Sunday, 17 June 2012

Kulinarny spacer po Madrycie/ A taste of Madrid

Dziś nadeszła cześć na 2 cześć relacji (trochę czasu mi zajęło) z kwietniowego wypadu do Madrytu. O najważniejszych zabytkach juz wiecie, a dziś zabiorę was na kulinarny spacer po stolicy Hiszpanii. Bo dla mnie, jak na prawdziwego kulinarnego turystę przystało, równie ważne (czasami nawet ważniejsze) jak zwiedzanie miasta, jest odkrywanie smacznej strony tego miasta. W krajach południowych kultura jedzenia jest zupełnie inna, godziny posiłków są święte, każdą, nawet najmniejsza mieścina, ma swoje danie popisowe, posiłki się tu celebruje. I mi to bardzo odpowiada. Cóż jest lepszego niż siedzenie w ogródku restauracyjnym z winem/zimnym piwem/sangria/innym drinkiem i degustowanie lokalnych przysmaków? Albo rundka po tapas barach, by w każdym spróbować innej przekąski?

Kultura tapas w Madrycie ma zupełnie inny wymiar niż w Katalonii. Pierwszą różnicą, którą rzuca się w oczy, jest to, że tutaj prawie w każdym barze tapas to dodatek do piwa (co nota bene jest najzupełniej zgodne z tradycją), a nie osobne „danie”. Tak więc przy zamówieniu piwa lub wina dostajemy (za darmo!) tapas. W niektórych barach zamawiając 2 piwa możemy się porządnie najeść, w innych porcje są skromniejsze. W Hiszpanii (nie wiem czy się nie powtarzam, bo o tapas i kulturze jedzenia pisałam już na blogu kilkakrotnie) dobrą knajpę poznaje się po ilości zużytych serwetek na podłodze. Im więcej klientów i im więcej śmieci na podłodze, tym lepiej. Może należałoby otworzyć w Polsce takie małe bary, w których atmosfera jest bezpretensjonalna, klienci głośno rozmawiają i komentują z właścicielem a to wynik ostatniego meczu reprezentacji, a to kolejne reformy rządowe.

Do Madrytu jechałam wyposażona w małą listę barów, kawiarni i restauracji, a na dodatek mogłam liczyć na rekomendacje od Marii i Weroniki. Jednak podczas 2 dni musiałam liczyć tylko i wyłącznie na swoje towarzystwo, co było trochę dziwne. Nie przepadam bowiem ze chodzeniem do barów i jedzeniu w pojedynkę. Jednak mimo moich obaw, że zwiedzanie i jedzenie bez towarzystwa będzie dość nieprzyjemnym doświadczeniem, muszę przyznać, że dobrze się czułam sama ze sobą. Taka mała odmiana. Zresztą w niektórych barach fakt, że byłam bez towarzystwa powodował, że miły pan kelner z uśmiechem nałożył mi większa lub dodatkową porcję tapas i wdał się w rozmowę :)

Pierwszym przystankiem był bar asturyjski El Ñerú zarekomendowany przez Marie, bo znajdował się w pobliżu Plaza Real, ale na tyle daleko i na tyle ukryty, że żaden turysta, chyba że zbłąkany, by tutaj nie przyszedł na lunch, no chyba, że wie, gdzie ma szukać. A warto, bo ten lokal serwuje naprawdę dobre tapas, a pan kelner z nieśmiałym uśmiechem zaserwował mi od serca dodatkowa porcje tortilli. Tak mi się tam podobało, że wieczorem wróciłam tam z Maria i Weronika, by od tego właśnie baru zacząć nasze tapeo.


W piątek włóczyłam się po dzielnicy Malasaña i Chueca. Wybór lunchowy padł na mityczny El Tigre. Porcja zaserwowana do piwa była gigantyczna, na tyle duża, że nie przeszła mi przez głowę myśl, by skusić się na drugie piwko. Bar jest zawsze pełny, nie ma co się dziwić, należy bowiem do jednych z najtańszych w stolicy, za 2 euro dostajemy piwo i talerz pełen przekąsek (z każdym piwem wydaje się, że na talerzu pojawia się ich coraz więcej). A wystrój… to temat na osobną opowieść. Ale wolę nie obiecywać, bo coś mi ostatnio całe tygodnie zajmuje nadrabianie zaległości. Nigdy nie zrozumiem idei polowania, a potem wywieszania trofeów na ścianach. A te właśnie dekorują ściany baru, mamy więc gigantyczną głowę dzika, poroża jeleni i pewnie inne biedne zwierzątka, ale tych między głowami biesiadników nie dane mi było zobaczyć.


Kolejnym przystankiem jest bar Los Gatos (ciekawostka na marginesie: mieszkańcy Madrytu nazywani są kotami, ze względu na ich życie nocne, bo to nocą ożywają). Bar ciekawy, choć to mało powiedziane. Czego tu nie ma! I nie mówie bynajmniej o jedzeniu, ale wystroju. Mozaiki na ścianach (w tym dzieło Goyi), głowa byka, strój toreadora, ministrant, serki innych gratów, które tworzą swoisty i kultowy charakter tego miejsca. Po zamówieniu cerveza tudzież wermutu, dostaje się, jakże inaczej tapę do towarzystwa i można oddać się podziwianiu wszystkich najdziwniejszych elementów dekoracyjnych.


Na zakończenie nocy, po ciężkiej imprezie, wielu imprezowiczów regeneruje siły przy churros con chocolate (podobno są najlepszym lekarstwem na kaca) w Chocolateria de San Gines. Ja przyznam się do grzechu, także wstąpiłam do podobno najlepszej czekoladziarni w stolicy (istniejące już od ponad stulecia), ale o bardziej przystępnej godzinie. Choć może nocą zjedzone kalorie się nie liczą ?


Jak jesteśmy przy nocnym piciu, to ciekawym miejscem dla wielbicieli sławnego hiszpańskiego trunku, a mianowicie sangrii, jest podziemny bar- jaskinia Las Cuevas de Sésamo

Godnym polecenie miejscem jest też Mercado de San Miguel. My, z braku czasu i miejsca na kolejne potrawy (no nie dla nas podwójne lunche czy kolacje), tylko weszliśmy i rzuciliśmy okiem na to, co ma do zaoferowania najstarszy targ w Madrycie. Jest to miejsce interesujące, nie tylko kulinarnie, ale także architektonicznie. Tłumy w środku tylko potwierdzają sławę tego miejsca.

'

A chodząc po mieście ma się wrażenie, że każdym rogu jest jak nie bar, to restauracja, albo kawiarnia, albo stoliki tarasowe. Od wyboru, do koloru…


So finally I’ve decided it was time to write a second post on my April trip to Madrid (yes, it took me more than 2 months). As you already know what are the most famous touristic places in the capital, today I take you on a culinary walk through Madrid. As a true culinary tourist, it is as important (in some cases even more than actual sightseeing) as visiting the monuments is to discover the tasty side of a city. In the southern countries, like Spain, Italy, Portugal or even France, the importance food has still surprises me, their culture of eating is totally different from the one I was used to during my whole life. Meals are celebrated, meal time are sacred, even the tiniest town has its specialty and is famous for it in the whole country. But I must admit, I don’t have anything against it, on the contrary. What can be better than sitting on a terrace of a restaurant drinking a good wine/cold beer / sangria / your favourite drink and tasting the local specialties? Or go de tapeo, which literally means go from one bar to another trying different tapas? Which of course is nothing but a mere excuse to meet with friends and eat.

The culture of eating tapas in Madrid is on a totally different level than in Catalonia. First of all, in almost every bar, a tapa is not a separate dish, it is what you get (for free!) when ordering a beer. And it is this way in many Spanish regions but Catalonia (in fact we only know one bar in Barcelona that gives you a free tapa). So when ordering two beers or glasses of fine and getting tapas, you basically eat almost a whole meal. Another thing to keep in mind when looking for a nice place to eat in Spain is to watch closely how dirty is the bar’s floor. I think I already mentioned that here you recognize a bar with a lot of paper napkins on the floor is a good one- the more dirty the floor is, the better. I wonder if similar places could function somewhere else. I somehow can picture it in Poland, a small bar with unpretentious atmosphere, where customers talk loudly (and nobody tells them to shut up) and they comment with a friendly owner the results of the last game or government’s plan on resolving the crisis.

When I knew I was going to Madrid, I made a list of places where I wanted to go, and I could always count on Maria’s and Weronika’s recommendations. The only problem was that during the whole 2 days I was sightseeing alone, and I am really not used to be alone. I normally never go to bars or restaurants alone, so it was a bit strange at the beginning to eat alone, not having a company. But it turned out to be a surprisingly good change (for two days, I don’t know if I enjoyed more days with me and only me). Besides, in some bars the fact I was alone was actually something positive: a nice waiter gave me an extra portion of tortilla and we had a nice conversation.

The first stop on my culinary map was the Asturian bar El Ñerú , highly recommended by Maria. As I happened to be close to Plaza Real, I decided to eat there. It is just a short walk from touristic Plaza Real, but is quite hidden so that you enter only if somebody told you to go there, as it looks like thousand similar places to have something to eat. But it is definitely a great place (some people on Trip Advisor call it the best place serving Asturian food in the capital) with even better service. A really friendly and somehow shy waiter made me go to the same place twice, and it was there that we started our tapeo in the evening.


On Friday I spend my day wandering through the streets of Malasaña and Chueca district, so my logical choice was a mythical bar El Tigre. The places is told to be one of the cheapest bars in Madrid, and it really is. For 2 euros (or was it 2,5?) you get a beer and a big plate of tapas. It seems that with every beer the plate gets bigger and bigger (I judge it by other plates, as I was so full after finishing mine that I didn’t even consider ordering another). It is always full (no surprises here) so you have to make you way to the counter top. And the noise, and the atmosphere, and the décor… You have to see it. Lucky you I have some photos (not many, as I was too busy eating). I’ve never understood the appeal of hunting and then hanging the trophies on the walls. And it is how El Tigre is decorated, it may not have a tiger head, but there is a gigantic head of a boar, deer antlers, and probably other poor animals.


The next stop was a bar called Los Gatos (funny fact: people from Madrid are called cats, because of their night life, they are believed to start living fully during the night). Bar is really something different and unexpected. And I’m not referring to food this time, but to the décor. You can find everyting in here! Mosaics on the walls (including the Goya’s famous painting), bull’s hear, toreador outfit, altar boy’s outfit, other cheesy and tacku pieces of junk, which form a peculiar ambience. After ordering a cerveza or vermouth and getting a tapa, you can spend a long while admiring the strangest decorative elements.



One way to finish a night, is to go where many party animal stop to recover, at Chocolateria de San Gines. Their churros con chocolate are believed to be a great cure for hangover) . I must confess, I sinned. I also entered what some chose the best chocolate bar in Madrid, but it was still during the daytime. Maybe it was a mistake and calories eaten at night are forgiven easier)


Since we mentioned drinking, for those who call themselves sangria lovers, there is an interesting place to go. It is called Las Cuevas de Sésamo and as the name itself suggest it is an underground bar, looking like few caves.

There are countless places where a food lover can go in Madrid, it is a heaven for them. One of such places is Mercado de San Miguel. As we didn’t have enough time, or possibility to eat two lunches or dinners, we only had a quick look on what this oldest market in the city has to offer. And it really is worth reserving some space in your belly and on your memory card. The crowds inside can only confirm fame of this place.

'

And by simply walking around the city, you get the impression that on every corner there is a nice bar, cozy restaurant, charming café or great terrace. The problem is which one to choose….

7 comments:

Kasia said...

Przepyszny watek, tez uwielbiam turytyke kulinarna, a w Hiszpanii juz w ogole :) Twoj post sprawil, ze poczulam jakbym sama tam z Toba byla, dzieki ;)

Aitor said...

Yo viví casi dos años en Madrid. Si te gusta salir, quedar con gente para tomar cañas y tapas..Madrid es la ciudad ideal!! (No es mi caso pero le tengo cariño)

Agnieszka said...

#Kasia, ja uwielbiam probowac lokalnych dan, juz sie ciesze na wakacje w Portugalii, bo to tez kulinarny raj :) pozdrawiam serdecznie

Agnieszka said...

#Aitor, me gusta Madrid por su cultura de tapeo, bares y tal, pero la ciudad en sí no se encuentra entre mis favoritas. Le faltan algunas cositas :) saludos

Kasik said...

Właśnie ostatnio chodziło za mną churros... oj, jakbym zjadła takie prawdziwe, w gęstej czekoladzie... mniam!!!

Agnieszka said...

#Kasik, ja z churros najbardziej to lubię czekoladę :)

Kasia said...

"Może należałoby otworzyć w Polsce takie małe bary, w których atmosfera jest bezpretensjonalna, klienci głośno rozmawiają i komentują z właścicielem a to wynik ostatniego meczu reprezentacji, a to kolejne reformy rządowe." - O TAAAAK, właśnie tego mi brakuję! ;)

P.S. świetne zdjęcia :)

Post a Comment

Sunday, 17 June 2012

Kulinarny spacer po Madrycie/ A taste of Madrid

Dziś nadeszła cześć na 2 cześć relacji (trochę czasu mi zajęło) z kwietniowego wypadu do Madrytu. O najważniejszych zabytkach juz wiecie, a dziś zabiorę was na kulinarny spacer po stolicy Hiszpanii. Bo dla mnie, jak na prawdziwego kulinarnego turystę przystało, równie ważne (czasami nawet ważniejsze) jak zwiedzanie miasta, jest odkrywanie smacznej strony tego miasta. W krajach południowych kultura jedzenia jest zupełnie inna, godziny posiłków są święte, każdą, nawet najmniejsza mieścina, ma swoje danie popisowe, posiłki się tu celebruje. I mi to bardzo odpowiada. Cóż jest lepszego niż siedzenie w ogródku restauracyjnym z winem/zimnym piwem/sangria/innym drinkiem i degustowanie lokalnych przysmaków? Albo rundka po tapas barach, by w każdym spróbować innej przekąski?

Kultura tapas w Madrycie ma zupełnie inny wymiar niż w Katalonii. Pierwszą różnicą, którą rzuca się w oczy, jest to, że tutaj prawie w każdym barze tapas to dodatek do piwa (co nota bene jest najzupełniej zgodne z tradycją), a nie osobne „danie”. Tak więc przy zamówieniu piwa lub wina dostajemy (za darmo!) tapas. W niektórych barach zamawiając 2 piwa możemy się porządnie najeść, w innych porcje są skromniejsze. W Hiszpanii (nie wiem czy się nie powtarzam, bo o tapas i kulturze jedzenia pisałam już na blogu kilkakrotnie) dobrą knajpę poznaje się po ilości zużytych serwetek na podłodze. Im więcej klientów i im więcej śmieci na podłodze, tym lepiej. Może należałoby otworzyć w Polsce takie małe bary, w których atmosfera jest bezpretensjonalna, klienci głośno rozmawiają i komentują z właścicielem a to wynik ostatniego meczu reprezentacji, a to kolejne reformy rządowe.

Do Madrytu jechałam wyposażona w małą listę barów, kawiarni i restauracji, a na dodatek mogłam liczyć na rekomendacje od Marii i Weroniki. Jednak podczas 2 dni musiałam liczyć tylko i wyłącznie na swoje towarzystwo, co było trochę dziwne. Nie przepadam bowiem ze chodzeniem do barów i jedzeniu w pojedynkę. Jednak mimo moich obaw, że zwiedzanie i jedzenie bez towarzystwa będzie dość nieprzyjemnym doświadczeniem, muszę przyznać, że dobrze się czułam sama ze sobą. Taka mała odmiana. Zresztą w niektórych barach fakt, że byłam bez towarzystwa powodował, że miły pan kelner z uśmiechem nałożył mi większa lub dodatkową porcję tapas i wdał się w rozmowę :)

Pierwszym przystankiem był bar asturyjski El Ñerú zarekomendowany przez Marie, bo znajdował się w pobliżu Plaza Real, ale na tyle daleko i na tyle ukryty, że żaden turysta, chyba że zbłąkany, by tutaj nie przyszedł na lunch, no chyba, że wie, gdzie ma szukać. A warto, bo ten lokal serwuje naprawdę dobre tapas, a pan kelner z nieśmiałym uśmiechem zaserwował mi od serca dodatkowa porcje tortilli. Tak mi się tam podobało, że wieczorem wróciłam tam z Maria i Weronika, by od tego właśnie baru zacząć nasze tapeo.


W piątek włóczyłam się po dzielnicy Malasaña i Chueca. Wybór lunchowy padł na mityczny El Tigre. Porcja zaserwowana do piwa była gigantyczna, na tyle duża, że nie przeszła mi przez głowę myśl, by skusić się na drugie piwko. Bar jest zawsze pełny, nie ma co się dziwić, należy bowiem do jednych z najtańszych w stolicy, za 2 euro dostajemy piwo i talerz pełen przekąsek (z każdym piwem wydaje się, że na talerzu pojawia się ich coraz więcej). A wystrój… to temat na osobną opowieść. Ale wolę nie obiecywać, bo coś mi ostatnio całe tygodnie zajmuje nadrabianie zaległości. Nigdy nie zrozumiem idei polowania, a potem wywieszania trofeów na ścianach. A te właśnie dekorują ściany baru, mamy więc gigantyczną głowę dzika, poroża jeleni i pewnie inne biedne zwierzątka, ale tych między głowami biesiadników nie dane mi było zobaczyć.


Kolejnym przystankiem jest bar Los Gatos (ciekawostka na marginesie: mieszkańcy Madrytu nazywani są kotami, ze względu na ich życie nocne, bo to nocą ożywają). Bar ciekawy, choć to mało powiedziane. Czego tu nie ma! I nie mówie bynajmniej o jedzeniu, ale wystroju. Mozaiki na ścianach (w tym dzieło Goyi), głowa byka, strój toreadora, ministrant, serki innych gratów, które tworzą swoisty i kultowy charakter tego miejsca. Po zamówieniu cerveza tudzież wermutu, dostaje się, jakże inaczej tapę do towarzystwa i można oddać się podziwianiu wszystkich najdziwniejszych elementów dekoracyjnych.


Na zakończenie nocy, po ciężkiej imprezie, wielu imprezowiczów regeneruje siły przy churros con chocolate (podobno są najlepszym lekarstwem na kaca) w Chocolateria de San Gines. Ja przyznam się do grzechu, także wstąpiłam do podobno najlepszej czekoladziarni w stolicy (istniejące już od ponad stulecia), ale o bardziej przystępnej godzinie. Choć może nocą zjedzone kalorie się nie liczą ?


Jak jesteśmy przy nocnym piciu, to ciekawym miejscem dla wielbicieli sławnego hiszpańskiego trunku, a mianowicie sangrii, jest podziemny bar- jaskinia Las Cuevas de Sésamo

Godnym polecenie miejscem jest też Mercado de San Miguel. My, z braku czasu i miejsca na kolejne potrawy (no nie dla nas podwójne lunche czy kolacje), tylko weszliśmy i rzuciliśmy okiem na to, co ma do zaoferowania najstarszy targ w Madrycie. Jest to miejsce interesujące, nie tylko kulinarnie, ale także architektonicznie. Tłumy w środku tylko potwierdzają sławę tego miejsca.

'

A chodząc po mieście ma się wrażenie, że każdym rogu jest jak nie bar, to restauracja, albo kawiarnia, albo stoliki tarasowe. Od wyboru, do koloru…


So finally I’ve decided it was time to write a second post on my April trip to Madrid (yes, it took me more than 2 months). As you already know what are the most famous touristic places in the capital, today I take you on a culinary walk through Madrid. As a true culinary tourist, it is as important (in some cases even more than actual sightseeing) as visiting the monuments is to discover the tasty side of a city. In the southern countries, like Spain, Italy, Portugal or even France, the importance food has still surprises me, their culture of eating is totally different from the one I was used to during my whole life. Meals are celebrated, meal time are sacred, even the tiniest town has its specialty and is famous for it in the whole country. But I must admit, I don’t have anything against it, on the contrary. What can be better than sitting on a terrace of a restaurant drinking a good wine/cold beer / sangria / your favourite drink and tasting the local specialties? Or go de tapeo, which literally means go from one bar to another trying different tapas? Which of course is nothing but a mere excuse to meet with friends and eat.

The culture of eating tapas in Madrid is on a totally different level than in Catalonia. First of all, in almost every bar, a tapa is not a separate dish, it is what you get (for free!) when ordering a beer. And it is this way in many Spanish regions but Catalonia (in fact we only know one bar in Barcelona that gives you a free tapa). So when ordering two beers or glasses of fine and getting tapas, you basically eat almost a whole meal. Another thing to keep in mind when looking for a nice place to eat in Spain is to watch closely how dirty is the bar’s floor. I think I already mentioned that here you recognize a bar with a lot of paper napkins on the floor is a good one- the more dirty the floor is, the better. I wonder if similar places could function somewhere else. I somehow can picture it in Poland, a small bar with unpretentious atmosphere, where customers talk loudly (and nobody tells them to shut up) and they comment with a friendly owner the results of the last game or government’s plan on resolving the crisis.

When I knew I was going to Madrid, I made a list of places where I wanted to go, and I could always count on Maria’s and Weronika’s recommendations. The only problem was that during the whole 2 days I was sightseeing alone, and I am really not used to be alone. I normally never go to bars or restaurants alone, so it was a bit strange at the beginning to eat alone, not having a company. But it turned out to be a surprisingly good change (for two days, I don’t know if I enjoyed more days with me and only me). Besides, in some bars the fact I was alone was actually something positive: a nice waiter gave me an extra portion of tortilla and we had a nice conversation.

The first stop on my culinary map was the Asturian bar El Ñerú , highly recommended by Maria. As I happened to be close to Plaza Real, I decided to eat there. It is just a short walk from touristic Plaza Real, but is quite hidden so that you enter only if somebody told you to go there, as it looks like thousand similar places to have something to eat. But it is definitely a great place (some people on Trip Advisor call it the best place serving Asturian food in the capital) with even better service. A really friendly and somehow shy waiter made me go to the same place twice, and it was there that we started our tapeo in the evening.


On Friday I spend my day wandering through the streets of Malasaña and Chueca district, so my logical choice was a mythical bar El Tigre. The places is told to be one of the cheapest bars in Madrid, and it really is. For 2 euros (or was it 2,5?) you get a beer and a big plate of tapas. It seems that with every beer the plate gets bigger and bigger (I judge it by other plates, as I was so full after finishing mine that I didn’t even consider ordering another). It is always full (no surprises here) so you have to make you way to the counter top. And the noise, and the atmosphere, and the décor… You have to see it. Lucky you I have some photos (not many, as I was too busy eating). I’ve never understood the appeal of hunting and then hanging the trophies on the walls. And it is how El Tigre is decorated, it may not have a tiger head, but there is a gigantic head of a boar, deer antlers, and probably other poor animals.


The next stop was a bar called Los Gatos (funny fact: people from Madrid are called cats, because of their night life, they are believed to start living fully during the night). Bar is really something different and unexpected. And I’m not referring to food this time, but to the décor. You can find everyting in here! Mosaics on the walls (including the Goya’s famous painting), bull’s hear, toreador outfit, altar boy’s outfit, other cheesy and tacku pieces of junk, which form a peculiar ambience. After ordering a cerveza or vermouth and getting a tapa, you can spend a long while admiring the strangest decorative elements.



One way to finish a night, is to go where many party animal stop to recover, at Chocolateria de San Gines. Their churros con chocolate are believed to be a great cure for hangover) . I must confess, I sinned. I also entered what some chose the best chocolate bar in Madrid, but it was still during the daytime. Maybe it was a mistake and calories eaten at night are forgiven easier)


Since we mentioned drinking, for those who call themselves sangria lovers, there is an interesting place to go. It is called Las Cuevas de Sésamo and as the name itself suggest it is an underground bar, looking like few caves.

There are countless places where a food lover can go in Madrid, it is a heaven for them. One of such places is Mercado de San Miguel. As we didn’t have enough time, or possibility to eat two lunches or dinners, we only had a quick look on what this oldest market in the city has to offer. And it really is worth reserving some space in your belly and on your memory card. The crowds inside can only confirm fame of this place.

'

And by simply walking around the city, you get the impression that on every corner there is a nice bar, cozy restaurant, charming café or great terrace. The problem is which one to choose….

7 comments:

Kasia said...

Przepyszny watek, tez uwielbiam turytyke kulinarna, a w Hiszpanii juz w ogole :) Twoj post sprawil, ze poczulam jakbym sama tam z Toba byla, dzieki ;)

Aitor said...

Yo viví casi dos años en Madrid. Si te gusta salir, quedar con gente para tomar cañas y tapas..Madrid es la ciudad ideal!! (No es mi caso pero le tengo cariño)

Agnieszka said...

#Kasia, ja uwielbiam probowac lokalnych dan, juz sie ciesze na wakacje w Portugalii, bo to tez kulinarny raj :) pozdrawiam serdecznie

Agnieszka said...

#Aitor, me gusta Madrid por su cultura de tapeo, bares y tal, pero la ciudad en sí no se encuentra entre mis favoritas. Le faltan algunas cositas :) saludos

Kasik said...

Właśnie ostatnio chodziło za mną churros... oj, jakbym zjadła takie prawdziwe, w gęstej czekoladzie... mniam!!!

Agnieszka said...

#Kasik, ja z churros najbardziej to lubię czekoladę :)

Kasia said...

"Może należałoby otworzyć w Polsce takie małe bary, w których atmosfera jest bezpretensjonalna, klienci głośno rozmawiają i komentują z właścicielem a to wynik ostatniego meczu reprezentacji, a to kolejne reformy rządowe." - O TAAAAK, właśnie tego mi brakuję! ;)

P.S. świetne zdjęcia :)

Post a Comment

Bądź na bieżąco/ Follow by Email