Wednesday, 8 October 2014

Smaki Maroka i lekcja gotowania/ Tastes of Morocco and cooking class

Jeśli miałabym wybrać sobie zawód marzeń i ktoś magicznie by mi taką robotę zaproponował, to wiem doskonale kim bym chciała być. Takim Anthony Bourdain w spódnicy. Co jest bowiem lepszego od jedzenia, picia i podróżowania? Niestety, na razie praca w korporacji jest rzeczywistością, choć mam nadzieję, że nie na całe życie. Ale podczas podróży jedzenie dominuje zdecydowanie nad muzeami i innymi takimi „atrakcjami”. Z czym jedzeniowo kojarzy się Maroko? Tadżiny i kuskusy w różnych odmianach, przesłodkie desery, świeżo wyciśnięty sok z pomarańczy, kilogramy daktyli, przyprawy o zapachu tak intensywnym, że aż kręci ci się w nosie. Było pysznie i jakoś magicznie tym razem waga została w miejscu (albo tak mi się zdaje). Może to zasługa przechodzonych godzin i ograniczonego do minimum jedzenia słodyczy (które po prostu były dla mnie za słodkie)?


If somebody asked me what my dream job was and could miraculously offer me it for life, I wouldn’t hesitate for a second. The answer would be simple: I would be kind of female version of Anthony Bourdain. There is nothing better than to combine eating, drinking with travelling, at least I can’t imagine there is. For now, I am stuck in my 9 to 5 work, corporate world is my reality. When we travel, eating is definitely more important for us than museums or similar "attractions". When you think Morocco, you immediately picture tagines, couscous, super sweet desserts, freshly squeezed orange juice, kilograms of dates, spices… Somehow during week we spent in Morocco, even when eating all I wanted, I magically didn’t put any weight. Was it all the walking? Or maybe the fact I almost didn’t touch any sweets as they were too… sweet for my taste (don’t get me wrong, I love desserts, but there need to be right balance, too sweet is just not my thing)?


Myślę, że długo w mojej pamięci zostaną idealne śniadania zjedzone na dachu naszego riadu w Marakeszu: sok pomarańczowy, domowej robot konfitury i marokańskie naleśniki zjedzone na świeżym powietrzu z widokiem na Medinę.

Albo zaskakująco pyszne połączenie mięsa i słodkich dodatków (miód, cynamon) w -marokańskiej pastilli, którą zamawialiśmy, gdy już nam się znudził tadżin? Wcześniej myślałam, że nie będę mieć dość kuchni marokańskiej, ale problemem było to, że w większości miejsc menu było takie same, a po zjedzeniu 3 (mimo że z różnym nadzieniem i dodatkami) tadżinów, mieliśmy ochotę na coś innego.



I will not forget the perfect breakfast eaten on the roof of our riad in Marrakesh: fresh orange juice, homemade jams and Moroccan pancakes eaten on the terrace overlooking the Medina.

Or a surprisingly delicious combination of meat and sweet honey and cinnamon –Moroccan pastilla, that we ordered once we got bored of tagine. I would never expect that you can actually end up fed up with those typical Moroccan dished. The problem  was that every single place had almost the same things on the menu. And after eating 3 tagines, delicious and with different ingredients, we just wanted something else.




W takich sytuacjach przesytu tymi daniami, zawsze jest kilka innych opcji: pyszna i sycąca zupa harira, grillowane mięso oraz dobry chleb. Do tego litry słodkiej miętowej herbaty, której picie jest osobnym rytuałem.

So when you are done eating them, try dlicious and filling harira soup, grilled meet and good bread. And drink liters and liters of sweet mint tea. It is a separate ritual.


Jedno jest pewne, każdy smakosz znajdzie coś dla siebie. Nam najbardziej smakowały dania, które sami przygotowaliśmy pod okiem i z wytycznymi Samiry. Na przystawkę sałatka z grillowanych pomidorów i papryki, briouate (czyli małe trójkątne ciasteczka z ciasta podobnego do filo, z nadzieniem serowym, przyprawami i kolendrą), na główne danie tadżin z jagnięciny z migdałami i śliwkami a na deser orzeźwiająca sałatka z pomarańczy z  wodą różaną. Pierwszy raz uczestniczyliśmy w lekcji gotowania, ale było to tak udane doświadczenie, że przy następnej podróży spróbujemy też znaleźć czas. Gotowanie poprzedzone było zakupami na lokalnym souku, dzięki czemu zaopatrzyłam się w przyprawy na kilka miesięcy i mogłam poobserwować życie Marokańczyków. Z Samirą, której uśmiech nie schodził z twarzy ani na chwilę, byliśmy pod ochroną i nikt nas nie zaczepiał. Mogliśmy więc bezkarnie gapić się na towary i zaglądać w głąb sklepików. Ciekawe doświadczenie, bo rzeźnik w Marakeszu wygląda zupełnie inaczej niż ten europejski, do którego jesteśmy przyzwyczajeni.




One thing is sure, every foodie will find something delicious. What we liked the most was a 4 course meal that we prepared under the supervision and guidance of lovely Samira. For an appetizer we had warm salad with grilled tomatoes and peppers, briouate (small triangular pastries made from phyllo-like dough, filled with cheese, spices and coriander), for the main course we made lamb tagine with almonds and plums and for dessert, a refreshing salad of oranges with rosewater. It was our first cooking class, and it was such a fun experience that we will definitely try to find some offers during the upcoming trips (not that we have anything planned already). Before the cooking class, we went shopping at the local souk, where I also bought spices. This time shopping was a nice experience, as we were accompanied by always smiling Samira and nobody harassedous. So we could observe the locals and have a look at the stalls and small shops. It was an interesting experience, as a butcher in Marrakesh looks completely different than the European one, you see livestock around and the aroma of spices is intense…



Zgłodniałam… Na szczęście mam jeszcze kilka daktyli, które zostały z kilograma zakupionego w Marakeszu. A w weekend chyba zrobimy tadżin, bo jedną z pamiątek (oprócz daktyli, przypraw i kilku kolorowych ceramicznych naczyń), jakie przywieźliśmy to właśnie gliniane naczynie do tadżin.

A wy wzięliście kiedyś udział w kursie gotowania? Albo po powrocie do domu odtworzyliście jakieś dania poznane podczas podróży? Czy jako pamiątki kupujecie może właśnie jakieś lokalne produkty?


I’m getting hungry ... Fortunately, I still have some dates left (we bought a kilo to bring back as an edible souvenir). I may even make a tagine on Saturday, as apart from dates, spices and few colorful ceramic dishes, we also bought a tagine clay pot.

Have you ever took a part in a cooking class? Or when you get home you try to recreate recipes of the dishes you ate during your trip? Or maybe you ring some local products as souvenirs?



11 comments:

Ewa said...

Wzięłam udział w kursie gotowania w Phnom Penh w Kambodży. Wyszło pysznie. Po powrocie próbowałam powtórzyć i strułam siebie, a rodzice zjedli tylko przez grzeczność :D

W Maroku uwielbiałam tę ich herbatę, tajine, daktyle i słodkie pomarańcze posypane cynamonem. Mniam!

Rysia Altewęgier said...

W lekcjach gotowania nie braliśmy jeszcze udziału, ale za każdym razem staramy sie przywieźć z podróży książkę kucharską i w miarę możliwości odtwarzać poznane smaki.
Garnuszki, miseczki i przyprawy też zdarza nam się przywozić :)

Agnieszka Stasiewska said...

Ewa, my powtórzyliśmy w domu, musimy jeszcze dopracować, zeby częstować gości, ale na szczęście nikt się nie struł :)

Rysia, Wam to chyba shotówki też się zdarza, z tego co pamiętam?

Fajnie jest odtwarzać wakacyjne smaki i przywoływać w ten sposób wspomnienia :)

Zależna w podróży said...

Kursy gotowania są super! Zaczynam się w nich namiętnie zakochiwać. Niedługo jadę do Izraela, muszę koniecznie coś sobie znaleźć.

Nie jestem bardzo pamiątkowa, ale jednak: z każdej podróży przywożę książkę kucharską z danego miejsca. Niby wiem, że wszystko jest w internecie, ale... co to za radość usiąść i oglądać te strony wypełnione pysznościami.

Gastroturystyka rządzi!

Agnieszka Stasiewska said...

Podobno Izrael kulinarnie wymiata :) Będę czekać na relacje :)

Agata said...

Gotowanie to świetny sposób żeby bliżej poznać kraj, do którego jedziemy. Ja uwielbiam lekcje gotowania i miałam dużo szczęścia bo udało mi się wziąć udział w wielu tego typu aktywności we Włoszech. Cudowne!

Agnieszka Stasiewska said...

Agata, włoskie jedzenie uwielbiam, moja siostra od kilku lat mieszka w Como, więc mam okazję od czasu do czasu podtuczyć się na pizzach, pastach i lodach :) A o lekcjach gotowania tam nie pomyslałam, a w sumie fajną opcją by było się nauczyć jakiś ravioli czy coś :)

Kajtostany La Ruta said...

Za 4 tygodnie tak się będziemy stołować! Super! Dzięki za post, przynajmniej będziemy wiedzieli co jeść.

Agnieszka Stasiewska said...

Kajtostany, wy to chyba rowerami się wybieracie, z tego co kojarzę :) więc dużo sił potrzeba i energii :)

Emiwdrodze said...

Na kurs się jeszcze nigdy nie zdecydowałam, ale podglądam, jak gotują w knajpkach albo uczę się od znajomych i po powrocie z podróży próbuję odtworzyć z pomocą zakupionych tam produktów. Najwięcej inspiracji złapałam w Indiach, kulinarnym raju, a teraz uczę się gotować po indonezyjsku :) Kuchni marokańskiej kompletnie jeszcze nie znam, a wygląda smakowicie!

Piotr Goroh (Made in China) said...

Kurde, ja jeśli jestem w kuchni to albo sięgam do lodówki się zgubiłem w cudzym mieszkaniu- jedzenie na ulicy mam bardzo rozsądne cenowo, ale może właśnie potrzebuję takich lekcji na 'rozruch'.
Dobrze to wszystko na Twoich zdjęciach wygląda!
pzdr

Post a Comment

Wednesday, 8 October 2014

Smaki Maroka i lekcja gotowania/ Tastes of Morocco and cooking class

Jeśli miałabym wybrać sobie zawód marzeń i ktoś magicznie by mi taką robotę zaproponował, to wiem doskonale kim bym chciała być. Takim Anthony Bourdain w spódnicy. Co jest bowiem lepszego od jedzenia, picia i podróżowania? Niestety, na razie praca w korporacji jest rzeczywistością, choć mam nadzieję, że nie na całe życie. Ale podczas podróży jedzenie dominuje zdecydowanie nad muzeami i innymi takimi „atrakcjami”. Z czym jedzeniowo kojarzy się Maroko? Tadżiny i kuskusy w różnych odmianach, przesłodkie desery, świeżo wyciśnięty sok z pomarańczy, kilogramy daktyli, przyprawy o zapachu tak intensywnym, że aż kręci ci się w nosie. Było pysznie i jakoś magicznie tym razem waga została w miejscu (albo tak mi się zdaje). Może to zasługa przechodzonych godzin i ograniczonego do minimum jedzenia słodyczy (które po prostu były dla mnie za słodkie)?


If somebody asked me what my dream job was and could miraculously offer me it for life, I wouldn’t hesitate for a second. The answer would be simple: I would be kind of female version of Anthony Bourdain. There is nothing better than to combine eating, drinking with travelling, at least I can’t imagine there is. For now, I am stuck in my 9 to 5 work, corporate world is my reality. When we travel, eating is definitely more important for us than museums or similar "attractions". When you think Morocco, you immediately picture tagines, couscous, super sweet desserts, freshly squeezed orange juice, kilograms of dates, spices… Somehow during week we spent in Morocco, even when eating all I wanted, I magically didn’t put any weight. Was it all the walking? Or maybe the fact I almost didn’t touch any sweets as they were too… sweet for my taste (don’t get me wrong, I love desserts, but there need to be right balance, too sweet is just not my thing)?


Myślę, że długo w mojej pamięci zostaną idealne śniadania zjedzone na dachu naszego riadu w Marakeszu: sok pomarańczowy, domowej robot konfitury i marokańskie naleśniki zjedzone na świeżym powietrzu z widokiem na Medinę.

Albo zaskakująco pyszne połączenie mięsa i słodkich dodatków (miód, cynamon) w -marokańskiej pastilli, którą zamawialiśmy, gdy już nam się znudził tadżin? Wcześniej myślałam, że nie będę mieć dość kuchni marokańskiej, ale problemem było to, że w większości miejsc menu było takie same, a po zjedzeniu 3 (mimo że z różnym nadzieniem i dodatkami) tadżinów, mieliśmy ochotę na coś innego.



I will not forget the perfect breakfast eaten on the roof of our riad in Marrakesh: fresh orange juice, homemade jams and Moroccan pancakes eaten on the terrace overlooking the Medina.

Or a surprisingly delicious combination of meat and sweet honey and cinnamon –Moroccan pastilla, that we ordered once we got bored of tagine. I would never expect that you can actually end up fed up with those typical Moroccan dished. The problem  was that every single place had almost the same things on the menu. And after eating 3 tagines, delicious and with different ingredients, we just wanted something else.




W takich sytuacjach przesytu tymi daniami, zawsze jest kilka innych opcji: pyszna i sycąca zupa harira, grillowane mięso oraz dobry chleb. Do tego litry słodkiej miętowej herbaty, której picie jest osobnym rytuałem.

So when you are done eating them, try dlicious and filling harira soup, grilled meet and good bread. And drink liters and liters of sweet mint tea. It is a separate ritual.


Jedno jest pewne, każdy smakosz znajdzie coś dla siebie. Nam najbardziej smakowały dania, które sami przygotowaliśmy pod okiem i z wytycznymi Samiry. Na przystawkę sałatka z grillowanych pomidorów i papryki, briouate (czyli małe trójkątne ciasteczka z ciasta podobnego do filo, z nadzieniem serowym, przyprawami i kolendrą), na główne danie tadżin z jagnięciny z migdałami i śliwkami a na deser orzeźwiająca sałatka z pomarańczy z  wodą różaną. Pierwszy raz uczestniczyliśmy w lekcji gotowania, ale było to tak udane doświadczenie, że przy następnej podróży spróbujemy też znaleźć czas. Gotowanie poprzedzone było zakupami na lokalnym souku, dzięki czemu zaopatrzyłam się w przyprawy na kilka miesięcy i mogłam poobserwować życie Marokańczyków. Z Samirą, której uśmiech nie schodził z twarzy ani na chwilę, byliśmy pod ochroną i nikt nas nie zaczepiał. Mogliśmy więc bezkarnie gapić się na towary i zaglądać w głąb sklepików. Ciekawe doświadczenie, bo rzeźnik w Marakeszu wygląda zupełnie inaczej niż ten europejski, do którego jesteśmy przyzwyczajeni.




One thing is sure, every foodie will find something delicious. What we liked the most was a 4 course meal that we prepared under the supervision and guidance of lovely Samira. For an appetizer we had warm salad with grilled tomatoes and peppers, briouate (small triangular pastries made from phyllo-like dough, filled with cheese, spices and coriander), for the main course we made lamb tagine with almonds and plums and for dessert, a refreshing salad of oranges with rosewater. It was our first cooking class, and it was such a fun experience that we will definitely try to find some offers during the upcoming trips (not that we have anything planned already). Before the cooking class, we went shopping at the local souk, where I also bought spices. This time shopping was a nice experience, as we were accompanied by always smiling Samira and nobody harassedous. So we could observe the locals and have a look at the stalls and small shops. It was an interesting experience, as a butcher in Marrakesh looks completely different than the European one, you see livestock around and the aroma of spices is intense…



Zgłodniałam… Na szczęście mam jeszcze kilka daktyli, które zostały z kilograma zakupionego w Marakeszu. A w weekend chyba zrobimy tadżin, bo jedną z pamiątek (oprócz daktyli, przypraw i kilku kolorowych ceramicznych naczyń), jakie przywieźliśmy to właśnie gliniane naczynie do tadżin.

A wy wzięliście kiedyś udział w kursie gotowania? Albo po powrocie do domu odtworzyliście jakieś dania poznane podczas podróży? Czy jako pamiątki kupujecie może właśnie jakieś lokalne produkty?


I’m getting hungry ... Fortunately, I still have some dates left (we bought a kilo to bring back as an edible souvenir). I may even make a tagine on Saturday, as apart from dates, spices and few colorful ceramic dishes, we also bought a tagine clay pot.

Have you ever took a part in a cooking class? Or when you get home you try to recreate recipes of the dishes you ate during your trip? Or maybe you ring some local products as souvenirs?



11 comments:

Ewa said...

Wzięłam udział w kursie gotowania w Phnom Penh w Kambodży. Wyszło pysznie. Po powrocie próbowałam powtórzyć i strułam siebie, a rodzice zjedli tylko przez grzeczność :D

W Maroku uwielbiałam tę ich herbatę, tajine, daktyle i słodkie pomarańcze posypane cynamonem. Mniam!

Rysia Altewęgier said...

W lekcjach gotowania nie braliśmy jeszcze udziału, ale za każdym razem staramy sie przywieźć z podróży książkę kucharską i w miarę możliwości odtwarzać poznane smaki.
Garnuszki, miseczki i przyprawy też zdarza nam się przywozić :)

Agnieszka Stasiewska said...

Ewa, my powtórzyliśmy w domu, musimy jeszcze dopracować, zeby częstować gości, ale na szczęście nikt się nie struł :)

Rysia, Wam to chyba shotówki też się zdarza, z tego co pamiętam?

Fajnie jest odtwarzać wakacyjne smaki i przywoływać w ten sposób wspomnienia :)

Zależna w podróży said...

Kursy gotowania są super! Zaczynam się w nich namiętnie zakochiwać. Niedługo jadę do Izraela, muszę koniecznie coś sobie znaleźć.

Nie jestem bardzo pamiątkowa, ale jednak: z każdej podróży przywożę książkę kucharską z danego miejsca. Niby wiem, że wszystko jest w internecie, ale... co to za radość usiąść i oglądać te strony wypełnione pysznościami.

Gastroturystyka rządzi!

Agnieszka Stasiewska said...

Podobno Izrael kulinarnie wymiata :) Będę czekać na relacje :)

Agata said...

Gotowanie to świetny sposób żeby bliżej poznać kraj, do którego jedziemy. Ja uwielbiam lekcje gotowania i miałam dużo szczęścia bo udało mi się wziąć udział w wielu tego typu aktywności we Włoszech. Cudowne!

Agnieszka Stasiewska said...

Agata, włoskie jedzenie uwielbiam, moja siostra od kilku lat mieszka w Como, więc mam okazję od czasu do czasu podtuczyć się na pizzach, pastach i lodach :) A o lekcjach gotowania tam nie pomyslałam, a w sumie fajną opcją by było się nauczyć jakiś ravioli czy coś :)

Kajtostany La Ruta said...

Za 4 tygodnie tak się będziemy stołować! Super! Dzięki za post, przynajmniej będziemy wiedzieli co jeść.

Agnieszka Stasiewska said...

Kajtostany, wy to chyba rowerami się wybieracie, z tego co kojarzę :) więc dużo sił potrzeba i energii :)

Emiwdrodze said...

Na kurs się jeszcze nigdy nie zdecydowałam, ale podglądam, jak gotują w knajpkach albo uczę się od znajomych i po powrocie z podróży próbuję odtworzyć z pomocą zakupionych tam produktów. Najwięcej inspiracji złapałam w Indiach, kulinarnym raju, a teraz uczę się gotować po indonezyjsku :) Kuchni marokańskiej kompletnie jeszcze nie znam, a wygląda smakowicie!

Piotr Goroh (Made in China) said...

Kurde, ja jeśli jestem w kuchni to albo sięgam do lodówki się zgubiłem w cudzym mieszkaniu- jedzenie na ulicy mam bardzo rozsądne cenowo, ale może właśnie potrzebuję takich lekcji na 'rozruch'.
Dobrze to wszystko na Twoich zdjęciach wygląda!
pzdr

Post a Comment

Bądź na bieżąco/ Follow by Email