Sunday, 6 May 2012

Formentor, Pollença & calas

Pobyt na Majorce wydaje się tak odległy...Minęło prawie półtora miesiąca, czas wiec najwyższy zakończyć blogową relację z naszych mini-wakacji i spotkania z bloggerkami.
W sobotę Ewa pracowała tylko do 10, więc całą piątką wsiedliśmy do podstarzałej i wydających czasami dziwne odgłosy pandy, by wybrać się na półwysep Formentor (jest to najdalej wysunięty na północ punkt wyspy) . Największe wrażenie robi sama podróż (będąca nieaz prawdziwym wyzwaniem dla kierowcy), krętą trasą. Wąska droga pełna jest ostrych zakrętów, do tego trzeba dodać niezliczone grupki rowerzystów, których jakoś trzeba wyminąć, ale piękne widoki rekompensują stres przy wyprzedzaniu czy wchodzeniu w kolejny zakręt. Zatrzymaliśmy się przy punkcie widokowym (widoki z przylądka Cap de Formentor, na który autobusy nie mogą wjechać, bo droga jest tak wąska, że się nie mieszczą, nas rozczarowały), z którego podziwialiśmy turkus morza kontrastujący z barwą ostro poszarpanych klifów i bielą łódeczek.


Potem ostro pod górę i po kilkudziesięciu (jeśli nie kilkuset zakrętach) dojechaliśmy do przylądka, na którym mieści się latarnia morska i z którego według przewodnika, rozciąga się wspaniały widok. Po raz kolejny nie mogliśmy się zgodzić z autorami wyżej wymienionego przewodnika, z przylądka bowiem ledwo co było widać, zdjęć zrobiłam chyba tylko 10 (w tym 2 latarni, kolejne 4 samochodom i krętej drodze na przylądek).


Głód dawał nam się troszkę we znaki, więc zwiedzanie średniowiecznego miasteczka Pollença zostało przełożone na czas lunchu w Port de Pollença (niezbyt atrakcyjna plaża przy porcie, niezbyt atrakcyjne miasteczko). Spokojne i ciche miasteczko (cisza sporadycznie przerywana odgłosem bicia dzwonów kościelnych czy okrzykami radości dzieciaków zjeżdżających na hulajnodze), otoczone resztkami murów średniowiecznych (gwoli ścisłości mury są zredukowane do bramy :)


To było ostatnie miasteczko, jakie zwiedziliśmy na Majorce, bo ostatni dzień zarezerwowaliśmy sobie na calas, czyli to, co Nuno lubi najbardziej. Calas to plaże- zatoczki ukryte między skałami.
Zanotowaliśmy sobie kilka nazw, wklepaliśmy pierwszą z nich- Cala de Pi, do GPS-u, gdzie czekała nas jedna z najprzyjemniejszych niespodzianek całego pobytu. Podczas robienia zdjęć rybakom, którzy czyścili sieci i złowione rybki, jeden z nich rozpoznał Ewę.


Okazało się, że był on kierowcą na lotnisku, gdzie Ewa pracowała. Po kilku słowach przywitania, rybak/kierowca zaprosił nas na krótki rejsik swoją łódką, żeby pokazać, jak wygląda Cala de Pi widziana z morza, oraz niedostępna prawie od lądu Cala Beltrana. Lubię takie niespodziewane spotkania i jeszcze bardziej zaskakujące miłe propozycje. Potem odpoczynek na 2 plażach i z żalem opuszczaliśmy Majorkę.


It seems like it has been ages since we were on Mallorca. After six weeks, it is really high time I finish the last post about our mini-holidays and meeting with 2 Polish bloggers.
As Ewa was not on holidays, we normally met her in the evening, but since on Saturday she had unbelievably early shift and finished at 10 am, five of us squeezed in a blue panda, that sometimes surprised us with strange noises. Our destination was peninsula of Formentor (this is the northernmost point of the island). What is the most impressive, is a journey itself (quite a challenge for a driver). The narrow road is full of sharp turns, and from January-April it is full of smaller and larger (sometimes solitary) groups of cyclists, that you have to pass somehow. The view completely compensate for the stress that you may sometimes experience by passing a car/cyclist or entering a yet another sharp curve.
We stopped at a really nice viewpoint (views from the advertised cape Cap de Formentor are really exaggerated and rather disappointing. The only plus is that the buses can’t reach it because the road is simply too narrow and too curvy, so the number of the tourists is limited.) We could admire the turquoise sea contrasting with sharply jagged cliffs and with the whiteness of small boats (imagining of course us being on this boat drinking martini/mojito/beer) .


Then after a very steep point if the road, after a few dozen (if not hundreds) of curves, we reached the cape with a small white lighthouse (its main attraction). According to my guide, the views from the Cap de Formentor are wonderful. Well, once again I could only disagree with the authors, you could barely see anything, so I only took 10 photos (2 of a lighthouse and 4 of cars on a curvy road).


After such an exciting road trip, we felt hungry so we stopped in Port de Pollença (honestly, its beach and the town aren’t really attractive, jumped in the car and went to Pollença, a medieval town, that was the last charming pueblo we visited on Mallorca. It was really quiet and peaceful town (the silence were occasionally interrupted by church bell or screaming kids riding down on a scooter). The town was supposed to be surrounded by medieval walls, which in reality are reduced to one gate. After wandering through the charming streets of Pollença, we went back to Arenal. The last day was booked to visit some calas (hidden beaches/small bays)


We wrote down some cala’s names, after putting the first one- Cala de Pi, into the GPS system, we were ready to go. When we saw how intensively blue was the water, we knew we would spend a great time. What we hadn’t expect was a nice surprise of being in the right place at the right time. While taking photos of two fishermen who were cleaning their fishing nests, one of them recognized Ewa.


It turned out that he was a driver at the airport, where Ewa is working. After a small chit-chat, fisherman / driver invited us for a short boat trip so that we can see how Cala de Pi looked like from a sea perspective and to show us Cala Beltran, which was almost impossible to access without a boat. I really like such unexpected gifts from people we barely know. Afterwards, in a great mood, we visited 2 more calas and unfortunately had to catch a plane back to BCN.


5 comments:

Ajka said...

Świetnie ten rejsik wam się trafił :)

p-i-f said...

Kusicielki!!!
Kusicie tą Majorką:)

Ewa said...

Ech, fajnie nam wtedy było :))))

Agnieszka said...

#Ajka, rejsik był takim niespodziewanym prezentem na zakończenie pobytu, aż łezka mi się zakręciła na samo wspomnienie :)

# p-i-f, Majorka, jak widać zresztą w postach Ajki i moich, jest godna polecenia (choć lepiej poza sezonem). Piękne malownicze miasteczka i cudne plaże, czyli 2 w 1 :)

#Ewa, no jasne, że było mega fajnie, liczę na jakąś powtórkę, niekoniecznie na Majorce :)

Anonymous said...

An Mo - D spokesman yesterday attemptedto gloss on the report, that has been based on months of interviews with thousands of soldiers and their families between July 2007 and January 2008
payday loan for timely approval, there is no need of faxing important paper to the
lender and under-going any credit assessment process.
My web page :: payday loan

Post a Comment

Sunday, 6 May 2012

Formentor, Pollença & calas

Pobyt na Majorce wydaje się tak odległy...Minęło prawie półtora miesiąca, czas wiec najwyższy zakończyć blogową relację z naszych mini-wakacji i spotkania z bloggerkami.
W sobotę Ewa pracowała tylko do 10, więc całą piątką wsiedliśmy do podstarzałej i wydających czasami dziwne odgłosy pandy, by wybrać się na półwysep Formentor (jest to najdalej wysunięty na północ punkt wyspy) . Największe wrażenie robi sama podróż (będąca nieaz prawdziwym wyzwaniem dla kierowcy), krętą trasą. Wąska droga pełna jest ostrych zakrętów, do tego trzeba dodać niezliczone grupki rowerzystów, których jakoś trzeba wyminąć, ale piękne widoki rekompensują stres przy wyprzedzaniu czy wchodzeniu w kolejny zakręt. Zatrzymaliśmy się przy punkcie widokowym (widoki z przylądka Cap de Formentor, na który autobusy nie mogą wjechać, bo droga jest tak wąska, że się nie mieszczą, nas rozczarowały), z którego podziwialiśmy turkus morza kontrastujący z barwą ostro poszarpanych klifów i bielą łódeczek.


Potem ostro pod górę i po kilkudziesięciu (jeśli nie kilkuset zakrętach) dojechaliśmy do przylądka, na którym mieści się latarnia morska i z którego według przewodnika, rozciąga się wspaniały widok. Po raz kolejny nie mogliśmy się zgodzić z autorami wyżej wymienionego przewodnika, z przylądka bowiem ledwo co było widać, zdjęć zrobiłam chyba tylko 10 (w tym 2 latarni, kolejne 4 samochodom i krętej drodze na przylądek).


Głód dawał nam się troszkę we znaki, więc zwiedzanie średniowiecznego miasteczka Pollença zostało przełożone na czas lunchu w Port de Pollença (niezbyt atrakcyjna plaża przy porcie, niezbyt atrakcyjne miasteczko). Spokojne i ciche miasteczko (cisza sporadycznie przerywana odgłosem bicia dzwonów kościelnych czy okrzykami radości dzieciaków zjeżdżających na hulajnodze), otoczone resztkami murów średniowiecznych (gwoli ścisłości mury są zredukowane do bramy :)


To było ostatnie miasteczko, jakie zwiedziliśmy na Majorce, bo ostatni dzień zarezerwowaliśmy sobie na calas, czyli to, co Nuno lubi najbardziej. Calas to plaże- zatoczki ukryte między skałami.
Zanotowaliśmy sobie kilka nazw, wklepaliśmy pierwszą z nich- Cala de Pi, do GPS-u, gdzie czekała nas jedna z najprzyjemniejszych niespodzianek całego pobytu. Podczas robienia zdjęć rybakom, którzy czyścili sieci i złowione rybki, jeden z nich rozpoznał Ewę.


Okazało się, że był on kierowcą na lotnisku, gdzie Ewa pracowała. Po kilku słowach przywitania, rybak/kierowca zaprosił nas na krótki rejsik swoją łódką, żeby pokazać, jak wygląda Cala de Pi widziana z morza, oraz niedostępna prawie od lądu Cala Beltrana. Lubię takie niespodziewane spotkania i jeszcze bardziej zaskakujące miłe propozycje. Potem odpoczynek na 2 plażach i z żalem opuszczaliśmy Majorkę.


It seems like it has been ages since we were on Mallorca. After six weeks, it is really high time I finish the last post about our mini-holidays and meeting with 2 Polish bloggers.
As Ewa was not on holidays, we normally met her in the evening, but since on Saturday she had unbelievably early shift and finished at 10 am, five of us squeezed in a blue panda, that sometimes surprised us with strange noises. Our destination was peninsula of Formentor (this is the northernmost point of the island). What is the most impressive, is a journey itself (quite a challenge for a driver). The narrow road is full of sharp turns, and from January-April it is full of smaller and larger (sometimes solitary) groups of cyclists, that you have to pass somehow. The view completely compensate for the stress that you may sometimes experience by passing a car/cyclist or entering a yet another sharp curve.
We stopped at a really nice viewpoint (views from the advertised cape Cap de Formentor are really exaggerated and rather disappointing. The only plus is that the buses can’t reach it because the road is simply too narrow and too curvy, so the number of the tourists is limited.) We could admire the turquoise sea contrasting with sharply jagged cliffs and with the whiteness of small boats (imagining of course us being on this boat drinking martini/mojito/beer) .


Then after a very steep point if the road, after a few dozen (if not hundreds) of curves, we reached the cape with a small white lighthouse (its main attraction). According to my guide, the views from the Cap de Formentor are wonderful. Well, once again I could only disagree with the authors, you could barely see anything, so I only took 10 photos (2 of a lighthouse and 4 of cars on a curvy road).


After such an exciting road trip, we felt hungry so we stopped in Port de Pollença (honestly, its beach and the town aren’t really attractive, jumped in the car and went to Pollença, a medieval town, that was the last charming pueblo we visited on Mallorca. It was really quiet and peaceful town (the silence were occasionally interrupted by church bell or screaming kids riding down on a scooter). The town was supposed to be surrounded by medieval walls, which in reality are reduced to one gate. After wandering through the charming streets of Pollença, we went back to Arenal. The last day was booked to visit some calas (hidden beaches/small bays)


We wrote down some cala’s names, after putting the first one- Cala de Pi, into the GPS system, we were ready to go. When we saw how intensively blue was the water, we knew we would spend a great time. What we hadn’t expect was a nice surprise of being in the right place at the right time. While taking photos of two fishermen who were cleaning their fishing nests, one of them recognized Ewa.


It turned out that he was a driver at the airport, where Ewa is working. After a small chit-chat, fisherman / driver invited us for a short boat trip so that we can see how Cala de Pi looked like from a sea perspective and to show us Cala Beltran, which was almost impossible to access without a boat. I really like such unexpected gifts from people we barely know. Afterwards, in a great mood, we visited 2 more calas and unfortunately had to catch a plane back to BCN.


5 comments:

Ajka said...

Świetnie ten rejsik wam się trafił :)

p-i-f said...

Kusicielki!!!
Kusicie tą Majorką:)

Ewa said...

Ech, fajnie nam wtedy było :))))

Agnieszka said...

#Ajka, rejsik był takim niespodziewanym prezentem na zakończenie pobytu, aż łezka mi się zakręciła na samo wspomnienie :)

# p-i-f, Majorka, jak widać zresztą w postach Ajki i moich, jest godna polecenia (choć lepiej poza sezonem). Piękne malownicze miasteczka i cudne plaże, czyli 2 w 1 :)

#Ewa, no jasne, że było mega fajnie, liczę na jakąś powtórkę, niekoniecznie na Majorce :)

Anonymous said...

An Mo - D spokesman yesterday attemptedto gloss on the report, that has been based on months of interviews with thousands of soldiers and their families between July 2007 and January 2008
payday loan for timely approval, there is no need of faxing important paper to the
lender and under-going any credit assessment process.
My web page :: payday loan

Post a Comment

Bądź na bieżąco/ Follow by Email