Tuesday, 1 May 2012

Tęsknota za pomidorówką, ciastkami od sowy i francezinhą/ Longing for tomato soup, cookies from sowa’s bakery and francezinha

W życiu każdego emigranta nadchodzi ta chwila. Chwila tęsknoty za jakimś smakiem, za daniem , którego nie da się zjeść poza granicami kraju, za potrawą, która smakuje nam tylko, gdy przygotuje ją nasza mama czy babcia. Nawet tych, którzy uwielbiają odkrywać etniczne restauracje i próbować nowych smaków (a ja zaliczam się do tej grupy), dopada tęsknota za pierogami, zrazami czy ogórkami kiszonymi (wersja polska), czy piwem Super Bock, bacalhao w jednej z niezliczonych wersji czy francezinha (wersja portugalska).


Na szczęście w takich momentach ratuje mnie polski sklep z zamrożonymi pierogami (którym daleko do tych babcinych, ale na zduszenie tęsknoty za polskim smakiem wystarcza), polskim piwem czy wódeczką (na razie mocniejszych trunków mamy w nadmiarze po ostatnich wizytach polskich znajomych). W przypadku tęsknoty za portugalskimi smakami, Nuno ma więcej szczęścia. Nie tylko możemy iść do portugalskiej kawiarni na Gracii (o której już pisałam), ale kilka tygodni temu właściciele A Casa Portuguesa otworzyli na Eixample restaurację o tej samej nazwie.


W sobotę postanowiliśmy sprawdzić, czy smaki typowych dań dorównują tym jedzonym w restauracjach w Porto czy Lizbonie. Po pasztecikach z leitão, podzieliliśmy się kiełbaską alheira i francezinha (nigdy nie zrozumiałam, jak reprezentacyjnym daniem Porto może być kanapka... wiem, jest sycąca, ma w końcu 3 czy 4 rodzaje mięsa, kilka warstw sera i polana jest sosem, który decyduje o całości. Francezinha pozostaje jednak dla mnie kanapką) i zielonym winem, które uwielbiam. Nie mogło się obyć bez deseru (od poniedziałku przeprosiliśmy się z siłownią), a na zakończenie zostaliśmy poczęstowani shotem portugalskiej wiśniówki, czyli gGinjinha. Nawet deszcz i brak parasola nie zepsuł nam dobrego nastroju po kolacji. Do A Casa Portuguesa powrócimy pewnie nie raz, nie tylko ze względu na autentyczny smak dań, ale również milą atmosferę, dobrze dobraną muzykę (nie spodziewajcie się jednak fado) oraz wystrój (tu też brak typowych "cepelnianych" portugalskich akcentów).



Muszę dać upust mojej zazdrości mieszkańcom Madrytu, którzy kiedy tylko chcą mogą zjeść i pierogi i bigos, zapić to polskim piwkiem, a na deser skonsumować wuzetkę albo szarlotkę. Nie mogłam przepuścić takiej okazji i po 3 dniach jedzenia hiszpańskich tapas w stolicy, z czystym sercem udałam się do La Polonesa na polskie przysmaki. Weronika z Gregiem, Maria José (którą poznałam na jej erasmusie w Warszawie z 6 lat temu) z chłopakiem i Nuno+ja. Międzynarodowe towarzystwo zajadające się pierogami, oscypkiem z żurawiną, żurkiem (ja jednak wybrałam ogórkową, której smak chodził już za mną od dawna), bigosem, zrazami i devolay oraz sernikiem. Istna uczta, po której ledwo się ruszaliśmy. Gdybyśmy mieli polską restaurację bliżej, pewnie poprzestalibyśmy na jednym daniu, ale nie umieliśmy się pohamować na widok menu i zamówiliśmy ogromną ilość jedzenia. Byłam pozytywnie zaskoczona smakiem dań, zrazy były prawie tak dobre jak babcine, a bigos prawie jak maminy. (Jak widać po słabych jakościowo załączonych zdjęciach z restauracji polskiej, po raz pierwszy od długiego czasu byłam tak skupiona na jedzeniu, że zapomniałam kompletnie o aparacie).


Z supermarketów, w których można kupić portugalskie wino i piwo (polskie trunki też się znajdą) najlepszy wybór ma chyba Auchan, nazywany tutaj Al campo. A do tego dochodzą wizyty (ostatnio rzadsze) poprzedzone naszymi zamówieniami spożywczymi (za tydzień dostanę dostawę moich ulubionych ciastek od Sowy, kabanosy i kolorowe babskie gazetki). Nie jest źle, gdy to tego dodamy wizytę w kraju co kilka miesięcy.Lepiej byłoby tylko, gdybym w końcu zebrała wystarczającą motywację, by w końcu przygotować samodzielnie jakieś typowo polskie danie...


Sooner or later, in life of every immigrant it comes this moment. The day when all he can thinks about is a particular taste, a dish that one can only eat in his country, a meal that we only enjoy when it has been prepared by our mum or grandma. Even those who love discovering new tastes and trying new restaurants (I believe I belong to that group), from time to time would only ear pierogi, zrazy or pickles (Polish version of food cravings) or super bock beer, bacalhao in one of its hundred version or francezinha (a Portuguese version).


In such moments what saves me is a Polish shop with frozen dumplings- well, the taste has nothing in common comparing to those that my grandma prepares, but it can kill the longing for Polish flavors for some time- Polish beer and vodka (at the moment we still have some bottles of strong spirits after my compatriots’ visits). When it comes to Nuno, he is luckier. Not only can we go to a Portuguese café in Gracia (check the post), but few weeks ago the same owners opened a restaurant in the Eixample district with the same name. We didn’t wait long to check this new venue, and on Saturday we could compare the taste of dishes served in Barcelona with those in Porto or Lisbon. We were not disappointed. After small pies with leitão meat, a typical sausage called alheira and sharing a francezinha. I have never understood why a dish that is to represent Porto is a sandwich. I know, it is a complete dish, has three or four layers of meat and few of cheese and is covered with sauce, but still, it is just a sandwich... The recipe for the sauce is a secret and it is what decides about the final taste, and whether it is approved by people from Porto.


We accompanied the meal with green wine that I just love and we couldn’t skip a dessert (starting from tomorrow we have to apologize the gym). We were also invited for a shout of ginjinha. And even the rain and the fact that we forgot to take the umbrella couldn’t spoil our good mood. We will definitely go back to A Casa Portuguesa in few weeks, not only because of the authentic flavor of Portuguese dishes, but also a nice atmosphere, perfectly chosen music (but don’t expect to hear fado) and décor.


When last year we tried to find a Polish restaurant and we discovered that few years ago there was one but it was closed, I felt so disappointed. And when I discovered that in Madrid they do have a restaurant run by a Polish family and it actually served decent food, I felt jealous. After eating tapas for 3 days in the capital, we decided to have a lunch at La Polonesa. My friend Weronika with Greg, Maria José (I met her the whole eternity ago during her erasmus in Warsaw) with her boyfriend and Nuno + me. International company in a Polish restaurant. Pierogi, bigos, oscypek with cranberries, żurek, devolay, zrazy (feel free to use google or just go to a Polish place and try them), and cheesecake for a dessert. We ordered so much food that we could barely move afterwards. We just couldn’t help but order all the dishes we liked, as we knew that in Barcelona we are limited to frozen food from my country. I was really surprised that the food tasted so good, almost as good as I would have at home. (As you can judge by the poor photos from the Polish restaurants, I was so focused on eating, that for the first tiem ina long time, photos were not important at all).


When it comes to the supermarkets, there are some where you can but Polish or Portuguese products. Personally I think that Al campo has the best choice. Unfortunately it is limited to beer/ wine/ vodkas, and no food. Fortunately, as Barcelona is quite an attractive destination, we have guests visiting us and they all politely ask us if we want them to bring some food. And we never turn down such offers, next week we have a delivery coming (kabanosy-type of sausage, my favorite cookies from sowa’s bakery and magazines). And then, when I am going home, my mum asks me in advance for all the food I want her to prepare. So after all, our food craving gets satisfied. If only I finally started cooking Polish specialties myself…

11 comments:

Ajka said...

Ja za granicą tęsknie za dobrym chlebem razowym, białym serem (jak Ewa) i kefirem. Tęsknota za francezinhią jest dla mnie absolutnie niezrozumiała, gdyż bardzo nie lubię ;)

Agnieszka said...

#Ajka, no zapomniałam o twarogu. najlepiej z rzodkiewką i szczypiorkiem :) Chleba się najadam w Polsce, mama piecze i jakoś już się przyzwyczaiłam do braku pieczywo. Sama się dziwię, jak to było możliwe. A francezinhę jem trochę z poczucia obowiązku :) Nie to, że bardzo nie lubię, ale nie zalicza się do moich ulubionych dań. Pozdrawiam i zazdroszczę wam pogody :)

Madzia said...

To mnie wyjątkowo polskiego nie brakuje, poza piwem gryczanym i krupnikiem od czasu do czasu. A pierogi popełniam, ale z kozim serem, jeszcze lepsze są :)))

I w Oviedo takich cudów nie ma, jest ruski sklep z Żywcem i ruskimi szampanami, ale.. jakoś szału bez :>

Pola Zas said...

Co tu dużo mówić, zawsze gdziekolwiek jestem to tęsknię za smakiem polskiej wódki - inne smaki po prostu mi nie odpowiadają :(
Nostalgia najgorsza jest w chwili, gdy patrzę na półki z alkoholem i widzę więcej win - nie to co w Polsce ;)

Rosół! Tu nie mogę go ugotować(w ich włoszczyźnie nie ma korzenia pietruszki ;o)
Serek wiejski i ruski szampan z Biedronki! Tu niestety serek wiejski nie jest tak dobry i tak tani! :D

Pierogów ruskich narobiłam się najwięcej w Rumunii, już jestem specem :) tu próbowałam, że z tego białego sera niestety smak ruskich mi nie wychodzi, więc nie robię :P

Francezinha ledwo została przeze mnie zjedzona do końca, ogromna porcja! Nie pamiętam nazwy knajpki, ale wg starszego mężczyzny, którego poprosiliśmy o namiar na tradycyjną francezinhę, była to jedna z najstarszych i najlepszych w Porto :D

Mam w planach przyjazd do Polski, to wreszcie zjem KLUSKI ŚLĄSKIE! :D

Pola Zas said...

A tak przy okazji, znalazł ktoś może w sklepie kaszę jaglaną?

Jak może nazywać się po hiszpańsku? Szukałam, popytała, ale wydaje mi się, że Hiszpanie nie wiedzą o co chodzi :/

Agnieszka said...

#Madzia, pierogi ze szpinakiem pycha, z serem kozim- muszę przepisu poszukać :)ja staram się na obczyźnie jeść "lokalną" żywność, ale czasami tęsknota za silna :)

#Pola- polskie zupy uwielbiam, mogę bez końca wymieniać, ogórkowa, pomidorowa, rosołek, żurek...

A kaszy nie widziałam... zresztą tutaj nie mogę wielu produktów znaleźć, które wydają mi się dość podstawowe:) pozdrawiam

Madzia said...

Kasze chyba tu nie istnieją, ja tak jak Aga zawsze mam problem z podstawowymi rzeczami :)
A pierogi robiłam dla Hiszpanów, w zamian za tortillę i torrijas i inne wynalazki :)

Rosołu nie znoszę z całego serca to nie tęsknię :> A lokalna żywność tak - niebieskie sery w Asturii o jezu... grzechu warte :)

Agnieszka said...

A mnie dziś tęsknota za rabarbarem dopadła :)

Madzia said...

Hahaha, rabarbar. A wiesz, ze ja na jakiejs lace w poniedzialek szczaw widzialam i mi sie zatesknilo za babcina szczawiowa z jajkiem. Ale.. takie smaki to bym tez w Polsce miala :> Tak samo czesto tesknie za Grecka Retsina, tamtejszymi oliwkami i granatami kradzionymi noca w jakims wiejskim adzie :)))

magda said...

1. ogorki kiszone...nie ma ich nigdzie, te konserwowe to nie to...
2. polskie truskawki...zadne, ale to zadne nie dorownuja tym od 'pani z gorki'
3. chleb razowy, bo bagietka nigdy go nie zastapi

Agnieszka said...

#Magda, dla samych truskawek od "pani z górki" czasami myślę o kupnie biletów na czerwiec do domu :) a za chlebem razowym też tęsknię.

Post a Comment

Tuesday, 1 May 2012

Tęsknota za pomidorówką, ciastkami od sowy i francezinhą/ Longing for tomato soup, cookies from sowa’s bakery and francezinha

W życiu każdego emigranta nadchodzi ta chwila. Chwila tęsknoty za jakimś smakiem, za daniem , którego nie da się zjeść poza granicami kraju, za potrawą, która smakuje nam tylko, gdy przygotuje ją nasza mama czy babcia. Nawet tych, którzy uwielbiają odkrywać etniczne restauracje i próbować nowych smaków (a ja zaliczam się do tej grupy), dopada tęsknota za pierogami, zrazami czy ogórkami kiszonymi (wersja polska), czy piwem Super Bock, bacalhao w jednej z niezliczonych wersji czy francezinha (wersja portugalska).


Na szczęście w takich momentach ratuje mnie polski sklep z zamrożonymi pierogami (którym daleko do tych babcinych, ale na zduszenie tęsknoty za polskim smakiem wystarcza), polskim piwem czy wódeczką (na razie mocniejszych trunków mamy w nadmiarze po ostatnich wizytach polskich znajomych). W przypadku tęsknoty za portugalskimi smakami, Nuno ma więcej szczęścia. Nie tylko możemy iść do portugalskiej kawiarni na Gracii (o której już pisałam), ale kilka tygodni temu właściciele A Casa Portuguesa otworzyli na Eixample restaurację o tej samej nazwie.


W sobotę postanowiliśmy sprawdzić, czy smaki typowych dań dorównują tym jedzonym w restauracjach w Porto czy Lizbonie. Po pasztecikach z leitão, podzieliliśmy się kiełbaską alheira i francezinha (nigdy nie zrozumiałam, jak reprezentacyjnym daniem Porto może być kanapka... wiem, jest sycąca, ma w końcu 3 czy 4 rodzaje mięsa, kilka warstw sera i polana jest sosem, który decyduje o całości. Francezinha pozostaje jednak dla mnie kanapką) i zielonym winem, które uwielbiam. Nie mogło się obyć bez deseru (od poniedziałku przeprosiliśmy się z siłownią), a na zakończenie zostaliśmy poczęstowani shotem portugalskiej wiśniówki, czyli gGinjinha. Nawet deszcz i brak parasola nie zepsuł nam dobrego nastroju po kolacji. Do A Casa Portuguesa powrócimy pewnie nie raz, nie tylko ze względu na autentyczny smak dań, ale również milą atmosferę, dobrze dobraną muzykę (nie spodziewajcie się jednak fado) oraz wystrój (tu też brak typowych "cepelnianych" portugalskich akcentów).



Muszę dać upust mojej zazdrości mieszkańcom Madrytu, którzy kiedy tylko chcą mogą zjeść i pierogi i bigos, zapić to polskim piwkiem, a na deser skonsumować wuzetkę albo szarlotkę. Nie mogłam przepuścić takiej okazji i po 3 dniach jedzenia hiszpańskich tapas w stolicy, z czystym sercem udałam się do La Polonesa na polskie przysmaki. Weronika z Gregiem, Maria José (którą poznałam na jej erasmusie w Warszawie z 6 lat temu) z chłopakiem i Nuno+ja. Międzynarodowe towarzystwo zajadające się pierogami, oscypkiem z żurawiną, żurkiem (ja jednak wybrałam ogórkową, której smak chodził już za mną od dawna), bigosem, zrazami i devolay oraz sernikiem. Istna uczta, po której ledwo się ruszaliśmy. Gdybyśmy mieli polską restaurację bliżej, pewnie poprzestalibyśmy na jednym daniu, ale nie umieliśmy się pohamować na widok menu i zamówiliśmy ogromną ilość jedzenia. Byłam pozytywnie zaskoczona smakiem dań, zrazy były prawie tak dobre jak babcine, a bigos prawie jak maminy. (Jak widać po słabych jakościowo załączonych zdjęciach z restauracji polskiej, po raz pierwszy od długiego czasu byłam tak skupiona na jedzeniu, że zapomniałam kompletnie o aparacie).


Z supermarketów, w których można kupić portugalskie wino i piwo (polskie trunki też się znajdą) najlepszy wybór ma chyba Auchan, nazywany tutaj Al campo. A do tego dochodzą wizyty (ostatnio rzadsze) poprzedzone naszymi zamówieniami spożywczymi (za tydzień dostanę dostawę moich ulubionych ciastek od Sowy, kabanosy i kolorowe babskie gazetki). Nie jest źle, gdy to tego dodamy wizytę w kraju co kilka miesięcy.Lepiej byłoby tylko, gdybym w końcu zebrała wystarczającą motywację, by w końcu przygotować samodzielnie jakieś typowo polskie danie...


Sooner or later, in life of every immigrant it comes this moment. The day when all he can thinks about is a particular taste, a dish that one can only eat in his country, a meal that we only enjoy when it has been prepared by our mum or grandma. Even those who love discovering new tastes and trying new restaurants (I believe I belong to that group), from time to time would only ear pierogi, zrazy or pickles (Polish version of food cravings) or super bock beer, bacalhao in one of its hundred version or francezinha (a Portuguese version).


In such moments what saves me is a Polish shop with frozen dumplings- well, the taste has nothing in common comparing to those that my grandma prepares, but it can kill the longing for Polish flavors for some time- Polish beer and vodka (at the moment we still have some bottles of strong spirits after my compatriots’ visits). When it comes to Nuno, he is luckier. Not only can we go to a Portuguese café in Gracia (check the post), but few weeks ago the same owners opened a restaurant in the Eixample district with the same name. We didn’t wait long to check this new venue, and on Saturday we could compare the taste of dishes served in Barcelona with those in Porto or Lisbon. We were not disappointed. After small pies with leitão meat, a typical sausage called alheira and sharing a francezinha. I have never understood why a dish that is to represent Porto is a sandwich. I know, it is a complete dish, has three or four layers of meat and few of cheese and is covered with sauce, but still, it is just a sandwich... The recipe for the sauce is a secret and it is what decides about the final taste, and whether it is approved by people from Porto.


We accompanied the meal with green wine that I just love and we couldn’t skip a dessert (starting from tomorrow we have to apologize the gym). We were also invited for a shout of ginjinha. And even the rain and the fact that we forgot to take the umbrella couldn’t spoil our good mood. We will definitely go back to A Casa Portuguesa in few weeks, not only because of the authentic flavor of Portuguese dishes, but also a nice atmosphere, perfectly chosen music (but don’t expect to hear fado) and décor.


When last year we tried to find a Polish restaurant and we discovered that few years ago there was one but it was closed, I felt so disappointed. And when I discovered that in Madrid they do have a restaurant run by a Polish family and it actually served decent food, I felt jealous. After eating tapas for 3 days in the capital, we decided to have a lunch at La Polonesa. My friend Weronika with Greg, Maria José (I met her the whole eternity ago during her erasmus in Warsaw) with her boyfriend and Nuno + me. International company in a Polish restaurant. Pierogi, bigos, oscypek with cranberries, żurek, devolay, zrazy (feel free to use google or just go to a Polish place and try them), and cheesecake for a dessert. We ordered so much food that we could barely move afterwards. We just couldn’t help but order all the dishes we liked, as we knew that in Barcelona we are limited to frozen food from my country. I was really surprised that the food tasted so good, almost as good as I would have at home. (As you can judge by the poor photos from the Polish restaurants, I was so focused on eating, that for the first tiem ina long time, photos were not important at all).


When it comes to the supermarkets, there are some where you can but Polish or Portuguese products. Personally I think that Al campo has the best choice. Unfortunately it is limited to beer/ wine/ vodkas, and no food. Fortunately, as Barcelona is quite an attractive destination, we have guests visiting us and they all politely ask us if we want them to bring some food. And we never turn down such offers, next week we have a delivery coming (kabanosy-type of sausage, my favorite cookies from sowa’s bakery and magazines). And then, when I am going home, my mum asks me in advance for all the food I want her to prepare. So after all, our food craving gets satisfied. If only I finally started cooking Polish specialties myself…

11 comments:

Ajka said...

Ja za granicą tęsknie za dobrym chlebem razowym, białym serem (jak Ewa) i kefirem. Tęsknota za francezinhią jest dla mnie absolutnie niezrozumiała, gdyż bardzo nie lubię ;)

Agnieszka said...

#Ajka, no zapomniałam o twarogu. najlepiej z rzodkiewką i szczypiorkiem :) Chleba się najadam w Polsce, mama piecze i jakoś już się przyzwyczaiłam do braku pieczywo. Sama się dziwię, jak to było możliwe. A francezinhę jem trochę z poczucia obowiązku :) Nie to, że bardzo nie lubię, ale nie zalicza się do moich ulubionych dań. Pozdrawiam i zazdroszczę wam pogody :)

Madzia said...

To mnie wyjątkowo polskiego nie brakuje, poza piwem gryczanym i krupnikiem od czasu do czasu. A pierogi popełniam, ale z kozim serem, jeszcze lepsze są :)))

I w Oviedo takich cudów nie ma, jest ruski sklep z Żywcem i ruskimi szampanami, ale.. jakoś szału bez :>

Pola Zas said...

Co tu dużo mówić, zawsze gdziekolwiek jestem to tęsknię za smakiem polskiej wódki - inne smaki po prostu mi nie odpowiadają :(
Nostalgia najgorsza jest w chwili, gdy patrzę na półki z alkoholem i widzę więcej win - nie to co w Polsce ;)

Rosół! Tu nie mogę go ugotować(w ich włoszczyźnie nie ma korzenia pietruszki ;o)
Serek wiejski i ruski szampan z Biedronki! Tu niestety serek wiejski nie jest tak dobry i tak tani! :D

Pierogów ruskich narobiłam się najwięcej w Rumunii, już jestem specem :) tu próbowałam, że z tego białego sera niestety smak ruskich mi nie wychodzi, więc nie robię :P

Francezinha ledwo została przeze mnie zjedzona do końca, ogromna porcja! Nie pamiętam nazwy knajpki, ale wg starszego mężczyzny, którego poprosiliśmy o namiar na tradycyjną francezinhę, była to jedna z najstarszych i najlepszych w Porto :D

Mam w planach przyjazd do Polski, to wreszcie zjem KLUSKI ŚLĄSKIE! :D

Pola Zas said...

A tak przy okazji, znalazł ktoś może w sklepie kaszę jaglaną?

Jak może nazywać się po hiszpańsku? Szukałam, popytała, ale wydaje mi się, że Hiszpanie nie wiedzą o co chodzi :/

Agnieszka said...

#Madzia, pierogi ze szpinakiem pycha, z serem kozim- muszę przepisu poszukać :)ja staram się na obczyźnie jeść "lokalną" żywność, ale czasami tęsknota za silna :)

#Pola- polskie zupy uwielbiam, mogę bez końca wymieniać, ogórkowa, pomidorowa, rosołek, żurek...

A kaszy nie widziałam... zresztą tutaj nie mogę wielu produktów znaleźć, które wydają mi się dość podstawowe:) pozdrawiam

Madzia said...

Kasze chyba tu nie istnieją, ja tak jak Aga zawsze mam problem z podstawowymi rzeczami :)
A pierogi robiłam dla Hiszpanów, w zamian za tortillę i torrijas i inne wynalazki :)

Rosołu nie znoszę z całego serca to nie tęsknię :> A lokalna żywność tak - niebieskie sery w Asturii o jezu... grzechu warte :)

Agnieszka said...

A mnie dziś tęsknota za rabarbarem dopadła :)

Madzia said...

Hahaha, rabarbar. A wiesz, ze ja na jakiejs lace w poniedzialek szczaw widzialam i mi sie zatesknilo za babcina szczawiowa z jajkiem. Ale.. takie smaki to bym tez w Polsce miala :> Tak samo czesto tesknie za Grecka Retsina, tamtejszymi oliwkami i granatami kradzionymi noca w jakims wiejskim adzie :)))

magda said...

1. ogorki kiszone...nie ma ich nigdzie, te konserwowe to nie to...
2. polskie truskawki...zadne, ale to zadne nie dorownuja tym od 'pani z gorki'
3. chleb razowy, bo bagietka nigdy go nie zastapi

Agnieszka said...

#Magda, dla samych truskawek od "pani z górki" czasami myślę o kupnie biletów na czerwiec do domu :) a za chlebem razowym też tęsknię.

Post a Comment

Bądź na bieżąco/ Follow by Email