Tuesday, 1 May 2012

Tęsknota za pomidorówką, ciastkami od sowy i francezinhą/ Longing for tomato soup, cookies from sowa’s bakery and francezinha

W życiu każdego emigranta nadchodzi ta chwila. Chwila tęsknoty za jakimś smakiem, za daniem , którego nie da się zjeść poza granicami kraju, za potrawą, która smakuje nam tylko, gdy przygotuje ją nasza mama czy babcia. Nawet tych, którzy uwielbiają odkrywać etniczne restauracje i próbować nowych smaków (a ja zaliczam się do tej grupy), dopada tęsknota za pierogami, zrazami czy ogórkami kiszonymi (wersja polska), czy piwem Super Bock, bacalhao w jednej z niezliczonych wersji czy francezinha (wersja portugalska).


Na szczęście w takich momentach ratuje mnie polski sklep z zamrożonymi pierogami (którym daleko do tych babcinych, ale na zduszenie tęsknoty za polskim smakiem wystarcza), polskim piwem czy wódeczką (na razie mocniejszych trunków mamy w nadmiarze po ostatnich wizytach polskich znajomych). W przypadku tęsknoty za portugalskimi smakami, Nuno ma więcej szczęścia. Nie tylko możemy iść do portugalskiej kawiarni na Gracii (o której już pisałam), ale kilka tygodni temu właściciele A Casa Portuguesa otworzyli na Eixample restaurację o tej samej nazwie.


W sobotę postanowiliśmy sprawdzić, czy smaki typowych dań dorównują tym jedzonym w restauracjach w Porto czy Lizbonie. Po pasztecikach z leitão, podzieliliśmy się kiełbaską alheira i francezinha (nigdy nie zrozumiałam, jak reprezentacyjnym daniem Porto może być kanapka... wiem, jest sycąca, ma w końcu 3 czy 4 rodzaje mięsa, kilka warstw sera i polana jest sosem, który decyduje o całości. Francezinha pozostaje jednak dla mnie kanapką) i zielonym winem, które uwielbiam. Nie mogło się obyć bez deseru (od poniedziałku przeprosiliśmy się z siłownią), a na zakończenie zostaliśmy poczęstowani shotem portugalskiej wiśniówki, czyli gGinjinha. Nawet deszcz i brak parasola nie zepsuł nam dobrego nastroju po kolacji. Do A Casa Portuguesa powrócimy pewnie nie raz, nie tylko ze względu na autentyczny smak dań, ale również milą atmosferę, dobrze dobraną muzykę (nie spodziewajcie się jednak fado) oraz wystrój (tu też brak typowych "cepelnianych" portugalskich akcentów).



Muszę dać upust mojej zazdrości mieszkańcom Madrytu, którzy kiedy tylko chcą mogą zjeść i pierogi i bigos, zapić to polskim piwkiem, a na deser skonsumować wuzetkę albo szarlotkę. Nie mogłam przepuścić takiej okazji i po 3 dniach jedzenia hiszpańskich tapas w stolicy, z czystym sercem udałam się do La Polonesa na polskie przysmaki. Weronika z Gregiem, Maria José (którą poznałam na jej erasmusie w Warszawie z 6 lat temu) z chłopakiem i Nuno+ja. Międzynarodowe towarzystwo zajadające się pierogami, oscypkiem z żurawiną, żurkiem (ja jednak wybrałam ogórkową, której smak chodził już za mną od dawna), bigosem, zrazami i devolay oraz sernikiem. Istna uczta, po której ledwo się ruszaliśmy. Gdybyśmy mieli polską restaurację bliżej, pewnie poprzestalibyśmy na jednym daniu, ale nie umieliśmy się pohamować na widok menu i zamówiliśmy ogromną ilość jedzenia. Byłam pozytywnie zaskoczona smakiem dań, zrazy były prawie tak dobre jak babcine, a bigos prawie jak maminy. (Jak widać po słabych jakościowo załączonych zdjęciach z restauracji polskiej, po raz pierwszy od długiego czasu byłam tak skupiona na jedzeniu, że zapomniałam kompletnie o aparacie).


Z supermarketów, w których można kupić portugalskie wino i piwo (polskie trunki też się znajdą) najlepszy wybór ma chyba Auchan, nazywany tutaj Al campo. A do tego dochodzą wizyty (ostatnio rzadsze) poprzedzone naszymi zamówieniami spożywczymi (za tydzień dostanę dostawę moich ulubionych ciastek od Sowy, kabanosy i kolorowe babskie gazetki). Nie jest źle, gdy to tego dodamy wizytę w kraju co kilka miesięcy.Lepiej byłoby tylko, gdybym w końcu zebrała wystarczającą motywację, by w końcu przygotować samodzielnie jakieś typowo polskie danie...


Sooner or later, in life of every immigrant it comes this moment. The day when all he can thinks about is a particular taste, a dish that one can only eat in his country, a meal that we only enjoy when it has been prepared by our mum or grandma. Even those who love discovering new tastes and trying new restaurants (I believe I belong to that group), from time to time would only ear pierogi, zrazy or pickles (Polish version of food cravings) or super bock beer, bacalhao in one of its hundred version or francezinha (a Portuguese version).


In such moments what saves me is a Polish shop with frozen dumplings- well, the taste has nothing in common comparing to those that my grandma prepares, but it can kill the longing for Polish flavors for some time- Polish beer and vodka (at the moment we still have some bottles of strong spirits after my compatriots’ visits). When it comes to Nuno, he is luckier. Not only can we go to a Portuguese café in Gracia (check the post), but few weeks ago the same owners opened a restaurant in the Eixample district with the same name. We didn’t wait long to check this new venue, and on Saturday we could compare the taste of dishes served in Barcelona with those in Porto or Lisbon. We were not disappointed. After small pies with leitão meat, a typical sausage called alheira and sharing a francezinha. I have never understood why a dish that is to represent Porto is a sandwich. I know, it is a complete dish, has three or four layers of meat and few of cheese and is covered with sauce, but still, it is just a sandwich... The recipe for the sauce is a secret and it is what decides about the final taste, and whether it is approved by people from Porto.


We accompanied the meal with green wine that I just love and we couldn’t skip a dessert (starting from tomorrow we have to apologize the gym). We were also invited for a shout of ginjinha. And even the rain and the fact that we forgot to take the umbrella couldn’t spoil our good mood. We will definitely go back to A Casa Portuguesa in few weeks, not only because of the authentic flavor of Portuguese dishes, but also a nice atmosphere, perfectly chosen music (but don’t expect to hear fado) and décor.


When last year we tried to find a Polish restaurant and we discovered that few years ago there was one but it was closed, I felt so disappointed. And when I discovered that in Madrid they do have a restaurant run by a Polish family and it actually served decent food, I felt jealous. After eating tapas for 3 days in the capital, we decided to have a lunch at La Polonesa. My friend Weronika with Greg, Maria José (I met her the whole eternity ago during her erasmus in Warsaw) with her boyfriend and Nuno + me. International company in a Polish restaurant. Pierogi, bigos, oscypek with cranberries, żurek, devolay, zrazy (feel free to use google or just go to a Polish place and try them), and cheesecake for a dessert. We ordered so much food that we could barely move afterwards. We just couldn’t help but order all the dishes we liked, as we knew that in Barcelona we are limited to frozen food from my country. I was really surprised that the food tasted so good, almost as good as I would have at home. (As you can judge by the poor photos from the Polish restaurants, I was so focused on eating, that for the first tiem ina long time, photos were not important at all).


When it comes to the supermarkets, there are some where you can but Polish or Portuguese products. Personally I think that Al campo has the best choice. Unfortunately it is limited to beer/ wine/ vodkas, and no food. Fortunately, as Barcelona is quite an attractive destination, we have guests visiting us and they all politely ask us if we want them to bring some food. And we never turn down such offers, next week we have a delivery coming (kabanosy-type of sausage, my favorite cookies from sowa’s bakery and magazines). And then, when I am going home, my mum asks me in advance for all the food I want her to prepare. So after all, our food craving gets satisfied. If only I finally started cooking Polish specialties myself…

Monday, 30 April 2012

Trochę Andaluzji w Barcelonie/ A little bit of Andalucia in Barcelona

Flamenco, suknie w groszki, okrzyki olé, pescaito frito... Innymi słowy Feria de Abril, a raczej jej uboższa wersja , bo znana fiest andaluzyjska w Katalonii wypada dość żałośnie. Taki jarmark dla ubogich, ewentualnie dla turystów. Może nie tak ubogich, bo za dość marne jedzenie (które jednak wizualnie wyglądało bardzo zachęcająco), skasowali nas jak w restauracji z wyższej półki. Ale po kolei...


Po ciężkim tygodniu, poprzedzonym przedłużonym intensywnym weekendem w Madrycie (tak, między innymi tym można wytłumaczyć mój brak aktywności na blogu, nielicznym stałym czytelnikom obiecuję poprawę) plany na weekend mieliśmy raczej mało atrakcyjne- odpoczywanie, sprzątanie, zakupy spożywcze. Nie byłabym jednak sobą, gdybym odpoczywała całe 2 dni. W piątek moja team leaderka, której rodzina pochodzi z Andaluzji, zadała mi niewinne pytanie, czy wybieram się na Feria de Abril do Parku Forum. I tym sposobem w grafiku weekendowym znalazło się miejsce na zobaczenie tego święta andaluzyjskich emigrantów w Barcelonie.


Patri wzgardziła naszym zaproszeniem, ale mój włoski kolega Domenico z dawnych czasów erasmusa w Lleidzie, który od kilku miesięcy mieszka w Barcelonie, zgodził się uczestniczyć w tym dość dziwnym niedzielnym planie.
Już od wejścia czuje się taką jarmarkową atmosferę, wrażenie potęgują liczne budki z watą cukrową i churros, fantami do gier loteryjnych, balonami.


Akcentem andaluzyjskim są stroje: kiczowate sukienki w groszki, wachlarze, grzebienie do podtrzymywania koków, do tego glośna muzyka i pokazy tańców. Feria pełna jest dużych namiotów (zwanych casetas), które mogą być własnością prywatną, bądź należeć do różnych firm, organizacji, a nawet partii politycznych. To właśnie w casetach odbywają się pokazy flamenco oraz tu można zjeść tapasy z południa Hiszpanii. Na marginesie ostrzegam, skonsultujcie najpierw ceny w menu, bo potem możecie być niemiło zaskoczeni. My byliśmy w szoku, bo za 6 piw estrella w puszce, 2 pintxos morunos (czyli takie szaszłyki) na chlebie posmarowanym papką pomidorową z puszki, solomillo, 3 malutkie kiełbaski chorizo, pescaito frito i boquerones (czyli sardele chyba), zapłaciliśmy prawie 100€ Za darmo była za to dość nieuprzejma kelnerka. Zdegustowani po posiłku, nie byliśmy dłużej w nastroju do uczestniczenia w ferii. Nuno nie chciał nawet pobawić się w strzelanie i wygrać dla mnie jakiegoś fanta.


Po piwku w chiringuito na plaży, dołączyła do nas Patri. Pogoda w Polsce już letnia, tutaj dla odmiany chłodny wiatr zmusił nas do powrotu do domu, gdzie Nuno pobawił się w barmana i udało nam się troszkę zredukować nasze alkoholowe zapasy.


Feria trwa do 6 maja, w Parc del Forum, więc jeśli kogoś nie zniechęciła moja relacja, ma jeszcze czas wybrać się na podróbkę andaluzyjskiej ferii.


Flamenco, a polka-dot dresses, olé, pescaito frito ... In other words: Feria de Abril, or rather its poorer version, as this famous Andalusian fiesta falls rather miserably on Catalan soil. The fiesta seems designated more for the tourists and Andalusian imigrants. And be warned, the prices are sky high. All those yummy specialties that look great and you feel your mouth watering just by looking, result not to be so tasty and yes, so way too expensive. But let’s start go back in time a little bit..


After a hard week at work, preceded by a prolonged and very intensive weekend in Madrid (yes, my lack of new posts can be partially explained by my short trip to the capital, and yes, I promise to me few followers that I will make up for it with posts) our plans for the weekend were really unattractive- resting, cleaning, grocery shopping. But I wouldn’t be myself if I just did nothing the whole 2 days. On Friday my team leader, who is originally from Andalusia, asked me an innocent question: if I was planning to go to the Feria de Abril in the Park Forum. And with that question I found a gap in my schedule. Patri turned down our invitation, but an Italian friend of mine, Domenico, who I spent my Erasmus in Lleida with and who has moved to Barcelona, agreed to meet us at the Feria (honestly, what lack of company makes with people to agree to such a strange Sunday plan?)


The festive atmosphere, loud music, numerous food stands, smell of cotton candy and churros, lottery games, balloons- it is what you get. Well, you can add some andalusian accents, which are kitsch polka-dot dresses, fans, combs for holding buns, flamenco. Feria is full of large tents (called casetas), that are either private or owned by some company, organization or even political party. It is where flemenco shows are held and where you can taste some typical tapas from the south of Spain. A word of warning: don’t repeat our mistake and consult prices before ordering, otherwise you can be unpleasantly surprised. We were in shock to end up witha bill for a nearly 100 € for ordeing 6 cans of estrella, 2 morunos pintxos (that is skewers) on a slice of bread smeared with a tomato pulp from a can, solomillo, 3 tiny chorizo sausages, pescaito frito and boquerones (anchovy). What we got for free was a rude waitress. Dissapointed after the meal, we really weren’t in the mood to enjoy the fair. Nuno even didn’t feel like shooting and getting me a prize in a lottery.


After a beer in a chiringuito on the beach, Patri joined us. For same strange reason, the weather in Poland is much better than here, so we decided to go back home, as the cold wind and low temperatures didn’t invite to stay in a terrace. At home, with Nuno as a bartender, we were able to reduce our alcohol stock.


Feria lasts till 6th of May, so if you don’t feel discourage with my post, you still have the chance to go to the Parc del Forum, and participate in this fake Andalusian feria.

Monday, 16 April 2012

Spacer po Gracia/ Walking around Gracia

Gracia- plątanina ulic, w których zbyt łatwo się gubię. Gracia- niezliczone bary i restauracje. Gracia- urocze sklepiki, wystawy, które zachęcają, by kupić jakiś mały drobiazg. Gracia-ogródki barowe na placach ( Virreina, Sol, Vila de Gracia). Gracisa- udekorowane ulice i tygodniowa impreza w sierpniu podczas Festas de Gracia. Gracia- dzielnica artystów, hippisów i wszelkich barcelońskich dziwolągów.




Mieszkańcy Gracia mają silne poczucie odrębności, do XIX wieku było to bowiem odrębne miasteczko. Mimo, że wydaje się głęboko katalońska, coraz więcej obcokrajowców decyduje się zamieszkać właśnie w tej części miasta. Znajomych mieszkających na Gracia niezwykle ciężko jest wyciągnąć poza granice dzielnicy, przez Patri dość często ostatnimi czasy mamy okazję spacerować po tej przesympatycznej i modnej dzielnicy i poznawać jej sekrety.

Zapraszam dziś na krótki spacer od Passeig de Gracia, przez serce dzielnicy, aż do Parku Guell.

Passeig de Gracia- jedna z najbardziej (obok Rambli) znana ulica Barcelony, to tutaj znajdują się 2 zaprojektowane przez Gaudiego budynki, La Pedrera i Casa Batlló. Adresem na Psg. De Gracia mogą pochwalić się też butiki najbardziej znanych i ekskluzywnych marek, jak Dior, Chanel, Vuitton… Tutaj mieszkała bogata klasa mieszczańska, dzięki temu możemy spędzić długie chwile na podziwianiu pięknych architektonicznych detali, misternie wykonanych witraży, bogato zdobionych klatek schodowych.


Gracia zapełniona jest mniejszymi i większymi placami. A jak w Hiszpanii jest plac, to znaczy, że znajduje się na nim kilka barów. W słoneczny dzień nie ma nic lepszego niż kawa/piwko/tapas/drink na tarasie, gdy promienie słońca muskają nam twarz.


Dla lubiących oryginalne ubrania, artystyczną biżuterię, alternatywne sklepiki, Gracia jest rajem. Do tego pięknie wizualnie witryny i niebanalne nazwy, po prostu trzeba wejść choć na chwilę i dać się skusić na jakiś drobiazg.


Do Parku Guell, gdzie zachęcam zakończyć spacer po Gracia, już was zabrałam, a dziś zapoznam was z mniej znanym budynkiem Gaudiego, Casa Vicens. To jedno z pierwszych dzieł wielkiego mistrza, znajduje się prze ulicy Carolines 24-26, rzut przysłowiowym beretem od Gran de Gracia. Tłumy turystów tu nie docierają, co pozwala nam w spokoju podziwiać detale budynku (nie jest on niestety otwarty do publicznego zwiedzania),


O barach i miejscach, które lubimy, będzie przy innej okazji (o kilku już pisaliśmy, więc zapraszam do przeszukania archiwum).


Gracia- labyrinth of narrow streets, where I tend to get lost too easily. Gracia- countless bars and restaurants. Gracia- charming boutiques, with cute window decorations that invite you to enter for a moment and buy a small detail. Gracia- terraces on charming squares (Virreina, Sol, Vila de Gracia).Gracia-decorated streets and a week long party in August during the Festas de Gracia.


Gracia-district that attracts artists, hippies and all freaks of Barcelona and surroundings. Gracia residents have a strong sense of individuality, as till the nineteenth century it was a separate town. Even though many catalan families lives here, more and more foreigners choose to settle in this part of the city. And if yours friends live here, you have to remember that probably they won’t meet you for a drink outside of Gracia, as they find it extremely difficult to leave its borders. Since Patri lives here, we tend to spend quite a lot of time wandering the streets of this charming district.


Today I invite you for a short walk from Passeig de Gracia, through the heart of the district, till Park Guell.

Passeig de Gracia, one of the most famous (next to the Rambla) and elegant streets in Barcelona. This is where two buildings designed by Gaudi, La Pedrera and Casa Batlló, are situated. Most famous and fashionable brands such Dior, Chanel, Vuitton has their boutiques at this prestigious address. On this street is where a rich bourgeois class used to live, now we can spend a long time admiring the beautiful architectural details, stained glass windows, richly decorated staircases.


Gracia is full of nice squares. And a square in Spain equals at least one bar with few tables outside. On a sunny day there is nothing better than having a coffee/coffee/ tapas / drink on a terrace when the sun warms our face.


For those who like original clothes, artistic jewelry , alternative shops, Gracia is a paradise. Many visually beautiful window shops and their original names just invite you to enter, just for a little while, just to buy a little thing.


As I already took you virtually with by photos to Park Guell, where our walk ends, today I will show you another work of Gaudi. Casa Vicens is one of the earliest and less known buildings of this great Catalan master. It is located on Carolines street, a few steps from Gran de Gracia, but only few very determined tourists make it to see it. Thanks to their ignorance, one can enjoy watching the architectonical details, although only from the outside, as the building isn’t open to public.


In this post I’ve deliberately skipped the part with bars and food, as you could already noticed, eating deserves a separate entry (there are already some posts about spots we liked in Gracia, you can check the archive).

Tuesday, 1 May 2012

Tęsknota za pomidorówką, ciastkami od sowy i francezinhą/ Longing for tomato soup, cookies from sowa’s bakery and francezinha

W życiu każdego emigranta nadchodzi ta chwila. Chwila tęsknoty za jakimś smakiem, za daniem , którego nie da się zjeść poza granicami kraju, za potrawą, która smakuje nam tylko, gdy przygotuje ją nasza mama czy babcia. Nawet tych, którzy uwielbiają odkrywać etniczne restauracje i próbować nowych smaków (a ja zaliczam się do tej grupy), dopada tęsknota za pierogami, zrazami czy ogórkami kiszonymi (wersja polska), czy piwem Super Bock, bacalhao w jednej z niezliczonych wersji czy francezinha (wersja portugalska).


Na szczęście w takich momentach ratuje mnie polski sklep z zamrożonymi pierogami (którym daleko do tych babcinych, ale na zduszenie tęsknoty za polskim smakiem wystarcza), polskim piwem czy wódeczką (na razie mocniejszych trunków mamy w nadmiarze po ostatnich wizytach polskich znajomych). W przypadku tęsknoty za portugalskimi smakami, Nuno ma więcej szczęścia. Nie tylko możemy iść do portugalskiej kawiarni na Gracii (o której już pisałam), ale kilka tygodni temu właściciele A Casa Portuguesa otworzyli na Eixample restaurację o tej samej nazwie.


W sobotę postanowiliśmy sprawdzić, czy smaki typowych dań dorównują tym jedzonym w restauracjach w Porto czy Lizbonie. Po pasztecikach z leitão, podzieliliśmy się kiełbaską alheira i francezinha (nigdy nie zrozumiałam, jak reprezentacyjnym daniem Porto może być kanapka... wiem, jest sycąca, ma w końcu 3 czy 4 rodzaje mięsa, kilka warstw sera i polana jest sosem, który decyduje o całości. Francezinha pozostaje jednak dla mnie kanapką) i zielonym winem, które uwielbiam. Nie mogło się obyć bez deseru (od poniedziałku przeprosiliśmy się z siłownią), a na zakończenie zostaliśmy poczęstowani shotem portugalskiej wiśniówki, czyli gGinjinha. Nawet deszcz i brak parasola nie zepsuł nam dobrego nastroju po kolacji. Do A Casa Portuguesa powrócimy pewnie nie raz, nie tylko ze względu na autentyczny smak dań, ale również milą atmosferę, dobrze dobraną muzykę (nie spodziewajcie się jednak fado) oraz wystrój (tu też brak typowych "cepelnianych" portugalskich akcentów).



Muszę dać upust mojej zazdrości mieszkańcom Madrytu, którzy kiedy tylko chcą mogą zjeść i pierogi i bigos, zapić to polskim piwkiem, a na deser skonsumować wuzetkę albo szarlotkę. Nie mogłam przepuścić takiej okazji i po 3 dniach jedzenia hiszpańskich tapas w stolicy, z czystym sercem udałam się do La Polonesa na polskie przysmaki. Weronika z Gregiem, Maria José (którą poznałam na jej erasmusie w Warszawie z 6 lat temu) z chłopakiem i Nuno+ja. Międzynarodowe towarzystwo zajadające się pierogami, oscypkiem z żurawiną, żurkiem (ja jednak wybrałam ogórkową, której smak chodził już za mną od dawna), bigosem, zrazami i devolay oraz sernikiem. Istna uczta, po której ledwo się ruszaliśmy. Gdybyśmy mieli polską restaurację bliżej, pewnie poprzestalibyśmy na jednym daniu, ale nie umieliśmy się pohamować na widok menu i zamówiliśmy ogromną ilość jedzenia. Byłam pozytywnie zaskoczona smakiem dań, zrazy były prawie tak dobre jak babcine, a bigos prawie jak maminy. (Jak widać po słabych jakościowo załączonych zdjęciach z restauracji polskiej, po raz pierwszy od długiego czasu byłam tak skupiona na jedzeniu, że zapomniałam kompletnie o aparacie).


Z supermarketów, w których można kupić portugalskie wino i piwo (polskie trunki też się znajdą) najlepszy wybór ma chyba Auchan, nazywany tutaj Al campo. A do tego dochodzą wizyty (ostatnio rzadsze) poprzedzone naszymi zamówieniami spożywczymi (za tydzień dostanę dostawę moich ulubionych ciastek od Sowy, kabanosy i kolorowe babskie gazetki). Nie jest źle, gdy to tego dodamy wizytę w kraju co kilka miesięcy.Lepiej byłoby tylko, gdybym w końcu zebrała wystarczającą motywację, by w końcu przygotować samodzielnie jakieś typowo polskie danie...


Sooner or later, in life of every immigrant it comes this moment. The day when all he can thinks about is a particular taste, a dish that one can only eat in his country, a meal that we only enjoy when it has been prepared by our mum or grandma. Even those who love discovering new tastes and trying new restaurants (I believe I belong to that group), from time to time would only ear pierogi, zrazy or pickles (Polish version of food cravings) or super bock beer, bacalhao in one of its hundred version or francezinha (a Portuguese version).


In such moments what saves me is a Polish shop with frozen dumplings- well, the taste has nothing in common comparing to those that my grandma prepares, but it can kill the longing for Polish flavors for some time- Polish beer and vodka (at the moment we still have some bottles of strong spirits after my compatriots’ visits). When it comes to Nuno, he is luckier. Not only can we go to a Portuguese café in Gracia (check the post), but few weeks ago the same owners opened a restaurant in the Eixample district with the same name. We didn’t wait long to check this new venue, and on Saturday we could compare the taste of dishes served in Barcelona with those in Porto or Lisbon. We were not disappointed. After small pies with leitão meat, a typical sausage called alheira and sharing a francezinha. I have never understood why a dish that is to represent Porto is a sandwich. I know, it is a complete dish, has three or four layers of meat and few of cheese and is covered with sauce, but still, it is just a sandwich... The recipe for the sauce is a secret and it is what decides about the final taste, and whether it is approved by people from Porto.


We accompanied the meal with green wine that I just love and we couldn’t skip a dessert (starting from tomorrow we have to apologize the gym). We were also invited for a shout of ginjinha. And even the rain and the fact that we forgot to take the umbrella couldn’t spoil our good mood. We will definitely go back to A Casa Portuguesa in few weeks, not only because of the authentic flavor of Portuguese dishes, but also a nice atmosphere, perfectly chosen music (but don’t expect to hear fado) and décor.


When last year we tried to find a Polish restaurant and we discovered that few years ago there was one but it was closed, I felt so disappointed. And when I discovered that in Madrid they do have a restaurant run by a Polish family and it actually served decent food, I felt jealous. After eating tapas for 3 days in the capital, we decided to have a lunch at La Polonesa. My friend Weronika with Greg, Maria José (I met her the whole eternity ago during her erasmus in Warsaw) with her boyfriend and Nuno + me. International company in a Polish restaurant. Pierogi, bigos, oscypek with cranberries, żurek, devolay, zrazy (feel free to use google or just go to a Polish place and try them), and cheesecake for a dessert. We ordered so much food that we could barely move afterwards. We just couldn’t help but order all the dishes we liked, as we knew that in Barcelona we are limited to frozen food from my country. I was really surprised that the food tasted so good, almost as good as I would have at home. (As you can judge by the poor photos from the Polish restaurants, I was so focused on eating, that for the first tiem ina long time, photos were not important at all).


When it comes to the supermarkets, there are some where you can but Polish or Portuguese products. Personally I think that Al campo has the best choice. Unfortunately it is limited to beer/ wine/ vodkas, and no food. Fortunately, as Barcelona is quite an attractive destination, we have guests visiting us and they all politely ask us if we want them to bring some food. And we never turn down such offers, next week we have a delivery coming (kabanosy-type of sausage, my favorite cookies from sowa’s bakery and magazines). And then, when I am going home, my mum asks me in advance for all the food I want her to prepare. So after all, our food craving gets satisfied. If only I finally started cooking Polish specialties myself…

Monday, 30 April 2012

Trochę Andaluzji w Barcelonie/ A little bit of Andalucia in Barcelona

Flamenco, suknie w groszki, okrzyki olé, pescaito frito... Innymi słowy Feria de Abril, a raczej jej uboższa wersja , bo znana fiest andaluzyjska w Katalonii wypada dość żałośnie. Taki jarmark dla ubogich, ewentualnie dla turystów. Może nie tak ubogich, bo za dość marne jedzenie (które jednak wizualnie wyglądało bardzo zachęcająco), skasowali nas jak w restauracji z wyższej półki. Ale po kolei...


Po ciężkim tygodniu, poprzedzonym przedłużonym intensywnym weekendem w Madrycie (tak, między innymi tym można wytłumaczyć mój brak aktywności na blogu, nielicznym stałym czytelnikom obiecuję poprawę) plany na weekend mieliśmy raczej mało atrakcyjne- odpoczywanie, sprzątanie, zakupy spożywcze. Nie byłabym jednak sobą, gdybym odpoczywała całe 2 dni. W piątek moja team leaderka, której rodzina pochodzi z Andaluzji, zadała mi niewinne pytanie, czy wybieram się na Feria de Abril do Parku Forum. I tym sposobem w grafiku weekendowym znalazło się miejsce na zobaczenie tego święta andaluzyjskich emigrantów w Barcelonie.


Patri wzgardziła naszym zaproszeniem, ale mój włoski kolega Domenico z dawnych czasów erasmusa w Lleidzie, który od kilku miesięcy mieszka w Barcelonie, zgodził się uczestniczyć w tym dość dziwnym niedzielnym planie.
Już od wejścia czuje się taką jarmarkową atmosferę, wrażenie potęgują liczne budki z watą cukrową i churros, fantami do gier loteryjnych, balonami.


Akcentem andaluzyjskim są stroje: kiczowate sukienki w groszki, wachlarze, grzebienie do podtrzymywania koków, do tego glośna muzyka i pokazy tańców. Feria pełna jest dużych namiotów (zwanych casetas), które mogą być własnością prywatną, bądź należeć do różnych firm, organizacji, a nawet partii politycznych. To właśnie w casetach odbywają się pokazy flamenco oraz tu można zjeść tapasy z południa Hiszpanii. Na marginesie ostrzegam, skonsultujcie najpierw ceny w menu, bo potem możecie być niemiło zaskoczeni. My byliśmy w szoku, bo za 6 piw estrella w puszce, 2 pintxos morunos (czyli takie szaszłyki) na chlebie posmarowanym papką pomidorową z puszki, solomillo, 3 malutkie kiełbaski chorizo, pescaito frito i boquerones (czyli sardele chyba), zapłaciliśmy prawie 100€ Za darmo była za to dość nieuprzejma kelnerka. Zdegustowani po posiłku, nie byliśmy dłużej w nastroju do uczestniczenia w ferii. Nuno nie chciał nawet pobawić się w strzelanie i wygrać dla mnie jakiegoś fanta.


Po piwku w chiringuito na plaży, dołączyła do nas Patri. Pogoda w Polsce już letnia, tutaj dla odmiany chłodny wiatr zmusił nas do powrotu do domu, gdzie Nuno pobawił się w barmana i udało nam się troszkę zredukować nasze alkoholowe zapasy.


Feria trwa do 6 maja, w Parc del Forum, więc jeśli kogoś nie zniechęciła moja relacja, ma jeszcze czas wybrać się na podróbkę andaluzyjskiej ferii.


Flamenco, a polka-dot dresses, olé, pescaito frito ... In other words: Feria de Abril, or rather its poorer version, as this famous Andalusian fiesta falls rather miserably on Catalan soil. The fiesta seems designated more for the tourists and Andalusian imigrants. And be warned, the prices are sky high. All those yummy specialties that look great and you feel your mouth watering just by looking, result not to be so tasty and yes, so way too expensive. But let’s start go back in time a little bit..


After a hard week at work, preceded by a prolonged and very intensive weekend in Madrid (yes, my lack of new posts can be partially explained by my short trip to the capital, and yes, I promise to me few followers that I will make up for it with posts) our plans for the weekend were really unattractive- resting, cleaning, grocery shopping. But I wouldn’t be myself if I just did nothing the whole 2 days. On Friday my team leader, who is originally from Andalusia, asked me an innocent question: if I was planning to go to the Feria de Abril in the Park Forum. And with that question I found a gap in my schedule. Patri turned down our invitation, but an Italian friend of mine, Domenico, who I spent my Erasmus in Lleida with and who has moved to Barcelona, agreed to meet us at the Feria (honestly, what lack of company makes with people to agree to such a strange Sunday plan?)


The festive atmosphere, loud music, numerous food stands, smell of cotton candy and churros, lottery games, balloons- it is what you get. Well, you can add some andalusian accents, which are kitsch polka-dot dresses, fans, combs for holding buns, flamenco. Feria is full of large tents (called casetas), that are either private or owned by some company, organization or even political party. It is where flemenco shows are held and where you can taste some typical tapas from the south of Spain. A word of warning: don’t repeat our mistake and consult prices before ordering, otherwise you can be unpleasantly surprised. We were in shock to end up witha bill for a nearly 100 € for ordeing 6 cans of estrella, 2 morunos pintxos (that is skewers) on a slice of bread smeared with a tomato pulp from a can, solomillo, 3 tiny chorizo sausages, pescaito frito and boquerones (anchovy). What we got for free was a rude waitress. Dissapointed after the meal, we really weren’t in the mood to enjoy the fair. Nuno even didn’t feel like shooting and getting me a prize in a lottery.


After a beer in a chiringuito on the beach, Patri joined us. For same strange reason, the weather in Poland is much better than here, so we decided to go back home, as the cold wind and low temperatures didn’t invite to stay in a terrace. At home, with Nuno as a bartender, we were able to reduce our alcohol stock.


Feria lasts till 6th of May, so if you don’t feel discourage with my post, you still have the chance to go to the Parc del Forum, and participate in this fake Andalusian feria.

Monday, 16 April 2012

Spacer po Gracia/ Walking around Gracia

Gracia- plątanina ulic, w których zbyt łatwo się gubię. Gracia- niezliczone bary i restauracje. Gracia- urocze sklepiki, wystawy, które zachęcają, by kupić jakiś mały drobiazg. Gracia-ogródki barowe na placach ( Virreina, Sol, Vila de Gracia). Gracisa- udekorowane ulice i tygodniowa impreza w sierpniu podczas Festas de Gracia. Gracia- dzielnica artystów, hippisów i wszelkich barcelońskich dziwolągów.




Mieszkańcy Gracia mają silne poczucie odrębności, do XIX wieku było to bowiem odrębne miasteczko. Mimo, że wydaje się głęboko katalońska, coraz więcej obcokrajowców decyduje się zamieszkać właśnie w tej części miasta. Znajomych mieszkających na Gracia niezwykle ciężko jest wyciągnąć poza granice dzielnicy, przez Patri dość często ostatnimi czasy mamy okazję spacerować po tej przesympatycznej i modnej dzielnicy i poznawać jej sekrety.

Zapraszam dziś na krótki spacer od Passeig de Gracia, przez serce dzielnicy, aż do Parku Guell.

Passeig de Gracia- jedna z najbardziej (obok Rambli) znana ulica Barcelony, to tutaj znajdują się 2 zaprojektowane przez Gaudiego budynki, La Pedrera i Casa Batlló. Adresem na Psg. De Gracia mogą pochwalić się też butiki najbardziej znanych i ekskluzywnych marek, jak Dior, Chanel, Vuitton… Tutaj mieszkała bogata klasa mieszczańska, dzięki temu możemy spędzić długie chwile na podziwianiu pięknych architektonicznych detali, misternie wykonanych witraży, bogato zdobionych klatek schodowych.


Gracia zapełniona jest mniejszymi i większymi placami. A jak w Hiszpanii jest plac, to znaczy, że znajduje się na nim kilka barów. W słoneczny dzień nie ma nic lepszego niż kawa/piwko/tapas/drink na tarasie, gdy promienie słońca muskają nam twarz.


Dla lubiących oryginalne ubrania, artystyczną biżuterię, alternatywne sklepiki, Gracia jest rajem. Do tego pięknie wizualnie witryny i niebanalne nazwy, po prostu trzeba wejść choć na chwilę i dać się skusić na jakiś drobiazg.


Do Parku Guell, gdzie zachęcam zakończyć spacer po Gracia, już was zabrałam, a dziś zapoznam was z mniej znanym budynkiem Gaudiego, Casa Vicens. To jedno z pierwszych dzieł wielkiego mistrza, znajduje się prze ulicy Carolines 24-26, rzut przysłowiowym beretem od Gran de Gracia. Tłumy turystów tu nie docierają, co pozwala nam w spokoju podziwiać detale budynku (nie jest on niestety otwarty do publicznego zwiedzania),


O barach i miejscach, które lubimy, będzie przy innej okazji (o kilku już pisaliśmy, więc zapraszam do przeszukania archiwum).


Gracia- labyrinth of narrow streets, where I tend to get lost too easily. Gracia- countless bars and restaurants. Gracia- charming boutiques, with cute window decorations that invite you to enter for a moment and buy a small detail. Gracia- terraces on charming squares (Virreina, Sol, Vila de Gracia).Gracia-decorated streets and a week long party in August during the Festas de Gracia.


Gracia-district that attracts artists, hippies and all freaks of Barcelona and surroundings. Gracia residents have a strong sense of individuality, as till the nineteenth century it was a separate town. Even though many catalan families lives here, more and more foreigners choose to settle in this part of the city. And if yours friends live here, you have to remember that probably they won’t meet you for a drink outside of Gracia, as they find it extremely difficult to leave its borders. Since Patri lives here, we tend to spend quite a lot of time wandering the streets of this charming district.


Today I invite you for a short walk from Passeig de Gracia, through the heart of the district, till Park Guell.

Passeig de Gracia, one of the most famous (next to the Rambla) and elegant streets in Barcelona. This is where two buildings designed by Gaudi, La Pedrera and Casa Batlló, are situated. Most famous and fashionable brands such Dior, Chanel, Vuitton has their boutiques at this prestigious address. On this street is where a rich bourgeois class used to live, now we can spend a long time admiring the beautiful architectural details, stained glass windows, richly decorated staircases.


Gracia is full of nice squares. And a square in Spain equals at least one bar with few tables outside. On a sunny day there is nothing better than having a coffee/coffee/ tapas / drink on a terrace when the sun warms our face.


For those who like original clothes, artistic jewelry , alternative shops, Gracia is a paradise. Many visually beautiful window shops and their original names just invite you to enter, just for a little while, just to buy a little thing.


As I already took you virtually with by photos to Park Guell, where our walk ends, today I will show you another work of Gaudi. Casa Vicens is one of the earliest and less known buildings of this great Catalan master. It is located on Carolines street, a few steps from Gran de Gracia, but only few very determined tourists make it to see it. Thanks to their ignorance, one can enjoy watching the architectonical details, although only from the outside, as the building isn’t open to public.


In this post I’ve deliberately skipped the part with bars and food, as you could already noticed, eating deserves a separate entry (there are already some posts about spots we liked in Gracia, you can check the archive).