie bowiem ochota na posty częstsze, a krótsze).


Amsterdam is a perfect city to just walk around, to wander without purpose, just for the sake of having a walk. There are so many charming streets hidden, whichever direction you choose to turn, you can find a cozy small café or shop. Having a walk by one of many channels is a yet different experience. In Amsterdam you can ride a bike for hours and hours. And not because it is such a big city, it is just quite easy to get lost. You have to go with the flow, and instead of getting angry for losing your scheduled itinerary, enjoy what you can discover by accident. In other words, just get rid of the map and you won’t get frustrated, as the street names are so similar to one another and sound so foreign, that before you can find on the map the street you are on and the one you want to reach, you probably will lose the patience. Besides, to enjoy this city it is advisable to get lost.
I wanted to go to Amsterdam like forever. But there was always some other city that had better connection, had some friends living in or any other reason to postpone a trip to Amsterdam. Finally I did book a trip as my birthday present this year (I also find May the best month to travel, as during spring all the city with flowers blooming and green grass look more attractive than in winter, and you still are not overwhelmed by the summer heat. Not that the heat is an issue in Amsterdam, note: always bring your umbrella, unless you enjoy singing in the rain.


We were positively surprised by the city’s charm and atmosphere (the only drawback was the weather, as when we chose to have a boat trip to see a city from the river level, it was raining quite a lot). We liked it so much, that Amsterdam is high on our private list of the cities we could live in. What we actually liked was the fact that there aren’t so many touristic attractions (not counting 2 famous museums and the Anne Frank House, and maybe a beer adventure in Heineken, there are really not that much to visit). I divide cities into 2 kinds. Those, such as Paris or Rome, where during one week you can’t possibly see all the attractions, where ancient buildings stand one next to another, where ancient history awaits at every corner. And there are cities like Amsterdam and Edinburgh, where famous monuments can be counted on the fingers of one hand (well, maybe two). Sometimes it is easier to fall in love with those cities, as they have different atmosphere (I found them less overwhelming, less intimidating). As we don’t feel forced to visit yet another museum, church, Colosseum or ... (here you can name one of the countless mandatory touristic spots not to be missed when in X city), we can just enjoy what the city has to offer, we can skip planning a detailed route and by accident discover the local secrets. We found quite a lot of them when in Amsterdam ... (As you might guess, to be continued ... short post was easier to write)

Tuesday, 3 July 2012

Relaks na Costa Brava/ Relax on the Costa Brava

Od czasu do czasu Nuno aktywnie włącza się w organizację naszego czasu wolnego. W poprzedni weekend nie wiedziałam nawet, gdzie będziemy dokładnie i co będziemy robić. Miła odmiana. Choć wiedziałam, że plaża i odpoczynek to główny plan na sobotę i niedzielę, nie musiałam jednak nic planować.

W sobotę wstaliśmy dość wcześnie, wklepaliśmy do GPS namiary na plażę przy miasteczku Palamós. Jednak poprowadził nas on do ścieżki rowerowej, nie odważyliśmy się podążyć za wskazówkami i zamiast na wąską plażę (Cala estreta) pojechaliśmy na playa la Fosca. Zanotujcie sobie tę nazwę, bo jest to jedna z ładniejszych, według nas, plaż na Costa Brava. Szeroka, piaszczysta, czysta i co najważniejsze, nie aż tak zatłoczona spragnionymi słońca plażowiczami.


Po kilku godzinach plażowania z babskimi gazetkami (Nuno bardziej ambitnie czytał książkę na moim ebooku), poprzeplatanych chwilami orzeźwienia w morzu, pojechaliśmy do naszego hotelu. Znajdował się on w przysłowiowym gdzie diabeł mówi dobranoc, w tym konkretnym przypadku tym „gdzie” było pole golfowe. Problemem ze spontanicznymi wypadami na Costa Brava jest brak miejsc noclegowych, większość jest zarezerwowanych, albo przekracza nasze możliwości finansowe.


Zatrzymaliśmy się więc w hotelu położonym 20 km od Girony, tam też pojechaliśmy na kolację połączoną z oglądaniem meczu Francja-Hiszpania. Poszukiwanie otwartego baru z transmisją meczu było trudniejsze niż się spodziewaliśmy, ale mieliśmy szczęście i weszliśmy do pierwszego napotkanego baru, który na drzwiach miał wywieszoną informację o meczu. I trafiliśmy na kulinarny raj montaditos. Jedne z najlepszych, jakie jedliśmy i na pewno najtańsze (gdzie w Barcelonie zjesz montadito/ tapas za 1 euro?- pytanie czysto retoryczne). Na deser wybraliśmy się do osławionej lodziarni Rocambolesc (nie byłam jednak sobą i nie zrobiłam żadnych zdjęć, więc odsyłam do linka, bo wystrój jest bajkowy).


W niedzielę nasze lenistwo osiągnęło szczyty. Nie ruszyliśmy się z basenu hotelowego, przenosiliśmy się tylko z leżaka do basenu, z basenu do wiklinowego „jajka”, by w cieniu podrzemać. Plan mieliśmy ambitniejszy, mieliśmy odkryć nową plażę, ale czasami plany trzeba odłożyć lub zmienić. Czasami trzeba zrelaksować się maksymalnie, podładować akumulatory, wyłączyć myślenie, że coś trzeba zrobić, bo inaczej to strata czasu. Dla mnie to szczególnie trudne, planowanie mam chyba w genach, nie do końca umiem wrzucić na luz i nic nie robić.




From time to time, Nuno is the one that organize our weekend. Last time he was an active planner and I didn’t even know exactly where we were staying and what was the schedule. A small correction, with Nuno’s as a planner, there is no strict schedule. I knew I could expect relax on the beach.

On Saturday we got up relatively early, input GPS coordinates of a nice beach near Palamós (Cala estreta). It led us to a bike path, we didn’t dare to follow the gps’s questionable instructions so we turned and went instead to Playa la Fosca. Write down this name, cause we found it to be one of the nicest beach of Costa Brava. It is wide, sandy, clean and most importantly, not so crowded.


We spent several hours of sunbathing and doing nothing, if you don’t count reading some magazines (normally I don’t buy them, but I just can’t imagine relax on the beach without reading them. Nuno was more ambitious and was reading a book on my ebook instead.) When we finally got tired of the sun and sea, we went to our hotel. It was located in the middle of nowhere, and in this particular case “nowhere” was a golf course. The problem with spontaneous trips to the Costa Brava is that many times everything is overbooked or overpriced.


So we decided to stay in a hotel 20 km from Girona, and more than half an hour from the seaside. As Girona is a really nice city, we decided to have a dinner there and watch a football game, France against Spain. Finding an open bar with a TV broadcasting the game turned out to be a challenge . We were lucky to find one and it was a culinary paradise of montaditos. Some of the best we have eaten and definitely the cheapest ones (if you know where to have a montadito for 1 euro in Barcelona, please let me know). For dessert, as a meal isn’t finished without something sweet, we went to a famous ice cream shop Rocambolesc. I wasn’t myself as I didn’t take a single picture, so please check this link a the décor is just fabulous.


On Sunday, we couldn’t be more lazy :) We were supposed to spend some time by the pool and then discover some nice beach. But instead we spent the whole day by the pool, moving from sun lounger to the pool. Sometimes you need to relax, recharge the batteries, forget about everything. For me it is difficult, not making plans is harder than being spontaneous. Really, it seems that I have developed some planning gene, and just can’t help but organize everything to the smallest details. This weekend was about all but planning. And I enjoyed it.

Wednesday, 18 July 2012

Ja chcę widelec! / I want a fork

Do restauracji La Xina miałam ochotę się wybrać po przeczytaniu posta Neus, z zaprzyjaźnionego bloga (jak ktoś chce szkolić hiszpański), ale jak na złość nie mogę znaleźć jej recenzji. Restauracje słynnej grupy Tragaluz nie należą do najtańszych (ale za to wystrój zawsze jest ciekawy i dobrany ze smakiem) , co potwierdzają recenzje na tripadvisor, więc wykorzystaliśmy okazję, że pewien dzień mieliśmy wolny i skorzystaliśmy z oferty menu de dia i za 15€ (co też porażająco tanie nie jest) zjedliśmy pierwsze i drugie danie (porcje dla niegłodnych, do których się zaliczamy po 10 dniach obżarstwa w Portugalii) i symboliczny deserek. Jedzenie poprawne, choć nacierpiałam się strasznie jedząc pałeczkami. Nie mam takiej wprawy jak Nuno, połowa ryżu lądowała najpierw na talerzu (pewnie gdybym mieszkała w Chinach przez pierwsze miesiące bym się nieźle wylaszczyła, bo posiłki trwałyby całą wieczność), a pikantne skrzydełka były dopiero wyzwaniem. Ale dałam radę, nie prosząc o widelec.


Sama restauracja ma ciekawy nowoczesny wystrój (znajduje się tuż przy zapełnionej mrowiem turystów Rambli), z kuchnią na widoku i wielkim papierowym smokiem (zdjęcia zrobione iPhonem nie oddają w pełni klimatu, dlatego odsyłam na stronę restauracji, na której można też zerknąć na menu, na którym podane są ceny, co jest rzadkością). Wielkim minusem jest jednak dość niesympatyczna obsługa, ale do tego w Barcelonie zdążyliśmy się przyzwyczaić (nie mylić jednak z akceptacją). La Xina to alternatywna dla typowych chińczyków.



Since I read Neus’ post on a friendly blog on Barcelona related topics (she covers some interesting places, so if only you speak some Spanish, check her website), I knew we had to go to La Xina restaurant (especially taking into account Nuno’s addiction to Asian food). Of course, now that I need a link to the specific post, I can’t find it, but believe me, she recommended it and she was right, once again. Restaurants from the famous Tragaluz are not the cheapest ones (but the décor is always interesting and unusual), which is confirmed by many reviews on tripadvisor. So once we got a day off and could choose a menu del dia for 15 € (still not the cheapest available, but affordable) that included first and second course (be aware that servings are for not hungry ones, and we fall into this group after 10 days of eating way too much in Portugal) and a symbolic dessert. The food was decent but I suffered a lot while eating with chopsticks. Nuno has a lot of experience (I always asked for a fork while in restaurants where you should eat with chopsticks), so he was laughing at me when half of the rice landed first on my plate instead getting directly to my mouth. I suppose that if I lived in China, for the first weeks I would become extremely slim, as it would take me forever to finish a meal and half of the food would never make it to my mouth. Still, I managed to eat and I am proud not to ask for a fork (not that they even offered me one and for sure they saw me struggling with spicy chicken wings).

The restaurant itself has an interesting modern design (located next to the most touristic spot of the city, the famous Ramblas), with the kitchen on display and a big paper dragon (pictures taken with the iPhone really don’t show the beauty of the interior, so if you are interested check their official website, you can also have a look on the menu, and the prices –so that you go prepared). The great drawback is a rather unpleasant service, but it seems that in Barcelona you have to get used to the staff being rude (not that we accept it). La Xina is a good alternative (but more expensive) to the typical Chinese restaurants.

Miasto niekończących się spacerów/ City of endless walks

Po Amsterdamie można spacerować bez końca. Tyle jest bowiem urokliwych uliczek kryjących w sobie czarujące kawiarenki, urocze sklepiki i zaułki. Tyle jest bowiem kanałów, nad którymi spacer przestaje być zwykłym spacerem, a staje się przygodą. Po Amsterdamie można jeździć rowerem. Też godzinami. I to nie dlatego, że miasto jest wielkie, ale można się w nim łatwo zgubić. Ale zamiast się denerwować, lepiej nasze zgubienie ustalonej wcześniej trasy przyjąć jako miły psikus losu. Lepiej pozbyć się mapy, bo możemy się sfrustrować, nazwy ulic są tak podobne i obco brzmiące, że zanim na mapie znajdziemy tę, na której jesteśmy i tę, na którą chcemy się dostać, stracić możemy dobry humor. Lepiej zdać się na przypadek, a na pewno nie pożałujemy, bo poznamy lepiej klimat tego miasta. Do Amsterdamu miałam ochotę pojechać chyba od zawsze. W końcu udało się zrealizować to małe marzenie podróżnicze. A jaki jest lepszy termin niż okolice moich urodzin? (Maj zresztą to idealny miesiąc na podróże, bo wiosną wszystko wygląda po prostu ładniej niż zimą, a przy tym nie męczą nas upały).


Amsterdam pozytywnie nas zaskoczył (może nie do końca pogodą, bo trochę popadało, ale to chyba był jedyny mankament wyjazdu). Na tyle, że znalazł się na całkiem przyzwoitej lokacie miast, w których moglibyśmy zamieszkać. Miasto nie ma zbyt dużo atrakcji turystycznych (poza 2 sławnymi muzeami i domem Anny Frank, no i może piwną przygodą w Heineken), ale może właśnie dzięki temu tak nam się podobało? Są bowiem miasta takie jak Paryż czy Rzym, gdzie w ciągu tygodnia nie da się zobaczyć wszystkich zabytków, gdzie wiekowe budowle stoją w odległości kilkunastu metrów od siebie, miasta, gdzie historię ogląda się na każdym rogu. I są miasta, jak Amsterdam czy Edynburg, gdzie sławne zabytki można policzyć na palcach jednej (no może dwóch) ręki. I czasami to właśnie takie miasta nas w sobie rozkochują. Mają inny klimat. Nie czujemy bowiem przymusu odwiedzenia kolejnego muzeum, kościoła, Koloseum czy … (tu można wpisać jeden z niezliczonych obowiązkowych na turystycznej liście zabytków). To w tych miastach możemy sobie odpuścić planowanie dokładnej trasy, bo bez mapy mamy większą szansę na odkrycie lokalnych sekretów. My kilka tajemnic poznaliśmy… (Jak się można domyślić, ciąg dalszy nastąpi… naszła mnie bowiem ochota na posty częstsze, a krótsze).


Amsterdam is a perfect city to just walk around, to wander without purpose, just for the sake of having a walk. There are so many charming streets hidden, whichever direction you choose to turn, you can find a cozy small café or shop. Having a walk by one of many channels is a yet different experience. In Amsterdam you can ride a bike for hours and hours. And not because it is such a big city, it is just quite easy to get lost. You have to go with the flow, and instead of getting angry for losing your scheduled itinerary, enjoy what you can discover by accident. In other words, just get rid of the map and you won’t get frustrated, as the street names are so similar to one another and sound so foreign, that before you can find on the map the street you are on and the one you want to reach, you probably will lose the patience. Besides, to enjoy this city it is advisable to get lost.
I wanted to go to Amsterdam like forever. But there was always some other city that had better connection, had some friends living in or any other reason to postpone a trip to Amsterdam. Finally I did book a trip as my birthday present this year (I also find May the best month to travel, as during spring all the city with flowers blooming and green grass look more attractive than in winter, and you still are not overwhelmed by the summer heat. Not that the heat is an issue in Amsterdam, note: always bring your umbrella, unless you enjoy singing in the rain.


We were positively surprised by the city’s charm and atmosphere (the only drawback was the weather, as when we chose to have a boat trip to see a city from the river level, it was raining quite a lot). We liked it so much, that Amsterdam is high on our private list of the cities we could live in. What we actually liked was the fact that there aren’t so many touristic attractions (not counting 2 famous museums and the Anne Frank House, and maybe a beer adventure in Heineken, there are really not that much to visit). I divide cities into 2 kinds. Those, such as Paris or Rome, where during one week you can’t possibly see all the attractions, where ancient buildings stand one next to another, where ancient history awaits at every corner. And there are cities like Amsterdam and Edinburgh, where famous monuments can be counted on the fingers of one hand (well, maybe two). Sometimes it is easier to fall in love with those cities, as they have different atmosphere (I found them less overwhelming, less intimidating). As we don’t feel forced to visit yet another museum, church, Colosseum or ... (here you can name one of the countless mandatory touristic spots not to be missed when in X city), we can just enjoy what the city has to offer, we can skip planning a detailed route and by accident discover the local secrets. We found quite a lot of them when in Amsterdam ... (As you might guess, to be continued ... short post was easier to write)

Tuesday, 3 July 2012

Relaks na Costa Brava/ Relax on the Costa Brava

Od czasu do czasu Nuno aktywnie włącza się w organizację naszego czasu wolnego. W poprzedni weekend nie wiedziałam nawet, gdzie będziemy dokładnie i co będziemy robić. Miła odmiana. Choć wiedziałam, że plaża i odpoczynek to główny plan na sobotę i niedzielę, nie musiałam jednak nic planować.

W sobotę wstaliśmy dość wcześnie, wklepaliśmy do GPS namiary na plażę przy miasteczku Palamós. Jednak poprowadził nas on do ścieżki rowerowej, nie odważyliśmy się podążyć za wskazówkami i zamiast na wąską plażę (Cala estreta) pojechaliśmy na playa la Fosca. Zanotujcie sobie tę nazwę, bo jest to jedna z ładniejszych, według nas, plaż na Costa Brava. Szeroka, piaszczysta, czysta i co najważniejsze, nie aż tak zatłoczona spragnionymi słońca plażowiczami.


Po kilku godzinach plażowania z babskimi gazetkami (Nuno bardziej ambitnie czytał książkę na moim ebooku), poprzeplatanych chwilami orzeźwienia w morzu, pojechaliśmy do naszego hotelu. Znajdował się on w przysłowiowym gdzie diabeł mówi dobranoc, w tym konkretnym przypadku tym „gdzie” było pole golfowe. Problemem ze spontanicznymi wypadami na Costa Brava jest brak miejsc noclegowych, większość jest zarezerwowanych, albo przekracza nasze możliwości finansowe.


Zatrzymaliśmy się więc w hotelu położonym 20 km od Girony, tam też pojechaliśmy na kolację połączoną z oglądaniem meczu Francja-Hiszpania. Poszukiwanie otwartego baru z transmisją meczu było trudniejsze niż się spodziewaliśmy, ale mieliśmy szczęście i weszliśmy do pierwszego napotkanego baru, który na drzwiach miał wywieszoną informację o meczu. I trafiliśmy na kulinarny raj montaditos. Jedne z najlepszych, jakie jedliśmy i na pewno najtańsze (gdzie w Barcelonie zjesz montadito/ tapas za 1 euro?- pytanie czysto retoryczne). Na deser wybraliśmy się do osławionej lodziarni Rocambolesc (nie byłam jednak sobą i nie zrobiłam żadnych zdjęć, więc odsyłam do linka, bo wystrój jest bajkowy).


W niedzielę nasze lenistwo osiągnęło szczyty. Nie ruszyliśmy się z basenu hotelowego, przenosiliśmy się tylko z leżaka do basenu, z basenu do wiklinowego „jajka”, by w cieniu podrzemać. Plan mieliśmy ambitniejszy, mieliśmy odkryć nową plażę, ale czasami plany trzeba odłożyć lub zmienić. Czasami trzeba zrelaksować się maksymalnie, podładować akumulatory, wyłączyć myślenie, że coś trzeba zrobić, bo inaczej to strata czasu. Dla mnie to szczególnie trudne, planowanie mam chyba w genach, nie do końca umiem wrzucić na luz i nic nie robić.




From time to time, Nuno is the one that organize our weekend. Last time he was an active planner and I didn’t even know exactly where we were staying and what was the schedule. A small correction, with Nuno’s as a planner, there is no strict schedule. I knew I could expect relax on the beach.

On Saturday we got up relatively early, input GPS coordinates of a nice beach near Palamós (Cala estreta). It led us to a bike path, we didn’t dare to follow the gps’s questionable instructions so we turned and went instead to Playa la Fosca. Write down this name, cause we found it to be one of the nicest beach of Costa Brava. It is wide, sandy, clean and most importantly, not so crowded.


We spent several hours of sunbathing and doing nothing, if you don’t count reading some magazines (normally I don’t buy them, but I just can’t imagine relax on the beach without reading them. Nuno was more ambitious and was reading a book on my ebook instead.) When we finally got tired of the sun and sea, we went to our hotel. It was located in the middle of nowhere, and in this particular case “nowhere” was a golf course. The problem with spontaneous trips to the Costa Brava is that many times everything is overbooked or overpriced.


So we decided to stay in a hotel 20 km from Girona, and more than half an hour from the seaside. As Girona is a really nice city, we decided to have a dinner there and watch a football game, France against Spain. Finding an open bar with a TV broadcasting the game turned out to be a challenge . We were lucky to find one and it was a culinary paradise of montaditos. Some of the best we have eaten and definitely the cheapest ones (if you know where to have a montadito for 1 euro in Barcelona, please let me know). For dessert, as a meal isn’t finished without something sweet, we went to a famous ice cream shop Rocambolesc. I wasn’t myself as I didn’t take a single picture, so please check this link a the décor is just fabulous.


On Sunday, we couldn’t be more lazy :) We were supposed to spend some time by the pool and then discover some nice beach. But instead we spent the whole day by the pool, moving from sun lounger to the pool. Sometimes you need to relax, recharge the batteries, forget about everything. For me it is difficult, not making plans is harder than being spontaneous. Really, it seems that I have developed some planning gene, and just can’t help but organize everything to the smallest details. This weekend was about all but planning. And I enjoyed it.

Bądź na bieżąco/ Follow by Email