Sunday, 9 October 2011

Jesienna sobota/ Autumn Saturday

Tytuł posta może być mylący. Choć to chyba pogoda jest myląca, bowiem nawet jak na Hiszpanię pogoda w drugi weekend października jest wyjątkowo udana. Szkoda było siedzieć w domu, więc zerwaliśmy się wczesnym rankiem (godzina 9.30 to wczesny ranek według standardów Nuno), kupiliśmy sobie gazetkę (padło na El País, bo w sobotę mają dodatek dla kobiet, choć to jednak nie wysokie obcasy) i pomknęliśmy rowerkiem na plażę. Cappuccino na plaży, wiatr we włosach, słońce na twarzy, gazetka- idealne rozpoczęcie weekendu.


Potem było coraz lepiej. Na plaży jak widać nie było tłumów, choć pogoda zachęcała do wystawienia ciałka na słońce i łapania na zapas energii, bo nie wiadomo, kiedy jesienna pogoda zawita na stałe w Barcelonie.

Po śniadanku, znowu wskoczyliśmy na rowerki i pojechaliśmy do Barrio Gotico w poszukiwaniu torby dla Nuno. Nuno się bowiem lansuje i potrzebuje torby bo przecież noszenie książki w ręce jest passé (a Nuno porzuca na razie auto na rzecz transportu miejskiego i już jest w połowie pierwszej książki). W przerwie między shoppingiem wstąpiliśmy do Boqueria na energetyczny zastrzyk energii w postaci świeżego soku owocowego. Lunch mieliśmy ochotę zjeść w Pinotxo, ale skutecznie odstraszyły nas tłumy. Po zakupie 2 toreb (1 była w promocji tak atrakcyjnej, że nie można się jej było oprzeć) mieliśmy wrócić (rowerkiem oczywiście) do domu. Ale przejeżdżaliśmy akurat obok Kiosko, który propaguje nową ideę fastfoodu, a o którym wspominał mi kolega mieszkający na Bornie, że postanowiliśmy zrobić mały przystanek na hamburgera gourmet. Nuno burger z serem pleśniowym, a mój z serem manchego były pyszne, do tego miejsce ciekawe (szczególnie podobały mi się ściany łazienki obklejone komiksami), choć nie planujemy szybkiego powrotu. Za dużo jest bowiem miejsc, które chcemy wypróbować. Takie są ciężkie wybory, jakich będziemy teraz dokonywać, mieszkając w centrum.


Potem bicingiem do domu, krótki i zasłużony odpoczynek przed wieczornym piwkiem, a potem znowu rowerkiem (tym razem trochę się przeliczyliśmy, bo Gracia na mapie wygląda na położoną bliżej, Google maps nie uwzględnił, że pod górkę mamy oraz że slalom pomiędzy pieszymi na wąskich chodnikach Gracia nie jest czymś fajnym) do mieszkania Patri. Patri bowiem kilka tygodni temu zmieniła mieszkanie i jest dumną posiadaczką 2 tarasów, jeden z widokiem na morze, a drugi na Tibidabo. My mamy mikroskopijny balkonik, więc po cichu zazdrościliśmy jej. Potem wyskoczyliśmy jeszcze na szybkie piwko (piwa nie tkniemy przez najbliższe dni) do pobliskiego baru (jednego z tysięcy barów dzielnicy).


A potem rowerkiem do domu. Nie ma nic fajniejszego niż nocna jazda na rowerze (nawet jeśli skrzypi on niemiłosiernie), kiedy na ulicach pustki. Polecamy!


The title of the post may be a bit misleading after you have seen the photos. The weather during this second weekend of October (and against all the forecasts) was rather summer. It would be a waste to stay at home, so we woke up quite early (by early I understand 9.30 am, and for Nuno’s standards it is extremely early), bough a newspaper (we chose El País cause on Saturday they have a special supplement for women) and we moves quickly on red bikes toward beach. Sipping a cappuccino while reading a paper, wind playing with your hair, sun on your face, it was a perfect way to start our weekend.


And it got only better. The beach wasn’t crowded, still there were quite a few people who exposed their bodies to the last sun rays and tried to get all the positive energy that sun can give you, cause you never know when autumn finally arrives in Barcelona and stays.

After a breakfast, we jumped again on bikes and pedaled to Barrio Gotico to find some nice bag for Nuno. Nuno now goes to work by public transport and carrying a book in your hand is so passé :P In the middle of the shopping we made a small detour and went to Boqueria to buy some fresh fruit juice that was the energy boost we craved. We wanted to lunch in Pinotxo but on Saturday it was so crowded that we gave up and postponed going there (I was to go there so many times, never made it, one of the negative aspects of Barcelona being a popular touristic destination). After buying two bags (one was on sales and the price was so attractive, Nuno couldn’t resist), we were supposed to go home, by bicing of course. But when we passed just next to Kiosko, a place that my friend who lives in Born recommended, we decided to make s stop and try their gourmet bourgers (they say to promote new healthier aspect of fast food). Nuno order a burger with blue cheese, and me with manchego cheese. Both were big and delicious (I admit, Nuno’s choice was better), but we won’t be returning there any time soon. The place is nice (I especially liked the comic walls of the toilettes), food is tasty, but we simply have too many places we wanted to try before going to the same bar twice. Those are our difficult decisions that we have to make now that we live in the city center.


After a big lunch, we jumped on the bike, we had a short but well-deserved rest before having some beer with our friend Patri. Patri recently moved to Gracia and is proud of her flat with two big terraces and since the evening was still quite warm, we had our beer with free view on the sea (from the other terrace you perfectly see Tibidabo). We decided to go by bicing (it seems we got addicted), but this time it may not have been the best decision. On google maps Gracia didn’t look so far away, we didn’t take into account that it was all the time pedaling up the hill and later on slalom on narrow pavements between too many pedestrians. Beer was well deserved after this challenge. Afterwards we still had some energy to go to one of Gracia’s thousands bars. But we had only enough energy to grab one small beer. Then we went home.

We grabbed the last two bikes. And believe me, there is nothing cooler than riding a bike (even with squeaking breakes) during the night, when there is nobody on the street. Highly recommended!.

2 comments:

mirka said...

Zazdroszczę pogody - tego ciepła którego u nas niestety nie ma , no i tych rowerów,przemieszczania się na nich

Agnieszka said...

Pogoda wyjątkowo nam dopisuje, bicing fajnym wynalazkiem jest, szczególnie, że nie kupujemy własnych rowerów, bo nie wiemy na ile tutaj zostaniemy.

Post a Comment

Sunday, 9 October 2011

Jesienna sobota/ Autumn Saturday

Tytuł posta może być mylący. Choć to chyba pogoda jest myląca, bowiem nawet jak na Hiszpanię pogoda w drugi weekend października jest wyjątkowo udana. Szkoda było siedzieć w domu, więc zerwaliśmy się wczesnym rankiem (godzina 9.30 to wczesny ranek według standardów Nuno), kupiliśmy sobie gazetkę (padło na El País, bo w sobotę mają dodatek dla kobiet, choć to jednak nie wysokie obcasy) i pomknęliśmy rowerkiem na plażę. Cappuccino na plaży, wiatr we włosach, słońce na twarzy, gazetka- idealne rozpoczęcie weekendu.


Potem było coraz lepiej. Na plaży jak widać nie było tłumów, choć pogoda zachęcała do wystawienia ciałka na słońce i łapania na zapas energii, bo nie wiadomo, kiedy jesienna pogoda zawita na stałe w Barcelonie.

Po śniadanku, znowu wskoczyliśmy na rowerki i pojechaliśmy do Barrio Gotico w poszukiwaniu torby dla Nuno. Nuno się bowiem lansuje i potrzebuje torby bo przecież noszenie książki w ręce jest passé (a Nuno porzuca na razie auto na rzecz transportu miejskiego i już jest w połowie pierwszej książki). W przerwie między shoppingiem wstąpiliśmy do Boqueria na energetyczny zastrzyk energii w postaci świeżego soku owocowego. Lunch mieliśmy ochotę zjeść w Pinotxo, ale skutecznie odstraszyły nas tłumy. Po zakupie 2 toreb (1 była w promocji tak atrakcyjnej, że nie można się jej było oprzeć) mieliśmy wrócić (rowerkiem oczywiście) do domu. Ale przejeżdżaliśmy akurat obok Kiosko, który propaguje nową ideę fastfoodu, a o którym wspominał mi kolega mieszkający na Bornie, że postanowiliśmy zrobić mały przystanek na hamburgera gourmet. Nuno burger z serem pleśniowym, a mój z serem manchego były pyszne, do tego miejsce ciekawe (szczególnie podobały mi się ściany łazienki obklejone komiksami), choć nie planujemy szybkiego powrotu. Za dużo jest bowiem miejsc, które chcemy wypróbować. Takie są ciężkie wybory, jakich będziemy teraz dokonywać, mieszkając w centrum.


Potem bicingiem do domu, krótki i zasłużony odpoczynek przed wieczornym piwkiem, a potem znowu rowerkiem (tym razem trochę się przeliczyliśmy, bo Gracia na mapie wygląda na położoną bliżej, Google maps nie uwzględnił, że pod górkę mamy oraz że slalom pomiędzy pieszymi na wąskich chodnikach Gracia nie jest czymś fajnym) do mieszkania Patri. Patri bowiem kilka tygodni temu zmieniła mieszkanie i jest dumną posiadaczką 2 tarasów, jeden z widokiem na morze, a drugi na Tibidabo. My mamy mikroskopijny balkonik, więc po cichu zazdrościliśmy jej. Potem wyskoczyliśmy jeszcze na szybkie piwko (piwa nie tkniemy przez najbliższe dni) do pobliskiego baru (jednego z tysięcy barów dzielnicy).


A potem rowerkiem do domu. Nie ma nic fajniejszego niż nocna jazda na rowerze (nawet jeśli skrzypi on niemiłosiernie), kiedy na ulicach pustki. Polecamy!


The title of the post may be a bit misleading after you have seen the photos. The weather during this second weekend of October (and against all the forecasts) was rather summer. It would be a waste to stay at home, so we woke up quite early (by early I understand 9.30 am, and for Nuno’s standards it is extremely early), bough a newspaper (we chose El País cause on Saturday they have a special supplement for women) and we moves quickly on red bikes toward beach. Sipping a cappuccino while reading a paper, wind playing with your hair, sun on your face, it was a perfect way to start our weekend.


And it got only better. The beach wasn’t crowded, still there were quite a few people who exposed their bodies to the last sun rays and tried to get all the positive energy that sun can give you, cause you never know when autumn finally arrives in Barcelona and stays.

After a breakfast, we jumped again on bikes and pedaled to Barrio Gotico to find some nice bag for Nuno. Nuno now goes to work by public transport and carrying a book in your hand is so passé :P In the middle of the shopping we made a small detour and went to Boqueria to buy some fresh fruit juice that was the energy boost we craved. We wanted to lunch in Pinotxo but on Saturday it was so crowded that we gave up and postponed going there (I was to go there so many times, never made it, one of the negative aspects of Barcelona being a popular touristic destination). After buying two bags (one was on sales and the price was so attractive, Nuno couldn’t resist), we were supposed to go home, by bicing of course. But when we passed just next to Kiosko, a place that my friend who lives in Born recommended, we decided to make s stop and try their gourmet bourgers (they say to promote new healthier aspect of fast food). Nuno order a burger with blue cheese, and me with manchego cheese. Both were big and delicious (I admit, Nuno’s choice was better), but we won’t be returning there any time soon. The place is nice (I especially liked the comic walls of the toilettes), food is tasty, but we simply have too many places we wanted to try before going to the same bar twice. Those are our difficult decisions that we have to make now that we live in the city center.


After a big lunch, we jumped on the bike, we had a short but well-deserved rest before having some beer with our friend Patri. Patri recently moved to Gracia and is proud of her flat with two big terraces and since the evening was still quite warm, we had our beer with free view on the sea (from the other terrace you perfectly see Tibidabo). We decided to go by bicing (it seems we got addicted), but this time it may not have been the best decision. On google maps Gracia didn’t look so far away, we didn’t take into account that it was all the time pedaling up the hill and later on slalom on narrow pavements between too many pedestrians. Beer was well deserved after this challenge. Afterwards we still had some energy to go to one of Gracia’s thousands bars. But we had only enough energy to grab one small beer. Then we went home.

We grabbed the last two bikes. And believe me, there is nothing cooler than riding a bike (even with squeaking breakes) during the night, when there is nobody on the street. Highly recommended!.

2 comments:

mirka said...

Zazdroszczę pogody - tego ciepła którego u nas niestety nie ma , no i tych rowerów,przemieszczania się na nich

Agnieszka said...

Pogoda wyjątkowo nam dopisuje, bicing fajnym wynalazkiem jest, szczególnie, że nie kupujemy własnych rowerów, bo nie wiemy na ile tutaj zostaniemy.

Post a Comment

Bądź na bieżąco/ Follow by Email