Thursday, 12 January 2012

Piękna wyspa i zabójcze komary/ Beautiful island and annoying mosquitoes

Kolejnym przystankiem była Ilhabela czyli Piękna wyspa. Nazwa nie może chyba bardziej oddawać prawdy. Choć, jak to w życiu bywa, zawsze jest malutkie ale. Ale po kolei.
Po kilkugodzinnej podróży autobusem z Paraty do Sao Sebastiao i półgodzinnej przeprawie promem, znaleźliśmy się na Ilhabela. Wyspa jest jednym z ulubionych miejsc mieszkańców Sao Paulo na spędzenie weekendu, podobno w sezonie trzeba nawet rezerwować miejsce na promie dla samochodu, ale my byliśmy pieszo i przed pełnią sezonu, więc prom nawet nie był aż tak pełen. Ilhabela to typowo turystyczna wyspa z kilkoma resortami, pięknymi plażami i atrakcjami dla żadnych przygód. My skusiliśmy się na wycieczkę jeepem na oddaloną plaże Praia de Castelhanos, która uważana jest podobno za jedną z 10 najpiękniejszych plaż Brazylii. Nie powiem, plaża imponująca, niestety pogoda niezbyt dopisała (choć i tak nie było najgorzej, bo w Internecie codziennie znajdowaliśmy zapowiedź silnych opadów tropikalnych, a najczęściej kończyło się na krótkotrwałych deszczykach), za to dopisały borrachudos, jakiś rodzaj paskudnych, małych i bardzo upierdliwych komarów czy muszek. Byliśmy kompletnie nie przygotowani, niby przewodnik Lonely Planet coś wspominał o zmorze wyspy, czyli tych właśnie komarach, ale zignorowaliśmy tę informację. W jeepie jednym z pierwszych pytań, jakie nam zadali nasi towarzysze, to czy jesteśmy w posiadaniu preparatu przeciw komarom . Którego nie mieliśmy oczywiście, ale mimo, że nasmarowaliśmy się kremem, którego nam użyczyli, nie uchronił on nas przed atakiem borrachudos. W efekcie moje nogi i stopy były pełne ukąszeń i strupów prawie do końca naszego pobytu w Brazylii. Ale koniec o minusach Ilhabela, która pomijając małych krwiopijców może uchodzić za raj na ziemi.


Jedną z atrakcji przejażdżki jeepem jest jazda po parku narodowym (na własną rękę się nie da, zawsze musi być obecny jakiś licencjonowany przewodnik), gdzie temperatura spada o kilka stopni, a wilgoć jest prawie nie do zniesienia, drogę może pokonać tylko napęd na 4 koła. Po krótkim odpoczynku na plaży, udaliśmy się z przewodnikiem na krótką wyprawę do wodospadu. Spacer był wart małego wysiłku, przechodząc przez zawieszony drewniany most Nuno mógł się poczuć prawie jak Indiana Jones. Po krótkiej i orzeźwiającej kąpieli pod lodowatą wodą wodospadu wróciliśmy na plażę. Do morderczych komarów, więc leżenie plackiem nie było opcją. Plaża na szczęście długa i szeroka, więc poszliśmy na spacer.


Na Ilhabela mieliśmy najlepsze z całej podróży miejsce noclegowe, Pousada Hibiskus (ach te śniadania), gdzie po raz pierwszy na żywo i w odległości metra ode mnie zobaczyłam kolibra, który po portugalsku ma piękną nazwę beija flor, czyli całujący kwiaty. Niestety prędkość z jaką trzepocze skrzydłami uniemożliwia zrobienie ostrego zdjęcia.
Niestety pod względem kulinarnym, Ilhabela trochę nas rozczarowała. Szczególnie, gdy zgodnie z rekomendacją poszliśmy do restauracji, gdzie podobno serwowany typowe brazylijskie dania. Tradycyjne okazało się być spaghetti z owocami morza i inne włoskie specjały praz łosoś. Zamówiłam więc bardziej egzotyczną rybę moqueca a Nuno jakieś mięso. Ogólnie Brazylia jest takim międzynarodowym tyglem, tak więc pizza czy sushi mogą uchodzić za typowe jedzenie brazylijskie, ale osobiście wolałam próbować czegoś innego…


Po wypoczynku na Ilhabela czekały nas trochę bardziej intensywne 2 dni w chaotycznym Sao Paulo.


Our next destination was Ilhabela means literally a beautiful island. And the name is a perfect for, if it wasn’t for one think. As nothing is perfect in life, the name doesn’t describe one aspect of the island. But I’ll explain that in a moment.

After a few hours journey by bus from Paraty to Sao Sebastiao and a half hour on a ferry, we reached Ilhabela. The island is one of the favorite places of Sao Paulo residents to spend a summer weekend, it is even advised to book a car space on a ferry on Friday, but we were car-less and off the high season, so we didn’t have to worry about that. Ilhabela is a typical tourist island with several resorts where everybody can find something for himself , like surfing, diving, hiking. We chose to go on a jeep trip to a secluded beach, Praia de Castelhanos, which is considered to be one of the 10 most beautiful beaches in Brazil. It would be even more beautiful if it wasn’t for the cloudy weather (still we considered to be lucky as the weather forecast every day announced tropical rains) and for borrachudos, small but annoying insects. We were totally unprepared, even though the Lonely Planet guide mentioned that the island was full of them, but we somehow skipped the warning. We got worried when the first question of our trip companions was if we had an insect repellent. Of course we didn’t have any, and with all the cream we put that we were given by the jeep crew, we still got bitten by borrachudos. As a result, my legs and feet were full of bites and scabs almost the whole time we were in Brazil. So if it wasn’t for those little bloodsuckers Ilhabela could be chosen a paradise on earth.


One of the attractions of our jeep tour was driving through the Ilhabela national park (you can’t enter without a licensed guide), where the temperature drops a few degrees and the humidity is extremely high. After a short rest on the beach, we followed our guide to one of many waterfalls. It was worth the effort, as the walk was quite pleasant, and Nuno could feel like Indiana Jones when crossing a suspended wooden bridge. After a quick and refreshing swim in icy water of the waterfall, we went back to the beach. As the killer mosquitos didn’t want to leave us in peace, the sunbathing wasn’t an option. Fortunately, the beach was really wide and long, so we went for a walk.


We both agree that the Pousada Hibiscus was the best place we stayed during our holidays in Brazil, and where I saw for the first time in my life and only one meter away a hummingbird, which in Portuguese is beautifully called Beija Flor, meaning a kissing flower.Unfortunately, all the photos I took were blurry.


As far as the restaurants and food are concerned, we were bit disappointed. Once we asked for a recommendation of a restaurant serving typical Brazilian food, and to our surprise it turned out, that to them typical spaghetti with seafood and other Italian specialties or salmon. So I ordered something bit more exotic : a fish dish called moqueca and Nuno had some good meat. I know that Brazil is such an international melting pot, so the pizza or sushi can be regarded as typical Brazilian food, but personally I preferred to try something different ...


After the relaxing time in Ilhabela, we had more intensive sightseeing in a chaotic city of Sao Paulo.

2 comments:

Ajka said...

Sushi w Brazylii ;) Zobaczymy co zjemy na Majorce :D

Agnieszka said...

Sushi jedlismy w SP, bo tam najwieksze skupisko Japonczykow poza Japonia :) nie wiem jak ty, ale ja na majorce na sushi sie nie pisze :P

Post a Comment

Thursday, 12 January 2012

Piękna wyspa i zabójcze komary/ Beautiful island and annoying mosquitoes

Kolejnym przystankiem była Ilhabela czyli Piękna wyspa. Nazwa nie może chyba bardziej oddawać prawdy. Choć, jak to w życiu bywa, zawsze jest malutkie ale. Ale po kolei.
Po kilkugodzinnej podróży autobusem z Paraty do Sao Sebastiao i półgodzinnej przeprawie promem, znaleźliśmy się na Ilhabela. Wyspa jest jednym z ulubionych miejsc mieszkańców Sao Paulo na spędzenie weekendu, podobno w sezonie trzeba nawet rezerwować miejsce na promie dla samochodu, ale my byliśmy pieszo i przed pełnią sezonu, więc prom nawet nie był aż tak pełen. Ilhabela to typowo turystyczna wyspa z kilkoma resortami, pięknymi plażami i atrakcjami dla żadnych przygód. My skusiliśmy się na wycieczkę jeepem na oddaloną plaże Praia de Castelhanos, która uważana jest podobno za jedną z 10 najpiękniejszych plaż Brazylii. Nie powiem, plaża imponująca, niestety pogoda niezbyt dopisała (choć i tak nie było najgorzej, bo w Internecie codziennie znajdowaliśmy zapowiedź silnych opadów tropikalnych, a najczęściej kończyło się na krótkotrwałych deszczykach), za to dopisały borrachudos, jakiś rodzaj paskudnych, małych i bardzo upierdliwych komarów czy muszek. Byliśmy kompletnie nie przygotowani, niby przewodnik Lonely Planet coś wspominał o zmorze wyspy, czyli tych właśnie komarach, ale zignorowaliśmy tę informację. W jeepie jednym z pierwszych pytań, jakie nam zadali nasi towarzysze, to czy jesteśmy w posiadaniu preparatu przeciw komarom . Którego nie mieliśmy oczywiście, ale mimo, że nasmarowaliśmy się kremem, którego nam użyczyli, nie uchronił on nas przed atakiem borrachudos. W efekcie moje nogi i stopy były pełne ukąszeń i strupów prawie do końca naszego pobytu w Brazylii. Ale koniec o minusach Ilhabela, która pomijając małych krwiopijców może uchodzić za raj na ziemi.


Jedną z atrakcji przejażdżki jeepem jest jazda po parku narodowym (na własną rękę się nie da, zawsze musi być obecny jakiś licencjonowany przewodnik), gdzie temperatura spada o kilka stopni, a wilgoć jest prawie nie do zniesienia, drogę może pokonać tylko napęd na 4 koła. Po krótkim odpoczynku na plaży, udaliśmy się z przewodnikiem na krótką wyprawę do wodospadu. Spacer był wart małego wysiłku, przechodząc przez zawieszony drewniany most Nuno mógł się poczuć prawie jak Indiana Jones. Po krótkiej i orzeźwiającej kąpieli pod lodowatą wodą wodospadu wróciliśmy na plażę. Do morderczych komarów, więc leżenie plackiem nie było opcją. Plaża na szczęście długa i szeroka, więc poszliśmy na spacer.


Na Ilhabela mieliśmy najlepsze z całej podróży miejsce noclegowe, Pousada Hibiskus (ach te śniadania), gdzie po raz pierwszy na żywo i w odległości metra ode mnie zobaczyłam kolibra, który po portugalsku ma piękną nazwę beija flor, czyli całujący kwiaty. Niestety prędkość z jaką trzepocze skrzydłami uniemożliwia zrobienie ostrego zdjęcia.
Niestety pod względem kulinarnym, Ilhabela trochę nas rozczarowała. Szczególnie, gdy zgodnie z rekomendacją poszliśmy do restauracji, gdzie podobno serwowany typowe brazylijskie dania. Tradycyjne okazało się być spaghetti z owocami morza i inne włoskie specjały praz łosoś. Zamówiłam więc bardziej egzotyczną rybę moqueca a Nuno jakieś mięso. Ogólnie Brazylia jest takim międzynarodowym tyglem, tak więc pizza czy sushi mogą uchodzić za typowe jedzenie brazylijskie, ale osobiście wolałam próbować czegoś innego…


Po wypoczynku na Ilhabela czekały nas trochę bardziej intensywne 2 dni w chaotycznym Sao Paulo.


Our next destination was Ilhabela means literally a beautiful island. And the name is a perfect for, if it wasn’t for one think. As nothing is perfect in life, the name doesn’t describe one aspect of the island. But I’ll explain that in a moment.

After a few hours journey by bus from Paraty to Sao Sebastiao and a half hour on a ferry, we reached Ilhabela. The island is one of the favorite places of Sao Paulo residents to spend a summer weekend, it is even advised to book a car space on a ferry on Friday, but we were car-less and off the high season, so we didn’t have to worry about that. Ilhabela is a typical tourist island with several resorts where everybody can find something for himself , like surfing, diving, hiking. We chose to go on a jeep trip to a secluded beach, Praia de Castelhanos, which is considered to be one of the 10 most beautiful beaches in Brazil. It would be even more beautiful if it wasn’t for the cloudy weather (still we considered to be lucky as the weather forecast every day announced tropical rains) and for borrachudos, small but annoying insects. We were totally unprepared, even though the Lonely Planet guide mentioned that the island was full of them, but we somehow skipped the warning. We got worried when the first question of our trip companions was if we had an insect repellent. Of course we didn’t have any, and with all the cream we put that we were given by the jeep crew, we still got bitten by borrachudos. As a result, my legs and feet were full of bites and scabs almost the whole time we were in Brazil. So if it wasn’t for those little bloodsuckers Ilhabela could be chosen a paradise on earth.


One of the attractions of our jeep tour was driving through the Ilhabela national park (you can’t enter without a licensed guide), where the temperature drops a few degrees and the humidity is extremely high. After a short rest on the beach, we followed our guide to one of many waterfalls. It was worth the effort, as the walk was quite pleasant, and Nuno could feel like Indiana Jones when crossing a suspended wooden bridge. After a quick and refreshing swim in icy water of the waterfall, we went back to the beach. As the killer mosquitos didn’t want to leave us in peace, the sunbathing wasn’t an option. Fortunately, the beach was really wide and long, so we went for a walk.


We both agree that the Pousada Hibiscus was the best place we stayed during our holidays in Brazil, and where I saw for the first time in my life and only one meter away a hummingbird, which in Portuguese is beautifully called Beija Flor, meaning a kissing flower.Unfortunately, all the photos I took were blurry.


As far as the restaurants and food are concerned, we were bit disappointed. Once we asked for a recommendation of a restaurant serving typical Brazilian food, and to our surprise it turned out, that to them typical spaghetti with seafood and other Italian specialties or salmon. So I ordered something bit more exotic : a fish dish called moqueca and Nuno had some good meat. I know that Brazil is such an international melting pot, so the pizza or sushi can be regarded as typical Brazilian food, but personally I preferred to try something different ...


After the relaxing time in Ilhabela, we had more intensive sightseeing in a chaotic city of Sao Paulo.

2 comments:

Ajka said...

Sushi w Brazylii ;) Zobaczymy co zjemy na Majorce :D

Agnieszka said...

Sushi jedlismy w SP, bo tam najwieksze skupisko Japonczykow poza Japonia :) nie wiem jak ty, ale ja na majorce na sushi sie nie pisze :P

Post a Comment

Bądź na bieżąco/ Follow by Email