Sunday, 8 January 2012

Białe ściany i kolorowe okna/ White walls and colourful windows

Po przylocie do Brazylii spędziliśmy jeden dzień na plaży, odpoczywając po 13 godzinnym locie, a już następnego dnia z rana siedzieliśmy w autobusie jadącym do Paraty. Dostać się na główny dworzec autobusowy w Rio z dzielnicy, w której mieszkaliśmy (u koleżanki Nuno) nie było wcale tak łatwo. Tita powiedziała, że jedzie tam jeden autobus, ale nie wie o której, bo przecież coś takiego, jak rozkład autobusów nie istnieje. Na przystankach nie ma oczywiście żadne informacji, ani o liniach czy trasach autobusów, więc polegać musieliśmy na ludziach, którzy czekali na przystanki. Nikt jednak nie wiedział dokładnie, jak autobus jedzie na dworzec, więc zatrzymywaliśmy chyba wszystkie autobusy. Okazało się, że musimy iść na inny przystanek, gdzie jest większe prawdopodobieństwo złapania autobusu, jadącego do celu nas interesującego. Czyli pierwsza nasza przygoda :) Dotarliśmy jednak, kupiliśmy bilet (bo znalezieniu okienka firmy autobusowej sprzedającej bilety do Paraty) i po kilku godzinach znaleźliśmy się w bardzo klimatycznym miasteczku. Paraty to wdzięczny obiekt to fotografowania- białe domki na starówce, z różnokolorowymi okiennicami i drzwiami. Szkoda tylko, że aparat niedoskonały, ale naczytaliśmy się i nasłuchaliśmy tylu opowieści o kradzieżach i napadach w Brazylii, że nie chciałam ryzykować i wzięłam stary kompakt. I lomo (ale z lomo jeszcze zdjęć nie ma, bo nie skończyłam rolki, co muszę nadrobić niedługo, bo jestem ciekawa efektów).


Paraty to stare kolonialne portugalskie miasteczko, położone między Rio de Janeiro a Sao Paulo, przez które prowadził ważny szlak handlowy i komunikacyjny. Chodząc po starówce ((uliczki zamknięte są dla ruchu samochodowego) przenosimy się w czasie, brukowane uliczki, zabytkowe białe kamieniczki z okresu kolonialnego, tworzą klimat miasta. Do tego lokalizacja: położone nad oceanem, z jednej strony otoczone wzgórzami i dżunglą, a z drugiej zatoką.
Nic dziwnego, że Paraty pojawiło się na liście „45 miejsc, które warto odwiedzić w 2012 według "The New York Times".


Jedną z atrakcji jest rejs statkiem po zatoce, podczas którego zatrzymaliśmy się kilka razy przy pięknych wyspach, Nuno mimo zimnej jak dla mnie wody nurkował i pływał, ja wolałam wylegiwać się na plaży. Pod koniec rejsu czekała nas jednak pierwsza przykra niespodzianka. Na rachunku za lunch i 2 caipirinhe (i obowiązkowy dodatek za oprawę muzyczną) widniała dość szokująca liczba. Na pierwszy rzut oka było widać, że chcą nas naciągnąć i cena była dwukrotnie wyższa niż powinna być. Po wyjaśnieniu przy kasie jedynym komentarzem było: pomyliliśmy się. Stwierdziliśmy potem, że gdyby „pomylili się” tylko o 10 reali, to pewnie nawet byśmy nie sprawdzili, czy rachunek jest prawidłowy, ale byli za chciwi i nie dostali nic. Potem przezornie sprawdzaliśmy każdy rachunek.


Dwudniowy pobyt w Paraty to przede wszystkim relaks. Rejs statkiem, spacery po starówce, delektowanie się świeżymi sokami z egzotycznych owoców czy agua de coco, ciastami sprzedawanymi na ulicy.


Następnym przystankiem była Ilha Bela…czyli c.d.n.


We arrived to Brazil, spent the whole day at the beach, relaxing and gathering energy after our 13 hour flight, and the next day in the morning we were already on our way to Paraty. Getting to the main bus station in Rio from where we were staying in (at Nuno’s friend’s place) wasn’t a piece of cake. Tita said there was a bus going to the bus station, but didn’t know the time or exact number, as something like timetables simply doesn’t exist in Rio. At the bus stop we only could count on the other people as there was no information about what lines stopped there or their route. As no one knew which bus we should take, we ended up stopping every bus and asking the driver if it had the bus station as the stop. After 40 minutes of waiting, somebody advised us to go to another stop where it was more likely to catch the correct bus. Not knowing how to get to the bus station while being hangover(oh, those killer caipirinhas) wasn’t fun. Finally we arrived, and after the next difficult task of finding the bus company that was selling tickets to Paraty, we were on our way. And just after a few hours we found ourselves in a small but amazing town. Paraty is a perfect photography spot, as its white buildings with colourful windows and doors make your photo look like a postcard.


Unfortunately, I left my better camera at home, as we had read and heard too many stories about thefts and assaults in Brazil, so I decided not to risk it and took my old compact camera. And 2 lomos, but I still don’t have photos from them, as I haven’t finished the roll (I really must go on a “lomo walking tour” in Barcelona to finish it and see the effects).


Paraty is an old Portuguese colonial town, located between Rio de Janeiro and Sao Paulo, through which an important trade route led. It felt as if the time stopped in the colonial times as we were Wandering through the Old Town (streets are closed to motorized traffic): cobbled streets, historic white houses typical of the colonial period, create the unique atmosphere of this town. And it has perfect location: situated between the ocean (over a bay with dozens of small island) and surrounded by hills and jungle. I wasn’t surprised where I found out it was put on the list of "45 places to visit in 2012 by The New York Times. "


One of the main attractions is a cruise, during which you stop several times to have a swim in the crystal water, relax on a almost deserted and beautiful island. I found ocean bit too cold for my taste, but Nuno had a great time diving and swimming while I was sunbathing. At the end of the cruise, there was a disappointing surprise for us when we discovered that or bill for the lunch and 2 strawberry caipirinhas (not counting the obligatory supplement for a live music) was way too high. At the very first glance you could see that 4 items couldn’t possibly cost that much, and while we triple checked it and then went to get some explanations, they admitted to have made a mistake in calculations. Well, if their “miscalculations” had been only for 10 reais, we probably wouldn’t have even noticed it. As they wanted to be too greedy, they ended up with nothing. Later on we checked all the bills extra carefully.


Our two-night stay in Paraty was almost all relaxing… and eating. Cruise, walks through the old town, enjoying the fresh tropical fruit juice or refreshing agua de coco, eating cakes sold on the street. Only by remembering those goodies, I feel hungry…


The next stop was the Ilha Bela ...

4 comments:

Ajka said...

Jakoś Twój blog mi nie pokazuje, że jest nowy wpis i nie wspina się na szczyt mojej listy blogów po dodaniu nowości, nie wiem czemu :(

Agnieszka said...

Nie pokazuje sie, bo ja ostatnio troche oszukuje :P mam zaleglosci i wrzucam posta ze wsteczna data, wiec ci sie na twojej stronie post pokazuje jako nie az taki nowy, postaram sie w weekend nadrobic pisanie i powinien ten problem zniknac :)

Pola said...

Powiem stanowczo - Brazylia mnie już więcej nie zobaczy, ale gdyby udało się caipirinię z Paraty wypić raz jeszcze metodą teleportacji...? Najlepsza cacacha na świecie :)

Trochę mnie dziwi, że próbowali Was naciągnąć z Brazyli - przecież Nuno jest jakby swój...? Wiele osób mi tłumaczyło, że byłoby łatwiej gdybym znała portugalski, ale przecież Nuno zna!

ps. Pomyłki często się zdarzają w Brazylii - mnie dla odmiany przez pomyłkę aresztowali...

Agnieszka Stasiewska said...

Pola, jak to aresztowali? Ciekawa przygoda :) Wiesz, Nuno niby mowi, ale jest turysta, wiec i tak grali na glupiego, ze sie niby pomylili... Ja do Brazylii na razie powrotu nie planuje, ale do sasiedniej Argentyny bym sie z przyjemnoscia wybrala :)

Post a Comment

Sunday, 8 January 2012

Białe ściany i kolorowe okna/ White walls and colourful windows

Po przylocie do Brazylii spędziliśmy jeden dzień na plaży, odpoczywając po 13 godzinnym locie, a już następnego dnia z rana siedzieliśmy w autobusie jadącym do Paraty. Dostać się na główny dworzec autobusowy w Rio z dzielnicy, w której mieszkaliśmy (u koleżanki Nuno) nie było wcale tak łatwo. Tita powiedziała, że jedzie tam jeden autobus, ale nie wie o której, bo przecież coś takiego, jak rozkład autobusów nie istnieje. Na przystankach nie ma oczywiście żadne informacji, ani o liniach czy trasach autobusów, więc polegać musieliśmy na ludziach, którzy czekali na przystanki. Nikt jednak nie wiedział dokładnie, jak autobus jedzie na dworzec, więc zatrzymywaliśmy chyba wszystkie autobusy. Okazało się, że musimy iść na inny przystanek, gdzie jest większe prawdopodobieństwo złapania autobusu, jadącego do celu nas interesującego. Czyli pierwsza nasza przygoda :) Dotarliśmy jednak, kupiliśmy bilet (bo znalezieniu okienka firmy autobusowej sprzedającej bilety do Paraty) i po kilku godzinach znaleźliśmy się w bardzo klimatycznym miasteczku. Paraty to wdzięczny obiekt to fotografowania- białe domki na starówce, z różnokolorowymi okiennicami i drzwiami. Szkoda tylko, że aparat niedoskonały, ale naczytaliśmy się i nasłuchaliśmy tylu opowieści o kradzieżach i napadach w Brazylii, że nie chciałam ryzykować i wzięłam stary kompakt. I lomo (ale z lomo jeszcze zdjęć nie ma, bo nie skończyłam rolki, co muszę nadrobić niedługo, bo jestem ciekawa efektów).


Paraty to stare kolonialne portugalskie miasteczko, położone między Rio de Janeiro a Sao Paulo, przez które prowadził ważny szlak handlowy i komunikacyjny. Chodząc po starówce ((uliczki zamknięte są dla ruchu samochodowego) przenosimy się w czasie, brukowane uliczki, zabytkowe białe kamieniczki z okresu kolonialnego, tworzą klimat miasta. Do tego lokalizacja: położone nad oceanem, z jednej strony otoczone wzgórzami i dżunglą, a z drugiej zatoką.
Nic dziwnego, że Paraty pojawiło się na liście „45 miejsc, które warto odwiedzić w 2012 według "The New York Times".


Jedną z atrakcji jest rejs statkiem po zatoce, podczas którego zatrzymaliśmy się kilka razy przy pięknych wyspach, Nuno mimo zimnej jak dla mnie wody nurkował i pływał, ja wolałam wylegiwać się na plaży. Pod koniec rejsu czekała nas jednak pierwsza przykra niespodzianka. Na rachunku za lunch i 2 caipirinhe (i obowiązkowy dodatek za oprawę muzyczną) widniała dość szokująca liczba. Na pierwszy rzut oka było widać, że chcą nas naciągnąć i cena była dwukrotnie wyższa niż powinna być. Po wyjaśnieniu przy kasie jedynym komentarzem było: pomyliliśmy się. Stwierdziliśmy potem, że gdyby „pomylili się” tylko o 10 reali, to pewnie nawet byśmy nie sprawdzili, czy rachunek jest prawidłowy, ale byli za chciwi i nie dostali nic. Potem przezornie sprawdzaliśmy każdy rachunek.


Dwudniowy pobyt w Paraty to przede wszystkim relaks. Rejs statkiem, spacery po starówce, delektowanie się świeżymi sokami z egzotycznych owoców czy agua de coco, ciastami sprzedawanymi na ulicy.


Następnym przystankiem była Ilha Bela…czyli c.d.n.


We arrived to Brazil, spent the whole day at the beach, relaxing and gathering energy after our 13 hour flight, and the next day in the morning we were already on our way to Paraty. Getting to the main bus station in Rio from where we were staying in (at Nuno’s friend’s place) wasn’t a piece of cake. Tita said there was a bus going to the bus station, but didn’t know the time or exact number, as something like timetables simply doesn’t exist in Rio. At the bus stop we only could count on the other people as there was no information about what lines stopped there or their route. As no one knew which bus we should take, we ended up stopping every bus and asking the driver if it had the bus station as the stop. After 40 minutes of waiting, somebody advised us to go to another stop where it was more likely to catch the correct bus. Not knowing how to get to the bus station while being hangover(oh, those killer caipirinhas) wasn’t fun. Finally we arrived, and after the next difficult task of finding the bus company that was selling tickets to Paraty, we were on our way. And just after a few hours we found ourselves in a small but amazing town. Paraty is a perfect photography spot, as its white buildings with colourful windows and doors make your photo look like a postcard.


Unfortunately, I left my better camera at home, as we had read and heard too many stories about thefts and assaults in Brazil, so I decided not to risk it and took my old compact camera. And 2 lomos, but I still don’t have photos from them, as I haven’t finished the roll (I really must go on a “lomo walking tour” in Barcelona to finish it and see the effects).


Paraty is an old Portuguese colonial town, located between Rio de Janeiro and Sao Paulo, through which an important trade route led. It felt as if the time stopped in the colonial times as we were Wandering through the Old Town (streets are closed to motorized traffic): cobbled streets, historic white houses typical of the colonial period, create the unique atmosphere of this town. And it has perfect location: situated between the ocean (over a bay with dozens of small island) and surrounded by hills and jungle. I wasn’t surprised where I found out it was put on the list of "45 places to visit in 2012 by The New York Times. "


One of the main attractions is a cruise, during which you stop several times to have a swim in the crystal water, relax on a almost deserted and beautiful island. I found ocean bit too cold for my taste, but Nuno had a great time diving and swimming while I was sunbathing. At the end of the cruise, there was a disappointing surprise for us when we discovered that or bill for the lunch and 2 strawberry caipirinhas (not counting the obligatory supplement for a live music) was way too high. At the very first glance you could see that 4 items couldn’t possibly cost that much, and while we triple checked it and then went to get some explanations, they admitted to have made a mistake in calculations. Well, if their “miscalculations” had been only for 10 reais, we probably wouldn’t have even noticed it. As they wanted to be too greedy, they ended up with nothing. Later on we checked all the bills extra carefully.


Our two-night stay in Paraty was almost all relaxing… and eating. Cruise, walks through the old town, enjoying the fresh tropical fruit juice or refreshing agua de coco, eating cakes sold on the street. Only by remembering those goodies, I feel hungry…


The next stop was the Ilha Bela ...

4 comments:

Ajka said...

Jakoś Twój blog mi nie pokazuje, że jest nowy wpis i nie wspina się na szczyt mojej listy blogów po dodaniu nowości, nie wiem czemu :(

Agnieszka said...

Nie pokazuje sie, bo ja ostatnio troche oszukuje :P mam zaleglosci i wrzucam posta ze wsteczna data, wiec ci sie na twojej stronie post pokazuje jako nie az taki nowy, postaram sie w weekend nadrobic pisanie i powinien ten problem zniknac :)

Pola said...

Powiem stanowczo - Brazylia mnie już więcej nie zobaczy, ale gdyby udało się caipirinię z Paraty wypić raz jeszcze metodą teleportacji...? Najlepsza cacacha na świecie :)

Trochę mnie dziwi, że próbowali Was naciągnąć z Brazyli - przecież Nuno jest jakby swój...? Wiele osób mi tłumaczyło, że byłoby łatwiej gdybym znała portugalski, ale przecież Nuno zna!

ps. Pomyłki często się zdarzają w Brazylii - mnie dla odmiany przez pomyłkę aresztowali...

Agnieszka Stasiewska said...

Pola, jak to aresztowali? Ciekawa przygoda :) Wiesz, Nuno niby mowi, ale jest turysta, wiec i tak grali na glupiego, ze sie niby pomylili... Ja do Brazylii na razie powrotu nie planuje, ale do sasiedniej Argentyny bym sie z przyjemnoscia wybrala :)

Post a Comment

Bądź na bieżąco/ Follow by Email